Władysław Anders Bez ostatniego rozdziału cz.2




Mikołajczyk do Moskwy





Churchill wypowiedział swój
pogląd na sprawy
polsko_sowieckie aż nadto
wyraźnie w mowie 22 lutego 1944.
Rząd polski w Londynie nie mógł
oczekiwać pomocy ze strony
Wielkiej Brytanii. Premier
Mikołajczyk w piśmie z 25 marca
zwraca się do Prezydenta
Roosevelta o rozmowę. Po
odpowiedzi Roosevelta 3 kwietnia
Mikołajczyk przybył do
Waszyngtonu 5 czerwca. Wobec
tego, że właśnie 6 czerwca
zaczęło się lądowanie wojsk
sprzymierzonych we Francji pod
dowództwem gen. Eisenhowera,
chwila wydawała się pomyślna dla
zwrócenia się Stanów
Zjednoczonych i Wielkiej
Brytanii do Rosji w sprawie
Polski. Premier polski w dwu
długich rozmowach, 7 i 12
czerwca 1944, przedstawił stan
spraw polskich, a także dał
dokładne wiadomości o siłach i
rozmieszczeniu Armii Krajowej. W
wyniku rozmów Prezydent
Roosevelt zwrócił się do
Stalina, zalecając spotkanie z
Mikołajczykiem. To był jedyny
wynik rozmów w Waszyngtonie. A
po miesiącu, 11 lipca 1944,
Stettinius, podsekretarz stanu,
zawiadomił ambasadora
Ciechanowskiego, że Stalin uważa
spotkanie to za niecelowe.
Jednak wobec posuwania się wojsk
rosyjskich w głąb Polski sprawa
stawała się dla Wielkiej
Brytanii i Stanów Zjednoczonych
coraz bardziej nagląca.
Churchill i Eden, w porozumieniu
z Waszyngtonem, podjęli znowu
starania i 27 lipca 1944
przedstawiciele władz polskich w
Londynie, premier Mikołajczyk,
minister spraw zagranicznych
Romer i prezes Rady Narodowej
prof. Grabski wylecieli z
Londynu do Moskwy. W drodze w
Rabat spotkali przybywającego
właśnie z Kraju Tomasza
Arciszewskiego, późniejszego
premiera, odbyli z nim wspólnie
podróż do Kairu i przeprowadzili
naradę. W Kairze otrzymali
wiadomość, że Moskwa 26 lipca
przekazała Komitetowi Wyzwolenia
Narodowego zarząd tzw.
wyzwolonymi częściami Polski,
stwarzając przed odwiedzinami
fakt dokonany, który
dostatecznie oświetlał zamiary
Rosji. Rozmowy, prowadzone w
Moskwie przez Mikołajczyka,
Romera i Grabskiego ze Stalinem
i Mołotowem oraz z
przedstawicielami Komitetu
Lubelskiego nie dały wyniku.

U nas, w 2. Korpusie,
nieoczekiwana wiadomość o
wyjeździe Mikołajczyka, Romera i
Grabskiego do Moskwy wywołała
wielkie zaniepokojenie.
Stanowisko Rosji wobec Polski
przed zerwaniem stosunków
dyplomatycznych z rządem polskim
w Londynie i następnie
przeciwstawianie temu prawnemu
rządowi własnego dworu w postaci
komitetu stworzonego w Moskwie i
przeniesionego do Polski,
postępowanie wobec Armii
Krajowej, a zwłaszcza żądanie
przyłączenia wschodniej Polski
do Rosji, nie dawało żadnych
podstaw do rozsądnych rokowań.
Groziła raczej próba wymuszań.

Wobec tego po otrzymaniu z
Kairu wiadomości o wyjeździe
Mikołajczyka, Romera i
Grabskiego do Moskwy, gen.
Sosnkowski wysłał 28 lipca 1944
z mojej kwatery polowej we
Włoszech do Prezydenta
Rzeczypospolitej do Londynu
następującą depeszę:

"Nieoczekiwana wiadomość o
wyjeździe Premiera, ministra
spraw zagranicznych i
przewodniczącego Rady Narodowej
do Moskwy wstrząsnęła duszą
wojska. Na ustach wszystkich
wisi pytanie: jaki jest cel tej
podróży pod względem
politycznym, jaki przyniesie ona
plon dla godności i honoru
narodu, skoro dzieje się to w
warunkach wytworzonych przez
sowieckie gwałty i fakty
dokonane. Wymienię tylko:
powołanie Komitetu Wyzwolenia
Narodowego i umowę urzędową z
Komitetem zawartą na Kremlu,
uwięzienie dowódców sztabów
okręgu wileńskiego i
nowogródzkiego Armii Krajowej,
rozbrojenie 27. Dywizji
Piechoty, rozpoczęte świeżo
deportacje z kresów wschodnich,
potwierdzone przez liczne listy
napływające do Teheranu od
Polaków wywiezionych do
Semipałatyńskiego Kraju w
Syberii środkowej.

Panie Prezydencie, w pełnym
poczuciu odpowiedzialności, jaka
spoczywa na mnie, wobec powagi
chwili, melduję Panu
Prezydentowi, że zwycięskie
wojska 2. Korpusu są zupełnie
zdezorientowane i gonią
resztkami odporności moralnej i
psychicznej. Wytłumaczyć im
tego, co się stało, ja nie
potrafię i zresztą podjąć się w
swoim sumieniu nie mogę, będąc z
gruntu przeciwny polityce
bezcelowych ustępstw, które w
wyniku przynieść mogą jedynie
nowe upokorzenia.

Melduję Panu Prezydentowi, iż
jeśliby wynikiem obecnej podróży
moskiewskiej miały być ustępstwa
z praw Polski i dokonana w tej
czy innej formie fuzja rządu
legalnego z rządem agentów
sowieckich, Polskie Siły Zbrojne
znieść podobnego obrotu spraw
nie będą w stanie i przewiduję w
tym wypadku kryzys nieobliczalny
w skutkach, co najmniej w
postaci wypowiedzenia
posłuszeństwa zespołowi
rządowemu, który do takiego
stanu doprowadziłby sprawę
polską.

Co do Kraju, to w sytuacji
stworzonej przez rozwój zdarzeń
przez sowieckie gwałty i fakty
dokonane, wszelka myśl o
powstaniu zbrojnym jest
nieuzasadnionym odruchem,
pozbawionym sensu politycznego,
mogącym spowodować tragiczne,
niepotrzebne ofiary. W tym duchu
depeszuję do dowódcy Armii
Krajowej. Wedle mego zdania
władze naczelne Rzeczypospolitej
z biegu wypadków powinny wysnuć
nieodparty wniosek, że
eksperyment ujawniania i
współpracy z Czerwoną Armią nie
udał się".

Ostatnie zdanie depeszy
dotyczyło nowego zdarzenia, na
które się zanosiło od dawna:
powstania polskiego przeciw
Niemcom w Warszawie.





Powstanie w Warszawie





Już pod koniec 1939, w
niewiele tygodni po klęsce
wrześniowej i zajęciu Kraju
przez Niemców i Rosjan, zaczęła
się tworzyć armia podziemna. W
r. 1944 była ona największą z
armii podziemnych w krajach
europejskich, gdyż liczyła w
uporządkowanych i
rozporządzających pewnym
uzbrojeniem oddziałach ok.
380.000 ludzi w całym kraju, z
czego w Warszawie ok. 40.000,
wliczając czynne w Armii
pomocnicze kobiety. Dowództwo
Armii Krajowej podlegało
naczelnemu dowództwu w Londynie
i działało w ścisłej łączności z
delegaturą rządu i władzami
politycznymi w Kraju.

Celem przejściowym Armii
Krajowej był ciągły opór, także
zbrojny przeciw okupacji, która
od połowy 1941, po uderzeniu
Niemiec na Rosję i wycofaniu się
Rosjan ze wschodniej Polski była
wyłącznie niemiecka. Od r. 1941
do 1944 roku ilość zamachów i
starć oddziałów Armii Krajowej z
Niemcami ciągle wzrastała. Celem
głównym Armii Krajowej
czekającej z upragnieniem na tę
chwilę, było jawne powstanie
przeciw Niemcom, gdy będzie to
najwłaściwszym i
najskuteczniejszym
przyczynieniem się do ich klęski
i wyparcia ich z Kraju.

Sprawy, działania, siły i cele
Armii Krajowej były znane
kierowniczym kołom wojskowym i
politycznym Wielkiej Brytanii i
Stanów Zjednoczonych, które
udzielały pomocy na tę
działalność. W połowie 1944, po
wkroczeniu na obszar Polski
wojsk rosyjskich wypierających
Niemców, po klęskach niemieckich
we Włoszech, po uderzeniu we
Francji sprawa powstania w
Polsce dojrzewała i wymagała
rozstrzygnięcia. Warunki
polityczne były niepomyślne,
gdyż stanowisko Rosji budziło
obawy, że następstwem wysiłku i
ofiar powstania przeciw Niemcom
będzie nie wolność Polski, lecz
opanowanie jej przez Rosję.

A warunki wojskowe?

Gdy gen. Sosnkowski powiedział
mi na podstawie dotychczasowych
porozumień władz w Londynie z
władzami w Kraju, że przewiduje
się możliwość bliskiego
powstania zbrojnego w Polsce,
rozważałem tę sprawę w chwilach
wolnych od bezpośrednich mych
zajęć i doszedłem do
przekonania, że powodzenie
powstania zależy:

1) od rozkładu armii
niemieckiej;

2) od pomocy, jakiej udzielić
by mogły oddziały polskie i
sprzymierzone z Zachodu;

3) wreszcie, co nas najwięcej
niepokoiło: od stanowiska, jakie
zajmie Rosja Sowiecka.

Armia niemiecka cofała się na
wszystkich frontach z częścią
dywizji rozbitych, ale na ogół
bez objawów zdemoralizowania i
rozprzężenia. Odwrót odbywał się
w sposób zorganizowany, zwartymi
oddziałami, walczącymi zaciekle
przeciwko ogromnej przewadze
wojsk sowieckich. Nie był to
taki odwrót, by można było
oczekiwać powodzenia powstania
przeprowadzonego tylko siłami
ruchu podziemnego, bez pomocy z
zewnątrz.

Ze strony oddziałów polskich i
sprzymierzonych z Zachodu
wchodziła w rachubę tylko pomoc
drogą powietrzną, której
możliwości Naczelny Wódz tak
oceniał w depeszy do dowódcy
Armii Krajowej już 20
października 1943:

"...spełnienie powyższych
warunków pozwoli na osiągnięcie
gotowości do samodzielnego
wsparcia powstania najwcześniej
w początku 1945... Wcześniejsze
samodzielne użycie lotnictwa
polskiego, które na resztkach
paliwa może dolecieć do rejonu
walki w Polsce, mogłoby mieć
miejsce jedynie jako akt
rozpaczy. Użycie takie równałoby
się całkowitemu zniszczeniu go w
jednorazowym użyciu, bez
najmniejszego wpływu na przebieg
działań..." Ze względu na
odległość baz i zasięg samolotów
będących w użyciu pomoc z
Zachodu nie mogła być w tym
czasie skuteczna.

Natomiast ze strony sowieckiej
istniały w zasadzie jak
najkorzystniejsze możliwości
wsparcia powstania. W końcu
lipca 1944 oddziały sowieckie
zajęły szereg miejscowości
odległych o kilkanaście mil
angielskich od Warszawy, mogły
więc udzielić pomocy w każdy
sposób: przez działanie na
froncie, przez zrzuty uzbrojenia
z samolotów, czy choćby przez
wsparcie lotnicze. Ale znając
Rosję wiedziałem, że na jej
pomoc liczyć nie można. Rosja
dąży do przeprowadzenia własnych
planów, a na polskie dążenia do
niepodległości patrzy wrogo.
Postępowanie Rosji na ziemiach
polskich, które zajęła, było
jeszcze jednym tego
potwierdzeniem.

Gen. Sosnkowski podzielił się
ze mną swoimi obawami co do
możliwości wybuchu powszechnego
powstania w Polsce. Wysłał on 7
lipca 1944 do dowódcy Armii
Krajowej gen. Bora_Komorowskiego
polecenie stopniowego
uruchomienia nie powstania
ogólnego, lecz tzw. Burzy, tj.
wzmożonej akcji dywersyjnej
przeciw Niemcom. Spod Ancony
pisał 9 lipca 1944 w depeszy do
gen. Bora_Komorowskiego
ostrzegawczo, lecz w Londynie
gen. Kopański, szef sztabu,
wysyłając tę depeszę 25 lipca,
usunął zdania odradzające walkę.

Rozmawialiśmy oczywiście dużo
na ten temat tak dla nas Polaków
zasadniczy. Uważałem, że
jakakolwiek akcja przeciw
Niemcom w warunkach istniejących
w Kraju doprowadziłaby tylko do
niepotrzebnego przelewu krwi
polskiej. Bardzo stanowczo
przedstawiłem ten pogląd gen.
Sosnkowskiemu i prosiłem go o
wydanie jak najbardziej
wyraźnych i kategorycznych
rozkazów zabraniających
powstania w Polsce. Gen.
Sosnkowski zgadzając się z moim
poglądem wysłał 28 lipca 1944
depeszę do dowódcy Armii
Krajowej:

"W obliczu sowieckiej polityki
gwałtów i faktów dokonanych
powstanie zbrojne byłoby aktem
pozbawionym politycznego sensu,
mogącym pociągnąć za sobą
niepotrzebne ofiary. Jeśli celem
powstania miałoby być opanowanie
części terytorium
Rzeczypospolitej, to należy
zdawać sobie sprawę, że w tym
wypadku zajdzie konieczność
obrony suwerenności Polski na
opanowanych obszarach w stosunku
do każdego, kto suwerennność tę
gwałcić będzie. Rozumiecie, iż
oznaczałoby to w perspektywie
otwartą wojnę z Rosją, skoro
eksperyment ujawniania się i
współpracy spełzł na niczym
wobec złej woli Sowietów".

Premier Mikołajczyk znajduje
się nieoczekiwanie w drodze do
Moskwy. Prezydent
Rzeczypospolitej wzywa gen.
Sosnkowskiego do
natychmiastowego powrotu:
napięcie w Kraju, a szczególnie
w Warszawie jest coraz większe.
Więc, w długiej nocnej rozmowie,
przedstawiam gen. Sosnkowskiemu
ponownie swą ocenę stanu rzeczy,
uważając za konieczne wydanie
ścisłych rozkazów, zakazujących
akcji zbrojnej w Kraju. Gen.
Sosnkowski, podobnie oceniając
stan sprawy wzmacnia depeszę z
dnia poprzedniego dwiema
dalszymi, lecz nadal bez
wyraźnego rozkazu:

"Do Dowódcy Armii Krajowej (z
29 lipca 1944):

Walka z Niemcami musi być
kontynuowana w formie Burzy.
Natomiast w obecnych warunkach
politycznych jestem bezwzględnie
przeciwny powszechnemu
powstaniu, którego sens
historyczny musiałby z
konieczności wyrazić się w
zamianie jednej okupacji na
drugą. Wasza ocena sytuacji
niemieckiej musi być bardzo
trzeźwa i realna. Omyłka pod tym
względem kosztowałaby bardzo
wiele. Trzeba jednocześnie
skupić wszystkie siły
polityczne, moralne i fizyczne
dla obrony przeciwko aneksyjnym
planom Moskwy. Wiadomość o
podróży moskiewskiej w sytuacji
wytworzonej przez sowieckie
fakty dokonane boleśnie
wstrząsnęła duszą żołnierzy 2.
Korpusu. Ja planu i celu tej
podróży nie znam i nie rozumiem.
Bez znajomości jej wyników nie
widzę dla nikogo możliwości
nawet rozważania sprawy
powstania".

Do szefa sztabu gen.
Kopańskiego (30 lipca 1944,
wyjątki):

"Zgodnie z depeszą moją z 27
lipca wyruszam 1 sierpnia w
drogę powrotną. Skreślam znaczną
część planu inspekcji, dalsze
zasadnicze rozmowy z gen.
Alexandrem, u którego miałem
spędzić kilka dni, skreślam
rozmowy z gen. de Gaulle'em itd.
Jeszcze raz powtarzam: jestem w
obecnych warunkach politycznych
bezwzględnie przeciwny
powszechnemu powstaniu, którego
sensem z konieczności byłaby
zamiana jednej okupacji na
drugą. Rada Ministrów nie
powinna obradować nad powstaniem
nie znając przebiegu i wyniku
rozmów w Moskwie. Nie otrzymałem
od Pana Generała meldunku o
treści narad rządowych, w
których Pan Generał brał udział
osobiście, w szczególności o
tym, jaki jest plan i cel
podróży moskiewskiej".

Tymczasem jednak 25 lipca w
Londynie zapadła uchwała Rady
Ministrów, upoważniająca
delegata rządu na Kraj do
powzięcia każdej decyzji w
związku z tempem ofensywy
sowieckiej bez uprzedniego
porozumiewania się z rządem w
Londynie.

Premier Mikołajczyk przed
wyjazdem do Moskwy polecił
wysłać 26 lipca depeszę do
delegata rządu na Kraj treści
następującej:

"Na posiedzeniu Rządu
Rzeczypospolitej zgodnie zapadła
uchwała upoważniająca was do
ogłoszenia powstania w momencie
przez was wybranym. Jeżeli
możliwe, powiadomcie nas
przedtem".

Treść depeszy Mikołajczyka
została przyjęta do wiadomości
przez Radę Ministrów 28 lipca.

Jak widać z tych depesz,
zacierało się w owych dniach
rozróżnienie między pojęciem
tzw. Burzy, w szczególności
"Burzy" w Warszawie a
powstaniem.

W związku z tym Prezydent
Raczkiewicz zmienił dyrektywy
Naczelnego Wodza. W depeszy
Naczelnego Wodza z 19 (25)
lipca do dowódcy Armii Krajowej
usunięto niektóre zdania, a
depeszy z 28 lipca nie wysłano.
Prezydent wezwał gen.
Sosnkowskiego powtórnie do
natychmiastowego powrotu do
Londynu, nie bez wyrazu
zrozumiałego zniecierpliwienia
jego nieobecnością w takiej
chwili, depeszą 30 lipca:

"Sytuacja polityczna przy
braku możności szybkiego
bezpośredniego porozumienia się
z Panem Generałem spowodowała
powzięcie bez udziału Pana
doniosłych uchwał dotyczących
Kraju. Szybko postępujące
wypadki mogą w każdej chwili
wywołać konieczność nowych
decyzji, przy których powzięciu
uważam za potrzebną obecność
Pana Generała. Proszę więc o
możliwe skrócenie programu w
celu przyśpieszenia powrotu.
Łączę serdeczne pozdrowienia".

Gen. Sosnkowski wyruszył w
drogę powrotną, ale do Londynu
przybył dopiero 6 sierpnia.

Pierwsze walki w Warszawie
rozpoczęły się 1 sierpnia w
godzinach popołudniowych.
Uważając, w ocenie wojskowej,
powstanie w Warszawie, w
warunkach w jakich wybuchło, za
beznadziejne przy olbrzymich
stratach, które za sobą
pociągnie, dałem temu wyraz 3
sierpnia w depeszy do szefa
sztabu Naczelnego Wodza gen.
Kopańskiego w następujących
słowach:

"Osobiście uważam decyzję
dowódcy Armii Krajowej za
nieszczęście".

Mówiłem o decyzji dowódcy
Armii Krajowej, gdyż w ten
sposób ogłoszono zarządzenie
powstania, a nie wchodziłem w
rolę innych czynników w tej
sprawie, tym bardziej że nie
mogłem w ogóle znać ich wówczas
szczegółowo.

Należało teraz zrobić
wszystko, by dostarczyć pomocy
naszym rodakom walczącym w
Warszawie niemal bez broni
przeciwko doskonale uzbrojonej
armii niemieckiej.





Bitwa o rzekę Metauro





Na froncie włoskim położenie
było wówczas takie:

8. Armia Brytyjska, po
przełamaniu 16_#17 lipca oporu
nieprzyjaciela na południe od
Arezzo posuwa się naprzód. W
trudnym terenie ruch niezbyt
szybki wskutek zniszczeń i
zaminowań dokonanych przez
nieprzyjaciela oraz szczególnie
zaciętego oporu na kierunku
Florencji.

5. Armia Amerykańska zdobyła
18 lipca port Livorno i
osiągnęła rzekę Arno na
szerokości swego odcinka.

22 lipca francuski korpus
ekspedycyjny, liczący ponad pięć
wielkich jednostek, wycofany z
odcinka 5. Armii Amerykańskiej
dla przygotowania inwazji na
południową Francję. Wskutek tego
odcinek frontu 8. Armii
poszerzono.

Oddziały sprzymierzonych
zbliżały się do pozycji
obronnych tzw. linii Gotów,
która biegła przez Pesaro -
wzdłuż rzeki Foglia - Sasso
Corvaro_bagno_scarperia_pis-
toja z południowym odgałęzieniem
na zachodzie z rejonu Bagno
przez Pontasieve i dalej wzdłuż
rzeki Arno. Był to pas terenu o
głębokości około 67km z
rozbudowanymi stanowiskami
piechoty i broni wspierającej,
zabezpieczony przeszkodami
przeciwczołgowymi i polami
minowymi. Umocnienia budowała
organizacja Todta.

Według planu dowództwa
sprzymierzonych, 8. Armia miała
uderzyć dwoma korpusami po obu
stronach Florencji dla
opanowania wzniesień na północ
od tego miasta, 5. Armia miała
opanować rejon Pistoi. Następnie
przewidywane było dalsze
działanie obu armii w kierunku
na Bolonię. Na odcinku
adriatyckim pozorowanie natarcia
wzdłuż wybrzeża miało zmylić
nieprzyjaciela co do kierunku
głównego uderzenia.

Zadaniem 2. Korpusu Polskiego
było pozorowanie aktywności na
odcinku adriatyckim udające, że
działają tam znaczniejsze siły i
że tędy pójdzie uderzenie na
linię Gotów, oraz zabezpieczenie
drogi nr 76 z portu Ancona przez
Jesi_Fabriano_Foligno na tyły
8. Armii jako drogi zaopatrzenia
tej armii.

Już w końcowej fazie bitwy o
Anconę zarządziłem
zorganizowanie w każdej dywizji
oddziału wydzielonego, złożonego
z pułku rozpoznawczego, baonu
piechoty, pułku artylerii
lekkiej, dyonu artylerii
ciężkiej, szwadronu czołgów,
saperów i łączności. Te oddziały
wydzielone otrzymały zadanie
pościgu, utrzymania styczności z
nieprzyjacielem i rozpoznania.
Spełniały one również rolę
ubezpieczenia całości sił
Korpusu, które potrzebowały
trochę czasu na uporządkowanie,
uzupełnienie sprzętu i amunicji,
wcielenie pierwszych uzupełnień
i przerzucenie zaopatrzenia na
port Anconę.

Oddziały wydzielone 20 lipca
przekroczyły rzekę Essimo przez
własne przedmościa, lecz
natknęły się na opór
nieprzyjaciela na grzbietach
górskich przed rzeką Misa. Po
kilku dniach nieprzyjaciel
odskoczył na północny brzeg tej
rzeki, a następnie w nocy z 3 na
4 sierpnia wycofał się na
grzbiet górski między rzekami
Misa i Cesano, na którym osadził
się mocniej. Okres ten
wypełniały ożywione walki
rozpoznawcze, wspierane
artylerią, zwłaszcza dalekonośną
i najcięższą. Oddziały
wydzielone były stopniowo
wzmacniane, a do 26 lipca na
odcinek weszły obie dywizje.

Rozwinięcie Korpusu w
działaniu na pozycje obronne
nieprzyjaciela na linii na
południowym brzegu rzeki Cesano
było następujące:

- na prawym skrzydle nad
morzem 3. Dywizja Strzelców
Karpackich od Senigalia do
Ronticelli;

- w środku 5. Kresowa Dywizja
Piechoty swym gros na kierunku
Castel Colonna, Ripe, Burgnetto
oraz 12. Pułk Ułanów Podolskich
nad rzeką Nepola;

- na lewym skrzydle korpus
włoski w Ostra
Vetere_Barbara_Montate;

- dalej na zachód Banda
Maiella w Arcevia i Pitichio,
jeszcze dalej na zachód
wzmocniony Pułk Ułanów
Karpackich na linii
Morillo_cantiano.

To poszerzenie odcinka 2.
Korpusu Polskiego do 657km w
linii prostej pozwoliło na
zgrupowanie większych sił 8.
Armii na kierunku Florencji,
natomiast zmuszało dowództwo
Korpusu przy braku odwodów do
ostrożnego działania o
ograniczonym zasięgu.

Przed sobą mieliśmy na odcinku
nadmorskim niemiecką 278.
Dywizję Piechoty, wzmocnioną
znaczniejszymi uzupełnieniami
oraz przydziałem dwóch dyonów
dział szturmowych, większej
ilości moździerzy i broni
przeciwpancernej. Przed Korpusem
Włoskim i Bandą Maiella była
rozciągnięta niemiecka 71.
Dywizja Piechoty. Na skrzydle
zachodnim mieliśmy przed sobą
oddziały niemieckie 5. Dywizji
Górskiej.

Postanowiłem wykonać natarcie
w celu przełamania obrony
nieprzyjaciela na grzbiecie
Scapezzano_Monterado. Działanie
to pozwalało na skupienie sił,
ponieważ obie dywizje nacierały
swymi wewnętrznymi skrzydłami.
Przewagę zapewniało nam użycie
całej artylerii i lotnictwa na
tym odcinku.

Natarcie ruszyło 9 sierpnia
rano i po zaciętych walkach z
twardo siedzącym nieprzyjacielem
doprowadziło do zajęcia
nakazanych przedmiotów. Silne
natarcie nieprzyjaciela z
działami szturmowymi odparto
przy doskonałym współdziałaniu
czołgów z piechotą. Bitwa
została rozstrzygnięta w ciągu
jednego dnia. Nieprzyjaciela
odrzucono za rzekę Cesano, przy
czym uchwycono małe przedmoście.
Brak odwodów własnych i
przygotowana przez
nieprzyjaciela obrona na
północnym brzegu rzeki nie
pzwoliły przenieść bitwy za
rzekę.

Odepchnięcie za rzekę
niemieckiej 278. Dywizji
Piechoty, która tę walkę okupiła
znacznymi stratami w ludziach i
w sprzęcie, zwłaszcza w działach
szturmowych, zmusiło
nieprzyjaciela do cofnięcia się
także na odcinku Korpusu
Włoskiego.

Trudności działań na
środkowym, górskim odcinku
frontu włoskiego skłoniły
dowództwo frontu do zmiany planu
działania przeciw linii Gotów.
Obecnie główny wysiłek miał być
skierowany na adriatycki odcinek
frontu, tym bardziej że
uruchomienie portu Ancona w
pierwszych dniach sierpnia
ułatwiało zaopatrzenie na tym
odcinku.

Według nowego planu zadaniem
2. Korpusu Polskiego było
zepchnięcie nieprzyjaciela jak
najszybciej poza rzekę Metauro,
tj. na bezpośrednie przedpole
linii Gotów i przygotowanie na
linii rzeki Metauro podstawy
wyjściowej dla 1. Korpusu
Kanadyjskiego i 5. Korpusu
Brytyjskiego, które miały być
wprowadzone na ten odcinek
frontu.

W okresie 13 do 17 sierpnia
zluzowano Korpus Włoski doraźnie
utworzonym zgrupowaniem pułków
rozpoznawczych: Karpackiego
Pułku Ułanów, Przybocznego
Królewskiego Pułku Kawalerii
(Household Cavalry Regiment) i
12. Pułku Ułanów Podolskich.
Korpus Włoski został przerzucony
jeszcze dalej na zachód w
Apeniny, gdzie zluzował 15. Pułk
Ułanów Poznańskich.

Przewidywaliśmy, że
nieprzyjaciel będzie stawiał
twardy opór między Cesano i
Metauro i że wyzyskując grzbiety
górskie ugrupuje swą obronę
głęboko. Zamierzałem obejść ją
po przełamaniu na skrzydle i
rzucić własne siły pancerne na
tyły i komunikację
nieprzyjaciela. Jako kierunek
przełamania obrony wybrałem
znajdujące się przed naszym
prawym skrzydłem wzgórza na
linii miejscowości Mondolfo_San
Costanzo_Il Vicinato.
Opanowanie tych wzgórz
pozwoliłoby następnie działaniem
po grzbiecie San Costanzo_Monte
Maggiore, panującym nad doliną
Metauro, zagrozić odcięciem
nieprzyjaciela na zachód od
miejsca przełamania obrony.

Ugrupowanie oddziałów do
natarcia:

Natarcie przełamujące wykona
3. Dywizja Strzelców Karpackich,
wzmocniona 6. Lwowską Brygadą
Piechoty, 1. Pułkiem Ułanów
Krechowieckich, 4. Pułkiem
Pancernym, dwoma pułkami
artylerii lekkiej,
przeciwpancernej, działami
samobieżnymi i saperami, z
zadaniem opanowania wzniesień
San Costanzo_Il Vicinato, po
czym wyzyskania powodzenia
wprost na północ do rzeki
Metauro. Wyzyskanie przełamania
do oskrzydlenia nieprzyjaciela
wzdłuż grzbietu San
Constanzo_Ceraso_Montemaggiore
wykona 2. Brygada Pancerna
początkowo w składzie 6. Pułk
Pancerny i 7. Brytyjski Pułk
Huzarów, wzmocnioną jednym
baonem piechoty, 15. Pułkiem
Ułanów Poznańskich, artylerią i
przeciwpanc. działami
samobieżnymi. 5. dywizja i
zgrupowanie pułków
rozpoznawczych otrzymały zadanie
wiązania nieprzyjaciela od
czoła. Gros artylerii wspiera
natarcie 3. dywizji.

Dzień 18 sierpnia 1944, w
którym miało ruszyć natarcie, z
powodu ulewy i niemożności
użycia czołgów wyzyskano na
zepchnięcie ubezpieczeń i
rozpoznanie ugrupowań
nieprzyjaciela. Przeżywałem
wielki niepokój, kiedy nagle
przed świtem rozpoczęła się
szalona ulewa, która po godzinie
już uniemożliwiła ruch czołgów.
Piechota, która w nocy zajęła
stanowiska wyjściowe i
ugrupowała się do natarcia,
znalazła się w trudnej sytuacji.
Szczęśliwie uszło to uwagi
Niemców, bo ogniem artylerii i
moździerzy mogli byli zadać nam
ogromne straty.

Natarcie rozpoczęło się 19
sierpnia. Przez cały dzień
trwały ciężkie walki piechoty i
czołgów. Dowództwo niemieckie
postanowiło zyskać czas na
dokończenie budowy umocnień
linii Gotów już nie przez
opóźnienie, ale przez walkę.
Oddziały niemieckie wspierane
silniej artylerią lekką i
ciężką, bronią przeciwpancerną,
wzmocnione uzupełnieniami i
bronią pancerną (czołgi Panther)
broniły się zawzięcie. Mimo to
wieczorem opanowano wskazane
cele natarcia na kierunku
przełamania obrony. Obserwując
bitwę, mogłem dość wcześnie
ocenić, że przybiera ona obrót
pomyślny i jeszcze w godzinach
przedpołudniowych wydałem
dowódcy 2. Brygady Pancernej
rozkaz przeprawienia brygady
przez rzekę Cesano, by od rana
20 sierpnia rozpocząć działania
oskrzydlające w kierunku na
Montemaggiore.

Od 20 sierpnia główny wysiłek
walki przejmuje 2. Brygada
Pancerna, w składzie czterech
pułków pancernych, wzmocniona
piechotą. Cały dzień trwają
zacięte walki o wzgórze i węzeł
dróg Monte Rosario.
Nieprzyjaciel zorganizował tu
silną obronę przeciwpancerną
licznymi działami typu Hornet,
wprowadził do walki czołgi typu
Panther oraz koncentrował stale
silny ogień swej artylerii spoza
Metauro. Monte Rosario zdobyto
wieczorem, a oczyszczenie terenu
trwało do późnej nocy.

Następnego dnia, 21 sierpnia,
2. Brygada Pancerna stacza
dalsze zacięte walki z
nieprzyjacielem, który
uporczywie broni dostępu do
rejonu przeprawy przez Metauro,
by dać możność wycofania się
niemieckiej 71. Dywizji
Piechoty. Były to przede
wszystkim walki czołgów z bronią
pancerną i z bronią
przeciwpancerną nieprzyjaciela,
w ogniu jego ciężkiej artylerii.
Załogi czołgów polskich i
brytyjskich wykazały wiele
inicjatywy, umiejętność walki i
odwagę, zwalczając
nieprzyjaciela dobrze
usadowionego w terenie. W dniu
tym nasza artyleria, ze
stanowisk podsuniętych do
przodu, wspierała skutecznie
zmagania 2. Brygady Pancernej.
Wieczorem ostatni horyzont,
osłaniający przeprawy przez
Metauro, został zdobyty.

Tymczasem 5. dywizja i
zgrupowanie pułków
rozpoznawczych utrzymywały
styczność z nieprzyjacielem
patrolami i wypadami,
przechodząc do pościgu gdy tylko
nieprzyjaciel zaczął ustępować.
W trzecim dniu walki oddziały 5.
dywizji wzięły czynny udział w
walce, dążąc do nawiązania
styczności z 2. Brygadą
Pancerną. Działania
oczyszczające trwały całą noc i
ostatecznie linię Metauro
osiągnięto 22 sierpnia do #/8#00
na odcinku od morza po
Montemaggiore, a do południa po
Fossombrone. W tymże dniu
oddziały polskie dokonały
przegrupowań, które miały na
celu osłonięcie przygotowań i
zajęcie podstaw wyjściowych dla
trzech korpusów 8. Armii do
natarcia na linię Gotów.

Bitwa o rzekę Metauro była
najcięższa, jaką 2. Korpus
stoczył nad Adriatykiem.
Nieprzyjaciel, przygotowany do
obrony, rozporządzał silnym
wsparciem broni pancernej, broni
przeciwpancernej i artylerii.
Mimo to pokonano go dzięki
dobrej współpracy naszej
piechoty, broni pancernej i
artylerii. Lotnictwo wskutek
złych warunków atmosferycznych
nie mogło dać znaczniejszej
pomocy. Straty nieprzyjaciela
zarówno w ludziach, jak w
sprzęcie, były wysokie.
Niemiecka 278. Dywizja Piechoty
została po tej bitwie wycofana z
frontu. Zdobyto lub zniszczono 9
dział SP 757mm, 7 dział SP
887mm, 4 działa SP 1057mm,
22 różne działa przeciwpancerne,
3 czołgi Mk III, 3 czołgi Mkv
oraz wielką ilość cięŻkiej i
lekkiej broni piechoty.

Te walki we Włoszech nie były
jednak jedyne, w których
żołnierzowi polskiemu dane było
uczestniczyć, gdyż w pamiętnym
dla wysiłku zbrojnego Polski
sierpniu 1944 walczył on również
w Warszawie i we Francji.





O pomoc

dla powstania w Warszawie





1 sierpnia 1944 oddziały Armii
Krajowej w sile ponad 40.000
zorganizowanych żołnierzy i
kobiet w służbie czynnej
rozpoczęło powstanie w
Warszawie. Już w pierwszych
dniach opanowano większą część
stolicy. Dowódca Armii Krajowej
począwszy od 2 sierpnia wzywa
bezustannie o pomoc dla
walczącej Warszawy. Żąda
natychmiastowych zrzutów broni i
amunicji na wskazane punkty w
samej stolicy oraz w jej
pobliżu, bombardowań stanowisk
niemieckich przez lotnictwo
sprzymierzonych, przerzucenia
polskiej brygady spadochronowej
do stolicy, przyznania praw
kombatanckich i wysłania
sojuszniczych misji wojskowych
do Armii Krajowej, zaprzestania
rozbrajania i aresztowania
oddziałów Armii Krajowej przez
Rosjan, wreszcie natarcia
sowieckiego na Warszawę.

Prezydent Rzeczypospolitej,
Rząd, Naczelny Wódz i władze
wojskowe podejmują wszystkie
możliwe kroki celem pomocy
Warszawie. Prezydent
interweniuje u Churchilla, Ojca
Świętego i Prezydenta
Roosevelta, Naczelny Wódz - u
marszałka Alana Brooke'a oraz u
ministra lotnictwa Sinclaira.

6 sierpnia dowódca Armii
Krajowej depeszuje:

"Rozpoczynamy szósty dzień
bitwy w Warszawie. Niemcy
wprowadzają do walki środki
techniczne, których my nie
posiadamy: broń pancerną,
lotnictwo, artylerię, miotacze
ognia. Na tym polega ich
przewaga, my górujemy duchem.
Atak bolszewicki przycichł przed
trzema dniami na peryferiach
wschodnich Warszawy i nie
oddziaływa na położenie w
mieście. Stwierdzam, że Warszawa
w swej walce obecnej nie dostaje
pomocy od sprzymierzonych, jak
nie dostawała jej Polska w r.
1939. Bilans dotychczasowy
przymierza naszego z Wielką
Brytanią dał jedynie im naszą
pomoc w r. 1940 przy odpieraniu
ataku niemieckiego na Wyspy, w
walkach w Norwegii, w Afryce, we
Włoszech i na froncie zachodnim.
Żądamy, byście w sposób wyraźny
stwierdzili ten fakt wobec
Brytyjczyków w oficjalnym
wystąpieniu i pozostawili jako
dokument. Nie prosimy o pomoc
materiałową, lecz żądamy
natychmiastowego udzielenia nam
jej. Żądamy też zaprzestania
ogłaszania przez radio naszych
braków, jest to bowiem działanie
na naszą szkodę".

Naczelny Wódz przesłał mi
treść tej depeszy, polecając
jednocześnie, bym jak
najenergiczniej zwrócił się do
gen. Wilsona, głównodowodzącego
śródziemnomorskiego terenu
operacyjnego i marszałka
Slessora, dowódcy sił
powietrznych we Włoszech.
Przedstawiam sprawę drogą
służbową mojemu bezpośredniemu
dowódcy gen. Leese w pismach z 9
i 11 sierpnia 1944. Otrzymuję
odpowiedź 11 sierpnia,
następującej treści:

"Naczelny dowódca frontu
włoskiego poczynił usilne
starania u naczelnego wodza sił
sojuszniczych w związku z
położeniem w Warszawie i
spodziewa się decyzji w sprawie
samolotów jutro. Głęboko wczuwam
się w położenie i wierzę, że
pomoc szybko nastąpi".

14 sierpnia gen. Leese
depeszuje:

"Zostałem poinformowany, że
cały będący do rozporządzenia
brytyjski i polski wysiłek
lotniczy przeznaczono do
zaopatrywania polskich
partyzantów w Warszawie. Kilka
lotów dotarło do Warszawy 8 i 9
sierpnia. Od czasu tych lotów
pogoda przeszkodziła, lecz
obecnie warunki atmosferyczne są
korzystniejsze dla podtrzymania
operacji".

13 sierpnia składam za
pośrednictwem amerykańskiego
oficera łącznikowego płk.
Szymańskiego, dowódcy sił
amerykańskich gen. Deversowi dwa
krótkie memoranda o powstaniu
warszawskim i walkach Armii
Krajowej w Polsce.

Nadchodzą wiadomości z Londynu
od gen. Sosnkowskiego, że
marszałek Alan Brooke nie
zgodził się na użycie polskiej
brygady spadochronowej z powodu
braku lotnictwa transportowego,
natomiast komitet brytyjski
szefów sztabu postanowił 12
sierpnia:

1) wysłać depeszę do gen.
Wilsona i marszałka Slessora,
podkreślając znaczenie pomocy
dla Warszawy;

2) ministerstwo lotnictwa
zwiększy załogi polskie i
brytyjskie we Włoszech, a
marszałka Slessora powiadomiono,
że polski Naczelny Wódz życzy
sobie, by lotnicy polscy
dokonywali lotów na Warszawę bez
względu na ryzyko;

3) brytyjski komitet szefów
sztabu zwraca się do
amerykańskiego komitetu szefów
sztabu o współdziałanie w
operacjach bądź z baz włoskich,
bądź z baz brytyjskich;

4) brytyjska misja wojskowa w
Moskwie interweniuje o szybką
pomoc sowiecką dla Warszawy w
zrzutach oraz bombardowaniu.

Amerykańska 8. Armia Lotnicza
przygotowała wyprawę Liberatorów
w sile kilkudziesięciu maszyn ze
zrzutami dla Warszawy. Samoloty
muszą lądować w bazach
amerykańskich na terytorium
Rosji Sowieckiej. Wyprawę
zapowiedziano (uzgodnienie z
artylerią przeciwlotniczą).
Rosja Sowiecka przez trzy
tygodnie nie daje odpowiedzi, po
czym odmawia. 16 sierpnia
przerwano loty zrzutowe na
Warszawę, z powodu zbyt wielkich
strat. 18 sierpnia premier
Churchill odpowiada Prezydentowi
Rzeczypospolitej, że w sprawie
pomocy dla Warszawy zrobi się
wszystko co możliwe, że jednak
warunki techniczne i
geograficzne powodują duże
straty w lotnictwie. Wspomina o
interwencji brytyjskiej
skierowanej do Rosji i Ameryki o
pomoc dla Warszawy.

Podając te wszystkie
wiadomości, gen. Sosnkowski
poleca mi dalsze starania o
pomoc u dowódców sojuszniczych
na włoskim terenie operacyjnym.

19 sierpnia ponownie
przedstawiam gen. Leese stan
walk powstania w Warszawie,
podkreślając konieczność dalszej
pomocy i zrzutów, a następnego
dnia gen. Alexander depeszuje do
dowódcy 8. Armii, gen. Leese:

"Pan Generał może zapewnić
gen. Andersa, że wszystko co
możliwe czynione jest na
najwyższym szczeblu. Nie mogę w
tym miejscu podać szczegółów,
lecz znając naszego gościa
(premiera Churchilla), może Pan
Generał sobie wyobrazić jak
aktywnie i energicznie zajął się
tą sprawą".

23 sierpnia w obecności gen.
Alexandra spotykam na lotnisku
marszałka Alan Brooke'a.
Rozmawiałem z nim dwukrotnie,
przedstawiając przede wszystkim
stan walk w Warszawie.
Podkreślam ogromny niepokój,
który panuje w całym wojsku o
los Warszawy. Marszałek obiecuje
pomoc.





Premier Churchill

w Drugim Korpusie Polskim





W chwili gdy polska 1. Dywizja
Pancerna, tworzona od r. 1940 w
Wielkiej Brytanii, weszła do
akcji w Normandii 7 sierpnia
1944 i toczyła swoje pierwsze
zwycięskie walki we Francji, a
2. Korpus Polski po walkach nad
rzekami Cesano i Metauro
dochodził do linii Gotów, gen.
Leese zapowiedział 24 sierpnia
odwiedziny Churchilla w wojsku
polskim we Włoszech. Sztab
Korpusu przenosił się z miejsca
na miejsce w miarę posuwania się
frontu. 25 sierpnia Churchill
przybył na miejsce postoju
sztabu w rejonie Senigalia,
gdzie zastał jedynie rzut
likwidacyjny, gdyż tego dnia
rano sztab Korpusu przesunięto
na punkt dowodzenia w rejonie na
północ od Mondolfo, w związku z
rozpoczynającą się dnia
następnego bitwą o linię Gotów.
Churchill, nie chcąc
przeszkadzać w operacjach
polecił zawiadomić, że
przybędzie na rozmowę następnego
dnia o #/11#00.

26 sierpnia o #/10#55
Churchill przybył w towarzystwie
gen. Alexandra do dowództwa
Korpusu. Por. Lubomirski
sporządził z rozmowy ze mną
następujący protokoł.

Churchill: Czy Pan Generał
pamięta, że widzieliśmy się i
rozmawiali po raz ostatni w
Kairze (jesień 1942)?

Anders: Naturalnie, pamiętam.

Churchill: Miał Pan wówczas
słuszność. (Zdanie to dotyczyło
trudności ze strony Rosji
Sowieckiej).

Po złożeniu gratulacji z
powodu wspaniałych zwycięstw 2.
Korpusu, Churchill pyta o
nastroje żołnierzy.

Gen. Anders odpowiada, że duch
jest doskonały, że każdy
żołnierz wie i zdaje sobie
sprawę, iż pierwszym obowiązkiem
jest zniszczenie Niemiec i walka
aż do urzeczywistnienia tego
celu, ale wielką i stałą jego
troską jest przyszłość Polski, a
obecnie to, co się teraz dzieje
w Warszawie.

Churchill oświadcza, że zdaje
sobie z tego sprawę i że
wspólnie z Prezydentem
Rooseveltem zwrócił się do
Stalina w sprawie pomocy dla
walczących w Warszawie, lecz że
na pierwsze zwrócenie się w
ogóle odpowiedzi nie otrzymali,
a na powtórne otrzymali
odpowiedź odmowną. Stalin
motywował odmowę tym, że za
powstanie odpowiedzialny jest
gen. Sosnkowski i że biorący w
powstaniu udział są ludźmi
Sosnkowskiego.

Churchill: Nie byliśmy
przygotowani do akcji nad
Warszawą, ale obecnie czynimy
wszystko, co jest w naszej mocy,
by dać pomoc drogą lotniczą.

Anders: Bolszewicy od trzech
lat ciągle nawoływali do
powstania. Posuwając się w głąb
Polski zwiększyli jeszcze swoją
w tym kierunku propagandę
ogłaszając niedawno, że już są
na przedmieściach Warszawy, lecz
od chwili wybuchu powstania, tj.
od 1 sierpnia, zupełnie zamilkli
i ani palcem nie ruszyli, by
Armii Krajowej okazać
najdrobniejszą pomoc.

Churchill: Wiem o tym dobrze,
nawet Amerykanie zgłosili
gotowość lotów z Anglii na
Warszawę (50 lotów) z lądowaniem
na terenie sowieckim w Połtawie
(shuttle service).

Dodał również, że Rosjanie
mają zaledwie 307km do
Warszawy i że nie mieliby
żadnych trudności w niesieniu
pomocy, podczas gdy Anglicy
muszą lecieć aż 780 mil z baz
włoskich.

Następnie wspomniał, że sądzi,
iż nie byliśmy zadowoleni z jego
przemówienia w zimie tego roku.

Anders: O to mieliśmy i mamy
do Pana Premiera pretensje.

Churchill: Wielka Brytania
zawierając przymierze z Polską
nigdy nie gwarantowała granic
Polski, gwarantowała i
zaciągnęła zobowiązanie wobec
Polski co do jej istnienia jako
państwa wolnego, niezależnego,
całkowicie suwerennego, silnego,
wielkiego, by jego obywatele
mogli żyć szczęśliwie z
możnością swobodnego rozwijania
się bez żadnych obcych wpływów
zagrażających z zewnątrz. Mogę
Pana Generała zapewnić, że nie
zmieniliśmy swego stanowiska,
Polska nie tylko będzie
istniała, ale musi zająć czołowe
miejsce w Europie. Musicie mieć
do nas zaufanie, dotrzymamy
naszej obietnicy. Jednak nie
powinniście się sztywno upierać
w sprawie waszych granic
wschodnich. Otrzymacie ziemie na
zachodzie o wiele lepsze aniżeli
błota poleskie. Odra będzie
waszą granicą na zachodzie, a co
do wybrzeża morskiego, tyle jest
możliwości lepszych i szerszych
od każdego korytarza. Wszystkich
Niemców nie wyłączając kobiet i
dzieci usunie się do Niemiec z
terytoriów, które przypadną
Polsce. Są ludzie, którzy mówią,
że ci wysiedleni Niemcy nie
zmieszczą się w tak
pomniejszonych Niemczech. A ja
twierdzę, że Niemców zginęło już
przeszło 6 milionów, zginie ich
jeszcze dużo więcej, więc nie
będzie z tym kłopotu.

Anders: Historia nas uczy, że
po każdej wojnie następują pewne
zmiany granic. Rozumiem, że
można przesunąć granicę 107km
na zachód lub 157km na wschód.
Ale sprawa granic może być
ostatecznie i wyłącznie
załatwiona tylko na konferencji
pokojowej, po całkowicie
zakończonej wojnie. Nie zgodzimy
się nigdy, żeby jeszcze w czasie
wojny bolszewicy mieli zabrać
tyle terytorium, ile chcą. Nie
zgodzimy się nigdy na tworzenie
faktów dokonanych.

Churchill: Oczywiście, tylko
na konferencji pokojowej te
sprawy mogą być zadecydowane.
(Zwracając się do gen. Andersa i
dotknąwszy go ręką): Będziecie
na konferencji. Musicie mieć do
nas zaufanie; jeżeli Wielka
Brytania weszła do tej wojny
broniąc zasady waszej
niepodległości, mogę was
zapewnić, że nigdy was nie
opuścimy.

Anders: Nasz żołnierz ani na
chwilę nie stracił wiary w
Wielką Brytanię. Rozumie, że
przede wszystkim Niemcy muszą
zostać pobite i wykona każde
zadanie prowadzące do tego celu.
Może to potwierdzić gen.
Alexander, który dobrze wie, że
każdy jego rozkaz zawsze był i
zawsze będzie wykonany. Ale do
Rosji nie możemy mieć zaufania,
gdyż ją dobrze znamy i zdajemy
sobie sprawę, że wszelkie
oświadczenia Stalina, iż chce
Polski wolnej i silnej, są
kłamliwe i fałszywe. Pragną
naszych ziem wschodnich, aby nas
łatwiej zniszczyć i przeniknąć
głębiej do Europy, którą chcą
skomunizować. Sowiety, wchodząc
do Polski, aresztują i wywożą w
głąb Rosji, tak samo jak w r.
1939, nasze kobiety i dzieci,
rozbrajają żołnierzy naszej
Armii Krajowej, rozstrzeliwują
naszych oficerów i aresztują
naszą administrację cywilną,
niszcząc tych, którzy przeciw
Niemcom bezustannie od r. 1939
walczyli i walczą. My w
Warszawie mamy nasze żony i
dzieci, ale wolelibyśmy by
raczej zginęły, aniżeliby miały
żyć pod bolszewikami. My wszyscy
wolimy zginąć walcząc, aniżeli
żyć na klęczkach.

Churchill (bardzo wzruszony,
stanęły mu łzy w oczach):
Powinniście mieć zaufanie do
Wielkiej Brytanii, która nigdy
was nie opuści - nigdy. Wiem,
Niemcy i Rosjanie tępią cały
wasz najlepszy element,
szczególnie sfery intelektualne.
Głęboko wam współczuję. Ale
ufajcie, my was nie opuścimy i
Polska będzie szczęśliwa.

Anders: Rosja przez 20 lat
przygotowywała się do wojny, w
r. 1939 miała 35.000 samolotów i
18.000 czołgów i natychmiast po
wojnie wróci do tej samej
polityki, bo wy po wojnie nie
będziecie trzymali pod bronią 6
milionów ludzi i 70.000
samolotów w powietrzu.

Churchill: Z Rosją mamy układ
na 20 lat. (Po chwili pauzy).
Może to nie potrwa tak długo.
Ale sądzę, że sytuacja w Rosji
się zmieniła, że ludzie będący
obecnie przy władzy nie będą jej
mieli w tym stopniu po
zakończeniu wojny. Dzisiejsi
generałowie i inni wyżsi
wojskowi, ich żony i dzieci nie
zezwolą, by wróciwszy do domów
nie mieli nic do powiedzenia.
Będą musieli dojść do władzy i
mieć należne im miejsce w
rządach i oczywiście będą
przeciwnikami dotychczasowego
r~egime'u sowieckiego. Zatem
niesłuszne są wasze obawy,
powinniście ufać Wielkiej
Brytanii i Stanom Zjednoczonym,
które was nigdy nie opuszczą.
Minęły czasy, kiedy Wielka
Brytania mogła wysłać do Francji
tylko 3 dywizje i wojskowo była
słabsza od Polski. A trzeba
wiedzieć, że możliwości Wielkiej
Brytanii i Stanów Zjednoczonych
są nieograniczone. Dzisiaj mamy
potężną armię, której poprzednio
nie mieliśmy i żołnierzy, którzy
przeszli trzy i półletnie
szkolenie. Do potężnego ciosu,
który zadaliśmy Niemcom przy
inwazji Europy, zużyliśmy
zaledwie dwie trzecie naszych
sił, uzyskując sukcesy, które
cyfrowo daleko prześcignęły
wkład Sowietów. Stalin musi
zrozumieć, że Stalingrad
przestał być ich monopolem i że
to co się stało we Francji jest
znacznie donioślejsze. Wiemy
dobrze, że w wyniku tej wojny
dwie potęgi, Niemcy i Japonia,
przestaną istnieć. Zostanie
Rosja. A Stany Zjednoczone i
Wielka Brytania będą miały
ogromne ilości samolotów, dział
i czołgów. My chcemy, by Rosja
była silna, ale w przyjaźni z
nami i z wami. My też chcemy
silnej Francji, ale musi być nam
przyjazna. (Przechodząc do
innego tematu). O gen.
Sosnkowskim istnieje opinia, że
kontynuuje politykę Becka.
Mikołajczzyk jest dobrym
człowiekiem, prawda?

Anders: Nie znam go dobrze.
Uważam, że mógł rozmawiać ze
Stalinem, ale nie miał prawa
rozmawiać ze zdrajcami, z tzw.
Komitetem Patriotów w Moskwie.
Na jego miejscu Pan Premier by z
nimi nie rozmawiał.

Churchill (zwracając uwagę na
fotografującego spotkanie por.
Jana Romanowskiego): Gdy Stalin
zobaczy tę fotografię, mnie
tutaj u Pana Generała, i właśnie
w tym czasie, to się wścieknie.
Ale zgadzam się, by Pan Generał
tę fotografię opublikował. Niech
się Stalin wścieka! Ale proszę
koniecznie i mnie jedno zdjęcie
przysłać. Stalin Pana Generała
nie lubi, mówi, że Pan jest złym
człowiekiem.

Gen. Anders, wracając do spraw
komitetu lubelskiego zauważa, że
Stalin ma przygotowane rządy dla
wszystkich innych krajów, które
zamierza skomunizować.

Anders: Jestem pewny, że ma
już przygotowanego człowieka
nawet na miejsce p. Churchilla.

Churchill (śmieje się):
Podobnie jak Niemcy mieli
przygotowanego! Ale im się to
też nie udało.

Churchill wyraża raz jeszcze
uznanie dla sukcesów 2. Korpusu
Polskiego i dla wspaniałej
postawy żołnierza polskiego, o
którym tyle pochwał słyszał od
gen. Alexandra i gen. Leese.

Churchill: Jestem również
pełen podziwu dla walczącej we
Francji dywizji pancernej, która
tak świetnie się bije. Ja i mój
przyjaciel Roosevelt, który
ponownie został wybrany na
Prezydenta, nigdy Polski nie
opuścimy. Miejcie do nas
zaufanie.

Anders: My od początku wojny,
od r. 1939 życzymy sobie, by
Wielka Brytania była jak
najpotężniejsza.

Churchill: Może po tej wojnie
nie będziemy już tak silni, ale
w każdym razie może będziemy
obrotniejsi od innych.
(Wsiadając do samochodu): Niech
Pan Generał powie swoim
żołnierzom o mojej z Panem
Generałem rozmowie - oczywiście
nie wszystko - Pan rozumie, że
ja robię politykę i nie mogę
sobie przyczyniać trudności.

Anders: Jesteśmy żołnierzami i
dlatego doskonale odróżniamy
politykę od prawdy.

Churchill (uśmiechając się):
O, widzę, że Pan jest także
dobrym politykiem.

Anders: Tego nas nauczyli w
Rosji.

Rozumiałem dobrze trudne
okoliczności, w jakich znajdował
się Churchill podczas odwiedzin
wojska polskiego we Włoszech.
Przytoczona rozmowa odbyła się w
czasie największego w tej wojnie
od września 1939 natężenia
polskiego wysiłku zbrojnego.
Obok lotników i marynarzy,
żołnierz polski walczył teraz w
Warszawie, w Normandii i we
Włoszech. Dlaczego ten żołnierz
krwawił? Czy cel tej walki dla
nas Polaków był taki jak dla
kierowników polityki naszych
zachodnich sprzymierzeńców? Po
układzie w Teheranie musiałem
mieć co najmniej wątpliwości.
Stwierdzałem niejednokrotnie o
co się bijemy w tej wojnie.
Uważałem, że stanowisko moje
musiało być znane Churchillowi.
Toteż przykładałem peną wagę do
słów Churchilla, gdy
wielokrotnie i z naciskiem
podkreślał, że Wielka Brytania i
Stany Zjednoczone nigdy Polski
nie opuszczą i że Polacy powinni
swoim sprzymierzonym zaufać.

Oczywiście ze stanowiskiem
Churchilla w sprawie oderwania
od Polski ziem wschodnich
zgodzić się nie mogłem, tak jak
nie mogłem uznać jego poglądu,
że Wielka Brytania zawierając w
r. 1939 sojusz z Polską i
zaciągając zobowiązania
sojusznicze mogła dowolnie
godzić się na odcięcie połowy
obszaru Polski na wschodzie.
Pewien niepokój wywołała w mym
umyśle chęć Churchilla
usłyszenia mego zdania o
premierze Mikołajczyku,
szczególnie w przeciwstawieniu
go gen. Sosnkowskiemu. Znałem
stanowisko Mikołajczyka przed
jego wyjazdem do Moskwy. Treści
rozmów w Moskwie komunikaty nie
podawały. Wiadomo jednak było,
że Mikołajczyk rozmawiał tam z
przedstawicielami komitetu
lubelskiego. Moją ocenę tego
starałem się wyraźnie
przedstawić Churchillowi.
Wiedziałem nadto, że Mikołajczyk
po powrocie z Moskwy starał się
bardzo gorliwie o pomoc dla
Warszawy, m.in. zwracając się do
Roosevelta i do Churchilla 17
sierpnia oraz depeszując w tej
sprawie do Stalina 18 sierpnia.
Czy zestawienie Mikołajczyka z
gen. Sosnkowskim, którego
nieprzejednane stanowisko w
sprawie ustępstw na rzecz Rosji
było znane, miało oznaczać, że
stanowisko Mikołajczyka może być
inne?

27 sierpnia przyjechał gen.
Leese, dowódca 8. Armii, który
po przywitaniu oświadczył, że
nie ma do omówienia żadnych
spraw operacyjnych, a przyjechał
jedynie po to, aby podzielić się
wrażeniami z wczorajszego dnia.
Stwierdził, że Churchill był
zadowolony z rozmowy ze mną i że
odwiedziny w wojsku polskim,
które zwycięsko walczy na
froncie włoskim sprawiły mu
przyjemność. Churchill prosił o
stwierdzenie raz jeszcze, że los
Polski szczególnie mu leży na
sercu, że tym co się dzieje w
Warszawie, jest do głębi
przejęty, że nie tylko
Brytyjczycy, ale i Amerykanie
żywią takie same uczucia. Od
siebie gen. Leese dodał, że
Churchill zaraz po przylocie do
Włoch, po zorientowaniu się w
sytuacji ogólnej na froncie,
wypowiedział życzenie jak
najszybszej rozmowy ze mną.





Linia Gotów





W czasie gdy 2. Korpus Polski
toczył walki, które doprowadziły
do osiągnięcia linii rzeki
Metauro, na zapleczu tego
odcinka frontu trwały
przygotowania do działań
następnych. 1. Korpus Kanadyjski
i 5. Korpus Brytyjski zbliżały
się do linii frontu. Naprawiano
drogi. Przez Anconę doprowadzono
zaopatrzenie dla tych wielkich
mas wojska.

Dowództwo 8. Armii powzięło
postanowienie przełamania linii
Gotów na odcinku adriatyckim
uderzeniem trzech korpusów: 2.
Korpusu Polskiego nad morzem, 1.
Kanadyjskiego w środku i 5.
Brytyjskiego na lewym, zachodnim
skrzydle. 23 sierpnia 1944
rozpoczęło się zajmowanie
podstaw wyjściowych za przesłoną
trzymaną przez 2. Korpus Polski.
W dwa dni później Korpus Włoski
przeszedł spod rozkazów 2.
Korpusu Polskiego na odcinek 5.
Korpusu Brytyjskiego.

Zadanie 2. Korpusu w działaniu
na linię Gotów było następujące:
osiągnąć odcinek rzeki Foglia w
pasie między odcinkiem 1.
Korpusu Kanadyjskiego a morzem,
nawiązać styczność z linią
Gotów, a następnie omijając od
zachodu umocnienia Pesaro,
opanować wzgórza na
północo_zachód od tego miasta.
Wiadomo było, że niemiecką 278.
Dywizję Piechoty wycofano, a
naprzeciw 2. KOrpusu znajduje
się ponownie dawny jego
przeciwnik z bitwy o Monte
Cassino, 1. Dywizja
Spadochronowa.

Postanowiłem główne uderzenie
wykonać na naszym skrzydle
zachodnim, w ścisłej łączności z
1. Korpusem Kanadyjskim. Do
osiągnięcia rzeki Foglia
wyznaczyłem wzmocnioną 5.
Kresową Dywizję Piechoty, a do
przełamania linii Gotów
wprowadziłem 3. Dywizję
Strzelców Karpackich. W
pozostałej części pasa działania
zgrupowanie pułków kawalerii
miało wiązać nieprzyjaciela.

Natarcie trzech korpusów
rozpoczęło się 23 sierpnia o
#/23#00. 5. dywizja w
czterodniowych walkach w trudnym
terenie zdobywa nakazane
przedmioty i dochodzi 29
sierpnia wieczorem do rzeki
Foglia. Na prawym skrzydle
zgrupowanie pułków kawalerii
posuwa się równolegle z 5.
dywizją. 29 sierpnia czołowe
elementy pułków rozpoznawczych
docierają do skrajnych zabudowań
Pesaro. W ciągu 30 sierpnia 5.
dywizja, rozpoznając rzekę
Foglia, stwierdza na całej
szerokości swego odcinka odsadę
nieprzyjaciela na
fortyfikacjach.

Z relacji wziętych do niewoli
generałów niemieckich wynikało,
że w bitwie o rzekę Metauro, a
następnie w walkach między
rzekami Metauro i Foglia Korpus
Polski zadał Niemcom tak poważne
straty, iż nie mieli już sił i
czasu na obsadzenie umocnień
linii Gotów.

Tymczasem 1. Korpus
Kanadyjski, którego młody a
doskonały żołnierz stykając się
ze starym żołnierzem polskim nie
taił żywego dlań uznania,
działając sprawnie i szybko mimo
trudnego terenu wyparł
nieprzyjaciela ze stanowisk
między rzekami Metauro i Foglia
i wpadł do umocnień linii Gotów,
których nieprzyjaciel nie zdążył
jeszcze obsadzić. Dowódca 1.
Korpusu Kanadyjskiego wyzyskuje
natychmiast powodzenie. 5.
Kanadyjska Dywizja Pancerna
uderza dalej na północ, łamie 30
sierpnia silny opór
nadciągających oddziałów
nieprzyjaciela i zdobywa Marrone
oraz wzgórze 204, leżące głęboko
w pozycji obronnej
nieprzyjaciela, a w następnym
dniu prowadzi dalsze natarcie w
kierunku na Tomba di Pesaro i
Monte Luro.

Niemiecka 71. Dywizja
Piechoty, osłabiona poprzednimi
walkami, nie wytrzymała naporu
Kanadyjczyków. Pośpiesznie
ściągnięta 26. Dywizja Pancerna,
wprowadzona na kierunek Tomba i
Pesaro, nie zdążyła zatrzymać w
głębi ruchu oddziałów
kanadyjskich. Jedynie niemiecka
1. Dywizja Spadochronowa
obsadziła fortyfikacje przed
odcinkiem 2. Korpusu.

1 września 1. Brygada
Strzelców Karpackich rozpoczęła
działania przeciw fortyfikacjom
nieprzyjaciela. Wyzyskując
niespodziewanie szybkie
powodzenia 1. Korpusu
Kanadyjskiego, kieruję jeden
baon z czołgami przez
kanadyjskie przejścia w polach
minowych na tyły i skrzydło
nieprzyjaciela. Baon ten
wdziera się głęboko na tyły
pozycji niemieckich wiązanych
przez nasze oddziały od czoła.
Dalsze działanie ma pełne
powodzenie. Oddziały nasze
osiągają rejon Cattolica nad
morzem, gdzie nawiązują
styczność z oddziałami 1.
Korpusu Kanadyjskiego.

Dzień 2 września zakończył
bitwę o linię Gotów, a
równocześnie blisko
trzymiesięczną kampanię 2.
Korpusu nad Adriatykiem. Straty
Korpusu podczas całej tej
kampanii wynosiły w zabitych i
rannych: 288 oficerów i 3403
szeregowych.

Po zwycięskim przełamaniu
linii Gotów gen. Burns, dowódca
1. Korpusu Kanadyjskiego, w
odpowiedzi na moje gratulacje z
okazji wspaniałych zwycięstw 1.
Korpusu Kanadyjskiego depeszuje:

"Gratulacje Pana Generała są
wysoce cenione przez wszystkich
żołnierzy 1. Korpusu
Kanadyjskiego. Jesteśmy dumni,
że walczyliśmy ramię przy
ramieniu z 2. Korpusem Polskim.
Pościg od Arieli do Metauro,
podczas którego zniszczono dwie
dywizje nieprzyjaciela, otworzył
drogę do linii Gotów i do
uprzednio zdobytych w Cassino
laurów dodał Korpusowi Polskiemu
nowych. Wyrażamy zadowolenie, że
zdobycie Monte Luro, które
przypieczętowało zwycięstwo,
przypadło w piątą rocznicę
zbrodniczego napadu niemieckiego
na Polskę. My, 1. Korpus
Kanadyjski, pozdrawiamy naszych
towarzyszy broni z 2. Korpusu
Polskiego".

Gdy 2. Korpus schodził z linii
do odwodu w rejonie Ancony, gen.
Leese 4 września pisał:

"Obecnie, gdy Korpus Polski
odchodzi na odpoczynek,
chciałbym powiedzieć Panu w
jakim stopniu powodzenie nasze w
obecnej bitwie zawdzięczamy
Waszemu Korpusowi. Przecież
Korpus Polski był właśnie tym,
który zdobył podstawy wyjściowe
dla dalszego naszego działania.

Reorganizację Waszego Korpusu,
który po tryumfach odniesionych
na Monte Cassino opuścił szeregi
8. Armii, przeprowadzono szybko
i sprawnie. Następnie Korpus
pośpiesznie rzucono na oedcinek
adriatycki, zaraz po rozpoczęciu
przez 5. Korpus ruchu za
nieprzyjacielem. Objęliście
natychmiast odcinek i
rozpoczęliście stały ruch
naprzód, rozgrywając pierwszą
godną uwagi akcję nad rzeką
Chienti.

Następnie nadeszły dni Waszych
wielkich natarć oraz zdobycie
Ancony, działanie świetnie
pomyślane i wykonane w sposób
godny podziwu. Wyniki tego
działania, a mianowicie
przekazanie mam cennego portu
Ancony i wzięcie ponad 3000
jeńców były brzemienne w skutki.

Po Anconie Korpus Wasz
bezustannie parł do przodu aż do
linii rzeki Metauro. W ciągu
tego pochodu naprzód dzięki
świetnej i zaciekłej walce,
zdobyliście tak cenny dla nas
teren po drugiej stronie rzeki
Cesano. Ale przede wszystkim
Korpus Polski oddał 8. Armii
wybitną usługę przez osiągnięcie
linii rzeki Metauro, z której
mogliśmy wykonać nasze główne
uderzenie.

Po tej walce, najtrudniejszej,
jaką Korpus Wasz stoczył na
odcinku adriatyckim, dokonania
Wasze w pierwszej fazie obecnej
bitwy są tym bardziej godne
podkreślenia. Oceniam, że przez
działanie Wasze jedna brygada
Waszych starych wrogów,
niemieckiej dywizji
spadochronowej została usunięta
na dobre i na zawsze z walki.
Wreszcie wzięcie Pesaro po
zaciekłej walce było dalszym
działaniem uwieńczonym
powodzeniem.

Po tylu dokonaniach żadna inna
formacja nie zasługuje bardziej
na okres odpoczynku. Naprawdę
bardzo się cieszę, że można było
dać Wam te trzy tygodnie z dala
od walki.

Mam nadzieję, że Pan Generał
przekaże żołnierzom Korpusu
pochwałę za ich wspaniałą służbę
i prześle żołnierzom wszystkich
stopni życzenia dobrego
skorzystania z odpoczynku, na
który tak rzetelnie sobie
zasłużyli".

W czasie bitwy o linię Gotów
przeżywałem dwa sprzeczne
uczucia: radości i smutku.
Przypomniałem sobie, jak pięć
lat temu samoloty niemieckie
rozpoczęły wojnę w Polsce.
Podczas ciężkich dni września
1939 byliśmy ciągle nękani przez
lotnictwo niemieckie, które od
pierwszych chwil walki panowało
niepodzielnie w powietrzu nad
obszarem całej Polski. Dzisiaj
na ziemi włoskiej, kiedy potężne
lotnictwo sprzymierzonych nie
natrafiało w czasie bitwy na
żaden opór ze strony niemieckiej
i żaden samolot nieprzyjacielski
nie odważył się nawet pokazać w
powietrzu, miałem pełne poczucie
odwetu. Lecz oto całą radość
zwycięsko toczącej się bitwy
przesłaniał głęboki smutek na
myśl, że dziś, podobnie jak pięć
lat temu, Warszawa walczy
samotnie, przeciwstawiając się -
bez broni, bez zaopatrzenia i
bez żywności - znakomicie
uzbrojonym oddziałom niemieckim.




Warszawa trwa w walce





Warszawa walczyła niemal
samotnie.

29 sierpnia otrzymałem
pierwsze sprawozdanie z pomocy
dla Warszawy z Londynu. Bilans
ten za czas od 1 do 27 sierpnia
przedstawiał się jak następuje.
Ogółem wykonano 160 lotów z
utratą 27. załóg i samolotów.
Zrzutów na Warszawę i w
bezpośrednie jej okolice
dokonano 71, z czego Kraj
potwierdził odbiór 50.
Przesyłając mi te dane oraz
ostatnie depesze od dowódcy
Armii Krajowej gen. Sosnkowski
prosił o dalsze starania u władz
brytyjskich we Włoszech.

Wysłałem tego samego dnia list
do gen. Leese:

"Dostałem ponownie depeszę z
Warszawy stwierdzającą, że ilość
zrzuconej broni i amunicji jest
niewystarczająca. Z bazy naszej
we Włoszech, skąd idą zrzuty,
dostałem przed chwilą depeszę,
że od dnia dzisiejszego loty
wstrzymano, wskutek dużych strat
w okresie pełni księżyca. Baza
nasza we Włoszech rozporządza 21
załogami polskimi gotowymi do
zadań, lecz ma tylko dwie
maszyny. Do tej pory władze
brytyjskie nie dostarczyły
samolotów. W dotychczasowej
pomocy Warszawie z baz włoskich
Brytyjczycy stracili 15 załóg,
Polacy 7. Proszę bardzo Pana
Generała o przedstawienie tej
sprawy gen. Alexandrowi i gen.
Wilsonowi oraz marszałkowi
Slessorowi, gdyż bez wydatnej
pomocy, o którą Warszawa
bezustannie prosi, nastąpi tam
katastrofa i tragedia nie tylko
walczących oddziałów, ale i
ludności stolicy. Żołnierz nasz
przeżywa dziś każdym tętnem krwi
bohaterską walkę naszych braci w
Warszawie, którzy giną
tysiącami".

30 sierpnia brytyjskie
Ministerstwo Spraw
Zagranicznych, w wyniku starań
rządu polskiego na żądanie Kraju
ogłosiło oświadczenie, że rząd
brytyjski robił zawsze wszystko
co było w jego mocy, by
członkowie Narodów Zjednoczonych
doznawali ze strony Niemiec
równego traktowania zgodnie z
prawem i zwyczajami wojny. Do
wiadomości rządu brytyjskiego
doszło, że w stosunku do
oddziałów Armii Krajowej Niemcy
stosują represje niezgodne z
prawami wojny. Rząd Wielkiej
Brytanii uroczyście ostrzega
zarówno tych, którzy popełniają
okrucieństwa wobec żołnierzy
polskiej Armii Krajowej, jak i
tych, którzy wydają odpowiednie
rozkazy, że wszyscy oni będą
surowo ukarani. Oddziały
polskiej Armii Krajowej są
częścią Polskich Sił Zbrojnych i
otrzymały rozkaz stosowania się
do ogólnych zasad prowadzenia
wojny. Oddziały te znajdują się
pod odpowiedzialnym
kierownictwem i noszą odznaki
czy też mundury Armii Polskiej.

Podobne ostrzeżenie wystosował
rząd Stanów Zjednoczonych.

31 sierpnia przybył do Korpusu
brytyjski minister wojny Grigg w
towarzystwie gen. Alexandra i
zastępcy szefa sztabu
imperialnego gen. Weeksa.
Przedstawiam rozwijające się
operacje na linię Gotów. Domagam
się pomocy dla Warszawy.

1 września, w piątą rocznicę
wybuchu wojny
polsko_niemieckiej, Churchill
zwrócił się z oświadczeniem do
narodu polskiego, w którym
znalazł się następujący
znamienny zwrot:

"Zarówno w Kraju, jak na
obczyźnie, naprzód pod
przewodnictwem gen. Sikorskiego
a następnie pod przewodnictwem
jego następcy pana Mikołajczyka,
wszyscy Polacy co do jednego
wytrwali w tej woli walki u boku
Narodów Zjednoczonych przeciw
niemieckim najeźdźcom swego
kraju..."

Po raz drugi w stosunkowo
krótkim odstępie czasu premier
Churchill wysuwa wyraźnie
nazwisko Mikołajczyka. My,
Polacy, nie podzielamy tego
zapału, a zestawienie
Mikołajczyka z Sikorskim budzi w
nas ostry sprzeciw.

Tego samego dnia Prezydent
Rzeczypospolitej i premier
Mikołajczyk wygłosili
przemówienia przez radio.

Prezydent powiedział:

"Pięć lat minęło od chwili,
gdy Polska stawiła czoło napaści
niemieckiej, podejmując nierówną
walkę z nieprzyjacielem. Po raz
trzeci przez ziemie Polski
przechodzi pożoga wojny, siejąc
zniszczenie. Po raz drugi
Warszawa znalazła się w ogniu
walk; podejmując bój o
zwycięstwo, w ten sposób staje
się symbolem tych postaw
moralnych, na których Polska
oparła swój udział w wojnie:
umiłowanie wolności, wiara w
zwycięstwo, gotowość do ofiar. Z
tej drogi nie zeszliśmy ani razu
w ciągu całych pięciu lat..."

Premier Mikołajczyk mówił:

"W obliczu bohaterskiej walki
Warszawy muszą zamilknąć
frazesy, nie czas na słowa
wyrażania hołdu. Z ludźmi
stojącymi w obliczu śmierci,
mającymi wybór jedynie między
wytrwaniem i zwycięstwem a
śmiercią, trzeba mówić wprost.
Wiem, że macie do mnie zaufanie,
również teraz w okresie walki,
czego dowodem jest, że
zdobyliście się w polskim
parlamencie podziemnym, w Radzie
Jedności Narodowej na przyjęcie
mojej propozycji w sprawie
uregulowania stosunków
politycznych ze Związkiem
Sowieckim, dając w ten sposób
dowód dojrzałości politycznej.
Zapewniam was, że rząd polski
nie pójdzie na żadne
kapitulacje; nie zrezygnuje z
pełnej niepodległości, wolności
i suwerenności. Biorę pełną
współodpowiedzialność za decyzje
polityczne i wojskowe w Kraju,
za decyzje wicepremiera,
ministrów, gen. Bora i Rady
Jedności Narodowej. Na podstawie
wszelkich danych obiektywnie
stwierdzam, iż rozpoczęliście
walkę w odpowiedniej chwili...
Zwracam się publicznie do
marszałka Stalina, Prezydenta
Roosevelta i premiera
Churchilla, jako przywódców
politycznych i wojskowych
wielkich mocarstw
sprzymierzonych, z apelem:
Warszawa czeka, czeka cały naród
polski i opinia publiczna
świata".

Naczelny Wódz gen. Sosnkowski
zwrócił się do żołnierzy Armii
Krajowej w rozkazie z 1
września:

"Pięć lat minęło od dnia, gdy
Polska, wysłuchawszy zachęty
rządu brytyjskiego i otrzymawszy
jego gwarancje, stanęła do
samotnej walki z potęgą
niemiecką. Kampania wrześniowa
dała sprzymierzonym 8 miesięcy
bezcennego czasu, a Wielkiej
Brytanii pozwoliła wyrównać
braki przygotowań do wojny w
stopniu takim, że bitwa
powietrzna o Londyn i Wyspy
Brytyjskie, stanowiąca punkt
zwrotny dziejów, mogła być
wygrana... Od miesiąca bojownicy
Armii Krajowej pospołu z ludem
Warszawy krwawią się samotnie na
barykadach ulicznych w
nieubłaganych zapasach z
olbrzymią przewagą przeciwnika.
Samotność kampanii wrześniowej i
samotność obecnej bitwy o
Warszawę, są to dwie rzeczy
zgoła odmienne. Lud Warszawy
pozostawiony sam sobie i
opuszczony na wspólnym froncie
wspólnego boju z Niemcami - oto
tragiczna i potworna zagadka,
której my, Polacy odcyfrować nie
umiemy na tle technicznej potęgi
sprzymierzonych u progu szóstego
roku wojny. Nie umiemy dlatego,
że nie straciliśmy jeszcze
wiary, iż światem rządzą prawa
moralne... Nie umiemy, bo
uwierzyć nie jesteśmy w stanie,
że oportunizm ludzki w obliczu
siły fizycznej mógłby posunąć
się tak daleko, by patrzeć
obojętnie na agonię stolicy tego
kraju, którego żołnierze tyle
innych stolic własną piersią
osłonili lub wyzwolili wysiłkiem
własnego ramienia. Brak pomocy
dla Warszawy tłumaczyć nam
pragną rzeczoznawcy racjami
natury technicznej. Wysuwa się
argumenty strat i zysków. Strata
27. maszyn nad Warszawą,
poniesiona w ciągu miesiąca,
jest niczym dla lotnictwa
sprzymierzonych, które posiada
obecnie kilkadziesiąt tysięcy
samolotów wszelkiego rodzaju i
typu. Skoro obliczać trzeba,
przypomnieć musimy, że lotnicy
polscy w bitwie o Londyn
ponieśli ponad 40% strat.
Bohaterskiego naszego dowódcę
gen. Bora oskarża się o to, że
nie przewidział nagłego
zatrzymania się ofensywy
sowieckiej u bram Warszawy...
Zarzuca się Polakom brak
koordynacji ich zrywu z
całokształtem planów
operacyjnych na wschodzie
Europy. Gdy trzeba będzie,
udowodnimy, ile naszych prób
osiągnięcia tej koordynacji
spełzło na niczym. Od lat pięciu
zarzuca się systematycznie Armii
Krajowej bierność i pozorowanie
walki z Niemcami. Dzisiaj
oskarża się ją o to, że bije się
za wiele i za dobrze..."

Pod wpływem rozgoryczenia z
powodu braku dostatecznej pomocy
Warszawie, które jednakowo
wszyscy odczuwaliśmy, rozkaz
zawierał akcenty silne i ostre
pod adresem naszych
sprzymierzonych. W rozmowach z
wyższymi dowódcami brytyjskimi
na froncie włoskim wyczułem, że
są urażeni niektórymi zwrotami
rozkazu. Niepokoił mnie stosunek
premiera Mikołajczyka do
roszczeń Rosji Sowieckiej.
Widziałem narastający zatarg
Rządu z Naczelnym Wodzem. W
związku z tym postanowiłem zaraz
po bitwie o linię Gotów udać się
do Londynu. Tymczasem w Londynie
Mikołajczyk odbył 1 września
rozmowę z Churchillem o
zorganizowaniu wielkiej
brytyjskiej wyprawy powietrznej
na pomoc Warszawie. Churchill
wezwał brytyjskich znawców
lotniczych, którzy zasadniczo
uznali możliwość takiej
operacji, lecz marszałek Harris
uzależnił ją od zgody gen.
Eisenhowera i ministra
lotnictwa. 3 września
Mikołajczyk otrzymał od
Churchilla odpowiedź odmowną ze
względu na trudności techniczne.
Churchill widział jedyne
możliwości, i to ograniczone, w
operacjach z Włoch. 5 września
Naczelny Wódz otrzymał odpowiedź
od brytyjskiego komitetu szefów
sztabu, że zorganizowanie
większej wyprawy lotniczej na
Warszawę rozbija się o
stanowisko Sowietów, którzy
odmawiają udzielenia baz do
lądowania.

2 września odbyłem rozmowę w
dowództwie Korpusu z
wicepremierem rządu brytyjskiego
Attlee. Nawiązując do swego
ostatniego spotkania z
Churchillem prosiłem o użycie
wszelkich możliwych sposobów
pomocy Warszawie.

4 września przyleciał z bazy
lotniczej koło Brindisi na
naradę do Korpusu gen. Ludomir
Rayski, który w długim
sprawozdaniu omówił zagadnienie
pomocy dla Warszawy. Gen. Rayski
brał kilkakrotnie udział w
lotach nad Warszawę. Obraz
bohaterskich starań pomocy dla
Warszawy, który nakreślił,
wyglądał jak następuje:

Od 10 do 18 sierpnia latały do
Warszawy i nad Polskę 3 odrębne
jednostki lotnicze: polska
eskadra, angielski Dywizjon
Brindisi i specjalny Dywizjon
Liberatorów przysłany z Korsyki,
w sile 20 maszyn. W tym okresie
dywizjon z Korsyki wykonał 3
loty nad Polskę, tracąc 14
maszyn oraz jedną załogę, ranną
przy katastrofie na lotnisku.
Dywizjon angielski stracił 4
maszyny oraz jedną rozbitą na
lotnisku. Polska eskadra
straciła 3 załogi. Od 18
sierpnia wobec poniesionych
strat Anglicy przestali latać,
dając maszyny polskim załogom.
Od 28 sierpnia do 1 września
wykonano 3 operacje nad Warszawę
i okolice: 28 sierpnia poleciały
dwie maszyny, nie wróciła żadna;
29 sierpnia poleciały 4, wróciła
jedna, ale rozbiła się przy
lądowaniu; 1 września poleciało
6 maszyn, wróciły 2, które nie
dotarły do punktów zrzutu.
Łącznie z poprzednimi Polacy
stracili 12 załóg po 7 ludzi,
nie licząc katastrof przy
lądowaniu po powrocie. Stanowi
to około 30% strat, nie
wliczając tych załóg, które
powróciły przed wykonaniem
zadania. Załogi, które
przysłano, są młode i nie
wyszkolone. W obecnej chwili
jest ogółem 16 załóg, w tym 6
starych, doświadczonych. Do
akcji można użyć tylko 10 z
nich. Warunki lotu są wyjątkowo
trudne. Przez cały czas lot
odbywa się na najniższej
wysokości. Zaledwie połowa
wysłanych samolotów dociera na
miejsce i dokonuje prawidłowych
zrzutów. Ulice w Warszawie są
opanowane częściowo przez
Niemców, częściowo przez Armię
Krajową. Precyzja zrzutów musi
być w tych warunkach
stuprocentowa. Wobec silnej
obrony przeciwlotniczej jest to
niewykonalne. Miejsce zrzutu
jest podawane sygnałem
świetlnym. Samolot nadlatuje na
to miejsce, często kilkakrotnie
i przy małej szybkości zrzuca
zasobniki z amunicją i skrzynki
z bronią. Robiono próby zrzutów
na spadochronach działających z
opóźnieniem. Próby dały pomyślny
wynik z zasobnikami, natomiast
skrzynki z amunicją dawały
rozrzut do 107km. Przejmowanie
zrzutów w dzień nie jest
możliwe. Duża wyprawa nie da
wyników, gdyż organizacja
odbiorcza zrzutów jest
ograniczona. Istnieje
niebezpieczeństwo zderzenia się
samolotów kolejno podchodzących
nocą do zrzutów w większej
liczbie. Załogi wracają na
samolotach postrzelanych jak
sito. Stąd częste rozbicia przy
lądowaniu. Nawet spadochrony są
przestrzelone, tak że w razie
katastrofy nie można ich użyć.
Punktami zrzutów poza Warszawą,
podanymi przez Armię Krajową, są
Puszcza Kampinoska i Radom. Nad
Radom poleciały 4 maszyny, nie
wróciła żadna. Z lotów do
Puszczy Kampinoskiej, w których
gen. Rayski brał dwukrotnie
udział, powróciły obie maszyny.
Gen. Rayski tak opisuje swoje
wrażenia z tych lotów:

Odblask palącej się Warszawy
widać w promieniu 140 mil.
Poczynając od Błonia lot odbywa
się dosłownie na wysokości
wierzchołków drzew z
przeskakiwaniem nierówności
terenu. Warszawa od Wierzbna aż
do gmachu kierownictwa marynarki
przedstawia widok czerwonego,
rozpalonego żużla, który od
czasu do czasu tli się
płomieniem. Na północ duży blok
palących się budynków - kłęby
dymu pokrywają wielką przestrzeń
miasta. Dalej znowu wypalony
żużel. Raporty załóg, które
latały wcześniej stwierdzają, że
do 10 sierpnia był duży ruch w
kierunku na zachód. Po 10
sierpnia większe kolumny
posuwały się na wschód. Obecnie
nie ma na drogach dosłownie
żadnego pojazdu.

Z Londynu przychodzą ciągle
zarządzenia, by w dalszym ciągu
posyłać załogi. Wszystkie próby
podjęte wskutek tych rozkazów,
powodują olbrzymie straty. Gen.
Rayski otrzymał od gen.
Sosnkowskiego rozkaz interwencji
u brytyjskich władz lotniczych
we Włoszech. Rozmawiał z
marszałkiem Slessorem, który
polecił mu przedstawić gen.
Andersowi wysiłki w celu
udzielenia Warszawie pomocy,
olbrzymie trudności,
katastrofalne straty. Marszałek
Slessor oświadczył, że przy
takich stratach nie pozwoli na
loty. Wykona jedynie wyraźny
rozkaz z góry. Gen. Rayski
stwierdza, że Brytyjczycy idą
jak najbardziej na rękę w pomocy
dla Warszawy, ale przy
olbrzymich stratach uważają, że
się ona nie opłaca.

Anglicy nie chcą dopuścić do
samobójczego wybijania polskich
załóg. Gen. Rayski nie widzi
realnej możliwości pomocy dla
stolicy. Otrzymał on od gen.
Sosnkowskiego wezwanie do
Londynu i odlatuje tam w
najbliższych dniach.

5 września dostałem z Londynu
od Naczelnego Wodza depeszę:

"Przysyłam Panu Generałowi
tekst depeszy otrzymanej dzisiaj
od gen. Bora: "Utrata Starego
Miasta uczyniła poważny wyłom w
naszym systemie obronnym. Liczę
się z większym naciskiem na
pozostałe dzielnice miasta,
celem dalszej likwidacji naszej
walki. Zdecydowałem obronę
Warszawy do granic możliwości.
Posiadamy żywności do 7
września, chleba do 5 września,
amunicja na wyczerpaniu,
wystarczalność jej jest zależna
od natężenia walki. Duch
żołnierzy dobry, ludność cierpi
z braku żywności, wody,
pomieszczeń, odzienia i złego
stanu zdrowotnego. Nastroje
spadają i są zależne od stopnia
nadziei na szybkość zakończenia
walki lub natężenia pomocy.
Możliwość wytrwania nie zależy
wyłącznie od naszej
wytrzymałości, lecz od pomocy
materiałowej od was lub od
szybkości akcji w działaniu
sowieckim na naszym odcinku.
Dowódca Armii Krajowej. 2
września 1944." Proszę wywrzeć -
depeszował gen. Sosnkowski - ze
swej strony nacisk na gen.
Wilsona i marszałka Slessora o
uruchomienie wyprawy na większą
skalę z bazy włoskiej, przy
udziale lotników brytyjskich.
Depeszowałem do gen. Wilsona
osobiście, tutaj działałem przez
ministra Sinclaira. Od Bomber
Command żądaliśmy uruchomienia
dużej wyprawy brytyjskiej z
Anglii. Dzisiaj Churchill
odpowiedział premierowi
Mikołajczykowi, że to
nieaktualne. Wobec tego baza
włoska jest jedyną nadzieją".

Więc Warszawa nie otrzyma
pomocy.

5 września radio berlińskie
podało: rzecznik niemieckiego
Ministerstwa Spraw Zagranicznych
oświadczył, że powstańcy polscy,
którzy poddają się w Warszawie,
będą traktowani jak jeńcy
wojenni.





Do Londynu:

ponury obraz sprawy polskiej





Korpus przechodzi na
odpoczynek do rejonu Ancony.
Wydaję zarządzenia w związku z
przeniesieniem. Rozpoczynam
starania o przelot do Londynu.

W dniach 10 do 17 września
rozmawiam z gen. Wilsonem i z
gen. Beaumont_Nesbittem w
Casercie, z gen. Alexandrem w
Sienie, z gen. Mark Clarkiem i z
gen. Lemnitzerem w dowództwie 5.
Armii Amerykańskiej, powtórnie z
gen. Alexandrem w Sienie,
wreszcie z ministrem
Macmillanem, doradcą politycznym
przy brytyjskim dowództwie we
Włoszech. W rozmowach wojskowych
poruszam sprawę dalszego użycia
Korpusu na froncie;
reorganizacji i planów działań
we Włoszech. Jednocześnie staram
się zorientować w położeniu
politycznym.

17 września w godzinach
popołudniowych wylatuję z
Neapolu przez Algier i
Casablancę do Londynu. W Anglii
ląduję na lotnisku New Key w
Kornwalii. Do Londynu
przyjeżdżam 19 września rano.

Rozejrzawszy się i
uzupełniwszy wiadomości w
Londynie miałem w umyśle obraz
ówczesnego stanu rzeczy, po
piątej rocznicy wybuchu wojny,
bardzo wyraźny, ale też bardzo
ponury.

Nad wszystkim górowało nie
mieszczące się w zdrowym
rozsądku przeciwieństwo. Niemcy,
które zaczęły wojnę, 1 września
1939 napadły na Polskę, były po
pięciu latach, we wrześniu 1944,
złamane i w odwrocie pod naporem
sprzymierzonych, nie tylko na
wschodzie, ale już i na
zachodzie, zarówno we Włoszech
jak i we Francji i Belgii.
Polskę, w miarę odwrotu Niemiec
na wschodzie zagarniała pod swe
panowanie Rosja, która we
wrześniu 1939 jako wspólniczka
Niemiec, związana z nimi
układem, napadła razem z nimi na
Polskę. Wojska polskie
uczestniczyły w uwalnianiu
Francji i Belgii z niewoli
Niemiec, walczyły na froncie
włoskim, a w tym samym czasie
Polska dostawała się w niewolę
Rosji. Państwa zachodnie, Wielka
Brytania i Stany Zjednoczone
wbrew zobowiązaniom
sojuszniczym, wbrew
oświadczeniom zapewniającym
Polsce wolność, całość i
niepodległość, wbrew zasługom
wojennym Polski od bitwy o
Wielką Brytanię do walk we
Włoszech i na zachodzie Europy,
oddawały Polskę pod władanie
Rosji nie bezwiednie, lecz po
tajnych porozumieniach w
Teheranie.

Celem doraźnym polityki
brytyjskiej po Teheranie, z
którą amerykańska szła w tym
względzie ręka w rękę, stało się
już nie dotrzymanie zobowiązań
sojuszniczych wobec Polski, lecz
uzyskanie pozorów zgody Polski
na ich złamanie. Takiej polityki
ukryć nie można. Nie można też
ukryć głównej linii jej
przeprowadzenia nawet przy
zatajaniu poszczególnych
posunięć. Stało się rzeczą jasną
w lipcu 1944, zwłaszcza po
nacisku Downing Street i Foreign
Office, nie bez pomocy Białego
Domu, na premiera Mikołajczyka,
by jechał do Moskwy, że w nim
upatrzono sobie człowieka, który
będzie mógł dać Wielkiej
Brytanii i Stanom Zjednoczonym
upragnione pozory zgody Polski
na jej własne pogrążenie.

Gdy Wielka Brytania i Stany
Zjednoczone dla dogodzenia Rosji
schodziły z toru zobowiązań
wobec Polski, Mikołajczyk,
niewprawny w światowej grze
politycznej, sądząc, że kieruje
polityką polską z poparciem
brytyjskim i amerykańskim,
dostosowywał w rzeczywistości
politykę polską do chwilowych
potrzeb polityki brytyjskiej i
amerykańskiej ze względu na
Rosję i tylko osłaniał swym
współudziałem jej rażące skręty
z prostej drogi.

Wywołało to już wtedy
rozbieżności i starcia w
kierowniczych polskich kołach
politycznych, zarówno w
Londynie, jak w Kraju. Zdałem
sobie z nich dokładnie sprawę,
zapoznawszy się z ważniejszymi
dokumentami polskimi tego
okresu. Uzupełniłem je rozmowami
z Prezydentem Raczkiewiczem, z
członkami rządu, z Naczelnym
Wodzem, a także w zetknięciu się
z wicepremierem brytyjskim
Attle'em, ministrem Edenem i
ambasadorem brytyjskim przy
rządzie polskim o'malleyem.

Na wyraźne polecenie
Prezydenta odbyłem 22 wrzenia
długą rozmowę z premierem
Mikołajczykiem. Na wstępie
podkreśliłem, że żołnierz opiera
się na przysiędze, która jasno
określa jego obowiązki. Jako
żołnierz nie mam prawa wtrącać
się do polityki wewnętrznej i
zewnętrznej, mam natomiast
obowiązek przestrzegać, aby
całość i suwerenność Polski nie
była naruszona.

Zapytałem, co ma oznaczać
niezrozumiała dla wojska
tymczasowa linia demarkacyjna
między Rosją a Polską. Premier
wyjaśnił, że jest to omówione z
Brytyjczykami posunięcie
taktyczne, które ma na celu
wykazanie złej woli Rosji
Sowieckiej, gdyż z góry wiadomo,
że Rosja się na to nie zgodzi.
Linia ta miała przechodzić na
wschód od Wilna i Lwowa. Byłem
zdania, że tego rodzaju
propozycja w żadnym wypadku nie
powinna była wyjść od strony
polskiej, gdyż w przyszłości
może być przeciwko nam
wyzyskana.

Drugi zarzut, który postawiłem
premierowi Mikołajczykowi,
dotyczył jego rozmów w Moskwie z
przedstawicielami komitetu
lubelskiego. Powtórzyłem
dokładnie to, co powiedziałem
Churchillowi, że mógł rozmawiać
ze Stalinem, natomiast nie
powinien był rozmawiać ze
zdrajcami, w większości
obywatelami sowieckimi. Premier
Mikołajczyk w odpowiedzi
wyjaśnił, że Stalin i Mołotow
zażądali przyjęcia linii Curzona
jako podstawy przyszłej granicy
polsko_sowieckiej. Po długiej
wymianie zdań, Stalin odstępując
od tego punktu wystąpił z
propozycją rozmowy na ten temat
Polaków, przedstawicieli rządu
londyńskiego i komitetu
lubelskiego, między sobą.
Premier tę propozycję przyjął,
uważając za potrzebne zbadanie,
czy tzw. patrioci przyjmują
polski czy sowiecki punkt
widzenia w tej sprawie. W wyniku
spotkania, które się odbyło,
nabrał przekonania, że
oświadczenia przedstawicieli
komitetu lubelskiego są wyraźnym
echem żądań sowieckich.

Na zakończenie zapytałem
premiera Mikołajczyka, co ma
oznaczać jego projektowany
wyjazd do Warszawy celem
stworzenia tam rządu. Premier
Mikołajczyk uzasadniał ten
wyjazd koniecznością ratowania
biologicznych sił narodu,
dowodząc, że w czasie kiedy
wojna wkracza w ostatnie
stadium, należy w Polsce ratować
wszystko co się da i znaleźć
takie rozwiązanie, które by
pozwoliło na najdłuższe
przetrwanie. Wypowiedziałem
pogląd, że może on jechać do
Warszawy, lecz nie w charakterze
premiera polskiego, bo w szybkim
czasie może się łatwo znaleźć w
tej samej co ja celi na
Łubiance, a znane metody
sowieckie mogą go skłonić
następnie do zeznania, że przez
całe życie był agentem
niemieckim.

Rozmowa nasza nie doprowadziła
do uzgodnienia poglądów na
stosunki polsko_sowieckie. W
dalszych rozmowach przekonałem
się, że nacisk brytyjski na
Mikołajczyka, by porozumiał się
ze Stalinem, jak spowodował
wyjazd jego do Moskwy w końcu
lipca 1944, tak też trwał po
jego powrocie. Nawet temu
powrotowi Mikołajczyka do
Londynu w początku sierpnia 1944
starano się zapobiec, gdyż
władze brytyjskie czyniły 10
sierpnia 1944 zabiegi u
Prezydenta Raczkiewicza, by
Mikołajczyk zatrzymał się w
Teheranie i tam czekał na chwilę
ponownego udania się do Moskwy.
Okazało się to jednak pomysłem
niezrozumiałym nie tylko dla
Prezydenta, ale i dla premiera
Mikołajczyka, któremu trudno
było po rozmowach w Moskwie i w
czasie powstania w Warszawie nie
wrócić na swój posterunek na
czele rządu. Próba ta jednak
daje miarę ówczesnego nacisku
brytyjskiego na rząd polski w
stosunku do Rosji, w czym nie
szedł w parze odpowiedni nacisk
brytyjski i amerykański na rząd
rosyjski w stosunku do Polski.
Wobec tego nacisku Mikołajczyk
nie poprzestał na doświadczeniu
rozmów w Moskwie, chociaż
wskazywały one wyraźnie, że
Moskwa nie dąży do porozumienia
z rządem polskim, lecz że żąda
poddania się jej woli w sprawie
granic, tj. zgody na zabór
połowy obszaru Polski, a także w
pozostałej części Polski
zamierza rządzić za
pośrednictwem stworzonego przez
nią komitetu lubelskiego. Po
powrocie z Moskwy Mikołajczyk
przygotował memorandum, w którym
przewidywał utworzenie w kraju
rządu z udziałem komunistów,
porozumienie z Rosją celem
stałej ścisłem współpracy, a
także załatwienie sprawy granicy
polsko_sowieckiej przez sejm po
wyborach. Rada Jedności
Narodowej w Kraju zapytana o
zdanie odpowiedziała 28
sierpnia, że jest zaskoczona tym
memorandum i to w czasie
rozpaczliwych walk powstania
przeciw Niemcom w Warszawie
("memorandum bowiem -
oświadczało kierownictwo
podziemne w Kraju - zmienia
zdecydowanie dotychczasową linię
naszej polityki zagranicznej,
dopuszcza z naszej strony
możliwość rezygnacji z granicy
wschodniej, ustalonej w
traktacie ryskim, umożliwia
mieszanie się czynników obcych w
nasze sprawy wewnętrzne i
wojskowe, wprowadzając w życie
Polski jako równouprawnioną
grupę PPr, komunistyczną,
czynnik polityki rosyjskiej"), i
żądała poprawek, a 30 sierpnia,
otrzymawszy z Londynu wiadomości
nie tylko od premiera
Mikołajczyka, ale także od
przeciwników jego polityki,
zażądała dalszych zmian. Rada
Ministrów w Londynie przyjęła 29
sierpnia memorandum z poprawkami
krajowymi tylko z 28 sierpnia,
zanim nadeszły następne z 30
sierpnia. Memorandum wysłano 30
sierpnia za pośrednictwem rządu
brytyjskiego do Moskwy, a 11
września rząd sowiecki
ograniczył się do doniesienia,
że przesłał je do wiadomości
komitetowi w Lublinie. Wyniku
nie było żadnego, a tylko
zarysowały się skłonności
Mikołajczyka do sprowadzenia
polityki polskiej na równię
pochyłą, co wywołało naprężenie
i nieufność w polskich kołach
politycznych.

Rozbieżności te były tym
bardziej nie na czasie, że
zaczynał się drugi miesiąc
powstania w Warszawie, bez
możności uzyskania pomocy
sprzymierzonych dla krwawiących
bohatersko żołnierzy powstania w
nierównej walce przeciw Niemcom.

Co gorsza, nowe zaognienie
wniósł zatarg z Naczelnym
Wodzem. Już w czasie
pośrednictwa Churchilla w
sprawie nawiązania stosunków
polsko_sowieckich, od początku
1944 wysuwała Moskwa żądanie
usunięcia gen. Sosnkowskiego.
Rząd polski nie mógł oczywiście
uczynić zadość takiemu żądaniu z
zewnątrz, chociaż stosunki
między Premierem i Rządem a
Naczelnym Wodzem były od
początku napięte.

Rozkaz gen. Sosnkowskiego do
Armii Krajowej z 1 września 1944
dał premierowi Mikołajczykowi
sposobność do stanowczego
wystąpienia przeciw gen.
Sosnkowskiemu i żądania jego
ustąpienia. Rozkaz ten, chociaż
w treści swej wskazującej
pozostawienie Warszawy bez
pomocy wyrażał uczucia
wszystkich Polaków, osłabił
jednak stanowisko gen.
Sosnkowskiego, gdyż:

1) wzmianka na wstępie
rozkazu, że Polska wkroczyła w
wojnę przed pięciu laty
"wysłuchawszy zachęty rządu
brytyjskiego" raziła nie tylko
Brytyjczyków, ale także Polaków,
którzy wiedzieli, że Polska
stanęła do oporu zbrojnego
przeciw napaści Niemiec nie z
powodu zachęty brytyjskiej, ale
z własnego postanowienia;

2) zupełne nieuwzględnienie w
rozkazie brytyjskich i
amerykańskich usiłowań pomocy
lotniczej, której udzielenie z
daleka, wobec odmowy wszelkiej
pomocy przez Rosjan okazało się
bardzo trudne, uważano za
niesłuszne, tym bardziej, że
zdawano sobie sprawę, iż rzeczą
właśnie polskiego naczelnego
dowództwa było przygotować to
zawczasu, a nie czynić zabiegi
dopiero po wybuchu powstania.

Stanowisko gen. Sosnkowskiego
osłabiła nadto jego nieobecność
w Londynie w okresie przed i w
czasie wybuchu powstania, którą
dotkliwie odczuwał Prezydent czy
wreszcie spóźniony jego powrót z
Włoch.

Mimo to wszczęcie ostrego
zatargu z gen. Sosnkowskim
właśnie wówczas, tak iż odrywało
ono uwagę od powstania, żądanie
ustąpienia jego, gdy żądała tego
Rosja, posługiwanie się prasą
brytyjską do wystąpień przeciw
niemu, wywołały w kołach
polskich wrażenie
przygnębiające.

Dwukrotnie, 9 i 11 września,
zażądał premier Mikołajczyk od
Prezydenta Rzeczypospolitej
usunięcia gen. Sosnkowskiego.
Ambasador brytyjski O'malley 21
września i minister Eden 22
września odwiedzili w tej
sprawie Prezydenta. Rada
Ministrów 22 września uchwaliła
jednogłośnie, iż zwróci się do
Prezydenta o zwolnienie gen.
Sosnkowskiego ze stanowiska
Naczelnego Wodza.

W czasie mojego pobytu w
Londynie od 19 do 25 września
zetknąłem się z bliska z tymi
niepokojącymi objawami i
wyjeżdżałem pod wrażeniem
nacisku brytyjskiego na rząd
polski, przy bierności Ameryki,
celem skłonienia go do poddania
się żądaniom Rosji oraz ze
świadomością, że ten nacisk
wskutek podatności premiera
Mikołajczyka wnosi rozstrój w
kierownictwo polityki polskiej.

Po przylocie do Włoch 29
września, w czasie pobytu w
dowództwie 8. Armii gen. Leese
powiadomił mnie, że przeniesiono
go do Burmy na dowódcę grupy
armii. Dotychczasowy dowódca 10.
Korpusu gen. Mac Creery obejmuje
dowództwo 8. Armii od 1
października.

29 września dotarła do nas
pierwsza wiadomość o
przemówieniu Churchilla w Izbie
Gmin z 28 września następującej
treści:

"Zmiany terytorialne na
granicach Polski będą musiały
nastąpić. Rosja ma prawo do
naszego poparcia w tej
dziedzinie... Tym bardziej
spodziewam się, że rząd sowiecki
umożliwi nam działanie wspólnie
z nim w rozwiązaniu zagadnienia
polskiego i że nie będziemy
świadkami smutnego widowiska
konkurencyjnych rządów w Polsce
- jednego, który by był uznawany
przez Związek Sowiecki i
drugiego, za którym zdecydowanie
wypowiadać się będą mocarstwa na
Zachodzie. Jestem pełen nadziei,
że p. Mikołajczyk, godny
następca gen. Sikorskiego,
człowiek rzeczywiście pragnący
przyjaznego porozumienia z
Rosją, oraz jego koledzy będą
mogli wkrótce wznowić doniosłe
rozmowy w Moskwie, przerwane
przed kilkoma miesiącami. Żywię
zdecydowaną nadzieję i
przekonanie, że możliwy jest do
osiągnięcia dobry układ i że
może powstać zjednoczony rząd
polski, zasługujący na zaufanie
trzech wielkich mocarstw i
zapewniający Polsce warunki
siły, suwerenności i
niepodległości, które zostały
proklamowane przez wszystkie
trzy mocarstwa jako ich cel..."

Znając Rosję Sowiecką nie
podzielałem optymizmu Churchilla
co do możliwości porozumienia z
nią w sprawie Polski.
Wiedziałem, że nie ma mowy o
suwerenności i niepodległości
państwowej w sowieckiej strefie
wpływów. Rozumiałem, że
Churchill po raz trzeci
podkreślając zaufanie do
premiera Mikołajczyka, stara się
z jednej strony wzmocnić jego
pozycję w rozmowach w Moskwie, z
drugiej zaś zwiększyć jego
autorytet u Polaków, by za jego
pośrednictwem uzyskać zgodę
polską na żądania sowieckie.

30 września 1944 Prezydent
Rzeczypospolitej zwolnił gen.
Sosnkowskiego ze stanowiska
Naczelnego Wodza. Gen.
Sosnkowski w rozkazie
pożegnalnym do żołnierzy
powiedział:

"...żołnierzu polski! Nie
szczędząc krwi i ofiar dajesz w
ręce swemu rządowi wszystko co
siły zbrojne dać mogą dla obrony
interesów Rzeczypospolitej.
Rozumiemy dobrze, że nie po to
we wrześniu 1939 naród nasz
pierwszy oparł się Niemcom, nie
po to fiordy Norwegii, piaski
Afryki, góry Italii, pola
Francji, równiny Belgii i
Holandii były świadkami waszych
bojów, nie po to Warszawa walczy
wśród gruzów i pożogi, by u
schyłku tej wojny żądano od
Polski ofiar z jej ziem oraz
praw suwerennych, które
posiadała, gdy pięć lat temu
wraz z sojusznikami
przeciwstawiała się agresji..."

2 października wysłałem
depeszę do Prezydenta
Rzeczypospolitej, w której
m.in. pisałem:

"Melduję, że po przybyciu do
Korpusu i po zorientowaniu się w
nastrojach stwierdziłem, że
odejście gen. Sosnkowskiego
uważane jest przez wszystkich
żołnierzy jako ustępstwo na
rzecz Sowietów. Przyczyniły się
do tego nie tylko ciągłe ataki
sowieckie, ale i wypowiedzi
prasy brytyjskiej i własnej...
Powodowany największą troską i
niepokojem o ducha i całość
Korpusu melduję, że żołnierze
nie dopuszczają nawet myśli o
stworzeniu rządu pod okupacją
sowiecką, a tym samym wejściu do
niego zdrajców kraju i agentów
sowieckich. Wszyscy mają żywo w
pamięci analogiczne sprawy na
Litwie, Łotwie i Estonii oraz
śledzą z uwagą wypadki
rozgrywające się obecnie w
Rumunii, Bułgarii i Jugosławii.
Żołnierz wyraża głęboką wiarę w
Pana Prezydenta, w którym widzi
Majestat Rzeczypospolitej i
obrońcę suwerenności,
niepodległości i całości Polski.
Głęboko wierzy, że Pan Prezydent
nie dopuści do dalszych ustępstw
prowadzących do kapitulacji.
Żołnierz ma głęboką wiarę w
przyjaźń brytyjską i
amerykańską, natomiast nie
wierzy Sowietom, odrzucając
stanowczo penetracje agentów
rządu sowieckiego, którego grę i
cel istotny aż nadto dobrze
przejrzał".

Tego samego dnia, 2
października, Prezydent
Rzeczypospolitej mianował
Naczelnym Wodzem gen.
Bora_komorowskiego, dowódcę
Armii Krajowej walczącej w
Warszawie.

3. we wczesnych godzinach
popołudniowych ogłoszono
następujący komunikat gen.
Bora_Komorowskiego:

"Warszawa padła po wyczerpaniu
wszelkich środków walki i życia
w 63. dniu bohaterskich zmagań
toczonych przeciwko
przygniatającej przewadze
nieprzyjaciela. 2 października o
#/20#00 umilkły strzały
Warszawy".









Rosja wobec powstania

w Warszawie





W możliwościach i zamiarach
Rosji Sowieckiej leżało zajęcie
Warszawy w początku sierpnia
1944. Armia Czerwona miała mniej
więcej trzykrotną przewagę w
ilości wielkich jednostek na
froncie sowiecko_niemieckim w
Polsce. W ostatnich dniach lipca
wojska sowieckie zajmują na
wschód od Warszawy Siedlce,
Łuków, Mińsk Mazowiecki,
Radzymin, Wołomin, Otwock
(niektóre z nich odległe o
kilkanaście kilometrów od
Warszawy), dochodzą do Wisły i
przeprawiają się przez nią na
południe od Warszawy.

29 lipca 1944 radio
moskiewskie nadaje w języku
polskim:

"Wezwanie do Warszawy.
Walczycie przeciwko Niemcom!
Warszawa bez wątpienia słyszy
już huk armat w bitwie, która
wkrótce przyniesie jej
wyzwolenie... Dla Warszawy,
która nigdy się nie poddała i
nigdy nie ustała w walce,
godzina czynu wybiła... Nie
wolno zapomnieć, że w potopie
zagłady hitlerowskiej przepadnie
wszystko co nie będzie ocalone
czynem, że bezpośrednio czynną
walką na ulicach Warszawy, po
domach, fabrykach, magazynach,
nie tylko przyśpieszamy chwilę
ostatecznego wyzwolenia, lecz
ocalamy również majątek narodowy
i życie naszych braci".

Następnego dnia sowiecka
radiostacja "Kościuszko" nadaje
w języku polskim:

"Warszawa drży w posadach od
ryku dział. Wojska sowieckie
nacierają gwałtownie i zbliżają
się już do Pragi. Nadchodzą, by
przynieść wam wolność. Niemcy,
wyparci z Pragi, będą usiłowali
bronić się w Warszawie... Ludu
Warszawy! Do broni!... Uderzcie
na Niemców... Milion ludności
Warszawy niechaj się stanie
milionem żołnierzy, którzy
wypędzą niemieckich najeźdźców i
zdobędą wolność".

Rosja chciała więc wybuchu w
Warszawie powstania kierowanego
przez elementy komunizujące, by
wyzyskać nienawiść Polaków do
najeźdźców niemieckich i
stworzyć pozory, że ludność
stolicy wita Rosjan jako
oswobodzicieli i uznaje komitet
lubelski za swoją władzę
państwową.

1 sierpnia w Warszawie wybucha
powstanie przeciw Niemcom. Od
pierwszej chwili widać jasno, że
elementy komunizujące są w
społeczeństwie polskim znikomo
nieliczne i niezdolne do
odegrania poważniejszej roli.
Mimo pięcioletniego straszliwego
terroru niemieckiego naród
polski pozostał gospodarzem na
swej ziemi. Armia Krajowa
chwyciła za broń, aby walczyć o
wolną Polskę, nie po to, by
zastąpić okupację niemiecką -
rosyjską.

W ciągu pierwszych dni
powstania Armia Krajowa niemal
bezbronna opanowuje około dwóch
trzecich stolicy. Jednoczesne
uderzenie armii sowieckiej od
wschodu mogłoby doprowadzić w
krótkim czasie do całkowitego
wyparcia Niemców z Warszawy.
Natarcie niemieckich oddziałów
pancernych w kierunku na
Siedlce, które nastąpiło w
pierwszych dniach sierpnia,
mogło opóźnić, ale nie
przeszkodzić, wyparciu Niemców.

Skoro jednak Rosja
spostrzegła, że powstańcy walczą
o wolną Polskę, ustało posuwanie
się armii sowieckiej na zachód.
Znikły samoloty sowieckie znad
stolicy. Z terenów pod Warszawą,
opanowanych przez wojska
sowieckie, nie nadchodzi
jakakolwiek pomoc dla walczących
powstańców. Samoloty z bronią i
amunicją, startujące z baz
zachodnich, muszą przelatywać
ok. 12507km w jedną stronę.
Rosja odmawia zgody na lądowanie
tych samolotów na jej terenach.
Liczy, że bez jej pomocy
powstanie musi zostać w krótkim
czasie przez Niemców stłumione.

Niemcy wprowadzają do walki z
powstańcami nowe oddziały i
potężne środki techniczne:
czołgi, artylerię, lotnictwo.
Bestialskimi metodami działania
chcą zdławić powstanie. Mimo to
rachuby Rosji na rychły upadek
powstania okazują się złudne.
Warszawa bez broni i bez pomocy
walczy przez szereg tygodni.
Samotna, bohaterska walka
Warszawy wywołuje w świecie
powszechny podziw, niestety
znowu bez dostatecznych
następstw w czynach. Rośnie
jedynie oburzenie na
postępowanie Rosji, która nie
tylko sama nie pomaga
powstańcom, ale jeszcze utrudnia
pomoc Zachodowi.

Po sześciu tygodniach samotnej
walki Warszawy, gdy stłumienie
powstania przez Niemców jest już
pewne, Rosja decyduje się okazać
pomoc. Okazać, ale nie udzielić
jej w sposób rzeczywiście
skuteczny. Wojska sowieckie
zajmują 14 września Pragę;
artyleria i lotnictwo sowieckie
zaczynają wspierać powstańców;
samoloty sowieckie zrzucają broń
i żywność. Lecz wojska sowieckie
nie podejmują decydującego
działania na froncie koło
Warszawy. Ilościowo zrzuty
sowieckie są znacznie mniejsze
od zrzutów samolotów z Zachodu,
mimo jaskrawej dysproporcji w
odległości baz lotniczych. Pomoc
sowiecka, spóźniona i
niewystarczająca, nie wpływa na
dalszy bieg wypadków w
Warszawie. Powstanie upada.

Rosja nie chciała dać pomocy
powstańcom, z którymi musiałaby
się potem układać jak z
gospodarzami na swojej ziemi.
Zniszczenie niezależnych sił
polskich podczas tłumienia
powstania przez Niemców
odpowiadało celom jej polityki.
Wolała w kilka miesięcy później
zająć Warszawę jako bezludne
rumowisko gruzów i osadzić w
niej narzucony przez siebie
rząd. Jak sierpień 1944 był
miesiącem największego polskiego
wysiłku zbrojnego i w sercach
żołnierskich ożyły nadzieje
rychłego powrotu do ojczyzny,
tak październik tego samego roku
grzebał te nadzieje. Warszawa
padła. Naczelny Wódz gen.
Bór_komorowski podzielił los
swoich żołnierzy z Armii
Krajowej i poszedł wraz z nimi
do niewoli niemieckiej.





Na skrzydle

8. Armii Brytyjskiej

obok Armii Amerykańskiej





Jesienią 1944 stan rzeczy
wojskowy w Europie wyglądał jak
następuje:

Na Zachodzie natarcie
sprzymierzonych po lądowaniu w
Normandii i w południowej
Francji doprowadziło do zajęcia
Belgii, Luksemburga i prawie
całej Francji. Na wschodzie
Rosja zajęła Finlandię, Łotwę i
Litwę, doszła do granicy Prus
Wschodnich, a w Polsce - do
Wisły w środkowym jej biegu.
Dalej na południu po zajęciu
Rumunii, armie sowieckie
wkraczają do Jugosławii, Węgier
i Czechosłowacji. Niemcy
ewakuują Grecję.

Lotnictwo sprzymierzonych
systematycznie obraca w gruzy
miasta niemieckie.

Na froncie włoskim 5. Armia
Amerykańska posuwając się z
Florencji na Bolonię w ciężkich
walkach sforsowała 21 września
przełęcze w Apeninach
Północnych, lecz w dalszym
marszu zatrzymały ją odwody
niemieckie. 8. Armia Brytyjska,
działając nad Adriatykiem po
ciężkich walkach w rejonie
Rimini, osiągnęła w końcu
września rzekę Rubikon.

Pod wpływem jesiennych
deszczów teren rozmiękł i rzeki
wezbrały, co w znacznym stopniu
utrudniało działania w pasie
nadadriatyckim. Dlatego
dowództwo 8. Armii postanowiło
wprowadzić 2. Korpus Polski na
zachodnie skrzydło swego odcinka
frontu, zamierzając groźbą
oskrzydlenia z gór osiągnąć
rozstrzygnięcie w pasie
nadmorskim. 2. Korpus wchodził w
teren górzysty i bezdrożny,
który opadał ku północy, by
przejść w dolinę Lombardii.
Szczyty górskie o stromych
zboczach, poodgradzane jarami, w
których płyną wezbrane
strumienie. Nie ma większych
osiedli ludzkich. Sieć dróg
bardzo skąpa. Typowym szlakiem
jest wąska ścieżka dla mułów,
która biegnie ostrym grzbietem
lub wije się zakosami po
stromych zboczach góry.

Wschodnim sąsiadem Korpusu
była 10. Dywizja Hinduska,
należąca do 5. Korpusu
Brytyjskiego. Na zachód zaczynał
się odcinek 5. Armii
Amerykańskiej. Naprzeciw Korpusu
operowały oddziały 365 i 305
Niemieckiej Dywizji Grenadierów.
Kierunek działań Korpusu szedł
po osi Santa
Sofia_galeata_forli. Celem ich
było najpierw oczyszczenie drogi
od San Piero in Bagno do Rocca
San Casciano, co miało ułatwić
łączność między 8. Armią, a
następnie opanowanie wzgórz na
południe od Forli i zagrożenie
odcięciem odwrotu
nieprzyjacielowi, który walczył
z 5. korpusem w rejonie Cesena.

W pasie działania jest jedyna
droga Bibbiena_galeata, która
się tu rozgałęzia na
Civitella_meldola i
Strada_predappio_fiumana.
Ponieważ droga na Fiumanę leży
ukośnie do kierunku działania,
nie można jej było wyzyskać i
natarcie musiało iść przez
bezdrożny masyw górski.
Koncentracja Korpusu, osłaniana
przez zgrupowania 1. Brytyjskiej
Dywizji Pancernej, rozpoczęła
się 11 października. Do akcji
miała wejść naprzód 5. Kresowa
Dywizja Piechoty, a potem, w
miarę rozszerzania się frontu,
3. Dywizja Strzelców Karpackich.

5. Dywizję wzmocnił 4. Pułk
Pancerny i wsparł ogień sześciu
pułków artylerii, w tym trzech
brytyjskich pułków artylerii
ciężkiej. Zadaniem dywizji było
opanowanie Monte Crosso, na
południe od drogi
Strada_predappio i Monte Piero,
na północ od tej drogi.

Natarcie ruszyło 17
października 1944 wieczorem.
Niemcy, którzy nic nie wiedzieli
o przybyciu oddziałów polskich,
zostali zupełnie zaskoczeni. 22
października opanowano Monte
Crosso i wywalczono przyczółek
na rzece Rabbi koło Strada. Do
26 października 5. dywizja
wysunęła się poza nakazane cele,
zdobywając wzgórze Mirabello i
Colombo. W ciągu dziesięciu dni
dywizja, walcząca w trudnym
terenie górskim, posunęła się
naprzód o 207km. Całe
zaopatrzenie dowożono jedyną
drogą w bardzo kiepskim stanie,
przeładowywano na łaziki a
następnie na muły, na których
rozprowadzano je do oddziałów.
Niemcy zagrożeni działaniem
Korpusu zaniechali obrony na
rzece Savi i 24 października
wycofali się nad Ronco.

"Moje najlepsze gratulacje -
pisał dowódca 8. Armii, gen. Mac
Greery w depeszy z 26
października - dla dowódców i
oddziałów z powodu zdobycia
grzbietu Monte Mirabello_Monte
Colombo pomimo tak trudnych
warunków. Korpus wykazał
zdecydowanie i wytrwałość w
pokonywaniu wszelkich trudności
i posuwaniu się naprzód w bardzo
złych warunkach
atmosferycznych".

W dalszych działaniach 5.
dywizja zajęła 27 października
Predappio, miejsce urodzenia
Mussoliniego, i utrzymała je
mimo kilkakrotnych przeciwnatarć
nierpzyjaciela. Wymienione
zdobycze polskie wymanewrowały
węzeł Rocca San Casciano, zajęty
bez oporu przez 26. Brygadę
Pancerną i wytyczyły drogę do
natarcia na Faenzę.

Jako następne zadanie Korpus
otrzymał wykonanie głębokiego
obejścia rejonu Forli od
południo_zachodu, by przez
opanowanie wzgórz Caminate
ułatwić wyjście południowego
skrzydła 5. korpusu z rejonu
Meldola na dolny bieg rzeki
Rabbi oraz działaniem po osi
Rocca San Casciano_Monte
Trebbio_Santa Lucia przeciąć
drogę nr 9 między Forli a
Faenza. Główne zadanie w
kierunku na Santa Lucia miała
wykonać 3 dywizja, wspierana
całą artylerią Korpusu i 2.
Brygadą Pancerną, 5. dywizja
miała osłaniać wschodnie
skrzydło 3. dywizji oraz część
swych sił skierować na Dovadola.

Po opanowaniu 1 listopada
wzgórz Caminate, 3. dywizja
koncentruje się 5 w rejonie na
południe od Monte Chioda. 6
listopada rozpoczyna natarcie,
które początkowo postępuje
niespodziewanie szybko. Mimo
późniejszych trudności dywizja
zdobywa 8 Monte Trebbio i
Gattone. Jednocześnie 12. Pułk
Ułanów dochodzi do Dovadola,
gdzie spotyka wkraczające z
drugiej strony oddziały 5.
dywizji.

5. dywizja w natarciu na rzekę
Montone musiała zdobywać szereg
pośrednich przedmiotów. Oddziały
jej 8 listopada zajęły Dovadola,
a 12 przekroczyły ją pod Piave
Salutare i Castrocaro i doszły
do Bagnolo na jej zachodnim
brzegu.

Te działania zaczepne 2.
Korpusu wyjaśniły trudne w tym
czasie położenie 8. Armii.
Mianowicie 25 października
korpusy 5. brytyjski i 1.
kanadyjski daremnie atakowały
nowe pozycje niemieckie nad
rzeką Ronco. Wprawdzie 5. Korpus
Brytyjski 31 października
przeszedł rzekę pod Forli, ale
spotkał się z silnym
przeciwuderzeniem
nieprzyjaciela. Równocześnie
ulewne deszcze tak dalece
zniszczyły mozolnie
przystosowane do ruchu drogi, że
natarcie ugrzęzło. Postępy 2.
Korpusu zagroziły obronie
niemieckiej na wschodnim brzegu
Montone, ożywiając inicjatywę 8.
Armii. 7 listopada 5. korpus
wznawia swe działania, a w dwa
dni później zajmuje Forli.

Na początku jesiennej ofensywy
przed frontem 8. Armii
znajdowało się 9 dywizji
niemieckich. W końcu
października pozostało ich tylko
siedem. Pozostałe jednostki
przesunęli Niemcy na zachodni
odcinek dla ratowania Bolonii,
zagrożonej od strony Monte
Grande przez 5. Armię
Amerykańską. Ze zmniejszeniem
ilości dywizji zmienia się
taktyka niemiecka. Nie ma już
upartej obrony, lecz opóźnienia
połączone z przeciwuderzeniami.
Stąd gwałtowne uderzenie
niemieckie na Predappio, zdobyte
przez 5. dywizję lub na pierwsze
przyczółki, które 5. korpus
wybił na rzece Ronco.





Bitwa o Faenzę





W ramach następnych działań z
ogólnym celem zajęcia Faenzy 5.
Korpus Brytyjski miał działać
nadal wzdłuż drogi nr 9, a 2.
Korpus Polski nacierać po osi
Castrocaro_converselle_Santa
Lucia. Nieprzyjaciel, który
obsadził wzgórza
Bagnolo_castellacio, panował
nie tylko nad kierunkiem
natarcia 2. korpusu, ale także
nad drogą nr 9. Dlatego
konieczne było przede wszystkim
zajęcie tych wzgórz.

W pierwszej fazie natarcia 5.
dywizja miała opanować grzbiet
Bagnola jako podstawę do
dalszych działań i utrzymać
łączność z sąsiednią 46. Dywizją
Brytyjską. W następnej fazie 3.
dywizja miała nacierać po osi
Monte Fortino_Santa Lucia, a 5.
dywizja - odejść do odwodu.
Prócz artylerii dywizyjnej
działania wspierały cztery pułki
artylerii ciężkiej.

5. dywizja rozpoczęła natarcie
13 listopada o świcie. Nazajutrz
zajmuje Cerreto, panujące
wzgórze grzbietu Bagnola, po
czym oczyszcza z nieprzyjaciela
cały grzbiet. W nocy z 16 na 17
listopada uderza wraz z
napływającymi oddziałami 3.
dywizji na następny przedmiot,
Fortino i zdobywa je po ciężkiej
sześciogodzinnej walce, ale
silne, wsparte czołgami
przeciwuderzenie niemieckie
odrzuciło nasze oddziały.

Dalsze działania od 18
listopada przejmuje 3. dywizja,
która tymczasem zdobyła rejon
Monte Casole i San Savino i
weszła na podstawy przygotowane
dla niej przez 5. dywizję.
Dywizja ma nacierać na Fortino i
Ricci, by wesprzeć działanie 5.
korpusu wzdłuż północnej strony
szosy nr 9.

Natarcie 3. dywizji rusza 21
listopada. Szturmując każdy dom
czy piwnicę rozwalonego domu,
odpierając przeciwnatarcia,
zdobywa Monte Fortino, a prąc na
północ opanowuje szereg
kolejnych grzbietów. 23
listopada zajmuje Biagio i dalej
leżące wzgórze Ricci. Od 23 tego
miesiąca dywizja szuka
nieprzyjaciela na północy i
zachodzie i odnajduje go dopiero
w rejonie Brisighelli.

Działania 5. Korpusu
Brytyjskiego natrafiły
początkowo na silny opór.
Dopiero po zajęciu przez 3.
dywizję Fortino i grzbietów
górskich na północ od niego,
Brytyjczycy odrzucili
nieprzyjaciela za rzekę Lamona.

W końcu listopada front 8.
Armii posunął się znacznie
naprzód. Na wschodnim skrzydle
1. Korpus Kanadyjski doszedł do
Rawenny i na zachód od niej
przekroczył rzekę Lamona. 5.
Korpus Brytyjski osiągnął rzekę
Lamona i znalazł się na
przedmieściu Faenzy. Na zachód
od 2. Korpusu, 13. korpus
opanował południowe stoki Monte
Della Siepe i dalej na zachód
przez Casola Valsenio_Monte
Spadone do Monte Grande, gdzie
zaczynał się front 5. Armii
Amerykańskiej.

Widać było, że ani zagrożenie
od południa, ani podejście 5.
Korpusu Brytyjskiego pod
przedmieście Faenzy nie
wystarczy do opanowania tego
miasta. Opór niemiecki był tak
silny, że trzeba było głębszego
obejścia od zachodu, by 5.
korpus mógł się dalej posuwać
naprzód.

Nad terenem przyszłej walki
panowały dwa wzniesienia: na
odcinku 2. Korpusu Polskiego San
Rinaldo, na odcinku sąsiedniej
46. Dywizji Brytyjskiej -
Pideura. O te wzgórza trzeba
było przede wszystkim stoczyć
walkę. Działania miała rozpocząć
3. dywizja na kierunku
MOntecchio_San Rinaldo_San
Giorgio_Casette (na północ od
Monte Casazza). Od
południo_zachodu dywizję miała
osłaniać grupa Maiella
demonstrując natarcie na Monte
Ronatana. Ruch 3. dywizji w
dużym stopniu zależał od
postępów prawego sąsiada, 46.
Dywizji Brytyjskiej. Miała ona
zdobyć wzgórze Pideurę, z
którego ogień nieprzyjacielski
blokował natarcie 3. dywizji.
Dalsze działanie 5. korpusu było
przewidziane na Castel
Bolognese, a 2. Korpusu
Polskiego - na Imolę.

Natarcie ruszyło 3 grudnia
wieczorem. Do rana dnia
następnego zajęto wzgórze
Montecchio, a po przeczekaniu
dnia - w nocy z 4 na 5 grudnia -
grzbiet Rinaldo. Dalszy ruch
musiałem wstrzymać ze względu na
ciężkie położenie na innych
odcinkach.

Od sąsiadów nadchodziły
niepokojące wiadomości.
Nieprzyjaciel uderzył na 1.
Korpus Kanadyjski, który 4
grudnia zajął Rawennę i usiłował
forsować rzekę Lamona koło
Russi. Na odcinku 5. korpusu
pojawiły się czołgi
nieprzyjacielskie, rzekomo typu
Tiger. W rejonie Pideury trwały
uparte przeciwnatarcia nowo
wprowadzonej niemieckiej 90.
Dywizji Grenadierów Pancernych.

Położenie się wyjaśniło, gdy
25. Brygada Hinduska zdobyła 6
grudnia Pideurę i utrzymała swe
stanowiska, odrzucając wszystkie
przeciwnatarcia nieprzyjaciela.
11 grudnia 10. Dywizja Hinduska
zastąpiła 46. Dywizję Brytyjską.

Drugą fazę natarcia rozpoczyna
3. dywizja 15 grudnia. Przy
silnym wsparciu artylerii
oddziały 3. dywizji zajmują San
Giorgio i zdobywają szturmem
Biano. Do 16 rejon Reina był
całkowicie opanowany. O główny
przedmiot natarcia, grzbiet
Collina_casette, 3. dywizja
stacza jedną z najcięższych i
najkrwawszych swoich bitew w
Apeninach. Mimo twardego oporu i
przeciwnatarć nieprzyjaciela
cały grzbiet opanowano do
wieczora 16 grudnia. Oddziały z
rejonu Reina zajęły 17 Limisano
i Villa San Giorgio.

Grupa Maiella, która miała
osłaniać 3. dywizję od
południo_zachodu, zdobyła Monte
Maura i spędziła nieprzyjaciela
na północo_zachód.

10. Dywizja Hinduska opanowała
na północ od Pideury grzbiety
Pergola i Varnelli. Dywizja
nowozelandzka przecięła szosę nr
9 na zachód od Faenzy i
wkroczyła 16 grudnia do tego
miasta.

W końcu grudnia 8. Armia
osiągnęła rzekę Senio.

Walki 2. Korpusu Polskiego w
Apeninach Emiliańskich to
codzienny, mozolny wysiłek
żołnierza, który wspinając się
na góry lub grzęznąc w błocie
walczył nacierając i odrzucając
nieprzyjaciela. Bez efektownych
osiągnięć żołnierz spełnił
rzetelnie swój obowiązek.

Straty Korpusu w tych walkach
wynosiły: zabitych 42 oficerów i
627 szeregowych, rannych 184
oficerów i 2630 szeregowych,
zaginionych 1 oficer i 32
szeregowych.

Dowódca 8. Armii, gen. Mac
Creery depeszował 17 grudnia:

"Moje najlepsze gratulacje dla
Pana Generała i 3. Dywizji
Karpackiej z powodu pomyślnych
działań w trudnym terenie, które
zepchnęły nieprzyjaciela z
ciężkimi stratami poza Senio.
Pokonywanie wzniesień podczas
tego natarcia, przy dużym braku
dróg w terenie, było nie lada
czynem. Saperzy i piechota
zasługują na najwyższe uznanie.
Naprawdę dobra robota".

Tak, w polu robota była dobra,
ale tymczasem mniej dobre dla
Polski roboty rozgrywały się w
dyplomacji sprzymierzonych.





Mikołajczyk znowu w Moskwie





W październiku i listopadzie
1944 nadchodziły do nas
wiadomości świadczące, że nacisk
na Polskę w związku z
porozumieniem
amerykańsko_brytyjsko_rosyjskim
w Teheranie trwa w dalszym ciągu
i że zarysował się bardzo ostro.

Polacy walcząc zbrojnie
przeciwko Niemcom byli
jednocześnie w zatargu z Rosją
Sowiecką i mieli żal lub więcej
niż żal do Wielkiej Brytanii i
Stanów Zjednoczonych o brak
poparcia z ich strony sprawy
polskiej wobec Rosji. Wskutek
tego przypisywano nam szczególną
kłótliwość i awanturniczość. Ale
czy słusznie?

Polska była pierwszym krajem
napadniętym w tej wojnie przez
Niemcy. W odróżnieniu od innych
krajów okupowanych przez Niemcy
Polska nie poszła na żadną formę
współpracy z najeźdźcą,
natomiast stworzyła
najsilniejszą armię podziemną
tej wojny. Polskie Siły Zbrojne
poza granicami Kraju walczyły
przeciwko Niemcom u boku
sprzymierzonych na wszystkich
frontach. W wyniku tej wojny
Polska miała stracić połowę
swego obszaru, a reszcie kraju
obce mocarstwo miało narzucić
rząd.

Uważaliśmy taki wynik wojny za
katastrofalny i dlatego
dokładaliśmy wszelkich starań,
by kraj nasz uniknął takiego
losu.

Od 9 do 18 października
premier Churchill i minister
Eden byli w Moskwie. 10
doniesiono, że przedstawiciele
rządu polskiego w Londynie
zostali zaproszeni do Moskwy na
naradę. Tegoż dnia wylecieli z
Londynu i 12 października
przybyli do Moskwy premier
Mikołajczyk, minister Romer i
prezes Rady Narodowej Grabski,
ci sami, którzy byli w Moskwie w
końcu lipca i na początku
sierpnia 1944 i wrócili z
niczym.

13 października po południu
odbyła się dwugodzinna narada, w
której uczestniczyli: Stalin,
Mołotow i ambasador sowiecki w
Londynie Gusiew, Churchill, Eden
i ambasador brytyjski w Moskwie
Clark Kerr, Mikołajczyk, Romer i
Grabski oraz jako obserwator
ambasador Stanów Zjednoczonych w
Moskwie, Harriman.

Premier Mikołajczyk
przypomniał i streścił
memorandum rządu polskiego z 29
sierpnia 1944. Jak pamiętamy
opierało się ono na dwóch
myślach przewodnich:

1) rząd polski nie przyjmuje
linii Curzona jako granicy, a
godzi się na wyznaczenie
tymczasowej linii na wschód od
Lwowa i Wilna, dzielącej w
czasie trwania wojny
administrację polską od
sowieckiej;

2) zaraz po uwolnieniu
Warszawy rząd polski z Londynu
przybędzie do Polski i tu będzie
stworzony rząd z przedstawicieli
pięciu stronnictw, tj. z
dotychczasowych czterech i
komunistów.

Ale Stalin od razu w pierwszym
przemówieniu oświadczył:

- Memorandum polskie ma dwie
ważne wady, które mogą udaremnić
porozumienie. Pierwszą jest
ignorowanie Komitetu Wyzwolenia
Narodowego. Jak można taki fakt
ignorować i zamykać oczy na
rzeczywistość? Drugą wadą
memorandum jest, że nie przynosi
ono odpowiedzi w sprawie
ustalenia granic wschodnich
Polski na podstawie linii
Curzona. Jeżeli Panowie chcą
mieć stosunki z rządem
sowieckim, nie możecie tego
osiągnąć inaczej, niż przez
uznanie linii Curzona jako
zasady.

Od samego początku Stalin nie
ustąłpił ani o źdźbło od obu
żądań sowieckich;

1) uznania linii Curzona jako
granicy;

2) tworzenia rządu w Polsce w
oparciu o komitet lubelski.

Churchill próbował pod koniec
obrad tego dnia tak określić
sprawę granicy:

- Przyjęcie granicy Curzona
jako de facto granicy wschodniej
Polski z prawem ostatecznego
przedyskutowania tej sprawy na
konferencji pokojowej.

Stalin wstał i oświadczył:

- Aby sprawa była całkiem
jasna i aby nie było między nami
żadnych niedomówień, chcę
stwierdzić wyraźnie, że rząd
sowiecki nie może przyjąć
formuły premiera Churchilla w
sprawie linii Curzona - (tu
Churchill gestem wyraża
rozczarowanie i bezsilność) - i
muszę z naszej strony zgłosić
poprawkę: należy przyjąć linię
Curzona jako podstawę przyszłej
granicy sowiecko_polskiej.

Tak więc Rosja żądała
zrzeczenia się przez Polskę
połowy obszaru stanowczo i bez
głosu konferencji pokojowej w
tej sprawie.

Pod koniec narady Mołotow
poruszył sprawę porozumienia w
Teheranie.

Mołotow: Chciałbym dorzucić
kilka słów o tym, co było
przedmiotem rozpraw w Teheranie
na temat Polski. Obecni są tu w
tej chwili wszyscy uczestnicy
tych rozpraw z wyjątkiem
Prezydenta Roosevelta. Chciałbym
przypomnieć, co on właśnie
oświadczył, a jeżeli popełnię
jakąś nieścisłość, sądzę, że
inni świadkowie mnie poprawią.
Dobrze pamiętam, że Prezydent
Roosevelt powiedział, iż zgadza
się całkowicie z linią Curzona i
uważa ją za słuszną granicę
Polski i Związku Sowieckiego,
ale sądzi, że na razie nie
należałoby tej jego opinii
rozgłaszać. Na tej więc
podstawie możemy stwierdzić, że
linia Curzona odpowiada nie
tylko stanowisku rządu
sowieckiego, ale że jest ona
zgodnym wyrazem poglądów
wszystkich trzech mocarstw na tę
sprawę. Zależało mi na
podkreśleniu tego, ponieważ p.
Mikołajczyk odwoływał się do
stanowiska trzech mocarstw.

Mikołajczyk: A czy mógłbym
dowiedzieć się, co postanowiono
w Teheranie w sprawie zachodnich
granic Polski?

Mołotow: Wypowiedziano tam
opinię, że linia Odry uznana
jest za słuszną. Nie pamiętam,
aby ktokolwiek miał jakieś
zastrzeżenia.

Churchill: Ja także wyraziłem
zgodę.

Eden: W Teheranie wyrażono to
w ten sposób, że nowa granica
Polski na zachodzie sięgać
będzie ku Odrze tak daleko, jak
Polacy będą sobie tego życzyli.
(wszyscy potakują).

Churchill: W Prusach
Wschodnich terytoria
przeznaczone dla Polski
rozpościerają się na zachód i
południe od Królewca. Czy w tych
warunkach nowy, zjednoczony rząd
polski mógłby przyjąć linię
Curzona jako granicę wschodnią
de facto, z zastrzeżeniem
ostatecznego przesądzenia tej
sprawy na konferencji pokojowej?
Zaznaczam, że nie miałem jeszcze
sposobności uzgodnienia tej
mojej sugestii z rządem
sowieckim.

Mikołajczyk: Nie jestem
upoważniony do takiego
oświadczenia.

Churchill: Gdańsk z pewnością
wart jest dla Polski nie mniej,
niż Lwów.

Stalin: Wśród nas, Rosjan,
mówi się o przyznaniu Polsce nie
tylko Gdańska, ale i Szczecina.

Churchill: Oczywiście.

W oświadczeniu Mołotowa
uderzająca była wzmianka o
stanowisku Prezydenta Roosevelta
w Teheranie w sprawie linii
Curzona, czyli stwierdzenie, że
Stany Zjednoczone, Wielka
Brytania i Rosja już powzięły
postanowienia w tej sprawie
zgodnie, a w związku z tym
szydercze pytanie: co znaczy
odwoływanie się Polski do
stanowiska tych mocarstw?

Więc minister Romer odwiedził
16 października ambasadora
Harrimana i wręczył mu
następujący list premiera
Mikołajczyka:

"Z dużym zaskoczeniem
dowiedziałem się z oświadczenia
p. Mołotowa w czasie rozmów 13
października, że podczas
konferencji w Teheranie
przedstawiciele trzech wielkich
mocarstw ostatecznie zgodzili
się na przyjęcie tzw. linii
Curzona jako granicy między
Polską a Związkiem Sowieckim.

W związku z tym chciałbym
przypomnieć, że podczas rozmów,
które miałem zaszczyt odbyć z
Prezydentem w Waszyngtonie w
czerwcu 1944, Prezydent
powiedział mi, że tylko
marszałek Stalin i premier
Churchill zgodzili się na linię
Curzona. W szczególności
Prezydent podkreślił, że
polityka rządu Stanów
Zjednoczonych była przeciwna
załatwianiu zagadnień
terytorialnych przed
zakończeniem wojny. Prezydent
oświadczył, że w czasie
konferencji w Teheranie wyraźnie
stwierdził, iż konflikt
polsko_sowiecki nie powinien być
załatwiony na podstawie tzw.
linii Curzona, i upewnił mnie,
iż we właściwym czasie pomoże
Polsce w odzyskaniu Lwowa,
Drohobycza i Tarnopola i
przyznania Prus Wschodnich wraz
z Królewcem i Śląska. Z drugiej
strony Prezydent wyraził pogląd,
że Marszałek Stalin nie da swej
zgody na powrót Wilna do Polski.

Będę bardzo wdzięczny Panu
Ambasadorowi za pomoc w
wyjaśnieniu tych nieporozumień w
sprawach tak istotnych dla
Polski".

Ambasador Harriman, który miał
za kilka dni udać się do
Waszyngtonu stwierdził, że
Mołotow przedstawił nieściśle
stanowisko Prezydenta i podjął
się wręczenia listu i
wyświetlenia sprawy.

A tymczasem wszelkie próby
porozumienia rozbijały się o
opór sowiecki. Premier Churchill
w ciągu 14 i 15 października w
sposób chwilami niezmiernie
burzliwy i nie cofający się
przed pogróżkami, żądał od
premiera Mikołajczyka i jego
towarzyszy ustępstw.
Jednocześnie zmieniano cztery
razy brytyjską formułę
porozumienia i 16 października
po południu Churchill poszedł na
rozmowę ze Stalinem.

Z jakim wynikiem?

Wieczorem tego dnia Churchill
zawiadomił, że Stalin zażądał
następujących zmian w formule
brytyjskiej:

1) W zdaniu: "W uznaniu
mającego nastąpić porozumienia,
rząd polski przyjmuje linię
Curzona jako linię demarkacyjną
między Polską a Zssr",
zamiast: "linię demarkacyjną" -
"podstawę granicy".

2) Zamiast zdania:
"Postanawia się, że rząd polski
jedności narodowej pod
przewodnictwem premiera
Mikołajczyka zostanie
natychmiast utworzony na
ziemiach oswobodzonych przez
armie sowieckie", zdanie:
"Postanawia się, że rząd polski
jedności narodowej, zgodnie z
porozumieniem osiągniętym
pomiędzy Rządem Polskim w
Londynie i Polskim Komitetem
Wyzwolenia Narodowego w
Lublinie, zostanie natychmiast
utworzony na ziemiach już
oswobodzonych przez armie
sowieckie".

Okazało się, że po Teheranie
Churchill nie mógł wydobyć od
Rosjan odstąpienia choćby na
krok od ich żądań, więc sam
uznał, że trzeba na razie
przerwać te narady oraz że
Mikołajczyk, Romer i Grabski
powrócą do Londynu bez wyniku.

Prezes Grabski w rozmowie w
cztery oczy z Mołotowem 15
października domagał się
rezygnacji Sowietów tylko ze
Lwowa i zagłębia naftowego.
Mołotow odmówił. Premier
Mikołajczyk żegnając 18 Stalina
również w rozmowie w cztery oczy
domagał się tylko tego samego.
Stalin odmówił.

W rozmowie premiera
Mikołajczyka z Bierutem, głową
komitetu osadzonego w Polsce
przez Rosję, 17 października,
istotne zdanie Bieruta brzmiało:

- Myśmy wzięli
odpowiedzialność za
demokratyzację Polski i dlatego
musimy mieć większość w rządzie.

Gdy mówiło się w Londynie o
rządzie z pięciu stronnictw, z
których jedno miało być
komunistyczne, prawdziwe
stanowisko Rosji wyrażało się w
tym oświadczeniu Bieruta:
komuniści muszą mieć większość.

19 października 1944 odlecieli
z Moskwy Churchill i Eden, a
nazajutrz Mikołajczyk, Romer i
Grabski.

Po powrocie do Londynu
Mikołajczyk zdał sprawę z obrad
w Moskwie na posiedzeniu Rady
Ministrów 24 października i na
tajnym posiedzeniu Rady
Narodowej 27, gdzie streścił w
zakończeniu swej mowy stan
rzeczy w ten sposób:

"Mamy przed sobą nagą
rzeczywistość. Bez uznania linii
Curzona i uszanowania - raczej
formalnego jak sądzę niż
merytorycznego - prestige'u
sowieckiego w sprawie Komitetu
Wyzwolenia Narodowego nie ma
możliwości ułożenia stosunków
polsko_sowieckich. Co gorsza, w
sprawie granicy wschodniej mamy
przeciw sobie wspólny front
anglo_sowiecki, przy biernym jak
dotąd stanowisku Stanów
Zjednoczonych. Do tego trzeba
nam się będzie ustosunkować. Nie
mam przy tym wrażenia, by
Sowietom bardzo zależało na
definitywnym związaniu się w
sprawie stosunków z Polską; są
oni raczej pod naciskiem
Londynu, który dąży do ułożenia
stosunków polsko_sowieckich,
jakkolwiek muszę stwierdzić, że
atmosfera w czasie pobytu i
zachowanie się prasy sowieckiej
w tym okresie były znacznie
lepsze, aniżeli za naszego
poprzedniego pobytu.

Nie jest oczywiście obojętną
rzeczą, że w sprawie granic
Polski na północy i zachodzie
istnieje realna możliwość - w
razie naszej zgody na linię
Curzona - uzyskania formalnego
zobowiązania i gwarancji ze
strony Wielkiej Brytanii i
Sowietów przyznania Polsce
następujących terytoriów: Prus
Wschodnich (z wyłączeniem
Królewca), Gdańska, Pomorza
Szczecińskiego po Odrę i dalej
na południe wzdłuż Odry oraz
całego Śląska (stanowisko Stanów
Zjednoczonych w tej sprawie
wymagałoby jeszcze wyjaśnienia);

1) że w razie osiągnięcia
porozumienia i wyłonienia nowego
rządu polskiego rząd ten objąłby
administrację państwa, a rząd
sowiecki podpisałby ze swej
strony zobowiązanie niewtrącania
się do wewnętrznych spraw
Polski;

2) że powstałyby warunki do
podpisania z rządem sowieckim
traktatu przyjaźni i wzajemnej
pomocy oraz umów dotyczących
opcji, zwrotu mienia, zwolnienia
aresztowanych, itd.;

3) że powstałaby możliwość
przedłużenia i rewizji
polsko_brytyjskiego układu o
wzajemnej pomocy z 25 sierpnia
1939 do czasu trwania traktatu
brytyjsko_sowieckiego z 26 maja
1942, zawartego na lat
dwadzieścia.

Wszystko to nie są rzeczy
drobne, zwłaszcza gdyby doszło
do nich przed uwolnieniem reszty
Polski i rozpoczęciem szerokich
represji spowodowanych
niepowodzeniami Komitetu,
grożących nowym rozlewem krwi i
konsekwencjami, których końca
dziś przewidzieć nie można.

Przedstawiłem państwu
faktyczny stan rzeczy.

Oświadczam, że żadnego
zobowiązania na siebie nie
wziąłem, zdając sobie sprawę
zarówno z odpowiedzialności, jak
z konieczności wspólnych decyzji
wszystkich, od których to
decyzji zależy przecież
przyszłość naszego państwa i
jego niepodległość.

Rozważą państwo sytuację w
swych sumieniach, z całym
poczuciem odpowiedzialności - i
swą radą i opinią wskażą drogę,
jaką należy wybrać w tej
decydującej i historycznej dla
Polski chwili".

Rada Ministrów rozpoczęła
obrady nad wynikami rozmów w
Moskwie 30 października. Wobec
ujawnionych wątpliwości zwrócono
się do rządu brytyjskiego z
szeregiem pytań. Były one
przedmiotem narad gabinetu
brytyjskiego 31, a z odpowiedzi,
otrzymanej 2 listopada już po
dalszym posiedzeniu Rady
Ministrów tegoż dnia, wynikało,
że:

1) zgoda Polski na granicę
wschodnią według tzw. linii
Curzona ma być ostateczna od
razu, a w sprawie granicy
zachodniej poparcie brytyjskie
będzie udzielone dopiero po
załatwieniu na konferencji
pokojowej oraz że

2) rząd brytyjski skłonny
jest dać gwarancję
niepodległości państwu polskiemu
tylko łącznie z rządem
sowieckim. Tegoż wieczora 2
listopada Churchill w rozmowie z
Mikołajczykiem, Romerem i
Raczyńskim żądał w bardzo ostrym
wystąpieniu niezwłocznej
odpowiedzi polskiej. Nazajutrz 3
listopada 1944 Rada Ministrów
przyjmując wniosek przedstawiony
przez premiera w porozumieniu z
ministrem Romerem, powzięła
jednomyślnie następującą
uchwałę:

"Pierwszym warunkiem wstępnym
postawionym rządowi polskiemu na
konferencji w Moskwie, od
którego uzależnia się
porozumienie polsko_sowieckie,
jest żądanie natychmiastowego
uznania tzw. linii Curzona jako
podstawy granicy
polsko_sowieckiej.

Zważywszy, że poza względami
natury zasadniczej i
formalnoprawnej rząd polski
miałby bez prawa doczekania
końca wojny i konferencji
pokojowej przyjąć niezwłocznie i
ostatecznie nową granicę na
wschodzie;

- że natomiast ostateczne
ustalenie i zatwierdzenie nowych
granic Polski na zachodzie i
północy miałoby nastąpić dopiero
w układzie pokojowym;

- że niepodległość,
suwerenność i całość
terytorialna Polski w nowych
granicach nie może być w obecnym
stanie rzeczy w pełni i trwale
zagwarantowana przez główne
mocarstwa zjednoczone;

- że rząd Stanów Zjednoczonych
nie miał dotychczas możności
zająć stanowiska w tych
sprawach;

- rząd polski, aczkolwiek
całkowicie docenia naglącą
potrzebę porozumienia
polsko_sowieckiego, gorąco go
pragnie i nie rezygnuje z dążeń
i wysiłków do jego osiągnięcia,
nie widzi możności wyrażenia
swej zgody na warunki postawione
na konferencji w Moskwie i
zwraca się o ponowne
rozpatrzenie w najbliższej
przyszłości całości tych spraw w
gronie trzech głównych mocarstw
zjednoczonych, z udziałem rządu
polskiego".

O uchwale tej zawiadomiono
tegoż wieczora 3 listopada
Foreign Office, a po rozmowie 6
listopada Mikołajczyka, Romera i
Raczyńskiego z Edenem, który
dopiero wrócił z Bliskiego
Wschodu, postanowiono na razie
czekać na wypowiedzenie się
Prezydenta Roosevelta, zajętego
wówczas wyborami.

Premier Mikołajczyk już 26
października zwrócił się do
Prezydenta Roosevelta,
przedstawiając trudności w
naradach w Moskwie i oczekując
zwrócenia się Prezydenta do
Stalina, zwłaszcza w sprawie
Lwowa i zagłębia naftowego.

22 listopada ambasador
Harriman w drodze powrotnej z
Waszyngtonu do Moskwy wręczył
Mikołajczykowi następujący list
Prezydenta Roosevelta:

"Miałem stale na myśli
zagadnienia, przed którymi Pan
stoi w swych staraniach
zmierzających do słusznego i
trwałego rozwiązania trudności
polsko_sowieckich, a w
szczególności zapytania, które
Pan sformułował w swym piśmie z
26 października. Zaleciłem
ambasadorowi Harrimanowi, który
wręczy Panu list niniejszy, by
omówił z Panem sprawę Lwowa.

Aczkolwiek byłbym wolał
odłożyć aż do ogólnego
rozwiązania powojennego w
Europie całe zagadnienie
ustosunkowania się rządu
amerykańskiego do tych spraw,
niemniej doceniam w zupełności
pilne życzenie Pana otrzymania z
jak najmniejszą zwłoką pewnych
wskazówek co do stanowiska
Stanów Zjednoczonych. Toteż
podaję poniżej w
najogólniejszych zarysach
zasadnicze stanowisko tego
rządu, w nadziei, że będzie ono
stanowiło pewną pomoc dla Pana w
Jego trudnym zadaniu.

1) Rząd Stanów Zjednoczonych
opowiada się niedwuznacznie za
silnym, wolnym, niepodległym
państwem polskim i za
nieskrępowanym prawem narodu
polskiego do urządzenia zgodnie
ze swą wolą swego wewnętrznego
bytu.

2) Co do przyszłych granic
Polski - o ile dojdzie pomiędzy
rządami polskim, sowieckim i
brytyjskim do wzajemnego
porozumienia na ten temat
łącznie z proponowanymi
odszkodowaniami kosztem Niemiec
na rzecz Polski - rząd
amerykański nie zgłosi ze swej
strony zastrzeżeń. Co zaś do
gwarantowania przez rząd Stanów
Zjednoczonych jakichkolwiek
określonych granic, nie wątpię,
że Pan rozumie, iż rząd ten
zgodnie ze swą tradycyjną
polityką nie może udzielić
gwarancji dla żadnych
określonych granic. Jak Panu
wiadomo, rząd Stanów
Zjednoczonych dokłada starań do
stworzenia organizacji
bezpieczeństwa światowego,
poprzez którą Stany Zjednoczone
wraz z innymi uczestniczącymi
państwami wezmą na siebie
odpowiedzialność za
bezpieczeństwo ogólne, które
oczywiście obejmie
nienaruszalność uzgodnionych
granic.

3) Jeżeli rząd i naród polski
życzyć sobie będą, w związku z
ustanowieniem nowych granic
państwa polskiego, przesiedlenia
mniejszości narodowych na
terytorium Polski oraz z jej
terytorium za granicę, rząd
Stanów Zjednoczonych nie zgłosi
zastrzeżeń w tej sprawie i
ułatwi w granicach możliwości
takie przesiedlenie.

4) Rząd Stanów Zjednoczonych
gotów jest pod warunkiem
otrzymania pełnomocnictw
ustawodawczych dopomóc w tak
szerokiej mierze, jak tylko
będzie możliwe, do powojennej
odbudowy gospodarczej państwa
polskiego."

Co się tyczy zwrócenia się
Prezydenta Roosevelta do Stalina
w sprawie Lwowa i zagłębia
naftowego, ambasador Harrimann
oświadczył, że nie ma złudzeń,
by takie zwrócenie się mogło być
skuteczne, dodając, że w
Waszyngtonie wyrażono
wątpliwości, czy warto wystawiać
powagę Prezydenta na szwank,
narażając się na odmowę. 23
listopada w drugiej rozmowie
premier Mikołajczyk zawiadomił
ambasadora Harrimana, że po
porozumieniu się z członkami
rządu nie może prosić o
zwrócenie się Prezydenta
Roosevelta do Stalina w sprawie
Lwowa i zagłębia, gdyż
członkowie rządu sądzą, że to
zwrócenie się - o którego
skuteczności sam ambasador
Harriman wątpi - byłoby jakby
zrzeczeniem się innych części
wschodniej Polski, a zwłaszcza
Wilna. Harriman powtórzył, że
zwrócenie się Prezydenta
Roosevelta nie miałoby widoków
powodzenia. Mikołajczyk
zawiadomił Harrimana, że wobec
tego, iż stronnictwa polskie, z
wyjątkiem Stronnictwa Ludowego,
do którego on należy,
wypowiedziały się przeciw
wszelkim ustępstwom
terytorialnym, nie widzi on
możliwości pozostania na czele
rządu.

Gdy minister Romer odwiedził
ambasadora Harrimana 24
listopada i zapytał, jakie
stanowisko Prezydent Roosevelt
zajął w Teheranie w sprawie tzw.
linii Curzona, wobec twierdzeń
Mołotowa na naradzie w Moskwie
13 października, ambasador
Harriman udzielił objaśnienia
tej treści:

Przed samym wyjazdem z Moskwy
premier Churchill w porozumieniu
z nim poruszył tę sprawę
osobiście ze Stalinem.
Oświadczył mu mianowicie, że
wbrew twierdzeniom Mołotowa nie
ma wrażenia, by Prezydent
Roosevelt związał się w sprawie
linii Curzona w ciągu rozmów
teherańskich, podczas których
przysłuchiwał się milcząco
dyskusji Churchilla ze Stalinem
na ten temat. Marszałek Stalin
pogląd ten podzielił. Tak więc
Prezydent Roosevelt czuje się
uprawnionym, aby uważać, że nie
wyraził zgody na granicę polską
wzdłuż linii Curzona i nie
zamierza wypowiedzieć się w
sposób wiążący na ten temat
przed końcem wojny, chyba żeby
doszło do porozumienia w tej
sprawie midzy stronami
zainteresowanymi. W ten sposób
incydent wywołany przez Mołotowa
jest zamknięty i nie trzeba
chyba już powracać do niego.
Harriman osobiście rzecz całą
składa na karb swoistej
umysłowości sowieckich mężów
stanu, którzy - jak sam się mógł
o tym niejednokrotnie przekonać
- skłonni są, gdy im to dogadza,
poczytywać milczenie rozmówcy za
jego zgodę, podczas gdy w
Ameryce nie ma to bynajmniej
podobnego znaczenia, a raczej
przeciwnie, uchodzi za uprzejmy
wyraz rezerwy.

24 listopada Mikołajczyk nie
zwołując Rady Ministrów zgłosił
na ręce Prezydenta
Rzeczypospolitej dymisję.

Wobec tego, że uchwała Rady
Ministrów z 3 listopada była
powzięta jednomyślnie na wniosek
premiera Mikołajczyka, a to, z
czym przybył ambasador Harriman,
nie wniosło niczego nowego,
zwrot Mikołajczyka był
zadziwiający i niepokojący.
Wywoływał on rozłam w
jednomyślnym dotychczas
stanowisku rządu. Była to
zapowiedź polityki na własną
rękę Mikołajczyka wraz ze
Stronnictwem Ludowym.

Rządy brytyjski i Stanów
Zjednoczonych nie uzyskały dla
swego porozumienia z Rosją w
Teheranie zgody rządu polskiego,
lecz zdołały uzyskać zgodę
Mikołajczyka i wywołanie przezeń
rozłamu w dotychczasowej
polskiej jedności narodowej.

29 listopada powstał rząd pod
przewodnictwem Tomasza
Arciszewskiego. W rządzie tym
zasiedli przedstawiciele PPS,
Stronnictwa Narodowego i
Stronnictwa Pracy. Stronnictwo
Ludowe z Mikołajczykiem na czele
odmówiło udziału w rządzie,
ogłaszając, że udzieli nowemu
rządowi poparcia w obronie
interesów Polski.

Rząd brytyjski zajął
stanowisko niechętne wobec
nowego rządu polskiego, a
premier Churchill oświadczył w
Izbie Gmin 15 grudnia 1944:

"Rząd polski został prawie
całkowicie przekształcony w
sposób, któremu w niektórych
względach nie mogę przyklasnąć.
Mikołajczyk i jego przyjaciele
pozostają w oczach rządu Jego
Królewskiej Mości jedynym
światłem, które płonie dla
Polski w najbliższej
przyszłości".

Stworzono poza sprawnym rządem
polskim boczny tor polityki
Mikołajczyka, popieranej wówczas
przez rząd brytyjski ze zgodą na
to rządu Stanów Zjednoczonych.
Miało to ułatwić tym mocarstwom
zejście z gruntu prawa wobec
Polski i jej prawowitych władz
państwowych, celem wykonania
porozumienia z Rosją zawartego w
Teheranie kosztem Polski. Do
tego był im wówczas potrzebny
zwrot Mikołajczyka.





Powiększenie 2. Korpusu





Po moim powrocie z Londynu,
zgodnie z rozmowami, które tam
przeprowadziłem z Prezydentem
Rzeczypospolitej i z marszałkiem
Alanem Brooke'em, na czoło
wysunęło się powiększenie
Polskich Sił Zbrojnych,
umożliwione licznym napływem
ochotników zdolnych do służby
wojskowej. Byli to Polacy
przymusowo wcieleni do wojska
niemieckiego, którzy znaleźli
się w obozach jeńców wojennych w
miarę posuwania się wojsk
sprzymierzonych we Francji,
Belgii i Holandii, którzy
obecnie zgłaszali się do wojska
polskiego. Liczba ich z końcem
września przekraczała 40.000, z
czego 12.000 odesłano do
uzupełnienia dywizji korpusu
polskiego w Wielkiej Brytanii.
Na oswobodzonych ziemiach
Francji rozpoczęła się
rekrutacja Polaków zamieszkałych
tam przed wojną. Wielu z nich
służyło w wojsku polskim we
Francji w czasie kampanii 1940,
wielu brało czynny udział we
francuskim podziemnym ruchu
oporu. W Szwajcarii znajdowała
się 2. Dywizja Strzelców w sile
9000 żołnierzy, z czego co
najmniej połowa
pełnowartościowych. Dywizja ta,
sformowana we Francji
przekroczyła granicę szwajcarską
po kampanii francuskiej r. 1940.
Teraz, w miarę postępów wojsk
sprzymierzonych na zachodzie
Europy, wielu żołnierzy tej
dywizji przeszło do Francji
południowej z zamiarem jak
najszybszego dołączenia do
wojska polskiego.

Powiększenie 2. Korpusu
Polskiego w początkowej fazie
miało polegać na rozszerzeniu
każdej dywizji do trzech brygad,
przekształceniu brygady
pancernej w dywizję, organizacji
nowej brygady wsparcia czołgów,
wreszcie powiększeniu artylerii.

Gen. Beaumont_Nesbitt, szef
oficerów łącznikowych przy
dowództwie wojsk sprzymierzonych
we Włoszech, w piśmie z 8
listopada donosi, że zgodnie z
decyzją, która zapadła podczas
bytności premiera brytyjskiego
we Włoszech, naczelnego dowódcę
wojsk sprzymierzonych we
Włoszech upoważniono do
przetransportowania z
południowej Francji do Włoch
20.000 Polaków w celu
zamierzonego powiększenia 2.
Korpusu Polskiego. Do wykonania
tych zadań utworzono, w
porozumieniu ze sztabem gen.
Eisenhowera, brytyjską bazę do
polskich spraw ewakuacyjnych w
Marsylii, a 3 listopada
wyjechała do Francji w tej samej
sprawie amerykańska misja
oficerów łącznikowych z ppłk.
Szymańskim na czele.

W końcu listopada otrzymałem
wiadomość od gen. Wilsona, że
opuszcza on stanowisko dowódcy
wojsk sprzymierzonych w basenie
śródziemnomorskim i że udaje się
w celu objęcia nowego stanowiska
do Stanów Zjednoczonych. W
liście z 30 listopada wyraziłem
gen. Wilsonowi wdzięczność za
niezwykle przyjazny stosunek do
oddziałów polskich. Odpowiedź
gen. Wilsona z 9 grudnia
zawierała m.in. taki zwrot:

"Odnosiłem się nieco
sceptycznie do niektórych
przewidywań Pana Generała, lecz
w dwóch miał Pan na pewno
słuszność. Pierwsze dotyczy
rozmowy z Winstonem Churchillem
w ambasadzie w Kairze (gen.
Wilson miał na myśli moją
niewiarę w dobrą wolę Rosji),
drugie, że uzupełnienia do
Korpusu napłyną w miarę jego
posuwania się naprzód".

Następcą gen. Wilsona na
stanowisku dowódcy wojsk basenu
śródziemnomorskiego został
marszałek Alexander, którego
dotychczasowe stanowisko dowódcy
15. grupy armii zajął gen. Mark
Clark, dotychczasowy dowódca 5.
Armii.

Nowy rok 1945 witaliśmy w
Castrocaro jak zawsze w
serdecznym koleżeńskim nastroju
w gronie naszych gości z armii
sprzymierzonych. Bilans r. 1944
wyrażał się dużym wysiłkiem
wojskowym polskim tak w Kraju,
jak na obczyźnie. Żołnierz
polski kroczył od zwycięstwa do
zwycięstwa, brał udział w
szeregu ważnych bitew na
Zachodzie we Francji, Belgii i
Holandii, posuwał się w
uderzeniach kampanii włoskiej na
czele sił sprzymierzonych.
Chmury polityczne, które zaczęły
się gromadzić nad sprawą Polski
od Teheranu przez cały rok 1944,
zagęszczały się coraz bardziej i
przyszłość Polski rysowała się w
czarnych barwach.

Muszę tutaj wyraźnie
podkreślić, że inne było
położenie żołnierza polskiego
niż żołnierza brytyjskiego,
amerykańskiego lub francuskiego.
Było ono gorsze nawet od
położenia żołnierza włoskiego,
walczącego od niedawna u boku
sojuszników, który w walkach
wkraczał do swego kraju.
Żołnierz brytyjski i amerykański
wypełniali swoje obowiązki
wojskowe. Dowódcy ich mieli
zadanie ściśle operacyjne. Ja
byłem w trudniejszym położeniu.
Żołnierz polski przeżywał
ciężkie chwile nie tylko w
czasie działań na froncie, ale i
w trosce o przyszłość swego
kraju. Bił się dobrze, miał
zaufanie do swych dowódców,
przelewał krew wiedząc, że
dowódcy ważyli wykonanie każdego
zadania pod kątem najmniejszych
strat. Był to żołnierz, który
wiele przeszedł i wiele przeżył
od początku wojny. Swoim prostym
instynktem wyczuwał i właściwie
oceniał niebezpieczeństwo dla
Polski, tak od strony Niemiec,
jak Rosji Sowieckiej.

Miałem wiele przykrych rozmów,
zawsze na tle politycznym, z
dowódcami wojsk sprzymierzonych,
którzy sami będąc w innym
położeniu często nie mogli
zrozumieć moich trudności. Stąd
rodziły się zarzuty mieszania
się przeze mnie do spraw
politycznych, a przecież uniknąć
polityki nie mogłem. Chcąc mieć
zaufanie żołnierza musiałem mu
przedstawić, zgodnie z prawdą, o
co się bije. Nie byliśmy
wojskiem najemnym, które służy
temu, kto mu płaci. Biliśmy się
wszędzie o Polskę. Gdyby wojsko
straciło ten cel z oka, nie
byłoby zwycięstw i tego zapału,
z którym żołnierz rozpoczynał i
kończył każdą akcję. Byliśmy
korpusem pełnowartościowym, na
którym można było polegać, że
każde zadanie wypełni. Za ten
duch wojska byłem zawsze
odpowiedzialny, a mogłem go
utrzymać tylko w ostrej
czujności i znajomości rozwoju
wydarzeń politycznych. Z tego
wypływały moje częste narady w
Londynie z Prezydentem
Rzeczypospolitej, z Naczelnym
Wodzem i z Rządem. Stąd rodziły
się spotkania i rozmowy z
brytyjskimi mężami stanu, które
nie były potrzebne dowódcom
wojsk sprzymierzonych, a jeżeli
się zdarzyły, to w innym
charakterze i znaczeniu.

W Predappio 6 stycznia 1945
dekorowałem gen. Mark Clarka i
jego szefa sztabu gen.
Gruenthera orderem Virtuti
Militari. Obaj generałowie
amerykańscy byli naszymi
wypróbowanymi przyjaciółmi. Były
to pierwsze w tej wojnie Krzyże
Virtuti Militari nadane dowódcom
amerykańskim.

18 stycznia Ojciec Święty
przyjął mnie na audiencji
prywatnej, a później z delegacją
wojska polskiego wręczyłem mu
ryngraf pamiątkowy, wykonany
przez żołnierzy 2. Korpusu.





O połączenie wojsk polskich





Korzystając po raz drugi z
przerwy w działaniach na froncie
postanowiłem uzgodnić z władzami
brytyjskimi i polskimi w
Londynie dwa zasadnicze
zamierzenia:

1) połączenie wszystkich
walczących wojsk polskich na
jednym terenie operacyjnym, na
co najlepiej nadawał się front
zachodnioeuropejski - i
późniejsze użycie ich w okupacji
Niemiec;

2) stworzenie jednolitego
dowództwa przynajmniej polskich
sił lądowych.

Dziwnym zbiegiem okoliczności
w czasie największych działań
wojska polskiego na kontynencie
Europy nie było polskiego
Naczelnego Wodza, skoro gen.
Bór_komorowski znajdował się w
niewoli. Konstytucyjnym
zwierzchnikiem Polskich Sił
Zbrojnych był de iure Prezydent
Rzeczypospolitej. W
rzeczywistości uprawnienia
Prezydenta były podzielone
między gen. Kopańskiego, szefa
sztabu Naczelnego Wodza i gen.
Kukiela, ministra obrony
narodowej.

Było to zgodne całkowicie z
projektem b. premiera
Mikołajczyka, przy wyraźnych
sugestiach brytyjskich w tym
kierunku z okresu zadrażnień
między premierem a ówczesnym
Naczelnym Wodzem gen.
Sosnkowskim, ale szkodliwe dla
wojska, zwłaszcza w czasie
wytężonych działań wojennych, a
niemożliwe do przyjęcia w
okresie, gdy Polskie Siły
Zbrojne miały się rozrastać.
Jednolite dowództwo w osobie
Naczelnego Wodza było
koniecznością chwili.

20 stycznia 1945 rozmawiam
przed odlotem do Londynu z
marszałkiem Alexandrem w
Casercie. Spotykam się z
całkowitym zrozumieniem istoty
zagadnienia i zapewniam sobie
jego pomoc, zwłaszcza w sprawie
połączenia wojsk polskich na
jednym terenie operacyjnym.
Zgoda marszałka Alexandra była
szczególnie ważna, gdyż sprawa
łączyła się z możliwością
odejścia 2. Korpusu z Włoch spod
jego dowództwa.

Nazajutrz 21 stycznia
przeprowadzam w Londynie
pierwsze rozmowy z Prezydentem
Rzeczypospolitej i z szefem
sztabu gen. Kopańskim. Rozrost
Polskich Sił Zbrojnych i
połączenie ich pod jednolitym
dowództwem na jednym terenie
operacyjnym zostają
postanowione. Powstaje projekt
stworzenia stanowiska dowódcy
polskich sił lądowych - byłoby
to łatwiejsze do uzgodnienia z
Brytyjczykami - przy czym ja
miałbym je objąć.

Wraz z gen. Kopańskim
przedstawiam 24 stycznia 1945
całość zagadnienia szefowi
sztabu imperialnego marszałkowi
Alanowi Brooke'owi, który
obiecuje rzecz rozważyć,
zastrzeżeń nie wysuwa na razie
żadnych, prosi o projekt na
piśmie.

Memorandum dla marszałka Alana
Brooke'a z 27 stycznia głosiło
m.in.:

"Naczelne Dowództwo Polskie

1) przedstawia propozycję
połączenia wszystkich polskich
sił lądowych na obszarze frontu
zachodniego pod polskim
dowództwem i użycia tych sił na
kierunku prowadzącym przez
Niemcy północne i środkowe;

2) zdaje sobie sprawę, że
najwygodniej byłoby przesunąć 2.
Korpus z Włoch wtedy, gdy droga
lądowa z tego frontu do
południowej Francji będzie
dostępna;

3) nie widzi dużych trudności
w zorganizowaniu małej armii i
oddaniu jej do rozporządzenia
dowódcy frontu zachodniego w
następującym składzie: dowództwo
armii z niezbędnymi jednostkami
armijnymi i służbami, dwa
korpusy, jedno zgrupowanie
brygad spadochronowych".

W drodze powrotnej z Londynu
zatrzymuję się w Paryżu, gdzie w
Wersalu 6 lutego przeprowadzam
rozmowę z gen. Morganem, który w
czasie nieobecności gen.
Eisenhowera i marszałka Teddera
reprezentuje dowódcę i szefa
sztabu Shaef_u. Wypowiadam
się za przesunięciem 2. Korpusu
Polskiego z Włoch do Francji
południowej drogą lądową, ze
względu na trudności transportu
morskiego. Podkreślam
konieczność zgody marszałka
Alexandra i gen. Eisenhowera
jako dowódców terenów
operacyjnych, z którymi wiąże
się przesunięcie Korpusu. Proszę
gen. Morgana, by był rzecznikiem
tych zamierzeń wobec gen.
Eisenhowera. Gen. Morgan,
wyrażając przekonanie, że
konieczne jest zwiększenie sił
będących pod dowództwem gen.
Eisenhowera ze względu na
przewidywaną ofensywę wiosenną
przeciw Niemcom, zajmuje
stanowisko przychylne.

Następnego dnia odbyła się
powtórna konferencja w
SHAEF_ie w sprawie
uzupełnień z Francji dla 2.
Korpusu w myśl poprzednio
zapadłych decyzji.

Potem przemiłe spotkanie z
francuskim gen. Juin, niedawnym
naszym współtowarzyszem walk na
froncie włoskim, który dekoruje
mnie Komandorią Legii Honorowej
i Croix de Guerre, a ja mam
zaszczyt w imieniu Prezydenta
Rzeczypospolitej zawiesić na
jego piersi Krzyż Virtuti
Militari. Jeszcze jedna
przyjemność spotyka mnie w
Bulgn~ewille, gdy dekoruję
orderem Virtuti Militari gen.
Deversa, byłego mego dowódcę z
Włoch. Pełni on obecnie funkcję
dowódcy 6. grupy armii. Łączy
nas wiele wspomnień, więc wobec
spóźnionej pory odkładam lot na
następny dzień i mam możność
dłuższej rozmowy.

Zatrzymuję się na jeden dzień
w Marsylii, gdzie urzęduje
polska misja wojskowa, która
wysyła uzupełnienia do Korpusu.

9 lutego jestem w Rzymie, a
następnego dnia w dowództwie
Korpusu, który właśnie przejmuje
nowy odcinek frontu.

Według pierwotnych zamierzeń
8. Armia miała prowadzić dalej
działania rozpoczęte jesienią
1944. Następne uderzenie było
planowane początkowo na koniec
grudnia, a potem przełożone na
początek stycznia 1945. Ale i w
tym terminie nie doszło ono do
skutku. Śnieg, rozmiękły grunt,
a także brak amunicji
artyleryjskiej nie pozwalały na
pełne wyzyskanie przewagi w
materiale nad nieprzyjacielem i
skłoniły dowództwo frontu
włoskiego do przełożenia terminu
ofensywy na wiosnę 1945. W
czasie miesięcy zimowych
zadaniem 8. Armii było
utrzymanie rzeki Senio,
osiągniętej w połowie grudnia
1944. W szczególności chodziło o
zabezpieczenie węzłów
komunikacyjnych Faenza, Forli i
Rawenna, przez które
przechodziło zaopatrzenie armii.

W pierwszej fazie obrony
zimowej linii rzeki Senio, od 20
grudnia 1942, 5. dywizja
zajmowała stanowiska zdobyte
przez 3. dywizję w działaniach
jesiennych. W początku lutego 2.
Korpus przesunięto na sąsiedni
północny odcinek obrony,
sięgający po szosę nr 9, który
obsadziła 3. Dywizja Karpacka. W
miarę zbliżania się wiosny
zaszła potrzeba przegrupowania
oddziałów 8. Armii tak, by
znalazły się na kierunkach
przyszłych natarć. Dlatego pas
działania 2. Korpusu,
przesunięty jeszcze dalej na
północ, obejmował odcinek od San
Severo na północy po szosę nr 9
włącznie. Odcinek ten obsadziła
5. dywizja z początkiem marca.

Do żadnych większych działań
bojowych w czasie tej obrony
zimowej nie doszło.
Nieprzyjaciel nie wykazywał
aktywności. Myśmy ograniczyli
się do umacniania stanowisk i
patrolowania przedpola, by
ustrzec się zaskoczenia.
Działania bojowe pierwszego roku
walk 2. Korpusu we Włoszech
rozgrywały się w terenie
górskim. Obecnie front oparł się
na krawędzi nizinnej równiny.
Dalsze działania miały być
prowadzone w terenie płaskim.
Należało wyzyskać czas, żeby
przygotować żołnierza do nowych
warunków walki. Nadto musiał się
on zapoznać z nowym uzbrojeniem,
które w tym czasie nadchodziło
na front włoski. Główny ciężar
obrony spoczywał na artylerii i
moździerzach, natomiast piechoty
zostawiłem w przednich liniach
stosunkowo mało. W ten sposób
mogłem przeważną część piechoty
trzymać w odwodzie i przygotować
ją do oczekującej nas ofensywy
wiosennej.

W początku stycznia 1945 obie
dywizje otrzymały trzecie
brygady, zorganizowane w bazie
2. Korpusu z napływających
ochotników. W końcu marca
brygady te wprowadzono na
odcinek frontu, gdzie przeszły
zaprawę bojową w stosunkowo
łatwych warunkach obrony.





W Jałcie





A gdy nadzieje się zaczęły
budzić i otucha wstępowała w
serca żołnierskie na progu r.
1945, w związku z możliwościami
stworzenia wielkiej Armii
Polskiej i połączenia wszystkich
oddziałów polskich pod jednym
dowództwem, w Jałcie na Krymie
obradowała Wielka Trójka.
Rozmowy, trzymane w ścisłej
tajemnicy, toczyły się od 4 do
11 lutego 1945. Było to następne
po Teheranie spotkanie
Prezydenta Roosevelta, Premiera
Churchilla i Marszałka Stalina.

Głęboko wrył mi się w pamięć
dzień 12 lutego 1945. Byłem we
Florencji, wezwany poprzedniego
dnia przez gen. Marka Clarka na
odprawę dowódców korpusów w
związku z przyjazdem szefa
sztabu amerykańskich sił
zbrojnych gen. Marshalla,
powracającego z konferencji w
Jałcie. Rano miałem rozmowę z
gen. Mac creery'ym, dowódcą 8.
Armii, w czysto operacyjnych
sprawach przejęcia nowego
odcinka przez Korpus. Potem
odbyła się defilada wszystkich
wielkich jednostek 5. i 8. Armii
przed gen. Marshallem. W
defiladzie wzięły udział
oddziały 2. Korpusu. Po obiedzie
u gen. Marka Clarka, gen.
Marshall przedstawił położenie
wojskowe na wszystkich frontach
i podał pewne szczegóły, ściśle
wojskowe, postanowień zapadłych
na konferencji w Jałcie i na
Malcie, skąd właśnie wraca. Gen.
Marshall oświadczył, że udało
się zapewnić dalszą współpracę
wojskową sprzymierzonych przeciw
Niemcom. Dał do zrozumienia, że
były duże trudności do
pokonania. Kończąc oświadczył:

- Idziemy dalej z Rosją
Sowiecką przeciw Niemcom, a co
potem będzie, Bóg jeden wie.

Rozmawiając z gen. Marshallem
po naradzie zapytałem go, czy w
Jałcie poruszano sprawy polskie.
Otrzymałem wymijającą odpowiedź,
że na konferencji zajmował się
wyłącznie zagadnieniami
wojskowymi, sądzi natomiast, że
wyniki obrad będą ogłoszone w
niedługim czasie. Pomimo
serdeczności gen. Marshalla
miałem złe przeczucia,
spotęgowane składanymi w
najlepszej wierze gratulacjami
generałów amerykańskich z powodu
"oswobodzenia" Polski przez
wojska sowieckie.

Postępy wojsk sowieckich w
Polsce urwały się nagle w
początku sierpnia 1944, tj. w
chwili wybuchu powstania w
Warszawie. Przez czas trwania
powstania i po jego upadku do
końca 1944 nie było zmian linii
frontu rosyjsko_niemieckiego na
ziemiach polskich. 13 stycznia
1945 zaczyna się nowa ofensywa
sowiecka. Bez większego oporu ze
strony Niemców wojska sowieckie
zajmują: 15 stycznia Kielce, 17
Warszawę i Częstochowę, 19
Kraków i Łódź, 23 Bydgoszcz, 24
Kalisz, 28 Katowice i Królewską
Hutę. Do końca stycznia 1945
niemal cała Polska w granicach
sprzed roku 1939 znalazła się
pod okupacją Czerwonej Armii.

Jednocześnie z zajmowaniem
Kraju przez wojska sowieckie
Rosja zaczęła narzucać Polsce
swoje władze polityczne.
Osadzony przez nią w lecie 1944
Komitet Wyzwolenia Narodowego w
Lublinie przeobraża się w końcu
grudnia 1944 w rząd tymczasowy,
który 5 stycznia 1945 zostaje
uznany przez Rosję Sowiecką za
legalny rząd polski. Rząd ten
przenosi się od 18 z Lublina do
Warszawy.

O losie Polski zadecydowała
Rosja Sowiecka. Naród polski,
przechodząc bezpośrednio z
okupacji niemieckiej pod
okupację sowiecką, nie mógł się
temu przeciwstawić. Być może i
nasi zachodni sprzymierzeńcy,
Wielka Brytania i Stany
Zjednoczone nie miały możności
przeciwstawienia się Rosji, ale
Polska spodziewała się, że
przynajmniej nie uznają stanu
stworzonego na ziemiach polskich
przez Rosję.

Wieczorem 12 lutego 1945
ogłoszono jednocześnie w
Londynie, Waszyngtonie i Moskwie
podpisany przez Prezydenta
Roosevelta, Premiera Churchilla
i Marszałka Stalina komunikat o
wynikach narady w Jałcie.

Po ogólnych wzmiankach o
postanowieniach dotyczących
działań i okupacji Niemiec oraz
odszkodowań od nich, jako też po
zapowiedzi zwołania 25 kwietnia
1945 do San Francisco zjazdu
przedstawicieli Narodów
Zjednoczonych celem powołania do
życia stałej organizacji,
następowało oświadczenie o
wyzwolonej Europie, które z
powołaniem się na zasady Karty
Atlantyckiej przyrzekało narodom
wolność, a po tym następował
osobny rozdział o Polsce:

"Przybyliśmy na konferencję
krymską zdecydowani uzgodnić
nasze różnice na temat Polski.
Przedyskutowaliśmy wszystkie
aspekty zagadnienia.
Potwierdziliśmy nasze wspólne
pragnienie stworzenia silnej,
wolnej, niepodległej i
demokratycznej Polski. W wyniku
naszej dyskusji ustaliliśmy
warunki, na jakich mógłby być
utworzony nowy tymczasowy rząd
polski jedności narodowej, tak
aby mógł być uznany przez trzy
wielkie mocarstwa. Osiągnięto
następujące porozumienie:

W Polsce w wyniku jej
całkowitego oswobodzenia przez
Czerwoną Armię wytworzyło się
nowe położenie.

Wymaga to ustanowienia nowego
rządu tymczasowego, który może
mieć szersze oparcie aniżeli
było to możliwe przed niedawnym
oswobodzeniem zachodniej Polski.
Dlatego też rząd tymczasowy,
który obecnie działa w Polsce,
powinien być zreorganizowany na
szerszej podstawie
demokratycznej przy włączeniu
przywódców demokratycznych z
samej Polski i spośród Polaków
za granicą. Ten nowy rząd
następnie powinien być nazwany
Tymczasowym Rządem Jedności
Narodowej Polski.

Pan Mołotow, pan Harriman i
Sir Archibald Clark_kerr
upoważnieni są komisyjnie do
naradzenia się przede wszystkim
w Moskwie z członkami obecnego
rządu tymczasowego oraz z innymi
polskimi przywódcami
demokratycznymi z samej Polski i
zagranicy, celem reorganizacji
obecnego rządu według powyższych
wskazań.

Polski Tymczasowy Rząd
Jedności Narodowej powinien być
zobowiązany do przeprowadzenia
wolnych i nieskrępowanych
wyborów możliwie najszybciej, na
podstawie powszechnego i tajnego
głosowania. W wyborach tych
wszystkie stronnictwa
demokratyczne i antynazistowskie
powinny mieć prawo
uczestniczenia i wysuwania
kandydatów.

Gdy zgodnie z tym polski
Tymczasowy Rząd Jedności
Narodowej zostanie w sposób
właściwy (properly) utworzony,
rząd Zssr, który obecnie
utrzymuje stosunki dyplomatyczne
z obecnym polskim rządem
tymczasowym oraz rządy
Zjednoczonego Królestwa i Stanów
Zjednoczonych nawiążą stosunki
dyplomatyczne z nowym polskim
Tymczasowym Rządem Jedności
Narodowej i wymienią
ambasadorów, których raporty
będą informowały poszczególne
rządy o sytuacji w Polsce.

Trzy głowy rządów uważają, że
wschodnią granicą Polski powinna
być linia Curzona z odchyleniami
w niektórych okolicach 5_#87km
na korzyść Polski. Uznają one,
że Polska powinna otrzymać
wydatne nabytki terytorialne na
północy i zachodzie i sądzą, że
opinia nowego polskiego
Tymczasowego Rządu Jedności
Narodowej powinna być
zasięgnięta w odpowiedniej
chwili na temat rozmiaru tych
nabytków oraz że ostateczne
wytyczenie zachodniej granicy
polskiej powinno następnie
czekać na konferencję pokojową".

Ogłoszenie tego porozumienia
Churchill_roosevelt_stalin
zrobiło w Polsce i wśród Polaków
na obczyźnie wrażenie
wstrząsające.

Polska, pierwsza w walce
przeciw Niemcom, po pięciu z
górą latach oporu w Kraju i
udziału swego wojska, lotnictwa
i marynarki w wojnie,
dowiadywała się:

1) że wschodnia połowa
państwa ze Lwowem i Wilnem,
ziemie od 600 lat związane z
Polską, na których w ogóle nie
było i nie ma ludności
rosyjskiej, mają być zagarnięte
przez Rosję;

2) że polskie prawo państwowe
znikało, prawny rząd polski,
który przez całą wojnę
współdziałał ze sprzymierzonymi,
ma być odsunięty, a rząd
osadzony w Polsce przez Rosję ma
być trzonem nowego rządu,
tworzonego w Moskwie.

Nazajutrz, 13 lutego, rząd
polski w Londynie ogłosił
protest przeciw temu piątemu
rozbiorowi Polski, dokonanemu
przez sprzymierzonych.

Przygnębienie, jakie wśród
Polaków wywołało ogłoszenie
wyników narad w Jałcie, było
spotęgowane ich jaskrawą
sprzecznością z poprzednimi
oświadczeniami kierowników
polityki mocarstw
sprzymierzonych.

Prezydent Roosevelt i premier
Churchill 14 sierpnia 1941
podpisali oświadczenie zwane
Kartą Atlantycką. Oto wyjątki:

"Prezydent Stanów
Zjednoczonych i Premier
Churchill, spotkawszy się
uważają za słuszne podanie do
wiadomości pewnych wspólnych
zasad polityki narodowej ich
krajów, na których opierają
swoje nadzieje lepszej
przyszłości dla świata...

2) Nie dopuszczają żadnych
zmian terytorialnych, które by
nie były zgodne ze swobodnie
wyrażoną wolą zainteresowanych
narodów.

3) Uznają prawo wszystkich
narodów do wybrania formy rządu,
pod którym chcą żyć..."

1 stycznia 1942
przedstawiciele 26 narodów
podpisali w Waszyngtonie wspólne
oświadczenie o Narodach
Zjednoczonych, w którym m.in.
stwierdzają:

"Wspólne oświadczenie Stanów
Zjednoczonych, Zjednoczonego
Królestwa Wielkiej Brytanii,
Związku Sowieckiego...

Podpisane rządy zgodziły się
na wspólny program celów i zasad
zawartych w łącznym oświadczeniu
Prezydenta Stanów Zjednoczonych
i Premiera Wielkiej Brytanii i
Północnej Irlandii, z 14
sierpnia 1941, znanym pod nazwą
Karty Atlantyckiej..."

Wówczas, gdy obwieszczano te
oświadczenia, nadawano im wiele
rozgłosu. Polska była jednym z
krajów, które opierały na nich
wielkie nadzieje. Teraz, po
naradzie w Jałcie, gdy wojna
zbliżała się ku końcowi, okazało
się, że inni przywiązują do tych
oświadczeń większą wagę niż ci,
co je podpisywali.

Znam metody sowieckie. Wiem,
że Rosja obieca wszystko i
zobowiąże się do wszystkiego, by
następnie nie dotrzymać niczego,
gdy to będzie dla niej dogodne.
Do takiego postępowania ze
strony Rosji przyzwyczailiśmy
się i tego od niej
oczekiwaliśmy. Niespodziewanym
jednak ciosem dla Polaków było
zajęcie takiego stanowiska przez
kierownictwo polityczne mocarstw
anglo_amerykańskich.

Gdy przeminęły pierwsze chwile
osłupienia, przyszła gwałtowna
reakcja całego wojska. Tylko
poczucie dyscypliny i zaufanie
do dowódców powstrzymało
żołnierzy od nieopanowanych
odruchów. Każdy z żołnierzy 2.
Korpusu zdawał sobie od początku
sprawę, że w tej wojnie droga do
niepodległości Polski będzie
długa i ciernista. Ale wierzył,
że w rezultacie swoich wysiłków,
trudów i ran wróci do Kraju,
rodziny, kawałka roli czy innego
warsztatu pracy. Dziś każdy
rozumiał, że te jego nadzieje z
końcem wojny nie spełnią się.
Rozumiał, że za jego trudy i
rany czeka go albo dalsza
tułaczka na obczyźnie, albo
powrót do Kraju pod obce
panowanie. Rozpacz, żal i
poczucie krzywdy przytłoczyły 2.
Korpus Polski. Położenie było
ciężkie. Żołnierz czekał
wyjaśnień.

13 lutego depeszuję do
Prezydenta Rzeczypospolitej:

"Wobec tragicznego komunikatu
ostatniej konferencji trzech
melduję, że 2. Korpus nie może
uznać jednostronnej decyzji
oddającej Polskę i naród polski
na łup bolszewikom... Zwróciłem
się do władz sojuszniczych o
wycofanie oddziałów Korpusu z
odcinków bojowych. Nie mam
sumienia żądać w obecnej chwili
od żołnierza ofiary krwi".

Jednocześnie do dowódcy 8.
Armii pisałem:

"Przeżywamy najcięższe chwile
w naszym życiu. Ostatnia decyzja
konferencji trzech, oddająca
faktycznie naszą ojczyznę i nasz
naród na łup bolszewikom,
wytrąca nam oręż z ręki...
Pozostawiliśmy na naszym szlaku,
który uważaliśmy za szlak bojowy
do Polski, tysiące mogił naszych
towarzyszy broni. Dlatego też
żołnierz 2. Korpusu odczuł
ostatnią decyzję konferencji
trzech jako najwyższą
niesprawiedliwość, będącą w
sprzeczności z jego żołnierskim
poczuciem honoru... Żołnierz
pyta mnie, jaki ma być cel jego
walki. Nie umiem dzisiaj
odpowiedzieć na to pytanie.
Stała się rzecz straszna,
znaleźliśmy się w położeniu, z
którego - jak dotąd - nie widzę
wyjścia... Widzę konieczność
natychmiastowego zluzowania z
odcinka bojowego oddziałów 2.
Korpusu Polskiego:

1) wobec scharakteryzowanego
przed chwilą nastroju żołnierzy;

2) wobec faktu, że ani ja,
ani podwładni mi dowódcy nie
mogliby dzisiaj znaleźć w
sumieniu swym uzasadnienia dla
żądania od żołnierzy 2. Korpusu
Polskiego nowych ofiar..."

Nie mogłem podzielać
uspokajającego argumentu, który
podał nasz przyjaciel gen.
Beaumont_Nesbitt w liście z 13
lutego:

"Jakkolwiek postanowienia
sformułowane w Jałcie mogą być
katastrofalne dla wielu Polaków,
jest rzeczą pewną, że zostały
one powzięte przez Roosevelta po
najbardziej starannym
rozważeniu. Są faktami, z
którymi należy się liczyć i
pogodzić. Ostateczny ich wynik
będzie w dużej mierze zależny od
postawy zajętej na początku
przez tych, których najbardziej
dotyczą..."

Marszałek Alexander,
przebywający w tym czasie w
Grecji, depeszuje 14 lutego, że
zaraz po powrocie chce ze mną
rozmawiać.

Z Londynu otrzymuję początkowo
depeszę Prezydenta
Rzeczypospolitej, za
pośrednictwem szefa sztabu gen.
Kopańskiego, wzywającą do
zachowania spokoju i
powstrzymania się od
jakichkolwiek reakcji, a
następnie 15 lutego wezwanie do
jak najszybszego przyjazdu.

W kwaterze polowej dowódcy 8.
Armii miałem 15 lutego pierwszą
rozmowę w sprawie Jałty z gen.
Mac Creery, w związku z żądaniem
wycofania oddziałów polskich z
odcinków bojowych.

Stanowisko swoje dowódca 8.
Armii ujął w sposób następujący:

Ze względów czysto
operacyjnych nie można wycofać
2. Korpusu, gdyż nie ma
oddziałów, którymi można by go
zastąpić. Trzeba się pogodzić z
faktem, że Rosja Sowiecka będzie
musiała używać do okupacji
Niemiec dużych armii, których
zaopatrzenie biegnie po liniach
komunikacyjnych przez Polskę.
Biorąc to pod uwagę, każde
rozwiązanie kompromisowe przy
współudziale ambasadorów
Wielkiej Brytanii i Stanów
Zjednoczonych będzie lepsze od
martwego punktu, na którym
sprawa może utknąć. Uważa, że
żadna decyzja w sprawie Korpusu
nie może być powzięta bez zgody
marszałka Alexandra. Jeszcze raz
podkreśla, że wycofanie 5.
dywizji z odcinka, który ona
obecnie zajmuje, mogłoby mieć
nieobliczalne następstwa dla
całej 8. Armii i dlatego nalega
w imię obowiązku żołnierskiego
na pozostawienie oddziałów 2.
Korpusu Polskiego w walce.

Oświadczam gen. Mac Creery, że
nie mam zamiaru przez nagłe
wycofanie walczących oddziałów
polskich wytworzyć trudnej
sytuacji dla 8. Armii, ale wobec
uchwał powziętych bez udziału
Polski w Jałcie nie mogę dać
żołnierzom odpowiedzi na
pytanie, o co się biją i
przelewają krew.

W dowództwie 15. grupy armii
rozmawiałem 16 lutego z gen.
Markiem Clarkiem, który z wielką
wnikliwością ustosunkował się do
naszego dylematu. Od razu na
wstępie podkreślił w serdeczny
sposób, że zdaje sobie w pełni
sprawę, w jak niezmiernie
ciężkim położeniu postawiły 2.
Korpus wyniki obrad w Jałcie.
Uważa jednak, że utrzymanie
wojsk polskich w walce jest
niezbędnym warunkiem dla
znalezienia pomyślnego
rozwiązania, gdyż brak ich
udziału w akcji w tych
przełomowych chwilach musiałby
ujemnie wpłynąć na dalsze losy
Polski.

- Wiem - mówił gen. Mark Clark
- jak ogromne zaufanie ma
żołnierz polski do swego dowódcy
i wiem, że każdą jego decyzję
przyjmie bez wahania. W tych
warunkach w rękach Pana znajduje
się klucz do rozwiązania obecnej
sytuacji, która teraz
przedstawia się tak czarno dla
Polski. Nie znam szczegółów
decyzji zapadłych na Krymie poza
treścią podaną mi do wiadomości
przez gen. Marshalla, ale
uważam, że Prezydent Roosevelt
wziął pod uwagę cztery miliony
Polaków w Stanach Zjednoczonych
i skoro wraz z premierem
Churchillem podpisał tę
katastrofalną umowę, musiał
otrzymać jakieś gwarancje, nam
nie znane, dotyczące warunków,
jakie się wytworzą w przyszłej
Polsce.

Uważa on, że obrady w Jałcie
prowadzono w warunkach
niekorzystnych dla mocarstw
zachodnich. Siły ich są
rozproszone po całym świecie,
podczas gdy ponad 100 dywizji
sowieckich stoi u wrót Berlina.
Stalin miał w Jałcie wszystkie
atuty w swym ręku.

- Ameryka - mówił - zawsze
zdawała sobie sprawę z
niebezpieczeństwa
komunistycznego i mogę zapewnić,
że to niebezpieczeństwo będzie
zwalczała. Ponieważ widzę, że
żołnierze polscy pokładają iskrę
nadziei w Prezydencie
Roosevelcie, proszę, by Pan
Generał zawiadomił ich, że
zwracam się do niego o pomoc. Ja
ze swej strony przyrzekam, że
treść dzisiejszej rozmowy i
trudności Pana Generała
przedstawię Prezydentowi
Rooseveltowi.

Z Florencji lecę samolotem do
Neapolu, by spotkać się z
marszałkiem Alexandrem, który
wrócił z Grecji, W Casercie 17
lutego marszałek Alexander
odbywa ze mną rozmowę w
obecności gen.
Beaumont_nesbitta. Podaję
fragmenty.

Gen. Anders stwierdza, że
wyniki konferencji w Jałcie są
dla Polski katastrofalne i że
nie wie, co ma powiedzieć
żołnierzom i jak utrzymać ich
ducha.

Anders: Można powiedzieć, że w
wyniku konferencji Polska
została sprzedana bolszewikom
przez całkowite oddanie jej pod
ich władzę. Nie sposób znaleźć
wyjścia z tego położenia dla
Korpusu. W myśl konstytucji
żołnierze polscy złożyli
przysięgę posłuszeństwa
Prezydentowi i jego rządowi.
Prezydent w Londynie jest tym
samym Prezydentem, który, w
chwili przyjazdu do Anglii
został osobiście powitany przez
króla Jerzego VI. Rząd jest
rządem legalnym, istnieje mimo
zaszłych zmian ciągłość tego
rządu. Jest to rząd, z którym
inne państwa, a zwłaszcza Wielka
Brytania, zawarły traktaty. Jest
to rząd uznany przez cały świat
z wyjątkiem Rosji, a i ta
cofnęła swoje uznanie dopiero w
r. 1943. Obecnie na mocy uchwał
konferencji, na której Polska
nie była reprezentowana ani też
zaproszona dla wypowiedzenia
swej opinii, rząd jej zostaje
usunięty... W myśl prawa, nawet
na rozprawie sądowej oskarżony
musi być obecny i przydziela mu
się obrońcę, ale w Jałcie
Polska, o której przyszłość
chodziło, nie była
reprezentowana...
Najistotniejszą pobudką,
wysuwaną przeze mnie gdy
zwracałem się do swoich
żołnierzy było, że walczymy o
Polskę. Więc obecnie pytają oni,
o co właściwie walczymy.
Walczymy z Niemcami, naszymi
śmiertelnymi wrogami, ale bijąc
ich dajemy jednocześnie Rosji
panowanie nad środkową Europą i
wzmacniamy jej stanowisko. My
Polacy nie możemy przyjąć
postanowień takiej jednostronnej
ugody. Nowy rząd ma być
utworzony z rządu lubelskiego,
ustanowionego przez Rosję... W
opinii rządu rosyjskiego, a więc
i lubelskiego, Polacy we
Włoszech, Francji, Zjednoczonym
Królestwie i z Armii Krajowej są
faszystami. W tych warunkach
żołnierze 2. Korpusu są
faszystami. Żołnierze 2. Korpusu
Polskiego nie będą mogli nigdy
powrócić do Polski znajdującej
się pod takimi rządami... Przez
cały czas propaganda niemiecka
przepowiadała, że Polska
zostanie sprzedana Rosji.
Zwalczałem z powodzeniem tę
propagandę, dowodząc, że to
nieprawda. Obecnie wydaje się to
zgodne z prawdą. Cóż mam wobec
tego powiedzieć żołnierzom?

Marszałek Alexander
oświadczył, że chociaż był w
Jałcie, ale w konferencjach
politycznych nie brał udziału i
dlatego żałuje, że nie może
udzielić informacji na ten
temat. Wie on jednak, że jednym
z potężnych argumentów był fakt,
że Rosja właściwie okupuje
prawie całą Polskę. Wie on
również, że ambasadorowie
brytyjski i amerykański
współpracują ściśle ze sobą, aby
przygotować plan, który by
doprowadził do zadowalającego
rozwiązania sprawy rządu
tymczasowego.

Marszałek stanowczo radzi gen.
Andersowi czekać na dalszy
rozwój wypadków. Dla porównania
wspomniał krytyczną sytuację
Wielkiej Brytanii i Francji w r.
1940. Wojna nie była wtedy i
jeszcze nie jest skońcona - i
jeszcze wiele się zmieni przed
końcem.

Marszałek zaprosił na wieczór
dzisiejszy pana Macmillana, aby
gen. Anders mógł z nim omówić
stronę polityczną zagadnienia.

Anders: Tym, czego wszyscy
Polacy pragną, jest pewność, że
Polska uzyska pomoc w swych
dążeniach do prawdziwej wolności
i niezawisłości.

Marszałek Alexander podkreśla,
że Brytyjczycy chcą i że są
gotowi udzielić pomocy w
odbudowie wolnej i niepodległej
Polski.

Gen. Anders mówi, że wierzy w
to, ale premier Churchill
podpisał porozumienie w Jałcie.
Sądzi, że w ciągu kilku miesięcy
lub kilku lat Rosja przestanie
dotrzymywać umowy.

Marszałek Alexander prosi o
cierpliwość i raz jeszcze
podkreśla, że przed końcem wojny
wiele rzeczy ulegnie zmianie.

Gen. Anders stwierdza, że
wydał rozkazy zachowania
zupełnego spokoju i jest pewny,
że żołnierze zastosują się do
jego rozkazów. Początkowo
prosił, aby oddziały Korpusu
wycofać, ale gdy dowiedział się,
że nie ma wolnych oddziałów,
które by mogły Korpus zastąpić,
zgodził się kontynuować pracę na
odcinku.

Następnie przyrównał akcję
rosyjską do postępowania
szantażysty, którego nigdy nie
można będzie zaspokoić.

Marszałek Alexander znowu
wzywa do cierpliwości i prosi,
by gen. Anders nie zarządzał
żadnych zmian. Uznał, że nie
byłoby rzeczą przyzwoitą żądać
od Korpusu Polskiego
podejmowania czynnych działań i
zapewnił, że żądać się będzie od
niego jedynie trzymania
powierzonego mu odcinka.

Gen. Anders obiecał, że nie
poczyni żadnych zmian przed swym
powrotem z Londynu i że chciałby
zobaczyć się wówczas ponownie z
marszałkiem.





Dobrze...

ale dopiero dwudziestego





Jak już wspomniałem Prezydent
Raczkiewicz domagał się mego
natychmiastowego przybycia do
Londynu. Rozumiejąc całą powagę
położenia powstałego wskutek
Jałty chciałem jak najszybciej
znaleźć się w Wielkiej Brytanii.
Marszałek Alexander w czasie
opisanej poprzednio rozmowy
wspomniał, że władze polskie
zwróciły się (nie wymienił do
kogo) o natychmiastowy mój
przylot do Londynu. Wobec tego
marszałek Alexander zwykłym
trybem powiadomił o tym szefa
sztabu imperialnego i otrzymał
odpowiedź wyrażającą zgodę na
mój przyjazd, z zastrzeżeniem,
żebym nie był w Londynie przed
20 lutego, gdyż wtedy dopiero
wróci premier Churchill.

Dalszy ciąg był następujący.

Anders: To nic nie ma do
rzeczy. Ja jestem wezwany przez
swego zwierzchnika wojskowego,
Prezydenta Rzeczypospolitej i
muszę lecieć jak najszybciej.

Beaumont_nesbitt: Jutro to
niemożliwe, ponieważ nie zdążymy
przygotować samolotu.

Alexander: Dałbym panu
generałowi mój prywatny samolot,
ale muszę lecieć do Belgradu.

Anders: A może byłoby możliwe
w poniedziałek 19 lutego?

Alexander: A może pan generał
wstąpiłby po drodze do polskiej
dywizji pancernej?

Anders: Nie mam tam nic do
roboty. Ja muszę lecieć do
Prezydenta Rzeczypospolitej.

W rezultacie ustalono, że
odlot nastąpi 19 lutego. 18
lutego o #/13#00 gen.
Beaumont_Nesbitt zawiadomił
mnie, że bardzo mu jest przykro,
ale odlot nie może nastąpić
wcześniej niż 20, gdyż
przeznaczony na ten cel samolot
dopiero co powrócił z dalekiej
podróży i musi przejść przegląd
techniczny.

- Nie rozumiem tego -
odpowiedziałem. - Marszałek
Alexander obiecał mi, że odlecę
19 i sądzę, że pan generał
powinien był załatwić stronę
techniczną. Sprawa jest tak
ważna, że w razie potrzeby można
by przełożyć odlot innych
pasażerów. Poza tym jestem
przekonany, że gdyby zwrócić się
do gen. Marka Clarka, można by
łatwo samolot uzyskać.

O #/16#00 tegoż dnia do willi
marszałka Alexandra, w której
mieszkałem, po uprzednim
telefonicznym zawiadomieniu
przybył gen. Harding, szef
sztabu sojuszniczej kwatery
głównej, wraz z gen.
Beaumont_Nesbittem.

Harding: Jestem przysłany
przez marszałka Alexandra,
któremu bardzo przykro, że odlot
pana generała nie może nastąpić
19, gdyż otrzymał on wyraźne
instrukcje, ażeby pan generał
nie przybył przed wtorkiem (20
lutego).

Anders: Dowiaduję się o tym z
przykrością, gdyż to mi
uniemożliwia wykonanie rozkazu
Prezydenta Rzeczypospolitej,
jestem jednak bezsilny, skoro
nie posiadam własnych środków
lokomocji.

Harding: Czy pan generał
decyduje się lecieć we wtorek?

Anders: Nie mam innego
wyjścia.

Wyleciałem do Londynu 20
lutego i tego samego dnia
wieczorem odbyłem długą naradę z
Prezydentem Raczkiewiczem.

Następnego dnia zostałem
zaproszony na rozmowę do
Churchilla.





Rozmowa z Churchillem





21 lutego 1945 w godzinach
popołudniowych minister Cadogan
wprowadził mnie do gabinetu
premiera Churchilla. Adiutant a
zarazem stały mój tłumacz, por.
Lubomirski, pozostał w
poczekalni. Rozmowę, podczas
której obecny był minister
Cadogan, prowadziliśmy po
francusku. Odtwarzam ją według
notatki spisanej bezpośrednio po
jej zakończeniu.

Churchill: Pan nie jest
zadowolony z konferencji
jałtańskiej.

Anders: Mało powiedzieć, że
nie jestem zadowolony. Uważam,
że stało się wieliie
nieszczęście. Na takie
załatwienie sprawy naród polski
nie zasłużył i my walczący tutaj
nie mogliśmy tego oczekiwać.
(Przedstawiam polski punkt
widzenia, używając argumentów
podobnych jak w rozmowie z
marszałkiem Alexandrem). Polska
pierwsza krwawiła w tej wojnie i
poniosła ogromne straty. Była
sojuszniczką Wielkiej Brytanii
od początku i w najcięższych dla
niej chwilach. Na obczyźnie
zdobyliśmy się na największy
wysiłek na jaki stać było
żołnierza, w powietrzu, na morzu
i lądzie. W Kraju
zorganizowaliśmy największy
podziemny ruch oporu przeciw
Niemcom. Żołnierz walczył o
Polskę, walczył o wolność swego
narodu. Co dzisiaj my, dowódcy,
mamy powiedzieć żołnierzowi?
Rosja Sowiecka, która do r. 1941
była w ścisłym sojuszu z
Niemcami, zabiera nam obecnie
połowę naszego terytorium, a w
pozostałej części Polski chce
ustanowić swoje rządy. Wiemy z
doświadczenia, do czego to
zmierza.

Churchill (bardzo gwałtownie):
Wy sami jesteście temu winni.
Już od dawna namawiałem was do
załatwienia sprawy granic z
Rosją Sowiecką i oddania jej
ziem na wschód od linii Curzona.
Gdybyście mnie posłuchali,
dzisiaj cała sprawa wyglądałaby
inaczej. Myśmy wschodnich granic
Polski nigdy nie gwarantowali.
Mamy dzisiaj dosyć wojska i
waszej pomocy nie potrzebujemy.
Może pan swoje dywizje zabrać.
Obejdziemy się bez nich.

Anders: Nie mówił pan tego
przez ostatnich kilka lat. My
nadal chcemy się bić, ale o
Polskę wolną i niepodległą.
Rosja nie ma żadnego prawa do
naszego terytorium, którego
nigdy nie kwestionowała. Złamała
wszystkie umowy i ziemie te w
swoim czasie zagrabiła na mocy
układu i przymierza z Hitlerem.
Na tych ziemiach nie ma Rosjan.
Prócz Polaków są tylko Ukraińcy
i Białorusini. Nikt się ich nie
pytał, do kogo chcą należeć.
Rozumie pan dobrze, że wybory
przeprowadzone w r. 1939 pod
naciskiem bagnetów sowieckich
były czystą farsą.

Churchill szeroko uzasadnia
potrzebę takiego właśnie
załatwienia sprawy polskiej.
Kilkakrotnie podkreśla, że
Wielka Brytania nigdy nie
gwarantowała wschodnich granic
Polski. Oświadcza, że sprawę
granic ostatecznie załatwi
konferencja pokojowa. Powraca do
rozmowy z 26 sierpnia 1944 we
Włoszech i mówi o
odszkodowaniach dla Polski w
ziemiach na zachodzie po Odrę i
Nysę.

Gen. Anders występuje
przeciwko tworzeniu nowego rządu
w Polsce w oparciu o komitet
lubelski, składający się
wyłącznie z obywateli sowieckich
i z kilku zdrajców, idących na
pasku Moskwy, z dołączeniem dla
pozoru paru działaczy polskich
przebywających za granicą.

Cadogan (wtrąca): Więc pan by
wolał, by rząd dla Polski
tworzyła sama Rosja z członków
komitetu lubelskiego?

Anders: Oczywiście. Gdyż i tak
to nic nie zmieni. A
przynajmniej cały świat by
wiedział, że nie jest to rząd
polski. Opinia publiczna zarówno
w Polsce jak na całym świecie
nie będzie wówczas wprowadzona w
błąd.

Churchill na zakończenie
oświadcza, że Wielka Brytania
uzna tylko rząd składający się z
przedstawicieli wszystkich
kierunków politycznych.
Tymczasowy rząd ma jako zadanie
jedynie przeprowadzenie wyborów.

Churchill: Będę przemawiał w
najbliższych dniach w
parlamencie w sprawie Polski.
Niech pan dokładnie przestudiuje
to, co powiem. Spotkamy się
powtórnie niedługo potem.

Sprawy wojskowe omówiłem z
marszałkiem Alanem Brooke'em 22
lutego. Nawiązując do memorandum
złożonego podczas poprzedniego
pobytu w Londynie o przyszłości
Polskich Sił Zbrojnych
zapytałem, jakie będą decyzje w
tej sprawie. Marszałek Alan
Brooke odnosząc się bardzo
przychylnie do zasady połączenia
pod jednym dowództwem całości
polskich wojsk lądowych,
uzależniał ostateczne
załatwienie od wyniku powtórnej
mej rozmowy z premierem
Churchillem.

Przeprowadziłem dwie długie
rozmowy z Crippsem o stosunkach
polsko_sowieckich na tle uchwał
jałtańskich. Cripps, wykazując
duże zrozumienie moich
trudności, starał się dokładniej
poznać polskie stanowisko w tej
sprawie, w zasadzie jednak
argumentował mniej więcej w
podobny sposób jak premier
Churchill.





Rozmowa z Mikołajczykiem





Największą obawę Prezydenta
Rzeczypospolitej i rządu
polskiego budziły posunięcia
byłego premiera Mikołajczyka.
Mimo oświadczenia w chwili
utworzenia rządu pod
przewodnictwem Arciszewskiego,
że on i Stronnictwo Ludowe nie
wchodząc w skład rządu będą
jednak udzielały poparcia jego
działaniom na rzecz obrony praw
Polski, było widoczne, że
Mikołajczyk zmierza do
stworzenia osobnego toru dla
swej polityki i że da się użyć
do wzięcia udziału w nieprawnym
tworzeniu rządu w Polsce. Byłem
zdania, że udział Mikołajczyka
nie wpłynie dodatnio na rozwój
wypadków w Polsce, ułatwi
natomiast zadanie Rosji przez
stworzenie fałszywych pozorów
współpracy polskiej.

24 lutego 1945 na zlecenie
Prezydenta odwiedziłem
Mikołajczyka w jego mieszkaniu
prywatnym. Odbyła się tam
następująca rozmowa.

Anders: Przyjechałem, by
pomówić z panem i odwieść go od
zamiaru wyjazdu do Polski.
Pragnę powiedzieć panu, że
popełnia pan nie tylko wielki
błąd, ale że wyrządza pan wielką
krzywdę sprawie polskiej.
Rozumiem dobrze trudne
położenie, w jakim się pan
znajduje. Wiem, że był pan pod
naciskiem naszych
sprzymierzeńców, a w
szczególności Churchilla. Zdaję
sobie sprawę także z obecnych
trudności Wielkiej Brytanii i
Stanów Zjednoczonych w
stosunkach z Rosją Sowiecką.
Moim zdaniem powrót pana do
Polski i udział w rządzie nic
nie zmieni. Ma pan za duże
nazwisko, by dawać swą zgodę na
nowy rozbiór Polski. Obecne i
przyszłe pokolenia będą pana za
to przeklinały. Opinia świata
będzie wprowadzona w błąd,
choćby przez propagandę
sowiecką, że wszystko co się
dzieje, dzieje się za zgodą
Polaków. Zwiedzie pan także
społeczeństwo w Kraju, które na
pewno liczy na pana jako na
przedstawiciela Polski za
granicą, przekonane, że ma pan
pomoc i poparcie sojuszników.
Rozumie pan, że tej pomocy
sojusznicy nie mogą obecnie
udzielić. Według z góry już
ułożonych planów będzie
przeprowadzana sowietyzacja
Kraju. Na bieg wewnętrzny spraw
w Polsce nie będzie pan miał
żadnego wpływu, przeciwnie,
stopniowo będą pana likwidowali.
Postanowienia Jałty są zbrodnią
popełnioną na narodzie polskim.
I do tej zbrodni my, Polacy, a
także i pan, ręki przykładać nie
możemy.

Mikołajczyk: Myli się pan,
generale, bo jestem głęboko
przekonany, że przyczynię się do
tego, że Polska zachowa
niepodległość. Mam obiecaną
pomoc Prezydenta Roosevelta i
premiera Churchilla. Uważam, że
Rosja Sowiecka musi się z tym
liczyć. Za ziemie na wschodzie
mamy otrzymać odszkodowanie w
postaci staropolskich ziem aż po
Odrę. Uważam, że Stalinowi
zależy na tym, aby Polska była
silna, o czym sam
niejednokrotnie mówił. Mam
głębokie przeświadczenie, że
wybory udowodnią jak duże
poparcie znajdę w Polsce. Po ich
przeprowadzeniu zostanie
utworzony rząd demokratyczny.

Anders: Mówiłem panu, że nie
wierzę w pomoc Stanów
Zjednoczonych i Wielkiej
Brytanii, zwłaszcza po ostatnich
postanowieniach Jałty. Przez
oddanie Lwowa i Wilna tracimy
ziemie polskie, za które
przelaliśmy tyle krwi. Zostajemy
całkowicie odcięci od Rumunii i
Węgier. Będziemy zdani na łaskę
i niełaskę Rosji Sowieckiej. Pan
przecież nie zna Rosji. Nie zna
pan nawet ich języka ani
umysłowości. Zawsze wybiorą
Bieruta jako swojego starego i
wypróbowanego agenta, nigdy
pana. Już w roku 1941 Stalin
wielokrotnie mówił, że chce
Polski silnej i niepodległej.
Czy Polska może być silna bez
Lwowa i zagłębia naftowego? Jak
może być silna, jeżeli Rosja
zabiera nam Wilno, usadawia się
na Litwie i jak słychać w
Prusach Wschodnich? A co do
niepodległości to przecież miał
pan do czynienia z ludźmi
komitetu lubelskiego i rozumie
pan dobrze, że nie chodzi im o
dobro Polski, lecz że będą
wykonywali jedynie rozkazy z
Moskwy.

Mikołajczyk: Nie mogę się
zgodzić z panem, bo z Rosją
Sowiecką musimy być w zgodzie.
Rosja na długie lata będzie
rządziła w Europie Wschodniej.
Rosja sama ma wiele trudności i
dlatego będzie jej zależało, by
mieć prawdziwie przyjazny sobie
naród polski. Tę przyjaźń możemy
dać Rosji tylko my, a nie Bierut
z Komitetem. Rosja przekona się
po wyborach, kto ma prawdziwe
wpływy w Polsce.

Anders: Łudzi się pan co do
wyborów. Nie mam najmniejszej
wątpliwości, że dostałby pan
poparcie nie tylko ludzi swego
stronnictwa, ale i wszystkich
rzetelnych Polaków, choćby
dlatego, by ukazać ich prawdziwy
stosunek do Rosji Sowieckiej.
Właśnie wskutek tego przekonany
jestem, że wybory będą tak samo
sfałszowane, jak były ongi na
naszych ziemiach wschodnich w r.
1939. Narazi pan tylko ludzi w
Kraju. Niech pan nie zapomina,
że komunizm chce panować nad
światem. Dlatego komuniści nie
pozwolą nigdy na najmniejsze
usamodzielnienie się Polski.
Obawiam się, że w trzy miesiące
po sfałszowanych wyborach może
pan znaleźć się w kryminale, a
może nawet w mojej byłej celi na
Łubiance jako zdrajca narodu i
szpieg. Gorzej, jestem pewien,
że pan się wtedy do tego
przyzna. (Nastąpiła przerwa w
rozmowie. Widziałem, że słowa
moje nie odnoszą skutku. Wstałem
i dodałem): Żałuję bardzo, że
nie umiałem pana przekonać, ale
to wszystko, co chciałem panu
powiedzieć.

Było to moje ostatnie
spotkanie z byłym premierem
Mikołajczykiem przed jego
późniejszym wyjazdem przez
Moskwę do Polski.





Pełniący obowiązki

Naczelnego Wodza





Uchwały jałtańskie stanowiły
dla nas klęskę polityczną i
działalność rządu została
ograniczona. Ciężar sprawy
polskiej siłą rzeczy przesunął
się na wojsko i dalszy jego
udział w walkach. A wobec tego,
że gen. Bór_Komorowski,
mianowany Naczelnym Wodzem w
chwili upadku powstania
warszawskiego, był w niewoli
niemieckiej, na kierowniczym
stanowisku była pustka.

Prezydent powierzył mi w tych
ciężkich chwilach pełnienie
obowiązków Naczelnego Wodza.
Nominację doręczono mi 26
lutego, w przeddzień debat w
Izbie Gmin, w których toku, jak
zapowiedział Churchill, sprawa
Polski miała być omawiana.
Zdawałem sobie sprawę, że
mianowanie mnie p.o. Naczelnego
Wodza wzbudzi wiele zastrzeżeń u
Brytyjczyków ze względu na
możliwości zadrażnień z Rosją
Sowiecką. Nie myślałem jednak,
że te względy mogą odgrywać aż
tak poważną rolę. Ale w kilka
godzin później przyszły
sugestie, by nie pomieszczać w
prasie wzmianek o mojej
nominacji i nie ogłaszać
pierwszego rozkazu, w którym
zwracałem się do żołnierzy
Polskich Sił Zbrojnych.
Jednocześnie wszystkie moje
rozmowy, których terminy były
już ustalone, począwszy od
Churchilla i marszałka Alana
Brooke'a, odwołano. Mimo jak
najlepszych stosunków osobistych
wyczuwałem chłodną rezerwę
brytyjską.

Takie było położenie
Naczelnego Wodza polskiego w
szóstym roku wojny w przeddzień
zwycięstwa nad Niemcami. Gdzieś
się zapodziała ta Polska,
"natchnienie narodów", jak
określał ją Prezydent Roosevelt
jeszcze w roku 1942. Nie miałem
czasu na rozgoryczenie.
Wydarzenia następowały szybko.

Dziennikarstwo ma swoje prawa
i sposoby. Zwłaszcza
amerykańskie. Mimo życzenia
władz brytyjskich wiadomość o
mojej nominacji i wyjątki z
rozkazu znalazły się w pismach
27 lutego.

Stanowisko moje jako
Naczelnego Wodza ująłem w
rozkazie do wojska w następujący
sposób:

"Żołnierze, marynarze,
lotnicy!

Z rozkazu Pana Prezydenta
Rzeczypospolitej obejmuję
obowiązki Naczelnego Wodza
Polskich Sił Zbrojnych w tak
ciężkiej dla Polski chwili.
Polskie Siły Zbrojne pozostają w
dalszym ciągu wyrazem
suwerenności Rzeczypospolitej.

Obejmując dowództwo nad wami
stwierdzam, że Polskie Siły
Zbrojne w obecnych zmaganiach
dziejowych dobrze się zasłużyły
sprawie Polski i jej aliantów.
Aby siła nie rządziła nad prawem
pierwsi chwyciliśmy za broń 1
września 1939. Samotni
przeciwstawiliśmy się wówczas
całej potędze niemieckiej.
Walczyliśmy potem w Lotaryngii i
Alzacji, pod Narvikiem, w
Tobruku, pod Monte Cassino, w
Anconie, na linii Gotów, w
Apeninach, pod Falaise i Arnhem.
Walczyliśmy cały czas na morzach
i w powietrzu. Lotnikom polskim
przypadł zaszczyt dopomóc
lotnictwu brytyjskiemu w
historycznej bitwie o Wielką
Brytanię. Armia Krajowa przez z
górą pięć lat stawiała opór
niemieckiemu najeźdźcy, zyskując
podziw nawet u wroga. Powstanie
Warszawskie, najwspanialsza
bitwa tej wojny, wypisana jest
krwawymi zgłoskami w sumieniu
świata. Dzięki tobie, żołnierzu
polski, wypełniliśmy wobec
aliantów wszystkie nasze
zoboowiązania. Stwierdzam, że
spełniliście wasz obowiązek
wobec ojczyzny.

Ze sztandarami okrytymi chwałą
stajemy dziś w obliczu
największej tragedii naszego
narodu. Oczy wszystkich Polaków
rozrzuconych po świecie, a
przede wszystkim umęczonego
Kraju, patrzą na nas z uczuciem
nadziei. Wiedzą oni, że nasz
ciężki marsz żołnierski
kontynuować będziemy zgodnie z
naszą przysięgą, z rozkazami
Pana Prezydenta, prawowitego
przedstawiciela majestatu
Rzeczypospolitej Polskiej oraz z
postanowieniami legalnego rządu.

Pamiętać musimy, że w wyniku
tej wojny zatryumfować ma
uczciwość i sprawiedliwość.
Uczciwy i sprawiedliwy świat nie
może być bez Polski wielkiej,
silnej i niepodległej. Zgodnie z
honorem do Polski takiej wrócić
chcemy z bronią w ręku.

A jeżeli obcy ludzie lub
bojaźliwi pytać was będą o co
walczycie, odpowiadajcie, że
żołnierz polski bije się dziś o
to samo, o co poszedł w bój pięć
lat temu: aby w naszym Kraju i
na świecie nigdy siła nie mogła
rządzić nad prawem."

Otwierało się przede mną
zadanie trudne ze względu na
konieczność współpracy z
władzami sojuszniczymi, przy
wielkiej już rozbieżności pojęć.





W Izbie Gmin





Debaty w Izbie Gmin o
konferencji krymskiej, w której
sprawa Polski zajmowała większą
część obrad, rozpoczęły się 27
lutego przemówieniem Churchilla,
który powiedział m.in.:

"Przechodzę teraz do
najtrudniejszej i burzliwej
części sprawozdania, które mam
złożyć Izbie, do sprawy Polski.
Od przeszło roku, a w miarę jak
wojna zaczęła się silnie obracać
przeciwko Niemcom sprawa polska
zaczęła się dzielić na dwa
zasadnicze zagadnienia: granice
Polski i niepodległość Polski...
Żądania Rosji, po raz pierwszy
wysunięte w Teheranie w
listopadzie 1943, nie uległy
żadnym zmianom i sprowadzały się
do linii Curzona na wschodzie,
przewidywały nadto odszkodowania
dla Polski kosztem Niemiec na
północy i zachodzie...

Trzy mocarstwa zdecydowały
obecnie, że Polska otrzyma
wydatne powiększenie
terytorialne zarówno na północy
jak na zachodzie. Na północy
otrzyma na pewno na miejsce
wątpliwej wartości korytarza
duże miasto Gdańsk, większą
część Prus Wschodnich na zachód
i południe od Królewca, wreszcie
długie i szerokie wybrzeże
Bałtyku. Na zachodzie otrzyma
ważny przemysłowy okręg Górnego
Śląska, a ponadto dalsze
terytoria na wschód od Odry, o
czym zadecyduje konferencja
pokojowa, na której nastąpi
decyzja o oderwaniu tych ziem od
Niemiec, po upewnieniu się, że
powstał na szerokich podstawach
oparty rząd polski...

Uchwały przewidują narady w
celu utworzenia w Polsce nowego
Tymczasowego Rządu Jedności
Narodowej... Rząd Jego
Królewskiej Mości zrobi
wszystko, co jest w jego mocy,
aby narady te były prowadzone na
jak najszerszych podstawach i
aby wszyscy przedstawiciele
kierunków demokratycznych mieli
pełną swobodę przybycia i
wyrażenia swoich poglądów...

Ponadto Rząd Jego Królewskiej
Mości przez swojego
przedstawiciela w Polsce użyje
całego swojego wpływu w celu
zapewnienia, by wybory, do
których przeprowadzenia nowy
rząd polski będzie zobowiązany,
odbyły się uczciwie, przy
zachowaniu wszystkich właściwych
demokratycznych zabezpieczeń...

Uzgodniliśmy, że wszystkie
partie demokratyczne - nie
nazistowskie czy faszystowskie
albo partie, które
współpracowały z wrogiem - będą
mogły brać udział w wyborach."

A 28 lutego minister spraw
zagranicznych Eden oświadczył w
sprawie utworzenia nowego rządu
polskiego:

- Gdy powstanie nowy rząd i
będziemy rozpatrywali jego
skład, będzie naszą i naszych
sojuszników rzeczą zdecydować,
czy ten rząd jest naprawdę i
rzeczywiście reprezentatywny w
stosunku do narodu polskiego.
Nasze uznanie musi od tego
zależeć. Nie uznamy rządu,
którego nie będziemy uważali za
reprezentatywny. Nie wystarczy
nam dodanie jednego czy dwóch
ministrów. Musi on, o ile jest
to tylko możliwe, reprezentować
znane stronnictwa polskie i
obejmować reprezentatywne
polskie postaci narodowe...
Szukamy drogi zapewnienia Polsce
pełnych praw wybrania sobie
rządu wolnego od wpływów
jakiegokolwiek innego mocarstwa
lub, jak wolno mi dodać,
jakichkolwiek innych mocarstw.

W czasie rozpraw wielu mówców
przemawiało w sposób wielce
przyjazny dla Polski.

Tak np. Arthur Greenwood
oświadczył:

- Kardynalnym grzechem trzech
wielkich mocarstw - z których
jedno ma bezpośredni interes,
jakiego my nie mamy - jest
decydowanie o przyszłości kraju
w nieobecności jego obywateli,
których życiem się frymarczy.

Alan Graham: Gen. Żymierski,
mianowany naczelnym wodzem przez
władze lubelskie, był skazany
przed wojną w Polsce na 5 lat
więzienia za sprzeniewierzenie
funduszów wojskowych
przeznaczonych na zakup masek
gazowych dla armii. Uważam, że
Wielka Trójka nie może żądać, by
gen. Anders i jego dzielni
oficerowie z Armii Polskiej,
która walczy u naszego boku,
poddawali się zwierzchnictwu
takiego naczelnego wodza. Pewne
refleksje budzi fakt, że nasze
imperium, które stało samotnie
obok Polski w r. 1940 w obliczu
potęgi tryumfujących Niemiec
nazistowskich, nie może dzisiaj,
kiedy ma u swego boku potężnych
sprzymierzeńców, upomnieć się o
sprawiedliwe traktowanie swojego
pierwszego i najbardziej
ofiarnego sojusznika tej
wojny...

Pickthorn: O ile wiadomo, jest
to pierwszy wypadek w historii,
że naród w wyniku prowadzenia
wojny zmienia zarówno swój
ustrój, jak granice decyzją
trzech innych narodów, które
wszystkie są w przymierzu z nim
- albo dokładniej: dwa są w
pełnym przymierzu w ścisłym tego
słowa znaczeniu, a trzecie w
przymierzu takim lub innym, a w
dodatku naród ten jest
nieobecny, gdy zapadają decyzje
o jego losie.

Gallacher (jak wiadomo, wrogo
dla nas usposobiony poseł
komunistyczny): Gen. Anders w
swoim oświadczeniu stwierdził,
że nadeszła godzina tragedii
Polski. Popełnia on błąd, jest
to bowiem godzina odrodzenia
Polski. Z piekła i ognia
zniszczeń wojennych rodzi się
nowa Polska. Jeżeli jest to
tragedia, to jedynie tragedia
osobista gen. Andersa a nie
Polski; muszę dodać, że słowo
"tragedia" ma znaczenie zbyt
wzniosłe, by łączyć je z osobą
gen. Andersa. Wszyscy rozumiemy,
że wojskiem, które oswobodziło
Polskę, była i być mogła jedynie
Czerwona Armia. Nie było to
jednak wyłączną zasługą Rosji,
gdyż armie brytyjskie i
amerykańskie, walcząc na różnych
frontach, przyczyniły się walnie
do osiągnięcia tego celu.
Natomiast obecne walki na
froncie wschodnim i oswobodzenie
Polski dokonało się wyłącznie
dzięki Czerwonej Armii. Gen.
Anders opuścił Rosję Sowiecką na
czele silnej Armii Polskiej
dlatego, że nienawidził Rosji
Sowieckiej. Odmówił on marszu u
boku Czerwonej Armii dla
oswobodzenia swej ojczyzny. Czy
to nie jest prawda? Czy gen.
Anders nie wyprowadził swojej
armii z Rosji Sowieckiej?

Alan Graham: Wyjście Armii
Polskiej było w pełni uzgodnione
między marszałkiem Stalinem i
gen. Sikorskim. Odbyło się ono
za zgodą rządu sowieckiego,
wszyscy wiedzieli bowiem, że
Polacy mogą walczyć z większym
powodzeniem poza granicami Rosji
Sowieckiej, biorąc pod uwagę
fakt, że rząd sowiecki nie był w
stanie ich umundurować i
uzbroić.

Gallacher: Rząd sowiecki
umundurował ich i uzbroił. Stało
się to wyłącznie wskutek tego,
że gen. Anders nie chciał
walczyć u boku Czerwonej
Armii... Gen. Anders wyprowadził
armię polską z Rosji Sowieckiej.
Gdyby gen. Anders nie był
reakcyjnym zaślepieńcem, a umiał
patrzeć w przyszłość, wkraczałby
na czele Armii Polskiej do
oswobodzonej Warszawy. Był on
niezdolny do podjęcia tego
bohaterskiego zadania...
Nienawiść do Rosji Sowieckiej
jest powodem tych wszystkich
trudności.

(Pan Gallacher, człowiek
niewątpliwie z wyobraźnią, umie
sobie wyobrazić dokładnie to, co
mogłoby się zdarzyć. Nie wiem,
czy p. Gallacher wie równie
dokładnie o tym, co zdarzyło się
w rzeczywistości, a mianowicie:

- że we wrześniu 1939 oddziały
dowodzone przeze mnie broniły
Polski nie tylko przeciw
najeźdźcy niemieckiemu, ale
także przeciw Czerwonej Armii,
która jako sprzymierzeniec
Niemiec wtargnęła do Polski;

- że podczas tych walk byłem
raniony nie tylko przez Niemców,
ale także dwukrotnie przez
bolszewików;

- że następnie, kiedy dostałem
się do niewoli sowieckiej, byłem
trzymany w więzieniach przez
blisko dwa lata, okresami w dość
ciężkich warunkach;

- że mimo to los mój był
lepszy od losu kilkunastu
tysięcy moich kolegów, oficerów
polskich, których po wzięciu
przez Czerwoną Armię wywieziono
do Rosji i pomordowano, a zwłoki
wielu tysięcy spośród nich
odnaleziono w Katyniu.

Pan Gallacher nie dodał, że do
Warszawy mogłem był wkroczyć
razem z wojskami sowieckimi pod
warunkiem, że przestałbym być
Polakiem).

A oto wyniki obrad. Tzw.
poprawkę polską, wyrażającą
ubolewanie z powodu decyzji
oddania drugiemu mocarstwu
terytorium sprzymierzonego kraju
z pogwałceniem art. 2 Karty
Atlantyckiej, odrzucono
większością 396 głosów przeciw
25 głosom. Następnie, na
zakończenie debat, Izba Gmin
powzięła 413 głosami za, bez
żadnego głosu sprzeciwu,
następującą uchwałę ogólną o
wynikach konferencji krymskiej:

"Izba zatwierdza oświadczenie
w sprawie wspólnej polityki
uzgodnionej przez trzy wieliie
mocarstwa na konferencji
krymskiej, a w szczególności z
zadowoleniem wita stanowczość w
zachowaniu jednolitej akcji nie
tylko dla osiągnięcia
ostatecznego pokonania wspólnego
wroga, lecz i na przyszłość w
wojnie i pokoju".

Nazajutrz po rozprawie z Izbie
Gmin podsekretarz stanu H. G.
Strauss ustąpił z rządu,
zawiadamiając Churchilla, że nie
może popierać polityki rządu w
sprawie Polski.

5 marca 1945 rząd polski,
jeszcze uznawany przez Wielką
Brytanię i Stany Zjednoczone,
dowiedział się z radia i prasy o
rozesłaniu przez rząd Stanów
Zjednoczonych w imieniu własnym,
Wielkiej Brytanii, Chin i
Związku Sowieckiego zaproszeń na
konferencję Narodów
Zjednoczonych, zwołaną na 25
kwietnia do San Francisco celem
przygotowania paktu
międzynarodowej organizacji
pokoju i bezpieczeństwa.
Rozesłano ją do 44. państw:
wszystkich Narodów
Zjednoczonych... z wyjątkiem
Polski, która pierwsza była w
wojnie z Niemcami. Rząd polski,
mimo że - powtarzam - uznawany
przez wszystkie państwa prócz
Rosji Sowieckiej, nie otrzymał
zaproszenia do wzięcia udziału w
tej konferencji.





Rozmowa z marszałkiem

Alanem Brooke'em





Przed wyjazdem z Londynu
złożyłem wizytę ministrowi
Sinclairowi oraz dowódcom
lotnictwa Portalowi i marynarki
Cunninghamowi. Spotkałem się
również z marszałkiem Alanem
Brooke'em, który od razu na
wstępie oświadczył, że nominacja
moja na Naczelnego Wodza bez
porozumienia z władzami
brytyjskimi była zaskoczeniem,
zwłaszcza wobec ostatnich rozmów
prowadzonych w Londynie w
sprawie połączenia wszystkich
polskich wojsk lądowych pod
jednym dowództwem.
Odpowiedziałem:

- Wyznaczenie mnie nastąpiło
zupełnie nagle i w zmienionych
warunkach, bo to przecież my
byliśmy zaskoczeni uchwałami
konferencji na Krymie.

Uważałem, że incydent został
na tym wyczerpany, tym bardziej,
że marszałek dodał:

- Vous resterez toujours mon
vieil ami.

A oto dalszy przebieg rozmowy.

Anders: Prowadzimy nadal, tak
jak dotąd, walkę z Niemcami,
bijąc się o swą niepodległość
pod polskimi sztandarami i
zgodnie z naszą przysięgą
żołnierską. Nie chcę wchodzić w
politykę, biorę fakty takimi,
jakimi są. A więc póki
sojusznicy uznają naszego
Prezydenta i nasz rząd legalny w
Londynie, nie widzę żadnych
trudności. Zadaniem naszych
dowódców jest utrzymać ducha
żołnierza, który został do głębi
wstrząśnięty decyzjami
jałtańskimi. Przewiduję duże
trudności od chwili uznania
rządu powołanego przez trzech
ambasadorów: Wielkiej Brytanii,
Stanów Zjednoczonych i Rosji.
Rząd taki przez nas uznany nie
będzie, gdyż pociągnęłoby to za
sobą złamanie przysięgi
żołnierskiej. Pan marszałek wie,
że przysięga obowiązuje
żołnierza. Gdy żołnierz
przysięgę złamie, wszystko staje
się wątpliwe. Dlatego chciałbym
wiedzieć, jak pan marszałek
zapatruje się na przyszłość
Polskich Sił Zbrojnych po
uznaniu rządu tymczasowego przez
trzy mocarstwa. Chciałbym
zwrócić uwagę na trudności,
które nastąpią w chwili, gdy
placówki nowego rządu obejmą
władzę nie tylko nad naszą
ludnością cywilną, ale i nad
rodzinami naszych żołnierzy, nad
chorymi, inwalidami, szkołami i
szeregiem instytucji
społeczno_wojskowych. Może też
się zdarzyć, że nowy rząd zechce
nas pozbawić obywatelstwa
polskiego. Nigdy nie przyznamy
mu tego prawa. Nigdy też nie
przyznamy mu jakiegokolwiek
prawa do Polskich Sił Zbrojnych.
Dlatego też z góry widzę
konieczność całkowitego odcięcia
się od przyszłego rządu
tymczasowego. Nadal chcemy dążyć
do połączenia wojsk polskich,
które, jak mi oświadczył premier
Churchill, mogłyby zostać użyte
w drugiej fazie do okupacji
Niemiec. Naturalnie rozumiem
utrzymanie Polskich Sił
Zbrojnych w tych samych
warunkach jak obecnie, tj. przy
wszystkich uzupełnieniach, które
będą napływały, licząc się z
tym, że może już w najbliższej
przyszłości wojska sojusznicze w
dalszym marszu napotkają wielkie
zgrupowania Polaków, z których
duża część na pewno nadawać się
będzie do wojska. Powstanie
także zagadnienie wielkich rzesz
ludności polskiej, którymi
trzeba się będzie zaopiekować.
Wśród nich będzie wielka ilość
najbliższych rodzin wojskowych.
Wydaje mi się, że nawet w
drugiej fazie, tzn. w czasie
okupacji, wojsko polskie może
odegrać poważną rolę. Jestem
przekonany, że nikt z nas, a
nawet premier Churchill nie jest
w stanie przewidzieć jak wypadki
się potoczą. Sądzę, że jak każda
wojna światowa, tak i obecna
przyniesie wiele niespodzianek.
Mam głęboką wiarę, że zwycięstwo
sojuszników, a z nim i nasze
będzie pełne, a w wyniku pokoju
powstanie naprawdę wolna i
niepodległa Polska. Otwarcie
powiem, że nie widzę takiej
Polski bez pełnego zwycięstwa
sojuszników, aczkolwiek muszę
przyznać, że ostatnie wydarzenia
wstrząsnęły wszystkimi Polakami.

Alan Brooke: Doskonale
rozumiem wielkie troski Pana i
położenie, w jakim się Pan
znajduje. Zresztą i nasze
położenie jest bardzo ciężkie.
Proszę, żeby Pan przedstawił mi
na piśmie swoje postulaty, gdyż
trzeba będzie znaleźć właściwe
rozwiązanie. Jest to sprawa nie
tylko wojskowa, ale i polityczna
i gospodarcza, więc będę musiał
ją przedyskutować z szeregiem
rzeczoznawców. Pan Generał
rozumie, że ja się polityką nie
zajmuję, ale uznaję, że
poruszone przez Pana zagadnienia
wojskowe są z nią bardzo ściśle
związane. Jeszcze raz proszę o
dokładne sprecyzowanie
postulatów i możliwie szybkie
doręczenie mi ich na piśmie.

Następnego dnia wręczyłem
marszałkowi Alanowi Brooke'owi
żądany memoriał.

Wyleciałem do Włoch 11 marca i
tego samego dnia złożyłem wizytę
gen. Markowi Clarkowi i gen. Mac
Creery. Odchodziłem ze
stanowiska dowódcy 2. Korpusu;
moim następcą mianowałem gen.
Bohusza_Szyszkę. Obaj
sojuszniczy generałowie prosili
mnie o przybycie do Korpusu
przed rozpoczęciem ofensywy
wiosennej.

Po inspekcji oddziałów
polskich we Włoszech spotkałem
się 24 marca z marszałkiem
Alexandrem w Casercie. Pytał
mnie, jak oceniam dalsze
możliwości uzupełnień Korpusu.
Odpowiedziałem, że nie mam już
teraz najmniejszych obaw i że
stany oddziałów Korpusu są tak
wysokie, jak nigdy przedtem a
dalsze uzupełnienia będą stale
napływały. Prosiłem marszałka,
by zwrócił szczególną uwagę na
wypowiedzi sojuszniczej prasy
wojskowej we Włoszech, gdyż w
obecnej drażliwej sytuacji
politycznej będzie to miało duży
wpływ na Korpus.

Byłem wzruszony serdecznością,
jaką podczas dłuższej audiencji
okazał mi Ojciec Święty,
podkreślając jednocześnie, że
nie jest to nasze ostatnie
spotkanie.





Zniknięcie szesnastu





W kilka dni po moim powrocie
do Londynu nadeszły z Kraju
wiadomości o zniknięciu
wszystkich najwybitniejszych
przywódców wojskowych i
politycznych w czasie
prowadzenia rozmów z władzami
sowieckimi w Polsce w
następujących okolicznościach.

W końcu lutego wicepremier,
delegat rządu na Kraj i ostatni
komendant rozwiązanej Armii
Krajowej otrzymali od pułkownika
NKWD Pimienowa pisemne
zaproszenie na konferencję z
gen. Iwanowem, przedstawicielem
dowództwa frontu białoruskiego,
przy czym płk Pimienow, jako
oficer Czerwonej Armii,
gwarantował im bezpieczeństwo.
Celem spotkania miało być
omówienie wyjścia z konspiracji
polskich partii politycznych,
które dotychczas się nie
ujawniły. 20 marca płk Pimienow
zawiadomił w odpowiedzi na
wyrażone uprzednio życzenie
strony polskiej, że władze
sowieckie godzą się na
umożliwienie podróży samolotem
do Londynu dwunastu osobom
spośród polityków polskich,
celem porozumienia się z rządem
polskim w Londynie. 27 marca
przybyli do gen. Iwanowa,
zgodnie z zaproszeniem:
wicepremier delegat rządu na
Kraj Stanisław Jankowski,
przewodniczący Rady Jedności
Narodowej Kazimierz Pużak i
ostatni komendant rozwiązanej
Armii Krajowej gen. Okulicki.
Następnego dnia przybyli do gen.
Iwanowa trzej ministrowie polscy
przebywający w Kraju: Adam Bień,
Stanisław Jasiukowicz, Antoni
Pajdak oraz dziewięciu członków
stronnictw politycznych i
tłumacz. Od tej chwili wszelka
wieść o nich zaginęła.

Ostatnim komendantem Armii
Krajowej był mój dawny szef
sztabu w Zssr, gen. Okulicki.
Był on wraz ze mną dwukrotnie na
Kremlu podczas rozmów ze
Stalinem - 4 grudnia 1941 i 18
marca 1942. Po wyjściu wojska
polskiego z Rosji Okulicki,
wówczas w stopniu pułkownika,
pełnił funkcję dowódcy 7.
dywizji, a następnie jako jeden
z pierwszych zgłosił się na
zrzut do Kraju. Brał udział w
powstaniu warszawskim, a po jego
upadku został ostatnim
komendantem Armii Krajowej na
miejsce gen.
Bora_Komorowskiego, który
dostał się do niewoli.
Zniknięcie gen. Okulickiego,
którego wszyscy znaliśmy i
wysoko cenili za jego odwagę i
patriotyzm, wywołało nową falę
wzburzenia w wojsku. Był to
przedsmak przygotowań do
tworzenia w Polsce nowego rządu
na zasadach niemieszania się do
wewnętrznycj spraw Polski przez
obce mocarstwa.





Na Bolonię





Wiosenna ofensywa
sprzymierzonych w r. 1945 we
Włoszech rozpoczynała kampanię o
dolinę rzeki Pad. Plan gen.
Marka Clarka, dowódcy 15. grupy
armii, polegał na odcięciu i
zniszczeniu sił niemieckich
przed wycofaniem się ich poza
rzekę Pad za pomocą manewru
kleszczowego. 8. Armia Brytyjska
miała nacierać z rejonu dolnego
biegu rzeki Senio w kierunku
przez Argenta na Ferrarę. 5.
Armia Amerykańska uderzała z
rejonu na południe od Bolonii,
omijając ją od zachodu w ogólnym
kierunku na Weronę. Stosunek
liczebny stojących naprzeciw
siebie wojsk, a mianowicie ok.
200 baonów piechoty
sprzymierzonych przeciw ok. 160
baonom nieprzyjaciela nie
uzasadniał tego śmiałego planu
gen. Mark Clarka. Natomiast
znaczna przewaga w materiale po
stronie sprzymierzonych, przede
wszystkim w lotnictwie i broni
pancernej, stwarzała możliwość
powodzenia.

2. Korpus Polski miał wspólnie
ze swym prawym sąsiadem, 5.
Korpusem Brytyjskim przełamać
obronę nieprzyjaciela na rzece
Senio i zdobyć przedmoście za
rzeką Santerno. Następnie 2.
Korpus Polski miał uderzyć w
kierunku zachodnim na Medicina i
Castel San Pietro, a 5. Korpus
Brytyjski w kierunku północnym
przez Argenta na Ferrarę.

Dotychczasowe siły Korpusu
Polskiego zostały wzmocnione
przez wspomniane już dwie
brygady piechoty, a nadto przez
świeżo utworzone dwa pułki
artylerii ciężkiej i baonu
komandosów. Prócz tego do
działań tych w skład Korpusu
Polskiego wchodziły następujące
jednostki brytyjskie: 7.
Brytyjska Brygada Pancerna,
część brygady saperów
szturmowych, 43. Brygada
Hinduska, 148#20 Pułk Huzarów,
część 27. Pułku Ułanów i cztery
pułki artylerii.

Teren przyszłej walki
stanowiła równina, poprzecinana
rzekami i kanałami biegnącymi
poprzecznie do kierunku
natarcia. Brzegi tych rzek i
kanałów były obramowane wałami
ziemnymi kilkumetrowej
wysokości. Nieprzyjaciel
wyzyskał je dla wbudowania
stanowisk obronnych i głębokich
schronów. W terenie równinnym
winna latorośl utrudniała
widoczność.

Zgodnie z rozmowami z
marszałkiem Alexandrem i gen.
Markiem Clarkiem w czasie mego
ostatniego pobytu we Włoszech,
na wiadomość, że ofensywa
wiosenna się rozpoczyna,
wyruszyłem 6 kwietnia 1945 do 2.
Korpusu Polskiego, by
uczestniczyć w ostatnim, jak
przypuszczałem, boju we
Włoszech.

Po drodze odwiedziłem
zwycięską 1. Polską Dywizję
Pancerną, dowodzoną przez gen.
Stanisława Maczka, która
przygotowywała się na północy w
Holandii do rozstrzygającej
walki. Byłem także u lotników,
którzy pod dowództwem płk.
Gabszewicza brali tak wydajny
udział w operacjach na
kontynencie.

We Włoszech wylądowałem w
Forli 8 kwietnia. Zastałem
wszystko w przygotowaniu
bojowym. 2. Korpus Polski
oczekiwał godziny natarcia na
linii rzeki Senio.

Znajdowałem się wraz z gen.
Markiem Clarkiem na wysuniętym
punkcie dowodzenia 2. Korpusu.
Był piękny słoneczny dzień 9
kwietnia. Na czystym niebie
ukazały się lśniące w słońcu
ciężkie bombowce amerykańskie.
Nadlatywały w formacjach po
kilkadziesiąt i zrzucały na
niemiecką linię obrony swój
ładunek bomb, pod którym
dosłownie ziemia drżała. Nagle
zdarzył się wypadek widoczny
gołym okiem. Ładunek bomb
jednego z nadlatujących kluczÓów
bombowców oderwał się zbyt
wcześnie. Bomby spadły na
polskie oddziały szturmowe
gotowe do rozpoczęcia natarcia.
Udałem się natychmiast na
miejsce wypadku i stwierdziłem,
niestety, dość duże straty.
Żołnierz wykazał godne podziwu
opanowanie. Dzięki energii
dowódców luki w oddziałach
wypełniono i natarcie 2. Korpusu
ruszyło bez opóźnienia.

Jeszcze tegoż dnia wieczorem
czołowe oddziały 3. Dywizji
Strzelców Karpackich docierają
na przeciwległy wał nadbrzeżny
rzeki Senio, a nazajutrz o
świcie oba brzegi są w naszym
ręku. Zaczyna się ciężka walka o
międzyrzecze Senio_santerno.
Dużą rolę w torowaniu drogi
poprzez wysokie wały nadbrzeżne
odegrały umieszczone na czołgach
miotacze ognia typu "Krokodyl",
ziejące potwornym słupem ognia
na 1207m. Groźna dotychczas
niemiecka broń przeciwpancerna
typu "Faustpatrone" stała się
teraz nieco mniej skuteczna,
ponieważ jej zasięg był mniejszy
od 1207m. Zaskoczeniem dla
nieprzyjaciela było również
użycie czołgów do walki w nocy
przy świetle reflektorów oraz
zastosowanie przeciwpancernej
broni rakietowej przez nasze
samoloty.

Uderzenie 3. dywizji trafiło
na styk niemieckiej 98. Dywizji
Piechoty i 26. Niemieckiej
Dywizji Pancernej. Oddziały
niemieckie, jak później udało
się nam stwierdzić, otrzymały
rozkaz bronienia zajmowanych
pozycji za wszelką cenę.
Wyborowe oddziały niemieckie
walczyły z zaciętością, mimo
widocznej już bezcelowości
ofiar. W trzydniowych zmaganiach
oddziały nasze złamały opór
nieprzyjaciela nad Senio i
osiągnęły przeciwległy brzeg
rzeki Santerno. Nieprzyjaciel
wykonał szereg przeciwnatarć,
wspartych czołgami i
samobieżnymi działami
szturmowymi na naszą piechotę,
która przeprawiła się przez
rzekę na razie bez ciężkiej
broni wsparcia. Nasze lotnictwo,
a szczególnie Desert Air Force,
które zjawiło się natychmiast na
zagrożonych odcinkach, dało się
bardzo we znaki czołgom
niemieckim. Zbudowanie przepraw
umożliwiło przesunięcie własnych
czołgów na drugi brzeg rzeki.
Natarcie, przeprowadzone w
godzinach wieczornych 12
kwietnia, opanowało przedmoście
niezbędne dla stanowisk
wyjściowych następnych działań.

Złamanie oporu nieprzyjaciela
na rzekach Senio i Santerno
(przy czym rozbito 26. Niemiecką
Dywizję Pancerną) pozwalało
przypuszczać, że pościg za
pokonanym nieprzyjacielem
pójdzie teraz łatwiej. Tymczasem
przygotowane oddziały pościgowe
2. Korpusu Polskiego, które
ruszyły na zachód z opanowanego
poprzednio przedmościa za rzeką
Santerno, natknęły się już 14
kwietnia na silny opór 4.
Dywizji Spadochronowej, która
zdecydowała się przyjąć walkę w
oparciu na systemie wodnym rzeki
Sillaro, obejmującym prócz samej
rzeki kilka kanałów na jej
przedpolu i zapleczu. 5. Kresowa
Dywizja Piechoty i doskonale
walcząca 43. Brygada Hinduska,
wspierane bronią pancerną,
zmagają się trzy dni z broniącym
się zacielke nieprzyjacielem,
zdobywając szereg przeszkód
wodnych za rzeką Sillaro.
Ruchliwe zgrupowanie w składzie
pułku pancernego i baonu
piechoty na pojazdach
opancerzonych typu "Kangur"
przebiło się o świcie 16
kwietnia przez linie
nieprzyjaciela i zajęło węzeł
komunikacyjny Medicina na jego
tyłach. Nieprzyjaciel został
pobity. Resztki 4. Dywizji
Spadochronowej uszły nocą z 16
na 17 kwietnia z pola walki.

Oddziały nasze ruszają
natychmiast w pościg, lecz już
po południu 17 kwietnia
natrafiają na zdecydowany opór
nieprzyjaciela na rzece Gaiana.
Naprzeciw 2. Korpusu Polskiego
zjawia się znowu, po raz trzeci
w kampanii włoskiej, wyborowa
niemiecka 1. Dywizja
Spadochronowa, ta sama, która
broniła Monte Cassino. Nocne
wypady naszych oddziałów
odparto. Nieprzyjaciel siedzi
twardo w terenie i nie zamierza
łatwo ustąpić. Trzeba znowu
przygotować mocne natarcie.

Poprzedzone przygotowaniem
artyleryjskim i bombardowaniem
przez samoloty Desert Air Force
natarcie ruszyło 19. rano. Brały
w nim także udział czołgi z
miotaczami ognia typu
"Krokodyl". Posuwało się jednak
niezmiernie opornie. Z miejsca
ponieśliśmy duże straty w
czołgach. Spadochroniarze
niemieccy byli po prostu
naszpikowani rakietową bronią
przeciwpancerną "Faustpatrone".
Na odcinku jednej tylko 5.
Kresowej Dywizji zdobyto w ciągu
dnia 236 sztuk tej broni. Po
ciężkiej walce w niezmiernie
silnym ogniu artylerii i
moździerzy obu stron, oddziały
nasze wzięły w godzinach
przedpołudniowych małe
przedmoście; wyzyskano je do
wprowadzenia do walki 2. Brygady
Pancernej. Była to walka
zaciekła i bezpardonowa, z
wyjątkowo twardym przeciwnikiem.
W godzinach popołudniowych
nieprzyjaciel został pobity,
walczył jednak rozpaczliwie
dalej, by dać możność wycofania
się innym oddziałom. Rozbite
oddziały 1. Dywizji
Spadochronowej wycofały się w
nocy z 19 na 20 kwietnia,
ścigane przez naszą piechotę i
czołgi.

Tak więc na szlaku swego
natarcia 2. Korpus Polski musiał
w tych walkach uporać się
kolejno z niemiecką 26. Dywizją
Pancerną, jedyną, jaką Niemcy
mieli wówczas we Włoszech, i z
niemieckimi 4. i 1. Dywizjami
Spadochronowymi, zaliczającymi
się niewątpliwie do najlepszych
oddziałów nieprzyjaciela.

16 kwietnia spotkałem się z
gen. Markiem Clarkiem we
Florencji. W czasie rozmowy z
przykrością wręczyłem mu
wydawnictwo "British Army
Newspaper Unit Cmf" z 13
kwietnia z mapą proponowanych
przez podsekretarza stanu Summer
Wellesa powojennych granic
Niemiec, powiększonych na
wschodzie o pokaźną część
Poznańskiego i całe Pomorze
polskie. Gen. Mark Clark widział
już to pismo i wystąpił ostro na
właściwym szczeblu, by zapobiec
rozpowszechnianiu takich pojęć i
pomysłów w wojsku.

Chciałem się dowiedzieć, czy
gen. Mark Clark nie będzie miał
nic przeciwko temu, jeżeliby w
wyniku toczących się działań
Polacy pierwsi wkroczyli do
Bolonii.

Gen. Mark Clark z całą
serdecznością oświadczył:

- Bardzo bym się cieszył,
gdyby Bolonię zdobyli Polacy.
Byłoby to korzystne dla was i
dla sprawy polskiej. Szczerze
wam tego życzę.

W dalszych działaniach po
sforsowaniu rzeki Gaiana 2.
Korpus Polski miał działać w
kierunku północno_zachodnim.
Oddziały polskie wysunęły się do
przodu mając zupełnie odkryte
swe lewe skrzydło. Toteż
specjalnie wydzielone
zgrupowanie brygadowe działało
po szosie nr 9 w kierunku na
Bolonię, by zapobiec
niespodziankom z tej strony.
Brygada ta zwalczała opór
niemiecki i zbliżała się do
Bolonii. Wieczorem 20 kwietnia
czołowy baon dostał się w nawałę
ognia artylerii amerykańskiej,
która ostrzeliwała szosę nr 9 w
przekonaniu, że są tam tylko
wycofujące się oddziały
niemieckie. Po interwencji
telefonicznej ogień artylerii
przerwano i wydzielony oddział
mógł wykonywać dalej swe
zadanie. O #,#45 w nocy 21
kwietnia forsuje on opór
nieprzyjaciela na rzece Idice,
następnie o #/5#30 rano łamie
ostatni opór na
południowo_wschodnich skrajach
miasta Bolonii i o #/6#00
wkracza do centrum miasta, na
dwie godziny przed przybyciem
oddziałów amerykańskich.

Gros sił 2. Korpusu Polskiego
znajdowało się w pościgu za
nieprzyjacielem na
północo_wschód od Bolonii, gdy
21 kwietnia w godzinach
popołudniowych nadszedł rozkaz z
dowództwa 8. Armii o przejściu
Korpusu do odwodu.

22 kwietnia 1945 na
historycznym rynku Bolonii gen.
Mark Clark przyjął przed
ratuszem honory wojskowe
oddziałów Armii Amerykańskiej,
Brytyjskiej i Polskiej. Z
polecenia i na prośbę gen. Mac
creery reprezentowałem 8. Armię
Brytyjską. Spotkałem się tam z
gen. Truscottem, dowódcą 5.
Armii Amerykańskiej. Uroczystość
trwała krótko, gdyż dowódcy
musieli kierować dalszym
pościgiem za rozproszonymi
oddziałami nieprzyjaciela.
Dowódca 8. Armii wydał osobny
rozkaz do oficerów, podoficerów
i szeregowych 2. Korpusu
Polskiego, który brzmiał:

"Pierwsza faza działań
zaczepnych 8. Armii jest już
zakończona; nieprzyjaciel został
odrzucony do rzeki Pad.

Odegraliście decydującą rolę w
tym wielkim zwycięstwie. W
czasie waszego pochodu naprzód,
po historycznej drodze
emiliańskiej od Faenzy do
Bolonii, stawiały wam czoło
najlepsze oddziały niemieckie.
Zadaliście bardzo ciężkie straty
w ludziach i sprzęcie trzem
najlepszym dywizjom
nieprzyjacielskim: 26. pancernej
oraz 1. i 4. spadochronowej.
Walka była zaciekła i uparta.
Wyborowe wojska spadochronowe
stawiały twardy opór aż do
otrzymania ostatecznego ciosu,
który zadaliście im na wschód od
rzeki Idice; cios ten wstrząsnął
nieprzyjacielem i doprowadził
wprost do zdobycia historycznego
miasta Bolonii.

Wykazaliście w tej wielkiej
bitwie wspaniałego ducha
bojowego, wytrzymałość i
umiejętność walki. Przesyłam
wam, żołnierze wszystkich
stopni, najgorętsze wyrazy
uznania i podziwu i życzę wam
szczęścia żołnierskiego w
dalszym waszym pochodzie w
szeregach 8. Armii, aż do
ostatecznej klęski
nieprzyjaciela na ziemi
włoskiej."

W dalszym rozwoju działań
armie sprzymierzonych
przekraczają rzekę Pad i zajmują
szereg miast w północnych
Włoszech.

28 kwietnia do kwatery głównej
wojsk sprzymierzonych w Casercie
przybyli pełnomocnicy niemieccy
celem podpisania kapitulacji
wojsk niemieckich we Włoszech.
Tego samego dnia opuściłem
Włochy, odlatując do Londynu.





Dzień zwycięstwa...

ale nie dla wszystkich





W Londynie nad wszystkim
górował nastrój oczekiwania
kapitulacji Niemiec, której
spodziewano się z godziny na
godzinę. Armie sprzymierzonych
zajmowały Niemcy zachodnie i
południowe. Lotnictwo
sojusznicze siało grozę i
zniszczenie. Czerwona Armia
atakowała Berlin. Z upadkiem
Niemiec znikał cel wspólnych
wysiłków sprzymierzonych, a tym
jaskrawiej miały się zarysować
dzielące ich różnice. Na drodze
Polski piętrzyły się coraz
większe trudności polityczne.
Minister Eden 11 kwietnia 1945
oświadczył w Izbie Gmin, że nie
ma potwierdzenia wiadomości, iż
polscy przedstawiciele udali się
do Rosji w celu przedyskutowania
nowego prowizorycznego rządu
polskiego.

21 kwietnia rząd polski w
Londynie jeszcze raz wyciągnął
rękę do zgody z Rosją Sowiecką w
następującym oświadczeniu:

"Wśród zagadnień wymagających
rozstrzygnięcia w ramach
organizacji pokojowej Europy
jednym z najważniejszych jest
ułożenie dobrych stosunków
sąsiedzkich między Polską a
Rosją. Rząd polski w pełnym
zrozumieniu tej konieczności
ponawia swą gotowość rozważania
z rządem sowieckim istniejących
spraw spornych i zdecydowany
jest zawrzeć z Zssr układ
gwarantujący bezpieczeństwo obu
państw oraz ściśle współpracować
z nim w ramach ogólnej
międzynarodowej organizacji
bezpieczeństwa".

Tego samego dnia, jakby w
odpowiedzi na oświadczenie rządu
polskiego, Stalin i
Osóbka_Morawski z ramienia
tymczasowego rządu w Warszawie
podpisali w Moskwie 20_letni
sojusz, równoznaczny z coraz
mocniejszym osadzeniem się Rosji
w Europie Środkowej.

25 kwietnia w San Francisco
rozpoczęły się obrady Narodów
Zjednoczonych - bez udziału
rządu polskiego.

W dwa dni później rząd polski
w Londynie zwrócił się
telegraficznie do ministrów
Edena i Settiniusa:

"Społeczeństwo polskie zarówno
w Kraju jak i za granicą oraz
Armia Polska są wysoce
zaniepokojone losem 16.
wybitnych przedstawicieli
polskich stronnictw
politycznych, którzy kierowali w
ciągu z górą 5. lat walką narodu
polskiego w kraju przeciw
okupantowi niemieckiemu.
Niepokój ten wzrósł w ostatnich
dniach, gdy bowiem władze
sowieckie zachowują całkowite
milczenie w powyższej sprawie,
przewodniczący tzw. komitetu
lubelskiego na konferencji dla
prasy zagranicznej w Moskwie
oświadczył 24 kwietnia, że nic
mu nie wiadomo o losie
wymienionych wyżej osób i że
sprawa ta w ogóle nie istnieje".

5 maja 1945 w San Francisco
ogłoszono następujące
oświadczenie
amerykańsko_brytyjskie:

"Rządy Wielkiej Brytanii i
Stanów Zjednoczonych zwracały
się wielokrotnie do rządu
sowieckiego z zapytaniem, co się
stało z grupą wybitnych
przywódców demokratycznych, o
których doniesiono, że spotkali
się z wojskowymi władzami
sowieckimi w Polsce celem
przeprowadzenia rozmów w końcu
marca br. Rządy brytyjski i
amerykański zostały obecnie
oficjalnie poinformowane przez
p. Mołotowa, w imieniu rządu
sowieckiego, że przywódców tych
aresztowano pod zarzutem akcji
dywersyjnej przeciwko Czerwonej
Armii. Eden i Stettinius
natychmiast wyrazili Mołotowowi
swą wielką troskę wobec
otrzymania tej jak najbardziej
niepokojącej wiadomości po tak
długiej zwłoce i poprosili go o
udzielenie dokładnych wyjaśnień
dotyczących zaaresztowania
przywódców polskich, o pełną
listę ich nazwisk i dane o ich
obecnym miejscu przebywania.
Brytyjski minister spraw
zagranicznych i sekretarz stanu
Stanów Zjednoczonych donieśli o
tym poważnym zdarzeniu swoim
rządom i poinformowali p.
Mołotowa, że chwilowo nie mogą
prowadzić dalszej dyskusji w
sprawie Polski".

Już następnego dnia rząd
polski w Londynie wystosował
apel do Stettiniusa jako
przewodniczącego konferencji w
San Francisco:

"Oświadczenie złożone
ministrom spraw zagranicznych
Wielkiej Brytanii i Stanów
Zjednoczonych w San Francisco
przez komisarza spraw
zagranicznych Związku
Sowieckiego Mołotowa, że grupa
polskich przywódców
demokratycznych została
aresztowana przez władze
sowieckie pod zarzutem akcji
dywersyjnej przeciwko Czerwonej
Armii, potwierdziło najgorsze
obawy rządu polskiego... Strona
sowiecka, zapraszając przywódców
polskich na narady, a następnie
aresztując ich, nadużyła dobrej
wiary i złamała dane
przyrzeczenia. Wysunięcie, po z
górą miesięcznym milczeniu,
bezpodstawnych zarzutów tym,
którzy przez pięć lat kierowali
walką narodu polskiego przeciw
Niemcom, a następnie wspierali w
krwawych bojach działania Armii
Czerwonej od marca 1944 do
stycznia 1945, nie może
przekonać żadnego bezstronnego i
uczciwego człowieka. Oskarżenie
skierowane jest przeciwko
najlepszym synom ojczyzny,
którzy walczyli o prawdziwą
niepodległość Polski i prawdziwą
demokrację w Polsce. Nad głowami
ich zawisło najwyższe
niebezpieczeństwo oskarżenia bez
możności obrony i wydania wyroku
za zamkniętymi drzwiami..."

Gdy wymiana not i depesz w
sprawie aresztowanych przez
Rosję Sowiecką przedstawicieli
ruchu walki i oporu przeciwko
Niemcom w Polsce nabierała
ostrości i ponurym cieniem
przesłaniała widoki pokoju po
wojnie, nadeszła wiadomość, że
działania wojenne w Europie
zostały zakończone bezwzględną
kapitulacją Niemiec, podpisaną
naprzód w Reims 7 maja o #/2#41,
a później w Berlinie 8 maja o
#/0#16.

Był to wielki dzień w historii
świata i wielka ulga dla
milionów ludzi. My Polacy,
niestety, nie mogliśmy brać
udziału w powszechnym
entuzjazmie tej chwili. Nawet
gorycz samotnej walki we
wrześniu 1939 w Polsce w
początku tej zawieruchy była
nikła wobec naszego osamotnienia
w niedoli wśród zwycięskiej
radości sprzymierzonych.
Zwycięstwo, do którego
przyczyniliśmy się tak wielką
ilością przelanej krwi i
tyloletnią męką narodu polskiego
nie było naszym udziałem. Dla
Polski "V_day" jeszcze nie
nadszedł.


Od zakończenia działań wojennych

Słowa i rzeczywistość


Na tle druzgocącego zwycięstwa
nad Niemcami potężnie rysowała
się postać Churchilla. Jak w
poprzedniej wojnie Clemenceau
powszechnie zwano "ojcem
zwycięstwa", tak w obecnych
zmaganiach przyznawano może w
jeszcze większym stopniu zasługę
Churchillowi. Ku niemu zwracały
się oczy całego świata. Jego
umysłowi i sile woli w dużej
mierze zawdzięczała ludzkość
rozstrzygnięcie tak ciężkiej i
długiej wojny z Niemcami.
Wielkość Churchilla, jego
zdolność postanowień i upór w
pokonywaniu największych
trudności były zaiste
imponujące. Najsilniej wbiły mi
się w pamięć z wielu wspaniałych
powiedzeń i przemówień
Churchilla w czasie tej wojny
słowa, które padły z jego ust w
chwili, gdy ojczyzna jego była
najbardziej zagrożona:

- Niczego nie mam dla was
prócz krwi, łez, trudu i potu,
ale cel jest w jednym słowie:
zwycięstwo.

W liście do Churchilla zaraz
po zwycięstwie dałem wyraz tym
uczuciom w następujących
słowach:

"W wielkim dniu, w którym
świat na koniec usłyszał dumne
oświadczenie Pana o zakończeniu
wojny z Niemcami, pragnę
przesłać najserdeczniejsze
życzenia i gratulacje. Mogę
sobie dobrze wyobrazić uczucie
Pana po osiągnięciu tego
ogromnego celu: pobicia Niemiec.
Był Pan budowniczym tego
zwycięstwa i zostanie to na
zawsze zapamiętane i uznane nie
tylko przez Brytyjczyków, lecz
także szczególnie przez moich
rodaków. Przez nadludzką
energię, odwagę i wytrwałość
Pana w dążeniu do celu pokazał
Pan, że najtrudniejsze dzieła
mogą być doprowadzone do
pomyślnego zakończenia."

Tego samego dnia król Jerzy VI
napisał do Prezydenta
Rzeczypospolitej:

"Na zawsze będzie zaszczytem
dla Polski, że stawiała ona,
samotnie, opór przeważającym
siłom niemieckiego napastnika.
Narody brytyjski i polski
wspólnie walczyły przeciw swemu
brutalnemu wrogowi w ciągu
przeszło pięciu tragicznych lat
straszliwych cierpień ludności
polskiej, której odwaga i
wytrzymałość wzbudziły mój
serdeczny podziw i współczucie.
Dzielni polscy żołnierze,
marynarze i lotnicy walczyli
obok moich sił zbrojnych w wielu
częściach świata, wszędzie
uzyskując wysokie uznanie. W
szczególności my, w tym kraju, z
wdzięcznością wspominamy to, co
zdziałali polscy lotnicy w
bitwie o Wielką Brytanię,
uznanej przez cały świat za
przełomową w tej wojnie. Mam
najszczerszą nadzieję, że Polska
za swą odwagę i ofiarność uzyska
nagrodę w dziele pokoju i
współpracy międzynarodowej,
która stoi przed Narodami
Sprzymierzonymi."

A niedługo potem, 13 maja
1945, Churchill w przemówieniu
do narodu brytyjskiego mówił:

"Na lądzie Europy musimy
jeszcze zapewnić, by proste i
szlachetne cele, dla których
weszliśmy w wojnę, nie zostały
porzucone i zapomniane w
nadchodzących miesiącach oraz by
słowa: wolność, demokracja i
wyzwolenie nie zostały wyzute ze
swego istotnego znaczenia. Na
niewiele by się zdało ukaranie
hitlerowców za ich zbrodnie,
jeśliby w Europie nie zapanowało
prawo i sprawiedliwość oraz
jeśliby miejsce najeźdźców
niemieckich zajęły rządy totalne
i policyjne. Niczego nie
pragniemy dla siebie samych, ale
musimy zapewnić, by te ideały, o
które walczyliśmy, zostały
uznane przy stole obrad
pokojowych jak w słowach, tak w
czynach oraz musimy dołożyć
starań by ustrój Narodów
Zjednoczonych, który tworzy się
w San Francisco, nie stał się
pustą nazwą i nie był osłoną dla
silnych, a urągowiskiem dla
słabych".

Jeszcze nie przebrzmiały wśród
Polaków te wzniosłe i piękne
słowa, gdy odezwał się Kreml. 19
maja Stalin dał pisemną
odpowiedź na list korespondenta
"Times'a" w Moskwie, Parkera,
który zapytywał o 16.
uwięzionych przywódców Polski
podziemnej i o to, jaki będzie
prowizoryczny rząd dla Polski.
Stalin oświadczył:

"1) Aresztowanie 16. Polaków
w Polsce, na których czele stoi
notoryczny dywersant gen.
Okulicki w niczym nie jest
związane z zagadnieniem
rekonstrukcji polskiego rządu
prowizorycznego. Tych panów
aresztowano na zasadzie prawa
zabezpieczającego tyły Czerwonej
Armii przed dywersantami, które
to prawo jest analogiczne do
brytyjskiego prawa o obronie
państwa (Defence of the Realm).
Aresztowanie przeprowadziły
sowieckie władze wojskowe, w
zgodzie z porozumieniem zawartym
między polskim rządem
prowizorycznym, a sowieckim
dowództwem wojskowym.

2) Nie jest prawdą, że
aresztowanych Polaków zaproszono
w celu prowadzenia rokowań z
władzami sowieckimi. Władze
sowieckie nie prowadzą i nie
będą prowadziły rokowań z tymi,
którzy łamią prawo zapewniające
bezpieczeńswo tyłów Czerwonej
Armii.

3) Jeżeli chodzi o sprawę
rekonstrukcji polskiego rządu
prowizorycznego, może ona być
załatwiona tylko na zasadzie
uchwał krymskich. Od tych uchwał
nie może być żadnych odchyleń.

4) Według mego zdania sprawa
polska może być rozwiązana przez
układ pomiędzy sojusznikami, z
tym że zostaną spełnione
następujące warunki:

a) po rekonstrukcji polskiego
rządu tymczasowego zostanie on
uznany jako rdzeń przyszłego
rządu polskiego jedności
narodowej, analogicznie do
Jugosławii, gdzie Narodową Radę
Wyzwolenia uznano za zalążek
zjednoczonego rządu
jugosłowiańskiego;

b) kiedy w rezultacie
rekonstrukcji taki rząd
powstanie w Polsce, będzie on
prowadził politykę przyjaźni ze
Związkiem Sowieckim, a nie
politykę "cordon sanitaire",
skierowaną przeciwko Związkowi
Sowieckiemu;

c) sprawa rekonstrukcji
polskiego rządu prowizorycznego
musi być zdecydowana przy
udziale Polaków, którzy obecnie
mają styczność z ludem polskim".

Zarówno kłamliwość
oświadczenia w sprawie 16.
uwięzionych, jak posępna
dwuznaczność określeń
dotyczących narzuconego Polsce
rządu, brzmiały złowróżbnie.

Po klęsce Niemiec nas Polaków
na obczyźnie pochłaniały
zagadnienia opieki nad przeszło
milionową rzeszą Polaków
pozostałych przy życiu,
poprzednio siłą wywiezionych na
roboty czy też uwięzonych w
obozach koncentracyjnych lub
jenieckich. Byli to ludzie
straszliwie dotknięci wojną.
Przez szereg lat pracowali w
okropnych warunkach jak
niewolnicy. Dzięki sojusznikom
uzyskali obecnie wolność, ale
przyszłość ich rysowała się
niepewnie. Wróciłem do
rozpoczętych poprzednio starań,
aby skoncentrować wojska polskie
w Niemczech. Był to, moim
zdaniem, najprostszy sposób
rozwiązania trudności. Wojsko
polskie na okupacji wchłonęłoby
w swoje szeregi tych wszystkich,
którzy nadawali się do służby, a
nad resztą roztoczyłoby opiekę,
jak w Rosji Sowieckiej w latach
1941_#1942.

10 maja przeprowadziłem
rozmowę z gen. Eisenhowerem i z
jego szefem sztabu gen. Smithem,
którym wręczyłem memoriał w
sprawie opieki nad Polakami w
Niemczech. Tego samego dnia
miałem rozmowę z gen. Grasset, w
której szczegółowo ustaliliśmy
zorganizowanie pierwszej pomocy
i przydzielenie polskich
oficerów łącznikowych do
wszystkich większych jednostek
sojuszniczych. W obu rozmowach
sugerowałem użycie wojsk
polskich w okupacji Niemiec.

Odwiedziłem największy obóz
jeniecki oficerów w Murnau w
Bawarii, gdzie zastałem dwóch
moich braci, wielu znajomych i
kolegów. Nastrój w obozie
doskonały, mimo tak długiej
niewoli. W Paryżu spotykam
wypuszczonego już na wolność
gen. Bora_komorowskiego, który
jest w drodze do Londynu.

14 maja przeprowadzam rozmowę
z szefem sztabu 21. grupy armii
gen. de Guingand. Poruszam te
same sprawy co z gen.
Eisenhowerem. Gen. de Guingand
jest zdania, że należy jak
najszybciej uyskać decyzję War
Office'u.

Po przybyciu gen.
Bora_komorowskiego wynikła
sprawa objęcia przez niego, jako
mianowanego w chwili upadku
powstania w Warszawie Naczelnego
Wodza, naczelnego dowództwa.
Prezydent Rzeczypospolitej
odwlekał postanowienie.
Uważałem, że przeciąganie
decyzji odbija się ujemnie na
sprawach wojska. Zwracałem się
wielokrotnie do Prezydenta o
ostateczne załatwienie tej
sprawy.

21 maja spotkałem się
powtórnie z gen. Eisenhowerem, z
jego szefem sztabu gen. Smithem
i z gen. Bullem; dekorowałem ich
w imieniu Prezydenta Orderem
Polonia Restituta. Gen.
Eisenhower po dekoracji
oświadczył:

- Wielkim zaszczytem dla mnie
jest zostać odznaczonym orderem
narodu, który ma tak wspaniałą i
chlubną kartę w historii tej
wojny.

Gen. Smith zakończył słowami:

- Wierzę i życzę z całego
serca, by - jak brzmi nazwa
orderu - Polska, tak jak po
ostatniej wojnie,
zmartwychwstała po raz wtóry.

W końcu maja uzyskałem
ostateczną decyzję Prezydenta i
przestałem pełnić obowiązki
Naczelnego Wodza, które przejął
gen. Bór_komorowski.

Wracałem z powrotem do 2.
Korpusu we Włoszech. Była to
moja prawdziwa rodzina.
Niestety, nie mogłem
przeprowadzić do końca planów
połączenia polskich sił lądowych
na terenie Niemiec i zapewnienia
opieki nad ogromną rzeszą
Polaków, która wyszła świeżo z
więzień i obozów pracy
przymusowej.

Churchill przesłał na moje
ręce list stwierdzający zasługi
żołnierzy polskich, którzy u
boku swych sprzymierzonych
walczyli na obczyźnie:

"...w chwili gdy Pan Generał
zrezygnował ze stanowiska p.o.
Naczelnego Wodza Polskich Sił
Zbrojnych, pragnę wyrazić
podziw, z jakim śledziłem
sukcesy wojsk pod dowództwem
Pana Generała we Włoszech i w
Europie północno_zachodniej, jak
również osiągnięcia polskiej
marynarki i lotnictwa. Polskie
Siły Zbrojne pięknie przyczyniły
się do tryumfu broni
sojuszniczej i w tym kraju
niełatwo zapomnimy o udziale ich
w pokonaniu Niemiec".

Słowa te już brzmiały boleśnie
na tle zdarzeń.





Tragedia i farsa

w Moskwie





Tymczasem wydarzenia zaczynają
się toczyć szybko i nieubłaganie
zmierzając do całkowitego
poddania Polski wpływom Rosji
Sowieckiej.

13 czerwca komisarz spraw
zagranicznych Zssr Mołotow,
ambasador Wielkiej Brytanii
Clark_kerr i ambasador Stanów
Zjednoczonych Harriman
postanowili w celu
przeprowadzenia rokowań
przewidzianych przez uchwały
krymskie zaprosić do Moskwy
następujące osoby:
przedstawicieli polskiego rządu
tymczasowego w Warszawie:
Bolesława Bieruta, Edwarda
Osóbkę_morawskiego, Władysława
Kowalskiego i Władysława
Gomułkę; przywódców
demokratycznych z Polski:
Wincentego Witosa, Zygmunta
Żuławskiego, Stanisława
Kutrzebę, Adama Krzyżanowskiego
i Henryka Kołodziejskiego oraz
przywódców demokratycznych z
zagranicy: Stanisława
Mikołajczyka, Jana Stańczyka i
Jana Żakowskiego.

W wyniku uchwał krymskich
obrady nad reorganizacją
polskiego rządu prowizorycznego
na szerokich zasadach włączenia
przywódców demokratycznych z
Polski i spośród Polaków za
granicą mają się toczyć w
Moskwie.

Co to ma wszystko oznaczać?
Były różne formy powstawania
rządów w państwach. Ta jest
jedyna w swoim rodzaju, przy
odrzuceniu wszelkich nawet
najmniejszych pozorów
niezależności. Ciekawy jest
jedynie skład osób wezwanych na
te obrady. A więc czterech
przedstawicieli rządu
tymczasowego, narzuconego Polsce
przez Rosję oraz ośmiu
przywódców demokratycznych z
kraju i z zagranicy dobranych z
Moskwy. Witos odmówił wyjazdu do
Moskwy. Odpowiedź przychodzi aż
nadto szybko. W tym samym
czasie, gdy dowolnie wyznaczeni
tzw. polscy przedstawiciele
polityczni będą obradowali,
odbędzie się proces 16.
aresztowanych prawdziwych
przywódców polskich, którzy
walczyli w kraju z Niemcami.
Proces ten odbędzie się również
w Moskwie w dniach 18_#21
czerwca.

Cały świat miał patrzeć
spokojnie na dwa zjawiska w tym
samym mieście i w tych samych
dniach: na farsę tworzenia przez
obcych tzw. rządu polskiego i
tragedię sądzenia przez obcych
prawdziwych przedstawicieli
polskich władz państwowych, nie
narzuconych siłą, jak rząd
tymczasowy osadzony przez Rosję,
lecz wyrosłych w przeszło
pięcioletniej walce podziemnej z
Niemcami.

Ostatni dowódca Armii Krajowej
gen. Okulicki jako oskarżony
mówił w moskiewskiej rozprawie
sądowej:

- Proces ten ma charakter
polityczny. Za cel ma ukaranie
polskiego rządu podziemnego. Nie
możecie nam dowieść, że nie
walczyliśmy z Niemcami przez
pięć lat, lecz chcecie, tak jak
we wszystkich procesach
politycznych, wyrwać nam płynące
z tego korzyści polityczne.
Najlepsi patrioci i demokraci
brali udział w tej walce.
Oskarżacie nas o współpracę z
Niemcami, godząc w nasz honor.
Oskarżacie 300.000 żołnierzy
Armii Krajowej, najlepszych
Polaków.

Sowiecki trybunał uznał winę
12. spośród 16. oskarżonych w
pełni za udowodnioną i skazał
ich na więzienie od 4 miesięcy
do 10 lat, trzech oskarżonych
zwolniono.

Churchill 5 października 1944
w przemówieniu w Izbie Gmin po
upadku powstania w Warszawie
mówił:

- Kiedy zostanie osiągnięte
ostateczne zwycięstwo
sojuszników, epopeja Warszawy
nie będzie zapomniana;
pozostanie ona w nieśmiertelnej
pamięci Polaków i wszystkich
ludzi miłujących wolność na
świecie.

W niespełna rok od
wypowiedzenia tych słów władze
polskiego oporu podziemnego
podstępnie uwięziono i
bezprawnie osądzono przez
trybunał sprzymierzonej z Wielką
Brytanią w tej wojnie przeciwko
Niemcom Rosji Sowieckiej.
Jednocześnie 28 czerwca 1945
ogłoszono skład tzw. nowego
rządu polskiego "jedności
narodowej"; weszło do niego 16.
ministrów z narzuconego przez
Rosję rządu poprzedniego i 5.
nowo mianowanych; w rządzie tym
zasiadło kilku niepolskich
obywateli.

W najlepszej wierze wielu
moich przyjaciół Brytyjczyków i
Amerykanów pytało mnie w tym
czasie, dlaczego nie wracamy do
Polski. Nieraz zadawałem sobie
pytanie, czy istotnie jest
możliwe, by nie zdawali sobie
sprawy z rzeczywistości w
Polsce. Czyż miałem
przypuszczać, że nie tylko
szeroki ogół, lecz i kierownicze
koła Wielkiej Brytanii i Stanów
Zjednoczonych nie rozumieją
prawdziwych celów Rosji
Sowieckiej? Oczywiście, będąc
dowódcą i Polakiem, przeżywałem
te wydarzenia znacznie silniej
od moich przyjaciół
nie_Polaków. Rozbrajała mnie
jednak naiwność tych pytań i
drażniła ich uporczywość. Ale
stanowisko takie zajmowała
olbrzymia większość prasy na
świecie. Wniosek był oczywisty,
że świat zbrodnię dokonaną na
Polsce po prostu chce pokryć
milczeniem. Nam, Polakom,
zachować milczenie było
niepomiernie trudniej.





Po sześciu latach

ramię do ramienia





6 lipca 1945 rząd brytyjski
uznał i witał "utworzenie
polskiego Rządu Tymczasowego
Jedności Narodowej jako ważny
krok w kierunku wypełnienia
decyzji dotyczących Polski,
powziętych na konferencji
krymskiej. W pełnym porozumieniu
z rządem Stanów Zjednoczonych
Rząd Jkm zawiadamia obywatela
Osóbkę_Morawskiego o uznaniu
polskiego Rządu Tymczasowego
Jedności Narodowej, jak również
powiadamia go o swojej gotowości
do nawiązania stosunków
dyplomatycznych".

Prezydenta Rzeczypospolitej
Raczkiewicza, Rząd Polski w
Londynie, Polskie Siły Zbrojne
walczące u boku Wielkiej
Brytanii i Stanów Zjednoczonych
przestano uznawać i wymazano z
pamięci.

A wszak tego właśnie
Prezydenta Raczkiewicza w
czerwcu 1940, po katastrofie
Francji witał w Londynie na
stacji król Jerzy VI, a Premier
Churchill w tym samym czasie
zapewniał gen. Sikorskiego, że
jesteśmy w tej wojnie związani
na życie i śmierć. Rosja
Sowiecka okazała się silniejsza
od tych przyrzeczeń, które my,
Polacy, braliśmy zbyt prosto do
serca i uważaliśmy za
niewzruszone. I znowu w pamięci
nieznośnie brzęczały słowa: aby
siła nie panowała przed prawem.

Ambasador Rzeczypospolitej
Polskiej w Londynie Raczyński
złożył 6 lipca na ręce ministra
Edena notę zaczynającą się
następującym stwierdzeniem:

"Wobec uznania przez rząd
brytyjski 6 lipca 1945 polskiego
tzw. Tymczasowego Rządu Jedności
Narodowej, mam zaszczyt
oświadczyć, że zostałem
mianowany na swoje stanowisko
ambasadora nadzwyczajnego i
pełnomocnego przy Dworze św.
Jakuba przez konstytucyjnego
Prezydenta Rzeczypospolitej
Polskiej i Rząd Rzeczypospolitej
Polskiej, którym winien jestem
wierność i posłuszeństwo, i że
wobec tego nie mogę przekazać
komukolwiek moich funkcji,
władzy i stanowiska bez
otrzymania stosownych instrukcji
od Pana Prezydenta
Rzeczypospolitej i Rządu
Rzeczypospolitej Polskiej,
którzy nadal pozostają jedynymi
konstytucyjnymi i niezależnymi
reprezentantami Polski."

Ambasador w Waszyngtonie
Ciechanowski złożył tego samego
dnia podobne oświadczenie,
kończące się tak:

"...Opuszczając stanowisko
ambasadora Rzeczypospolitej
Polskiej przy Rządzie Stanów
Zjednoczonych, stwierdzam, że
jako ambasador polski i osobisty
wysłannik Prezydenta
Rzeczypospolitej Polskiej, w
postępowaniu moim kierować się
będę jedynie wskazaniami
wydanymi przez konstytucyjną
Głowę Państwa całemu Narodowi
Polskiemu".

W taki sposób Wielka Brytania
i Stany Zjednoczone zamykały
okres współpracy w najcięższych
chwilach wojny, z Polską, z jej
władzami, z jej żołnierzami,
lotnikami i marynarzami.

A tymczasem Polskie Siły
Zbrojne, zwłaszcza w ostatnich
miesiącach rozrastały się o
napływającą do nich falę Polaków
z Niemiec.

Z Caserty otrzymałem pierwszą
wiadomość skierowaną do mnie
jako do dowódcy 2. Korpusu
Polskiego, podpisaną przez
brygadiera Fritha:

"1) Uznanie nowego polskiego
rządu tymczasowego przez Rząd
Jego Królewskiej Mości
spodziewane jest 6 lipca 1945 o
#/1#00 w nocy.

2) Polski sztab w Londynie
odbył z rządem brytyjskim
narady, w których uzgodniono
wydanie rozkazów do Polskich Sił
Zbrojnych na obczyźnie,
podkreślających niezbędną
potrzebę zachowania dyscypliny,
porządku i spokoju oraz
posłuszeństwa rozkazom wydawanym
przez brytyjskie władze
wojskowe.

3) Proszę o natychmiastowe
poinformowanie gen. Andersa o
punktach 1 i 2 a także, że
Brytyjczycy będą nadal wypłacali
płace i dostarczali środków
utrzymania i żywności dla
Polskich Sił Zbrojnych."

Suche, rzetelne, po kupiecku
sformułowane stwierdzenie
faktów.

Wydałem rozkaz szczególny do
żołnierzy:

"Zwracam się do was w chwili
wyjątkowo ciężkiej, ale i
wyjątkowo doniosłej. Rządy
mocarstw zachodnich postanowiły
uznać narzucony Polsce przez
okupanta tzw. Tymczasowy Rząd
Jedności Narodowej, a tym samym
cofnąć uznanie prawowitemu
Rządowi Rzeczypospolitej
Polskiej w Londynie.

Dotknął nas ciężki cios, tym
cięższy, że niczym nie
zasłużony. Polska przez sześć
lat trwała niezłomnie w walce ze
wspólnym nieprzyjacielem Narodów
Zjednoczonych. Ponieśliśmy
olbrzymie straty i złożyliśmy na
ołtarzu wolności straszliwe
ofiary. Nie daliśmy się nigdy
skusić obietnicami i nie
zeszliśmy z raz obranej drogi.
Dotrzymaliśmy w stosunku do
naszych sojuszników wszystkich
umów i wszystkich zobowiązań.
Nie ma nikogo, kto by mógł
zarzucić nam cokolwiek w tym
względzie. Naród polski,
żołnierz polski, patrzy śmiało w
oczy sojusznikom i narodom
postronnym świadom, że Polska
wzniosła się w tej wojnie na
najwyższe szczyty poświęcenia i
męstwa.

Mimo to przekreśla się dzisiaj
podstawowe prawa naszego narodu
zorganizowanego w państwo. Możni
tego świata przechodzą do
porządku nad naszą konstytucją,
nad naszymi prawowitymi władzami
i dla doraźnych koniunktur godzą
się na fakty dokonane, stworzone
w stosunku do Polski i Polaków
przez obcą przemoc.

Żołnierze! Zostaliśmy w tej
ciężkiej chwili jedyną cząstką
narodu polskiego, która ma
możność i obowiązek głośnego
wyrażania swej woli i właśnie
dlatego trzeba, abyśmy słowem i
czynem dziś stwierdzili, że
jesteśmy wierni naszej
przysiędze żołnierskiej, wierni
naszym obywatelskim obowiązkkom
względem Ojczyzny, wierni
testamentowi naszych poległych
towarzyszy broni, którzy bili
się i umierali w imię Polski
niepodległej, całej i naprawdę
wolnej.

Ta historyczna rola, jaka
przypadła wojsku polskiemu na
obczyźnie jest oczywiście solą w
oku naszych nieprzyjaciół. Będą
się oni starali zniszczyć nasze
siły zbrojne. Wszyscy będziemy
pod obstrzałem ich podstępnej
agitacji. Będą wzywali nas do
rzekomego powrotu do Kraju,
który wiadomo czym by się
skończył. Będą szukali wśród
żołnierzy polskich ludzi o
słabej woli i nerwach. Ta robota
będzie ułatwiona o tyle, że po
cofnięciu uznania legalnemu
rządowi władze polskie
pozbawiono instrumentów
uświadamiających, choćby w
postaci audycji radiowych, które
teraz przestały służyć sprawie
polskiej.

Nie wątpię ani na chwilę, że
żołnierze 2. Korpusu, którzy
wiedzą dlaczego i o co Polska od
tak dawna walczy, potrafią
przeciwstawić się wrogim
zakusom. Jesteśmy jedną wielką
rodziną, która nie powstała
drogą przymusu, ale wojennego
związania się w służbie dla
wspólnej sprawy - i taką
rodziną, związaną dobrowolnie
zadzierzgniętymi węzłami, chcemy
pozostać. A niechęć do
stosowania przymusu to jeszcze
nie zgoda na rozbijanie nas
przez wrogów. Wręcz przeciwnie:
w odpieraniu takich ataków wroga
będziemy solidni i mocni.

Żołnierze! Znacie mnie nie od
dzisiaj. Dziesiątki tysięcy
spośród was pamiętają chwile,
jakie wspólnie przeżywaliśmy w
Rosji Sowieckiej. Wsparty waszym
zaufaniem, świadom
odpowiedzialności, jaka na mnie
ciąży, szukałem wówczas wyjścia
z sytuacji pozornie
beznadziejnej. Bóg błogosławił
moim wysiłkom. Znaleźliśmy się
na ziemi choć obcej, ale
przyjaznej, na której dane nam
było przysposobić się do
przyszłych zwycięskich bojów. W
tych bojach na historycznym
szlaku Monte
Cassino_ancona_bolonia
ukształtował się ostatecznie
nasz wspaniały, od tryumfu do
tryumfu idący 2. Korpus.

Przyszłość 2. Korpusu w
ciężkich chwilach jakie
nadchodzą jest zapewniona. Mam
na myśli nie tylko sprawy
materialne, związane
bezpośrednio z nami, ale także
sprawę rodzin na obczyźnie
żołnierzy 2. Korpusu. Cokolwiek
będzie, jakkolwiek rozwiną się
wypadki, ja osobiście oraz
wszyscy wasi przełożeni,
pozostając razem z wami w dobrej
i złej doli, damy z siebie
najwyższy wysiłek, aby naszego
wspólnego dorobku strzec tak,
aby zeń nic nie uronić, aby go
pomnożyć ku chwale i pożytkowi
Ojczyzny.

Zmuszony dziś do milczenia
Kraj patrzy w naszą stronę. Chce
nas widzieć na ziemi ojczystej,
do której i my dążymy i tęsknimy
z całego serca, ale chce nas
widzieć nie jako niewolników
obcej przemocy, chce nas widzieć
z rozwiniętymi sztandarami, jako
chorążych i zwiastunów
prawdziwej wolności. Gdy taki
powrót dziś jeszcze nie jest
możliwy, trzeba nam w zwartych
szeregach czekać na pomyślną
zmianę warunków. Zmiana ta
nadejść musi. Gdyby bowiem miało
być inaczej, to wówczas
straszliwe i krwawe ofiary
całego świata poniesione w ciągu
sześciu lat, byłyby daremne. Nie
można zaś wyobrazić sobie, by
ludzkość nagle oślepła i
naprawdę zatraciła świadomość
śmiertelnego niebezpieczeństwa.

Żołnierze! To ma nieugiętą
wolę walki o życie i prawo, musi
w końcu zwyciężyć.
Przeczytaliśmy w ostatnich
dniach owiane wiarą i przepojone
taką wolą orędzie Prezydenta
Rzeczypospolitej Polskiej, Rządu
Polskiego i rozkaz Naczelnego
Wodza. Wypełnimy nasz obowiązek
względem Ojczyzny i Jej
prawowitych władz. Najjaśniejsza
Rzeczpospolita niech żyje!".

Wkrótce potem, 13 lipca,
jechałem do Caserty na rozmowę z
marszałkiem Alexandrem, który
tymczasem miał w War Office
omówić szereg spraw dotyczących
bezpośrednio 2. Korpusu, a
zwłaszcza powiększenia jego
stanów w związku z napływem
ochotników z Francji i Niemiec.
W drodze myślałem, jakie dalsze
złe wiadomości czekają mnie na
tej naradzie. Od chwili
przysłania depeszy brygadiera
Fritha władze brytyjskie
zachowywały głuche milczenie.
Marszałek Alexander, który
wielokrotnie dawał dowody
sympatii dla Korpusu i przyjaźni
dla mnie, był niewątpliwie w
niełatwym położeniu. Decyzje
polityczne zapadały w sprawie
Korpusu poza nim, był jedynie
wykonawcą zarządzeń. Polityczna
strona zagadnienia, dla nas
tragiczna, musiała w
konsekwencji pociągnąć za sobą
nieprzychylne zarządzenia
wykonawcze. Dłużyła mi się ta
droga nieznośnie. Chciałem jak
najszybciej poznać prawdę.

Marszałek Alexander przyjął
mnie w towarzystwie szefa
sztabu, gen. Morgana oraz
pułkownika amerykańskiego
Tappina i płk. Rankina.

Na wstępie zapytałem, czy
marszałek Alexander ma dla mnie
wiadomości z Londynu w sprawach
2. Korpusu, a w szczególności
czy udało mu się uzyskać zgodę
na przeniesienie 12.000 Polaków
- znajdujących się w obozach we
Francji - do Włoch. Marszałek
Alexander nie lubi ani ukrywać
prawdy, ani jej łagodzić. Jasno
przedstawił sytuację, która
wyglądała jak następuje.

Po przeprowadzeniu rozmów z
szefem sztabu imperialnego nie
tylko nie ma mowy o podniesieniu
stanu 2. Korpusu ani o wcieleniu
12.000 Polaków z Francji, ale
także nie jest możliwe
przerzucenie ich dokądkolwiek.
Muszą pozostać na miejscu. Dwa
są zasadnicze powody takiej
decyzji:

1) trudności w zaopatrzeniu,
przekazywanie sprzętu z Włoch na
Daleki Wschód, brak żywności,
który pociągnie zmniejszenie
racji żywnościowych we Włoszech;

2) politycznie byłoby rzeczą
bardzo nierozsądną zwiększać
pułap Korpusu, gdyż pociągnęłoby
to za sobą duże tarcia i
kłopoty, przeszkadzające
rozwiązaniu wielu zagadnień.

Marszałek Alexander
przewidywał, że część tych,
którzy znajdują się we Francji,
może zechce powrócić do Polski.
Tak samo mogą wracać do Polski
żołnierze 2. Korpusu. W tym
wypadku gotów jest uzupełnić
stany i powstałe braki wypełnić
Polakami z Francji.

Po raz pierwszy uświadomiłem
sobie wówczas, że tęsknota do
Kraju, rodzin i najbliższych
może spowodować powrót pewnej
ilości żołnierzy do Polski
opanowanej przez Rosję Sowiecką.

Odpowiedziałem marszałkowi:

- Wszyscy, którzy będą chcieli
wrócić do Polski, będą
korzystali z zupełnej swobody
wyboru. Muszą jednak zostać
zdemobilizowani i przekazani
władzom brytyjskim lub
sojuszniczym do obozów
repatriacyjnych, gdzie nie
chciałbym mieć z nimi nic do
czynienia, a zwłaszcza nie mogę
być odpowiedzialny za ich
przyszłe losy. Nie chcę dać do
rąk Sowietom lub rządowi
warszawskiemu jakichkolwiek
argumentów, na których podstawie
mogliby twierdzić, że stosuję
przymus lub że w jakikolwiek
sposób wpływam na swobodę
wyboru. Dlatego uważam, że obozy
repatriacyjne powinny być pod
zarządem brytyjskim. Ze swej
strony wydam zarządzenia, aby
zgłaszający się przechodzili do
tych obozów w miarę zgłaszania
się na powrót do Kraju.

Przy pożegnaniu podkreśliłem,
że mimo ciężkich chwil, które
przeżywa Korpus, duch i karność
zostaną utrzymane.





Poczdam





17 lipca 1945 rozpoczął obrady
zjazd kierowników polityki
trzech mocarstw: Wielkiej
Brytanii, Stanów Zjednoczonych i
ZSSR z udziałem Churchilla i
Edena, Prezydenta Trumana i
sekretarza stanu Byrnesa,
Stalina i Mołotowa, z licznymi
orszakami znawców politycznych i
wojskowych. Wobec tego, że na 26
lipca 1945 wyznaczono ogłoszenie
wyników głosowania z 5 lipca w
wyborach do Izby Gmin, przerwano
obrady 25 lipca, by kierownicy
delegacji brytyjskiej mogli udać
się do Kraju. Wyniki wyborów
dały nieoczekiwane i
przytłaczające zwycięstwo Labour
Party (395, a z popierającymi
grupkami 413, przeciw 189
konserwatystom, a z
popierającymi 213, przy 14
niezależnych), co spowodowało
zmianę rządu natychmiast, 26
lipca. W dwa dni później
kierownictwo delegacji
brytyjskiej w Poczdamie przejął
nowy premier Attlee, który
uczestniczył obok Churchilla w
pierwszej części obrad oraz nowy
minister spraw zagranicznych,
Bevin. Zjazd w Poczdamie
skończył swe obrady i ogłosił
wyniki 2 sierpnia 1945. Przed
zamknięciem obrad 31 lipca
podano do wiadomości, że do
Poczdamu przybyła delegacja nowo
osadzonego w Warszawie tzw.
Tymczasowego Rządu Jedności
Narodowej z udziałem p. Bieruta,
Mikołajczyka i in., i że
uczestniczyła w omawianiu spraw
dotyczących Polski.

W obszernym urzędowym
obwieszczeniu z 2 sierpnia
wyników zjazdu znajduje się
rozdział o Polsce, wymieniający
pięć postanowień:

1) Przyjęcie z zadowoleniem
do wiadomości utworzenia
Tymczasowego Rządu Jedności
Narodowej, uznanie go i
zawiadomienie, że rządy Wielkiej
Brytanii i Stanów Zjednoczonych
cofnęły uznanie rządowi
polskiemu w Londynie, który -
jak dodają - odtąd nie istnieje.

2) Zapewnienie, że rządy
Wielkiej Brytanii i Stanów
Zjednoczonych zabezpieczyły w
swych krajach interesy
Tymczasowego Rządu Jedności
Narodowej w sprawie własności
państwa polskiego.

3) Wspólne postanowienie
trzech mocarstw dotyczące
Polskich Sił Zbrojnych, które
walczyły wraz z Wielką Brytanią
i Stanami Zjednoczonymi przeciw
Niemcom:

Trzy mocarstwa postarają się
dopomóc Tymczasowemu Rządowi
Jedności Narodowej w ułatwieniu
powortu do Polski tak rychło jak
to możliwe wszystkich Polaków za
granicą, którzy chcą się tam
udać, włącznie z członkami
Polskich Sił Zbrojnych i
marynarki handlowej. Spodziewają
się one, że Polacy którzy wrócą,
otrzymają wszystkie prawa
osobiste i prawa własności na
równi z wszystkimi obywatelami
polskimi.

4) Stwierdzenie, że
Tymczasowy Rząd Jedności
Narodowej zobowiązał się do
przeprowadzenia tak szybko, jak
się da, swobodnych i uczciwych
wyborów.

5) Porozumienie w sprawie
zachodniej granicy Polski w
brzmieniu następującym:

Zgodnie z porozumieniem w
sprawie Polski, osiągniętym na
konferencji krymskiej, trzy
głowy rządów zasięgnęły opinii
Tymczasowego Rządu Jedności
Narodowej w sprawie powiększenia
obszaru na północy i zachodzie,
który Polska powinna otrzymać.
Prezydent Polskiej Rady
Narodowej i członkowie rządu
polskiego zostali przyjęci na
konferencji i w pełni
przedstawili swoje poglądy. Trzy
głowy rządów potwierdzają swe
zdanie, że ostateczne ustalenie
zachodniej granicy Polski
powinno czekać na układy
pokojowe.

Trzy głowy rządów uzgadniają,
że w oczekiwaniu na ostateczne
określenie zachodniej granicy
Polski, byłe terytoria
niemieckie na wschód od linii,
biegnącej od Morza Bałtyckiego
bezpośrednio na zachód od
Świnoujścia, a stamtąd wzdłuż
rzeki Odry do miejsca, w którym
wpada do Odry rzeka Nysa oraz
wzdłuż zachodniej Nysy do
granicy Czechosłowacji,
włączając tę część Prus
Wschodnich, która nie została
oddana pod administrację ZSSR
wedle porozumienia osiągniętego
na niniejszej konferencji oraz
włączając obszar byłego Wolnego
Miasta Gdańska, oddane zostaną
pod administrację państwa
polskiego i nie będą uważane za
część sowieckiej strefy
okupacyjnej w Niemczech."

Jednocześnie postanowiono, w
sprawie części
północno_wschodniej Prus
Wschodnich z Królewcem (bez
stolicy i portu kraj ten jest
okaleczały), że ma ona być
niezwłocznie oddana Rosji i że
Wielka Brytania i Stany
Zjednoczone zobowiązują się do
poparcia tego w układzie
pokojowym.

Ta nierównomierność wobec
Polski i wobec Rosji sprawiła,
że Wielka Brytania i Stany
Zjednoczone zaczęły wkrótce po
naradach w Poczdamie zwalczać
takie przesunięcie granic Polski
na zachód, a jednocześnie Rosja
rozpoczęła grę podwójną. Z
jednej strony występuje wobec
Polski jako obrońca jej granicy
zachodniej przeciw państwom
zachodnim. Z drugiej strony
Niemcom - a zwłaszcza komunistom
niemieckim - pozostawia
nadzieję, że mogą odzyskać te
ziemie dzięki Rosji. Gra ta jest
przejrzysta. Rosja popiera
przesunięcie granicy Polski na
zachód, jeśli będzie sama
władała w Polsce tak pewnie, że
to będzie granica nie Polski,
lecz Rosji w Europie środkowej.
Zarazem zachowuje sobie
możliwość porozumienia się z
Niemcami za cenę m.in. i przede
wszystkim tego obszaru.

Poczdam był dalszym
posunięciem się w dół na równi
pochyłej Wielkiej Brytanii i
Stanów Zjednoczonych wobec
Rosji.

W czasie gdy trwały obrady w
POczdamie gen. Morgan, szef
sztabu armii brytyjskiej,
powiadomił mnie 23 lipca o
depeszy, którą otrzymał z War
Office:

"Wobec uznania przez Rząd
JKM rządu warszawskiego, nie
zezwala się na dalsze
rekrutowanie do szeregów 2.
Korpusu Polskiego i nie będzie
się tworzyło żadnych dalszych
wielkich jednostek ani
oddziałów, dopóki nie zostaną
powzięte jakieś decyzje ze
strony władz wojskowych. Rozkaz
ten dotyczy tych oddziałów,
które jeszcze nie zostały
utworzone w myśl programu z
listopada."

W dwa dni później, 25 lipca,
otrzymałem od tegoż gen. Morgana
list następującej treści:

"1) Marszałek Alexander
donosi z Poczdamu, że zwrócono
się do niego na najwyższym
szczeblu w sprawie rozkazu
dziennego, wydanego przez Pana
Generała 6 lipca br., w formie
poważnego zarzutu.

2) Celem wyczerpania
zagadnienia marszałek Alexander
uzyskał zgodę na załatwienie
sprawy osobiście po powrocie.
Marszałek zgodnie z tym zażądał
ode mnie wysłania do Pana
Generała następującej depeszy:

"Jako przyjaciel Pana Generała
muszę szczerze doradzić
niepowtarzanie niczego o
podobnej treści, a jako
zwierzchnik wojskowy muszę
wymagać, aby w przyszłości
wszystkie oświadczenia Pana
Generała o treści polemiki
politycznej były mi przedtem
przedstawiane do zatwierdzenia".

3) Do czasu powrotu marszałka
Alexandra proszę Pana Generała o
zapewnienie, że wszystko co by
nosiło charakter polemiki
politycznej będzie przed
ukazaniem się przesłane do
zatwierdzenia do naszej Kwatery
Głównej".

Nie mogłem odmówić logiki tym
posunięciom. Wojna w Europie
była skończona. Żołnierze
różnych narodowości powracali do
swoich krajów, domów i rodzin.
Nawet jeńcy niemieccy i włoscy
zaczęli partiami powracać do
Niemiec i do Włoch. A tu nagle
przeszło stutysięczna Armia
Polska we Włoszech ma się
powiększać, dowódca zaś jej
wydaje rozkaz do żołnierzy, w
którym mówi, że powrót do Kraju
w obecnych warunkach nie jest
możliwy. Żołnierz 2. Korpusu nie
miał przed sobą powrotu do kraju
rodzinnego. Większość pochodząca
ze wschodnich ziem Polski nie
miała do czego wracać, gdyż
wszystko, co jest drogie jej
sercu, zostało po tamtej stronie
za tzw. linią Curzona. Ponieważ
żołnierz poznał Rosję Sowiecką i
na własnej skórze się przekonał,
jakie są jej cele w stosunku do
Polski i Polaków, mimo że
tęsknił do kraju rodzinnego, nie
chciał powtórnie znaleźć się w
zasięgu jej władania. Na powrót
do Kraju zgłosił się minimalny
odsetek, głównie tych, którzy
dołączyli z Niemiec i mieli
rodziny w zachodniej części
Polski.

Tymczasem wojna na Dalekim
Wschodzie również zbliżała się
ku zakończeniu. W początkach
sierpnia po raz pierwszy
zrzucono bombę atomową na
Hiroszimę. Straszliwe jej skutki
wróżyły szybkie poddanie się
Japonii.

Wezwano mnie do Londynu na
odprawę dowódców wielkich
jednostek polskich. Dowiedziałem
się tu, że rząd brytyjski
przestał uznawać Prezydenta
Rzeczypospolitej za zwierzchnika
Polskich Sił Zbrojnych i że nie
będzie również uznawał
stanowiska Naczelnego Wodza. W
czasie obrad 9 i 10 sierpnia
uchwaliliśmy jednomyślnie
następujące oświadczenie, które
ambasador Raczyński przekazał
władzom brytyjskim:

"Polskie Siły Zbrojne,
związane umowami z Siłami Jkm
i braterstwem broni w ciągu
przeszło pięciu lat wojny,
podlegają w myśl konstytucji
Rzeczypospolitej Polskiej
zwierzchnictwu Prezydenta
Rzeczypospolitej, swego
konstytucyjnego zwierzchnika, z
którym wiąże je przysięga i
wierność żołnierska... Chociaż w
obecnych warunkach strona
brytyjska nie uznaje tego stanu
rzeczy, Polskie Siły Zbrojne
liczą na dalsze traktowanie
Prezydenta Rzeczypospolitej z
szacunkiem i godnie".

Sprawę stanowiska Naczelnego
Wodza oraz naczelnych władz
Polskich Sił Zbrojnych na
obczyźnie uznaliśmy za konieczne
rozważyć przy omawianiu losów
wojska polskiego, które znalazło
się pod dowództwem brytyjskim.

Gdy w ciężkim nastroju i z
troską o przyszłość omawialiśmy
te zagadnienia, niespodziewanie
10 sierpnia w godzinach
popołudniowych rozeszła się
nieurzędowa wiadomość o
zakończeniu wojny z Japonią. I
znowu po raz drugi my, Polacy,
nie mogliśmy brać udziału w
radosnych chwilach zwycięstwa,
które przeżywał świat od
pierwszej chwili podania tej
wiadomości. Londyn szalał.
Olbrzymie tłumy przewalały się
przez ulice w radosnym
podnieceniu.

Rozumiałem tę radość, ale nie
mogłem jej odczuć. Miałem
uczucie, jakbym patrzył na salę
balową zza kotary drzwi u jej
wejścia. Nie mogłem tych drzwi
przekroczyć. Przypuszczam, że
każdemu z nas w ciągu lat tej
wojny snuły się w myślach chwile
jej zakończenia i powrotu do
Kraju. Różnie wyobrażaliśmy
sobie ten dzień. Nieraz w
kasynie na froncie stanowiło to
ulubiony temat rozmów moich
kolegów. Rysowały się wówczas
barwne i radosne obrazy powrotu
do Kraju. Taki jest zawsze tok
myśli żołnierza_tułacza na
obczyźnie. Po prostu muszę
stwierdzić, że odebrano Polakom
wielkie dni zakończenia tej
wojny.

Wracam z Londynu do Korpusu na
święto żołnierza polskiego.
Dzień 15 sierpnia był rokrocznie
uroczyście obchodzony w wojsku
polskim dla upamiętnienia
zwycięskiej bitwy pod Warszawą w
roku 1920, gdy wojsko czerwone
odparto nieomal sprzed wrót
Warszawy i rozpoczął się pościg,
zakończony zwycięstwem. Polska
była wówczas w śmiertelnym
niebezpieczeństwie. Wspaniały
zryw żołnierza polskiego ocalił
wtedy nie tylko Polskę, ale i
Europę Środkową od bolszewizmu.
Rocznicę tę obchodziliśmy w
Anconie i Loreto. Gościem naszym
był marszałek Alexander, który
patrzył na defiladę dywizji
pancernej. Była to ostatnia
wielka defilada Korpusu. Stary,
doświadczony w bojach żołnierz
pokazał się z najlepszej strony,
wykazując zupełne opanowanie
sprzętu w trudnej dyscyplinie
marszowej wielkiej jednostki
pancernej.

Marszałek Alexander w czasie
tych odwiedzin powiedział mi o
swoim rychłym odejściu z
naczelnego dowództwa wojsk
sojuszniczych we Włoszech na
stanowisko gubernatora Kanady.
Był to więc jakby jego
pożegnalny pobyt w Korpusie.
Żegnaliśmy go serdecznie.
Wszyscy go lubili. Marszałek
zachęcił mnie do napisania
memorandum w sprawie wojska
polskiego na obczyźnie, które
obiecał osobiście przedstawić
czynnikom rządowym w War Office,
a w trzy dni po swoim wyjeździe
nadesłał na moje ręce pismo tej
treści:

"Ma Pan Generał Korpus, z
którego może być dumny. Rzadko
kiedy widziałem defiladę, która
by zrobiła na mnie takie
wrażenie, jak defilada dywizji
pancernej. Wszyscy żołnierze,
czy to na stadionie footballowym
czy wzdłuż drogi, wyglądali
doskonale i mieli znakomitą
postawę wojskową.

Jestem dumny, że byłem
związany z Panem Generałem i
jego doskonałym wojskiem od
początku, jeszcze przed El
Alamein, w czasie, gdy Pan
Generał budował tę wielką
maszynę wojenną, która odegrała
tak piękną i wybitną rolę w
naszych wielkich zwycięstwach.

Jak powiedziałem któregoś
wieczoru podczas pobytu,
przyjaźń zawarta na polach
bitewnych jest najbardziej
szczera i trwała, mając za
podłoże prawdę i zaufanie chyba
w najsilniejszym stopniu.

Chociaż niedługo będę już
daleko, sercem i myślami
pozostanę z wami, w każdym razie
zobaczę was wszystkich przed
wyjazdem i już dzisiaj myślę o
dniu 1 września..."

Byłem naprawdę dumny z moich
żołnierzy i słowa uznania z ust
marszałka Alexandra sprawiły mi
dużą radość. Sądzę, że każdy
dowódca jest szczególnie czuły
na zdanie o wartości wojska,
którym dowodzi. Nie byłem
wyjątkiem.





"True, sound and moderate"





Pisałem do marszałka Alexandra
24 sierpnia 1945:

"Mam zaszczyt przedstawić Panu
Marszałkowi załączony memoriał z
prośbą o przekazanie go
odpowiednim władzom Rządu Jkm
dla przychylnego rozważenia
możliwości zwołania w niedługim
czasie konferencji celem
przedyskutowania poruszonych w
nim spraw...

Dalej proszę o umożliwienie mi
wzięcia udziału w tej
konferencji, jeżeli Pan
Marszałek uzna za stosowne ją
zaproponować.

Przyczyną niniejszej prośby
jest fakt, że w umysłach
podległych mi żołnierzy rośnie
szereg wątpliwości, a bez
szerszego przedyskutowania tych
spraw, które zezwoliłyby mi na
wyrobienie sobie jasnego obrazu,
mogę im zalecać tylko
cierpliwość. A to nie wystarcza
dla rozproszenia oraz
uśmierzenia ich wątpliwości i
obaw...

1) Istotnym źródłem trosk i
wątpliwości żołnierza polskiego
jest silne poczucie, że mimo
wewnętrznego przekonania, iż
wykonał w pełni i lojalnie swój
obowiązek, zarówno on jak i jego
Ojczyzna zostały skrzywdzone, a
warunki nie pozwalają na powrót
do wolnej i niepodległej Polski,
o którą tak niezłomnie walczył.

2) W tym miejscu należy,
narażając się na powtórzenie
rzeczy znanych, podać pokrótce
wyjaśnienie tego punktu
widzenia.

Żołnierze, marynarze i lotnicy
polscy chwycili za broń 1
września 1939 i gdy tylko mieli
po temu sposobność walczyli w
lojalnej współpracy u boku
Narodów Zjednoczonych. Walczyli
we Francji w r. 1940, w czasie
bitwy o Wielką Brytanię, w
Norwegii, Libii, Włoszech i w
czasie inwazji Europy, a poza
tym wielka armia podziemna
walczyła bez przerwy z
niemieckim najazdem. Straty
Polskich Sił Zbrojnych były
olbrzymie:

Walcząc przez cały czas wojny
u boku żołnierzy brytyjskich i
amerykańskich żołnierz polski
zachował spokój i wiarę, mimo że
los jego kraju rysował się w
coraz ciemniejszych barwach. Nie
stracił jej, choć Polska
stopniowo była zajmowana przez
Czerwoną Armię, a wypowiedzi
brytyjskich i amerykańskich
mężów stanu wskazywały, że
ojczyzna jego nie zostanie
odbudowana na zasadach
prawdziwej wolności, w której
obronie chwycił za broń we
wrześniu 1939. Żołnierz polski
walczył dalej będąc przekonany,
że wszystkie układy i kompromisy
mają charakter tymczasowy, i że
są podyktowane koniecznością
pobicia nieprzyjaciela. Gdy swój
obowiązek wypełnił do końca z
całym zaparciem i lojalnością
wobec swoich sojuszników, stanął
wobec faktu cofnięcia uznania
swoim prawowitym władzom i
załatwienia sprawy polskiej bez
uwzględnienia woli narodu
polskiego. Obecnie, gdy po
zwycięstwie nad Japonią na całym
prawie świecie zatryumfowały
zasady wolności i poszanowania
praw obywatela, żołnierz polski
stwierdził z przerażeniem, że za
zgodą jego sojuszników Polska
znalazła się w części Europy
oddanej pod władanie Rosji,
gdzie zasady te bezustannie się
gwałci...

3) Następną sprawą
wzbudzającą nasz niepokój jest
los ludności polskiej.

a) Jeśli chodzi o samą Polskę,
to mimo osiągnięcia przez
sojuszników pełnego zwycięstwa,
znajduje się ona w niewoli - i
to w niewoli o wiele gorszej niż
za czasów okupacji niemieckiej.
Prawie codziennie dochodzą do
nas dokładne wiadomości od
Polaków, którym udało się
wydostać z Polski. Potwierdzają
one jak maltretowany jest naród
polski i jak okupant ogołaca
nasz kraj. Rzeczywistości tej
nie mogą zmienić uspokajające
wypowiedzi członków różnych
rządów oraz prasy. Wiemy też, że
olbrzymia większość ludności
polskiej w Kraju podziela nasz
punkt widzenia.

b) W tych warunkach do Polski
wrócić nie możemy, a wiele
młodzieży codziennie opuszcza
Polskę, by uniknąć egzekucji czy
zsyłki na Sybir. Pośród Polskich
Sił Zbrojnych na obczyźnie są
tacy, którzy zgłosili się na
wyjazd do Polski, ale są to
prawie wyłącznie ci, co wstąpili
do szeregów tuż przed lub po
zakończeniu działań wojennych,
ludzie z zachodnich dzielnic
Polski, którzy nie znają
rzeczywistości sowieckiej.
Przeważna liczba ich pragnie
powrotu jedynie dlatego, że
tęskni za rodziną.

c) Jest około miliona Polaków
w Niemczech, z których ogromna
część do Polski w obecnych
warunkach powrócić nie zechce, a
liczba ta powiększy się o tych,
którzy jeszcze z Polski uciekną.
Sprawa tych Polaków jest paląca
zwłaszcza wobec nadchodzącej
zimy, gdy warunki żywnościowe,
opałowe i mieszkaniowe będą
wymagały poważnego polepszenia.
W brytyjskiej strefie
okupacyjnej sprawy te są jako
tako uregulowane, natomiast w
strefie amerykańskiej panuje
zupełny chaos. Wydaje się, że
czynnikiem decydującym jest tam
wola poszczególnych wyższych i
niższych dowódców. W niektórych
obozach warunki są znośne, w
innych zdecydowanie złe.
Istnieją obozy, z których wywozi
się ludzi przymusowo do granicy
sowieckiej, a wielu z nich wraca
obrabowanych doszczętnie. Z
raportów wynika, że ludność
polska jest najbardziej dziś
upośledzoną ludnością w Europie
i że jest traktowana gorzej od
ludności niemieckiej, chociaż po
ciężkich przejściach miałaby
prawo spodziewać się, po
ukończeniu wojny, zmiany na
lepsze. Co więcej, ludzie ci są
równocześnie pozbawieni
całkowicie opieki prawnej i
możności odwołania się do władz
wyższych ze względu na cofnięcie
uznania rządowi polskiemu w
Londynie oraz ze względu na
wrogie ustosunkowanie się do
nich przez rząd warszawski.
Wśród ludzi tych są członkowie
rodzin żołnierzy 2. Korpusu
Polskiego.

d) We Francji jest szereg
obozów, przy czym w każdym z
nich znajduje się po kilkanaście
tysięcy Polaków. Obozy te były
pod opieką polskiej misji
wojskowej, którą obecnie
zlikwidowano. Są tam również
bataliony pracy, utworzone
przeważnie z Polaków, byłych
jeńców_żołnierzy, wcielonych
przemocą do armii niemieckiej.
Bataliony te zorganizowały
władze amerykańskie.

e) Wielu Polaków, przeważnie
członków rodzin żołnierzy
polskich, znajduje się w Afryce,
Indiach, Iranie, na Bliskim
Wschodzie, w Meksyku i Nowej
Zelandii. Wobec uznania rządu
warszawskiego żołnierze są
głęboko zaniepokojeni o ich
bezpieczeństwo oraz warunki bytu
i obawiają się, by rodziny te
nie zostały zmuszone lub
namówione do powrotu.

f) Poza tym jest pewna ilość
młodzieży, która walczyła w
Armii Krajowej, a która
przeważnie zgłasza się
ochotniczo do wojska polskiego.
Wydaje się, że wciągnięcie ich w
karby organizacji wojskowej
dałoby lepsze rezultaty, niż
pozostawienie ich samopas, na
pastwę elementów kryminalnych w
warunkach sprzyjających
wykolejeniu się.

5) Dalszą sprawą jest
widoczna jednostronność w
oświetleniu całej sprawy
polskiej. Cofnięcie uznania
rządowi polskiemu w Londynie
doprowadziło do zamknięcia
audycji polskich z Londynu.
Właściwie jedyne wiadomości
podaje Moskwa lub Warszawa za
pomocą radia, gazet, broszur i
ulotek, a również przez agentów.
Wiadomości te, pełne fałszów i
niedokładności, są bezkrytycznie
rozpowszechniane po całym
świecie. My, Polacy, jesteśmy
pozbawieni możliwości
odpowiedzi, obrony, a nawet
sprostowania wiadomości
nieprawdziwych.

6) Wszystkie powyżej omówione
sprawy wymagają szybkiego
rozstrzygnięcia. Chciałbym
odpowiedzieć żołnierzom na
dręczące ich pytania co do ich
przyszłości i co do losu
ludności polskiej, za którą
czują się oni odpowiedzialni.
Dalsze przedłużanie istniejącego
stanu niepewności w stosunku do
wojska oraz brak opieki prawnej
nad byłymi jeńcami wojennymi i
ludnością cywilną, która nie
może powrócić do Polski w
obecnych warunkach i dla której
opieka rządu warszawskiego jest
nie do przyjęcia, może łatwo
wywołać ferment wśród żołnierzy,
których wytrzymałość nerwowa ma
też swoje granice".

Musiałem się bardzo śpieszyć z
wysłaniem tego memoriału, gdyż
marszałek Alexander wylatywał 25
sierpnia do Londynu. Miałem
wówczas mały samolot do swojego
rozporządzenia. Tym samolotem
szef misji wojskowej przy
Korpusie, brygadier Frith
poleciał do Neapolu, by zdążyć
przed odlotem marszałka. Po
powrocie oświadczył, że
marszałek zapoznał się z treścią
memoriału i kazał mu przekazać
jego ocenę, która brzmiała:
"true, sound and moderate".

Nigdy nie otrzymałem
odpowiedzi, co się z moim
memoriałem stało: wpadł jak
kamień w wodę.





Cmentarz na Monte Cassino





W szóstą rocznicę napaści
Niemców na Polskę, 1 września
1945, niezwykły ruch panował na
drodze dojazdowej na Monte
Cassino. Szereg samochodów
wojskowych i cywilnych,
widocznych jak na dłoni z
serpentyn wjazdu na Monte
Cassino, posuwał się od północy
z Rzymu i od południa z Neapolu.
Był to dzień otwarcia mauzoleum
rycerstwa polskiego, poległego w
bitwie o Monte Cassino.

Gdy mijam ostatni zakręt
serpentyny u stóp ruin
klasztoru, nagle wyłania się na
zboczu między wzgórzami cmentarz
żołnierzy polskich poległych w
pamiętnej bitwie majowej w r.
1944. Zjeżdżam nieco w dół, by
szerokim dojściem stanąć u wrót
cmentarza, którego strzegą
wykute w marmurze orły. Szerokie
schody prowadzą do pierwszej
kondygnacji cmentarza, gdzie na
kamiennym tarasie wyryto napis:
"Przechodniu, powiedz Polsce,
żeśmy polegli wierni w jej
służbie". W środku tarasu płonie
znicz na tle inkrustacji Krzyża
Virtuti Militari. W górze
amfiteatralnie ułożone groby
poległych. Jest ich ponad
tysiąc. Zwykłe białe płyty
trawertynu przykrywają każdą
mogiłę. Na każdej płycie wyryto
nazwisko poległego, nazwę
oddziału, datę i miejsce
urodzenia i datę śmierci. Leżą
razem żołnierze polscy - rzymscy
katolicy i grekokatolicy,
protestanci, prawosławni, żydzi
i mahometanie. Groby można
rozróżnić po prostych krzyżach
katolickich, podwójnych
prawosławnych i nagrobkach
żydowskich. U szczytu czuwa nad
nimi z rozpostartymi skrzydłami
wykuty w trawertynie biały
orzeł, godło i symbol państwa
polskiego.

Przybył ks. biskup Gawlina
wraz z duchowieństwem wszystkich
obrządków. Jest marszałek
Alexander na czele wyższych
dowódców sojuszniczych frontu
włoskiego. Na pierwszym tarasie
stoją po kilkuset poczty
sztandarowe 3. i 5. Dywizji
Piechoty oraz Dywizji Pancernej.
Trzepocą na wietrze sztandary
sześciu narodów, które wzięły
udział w bitwie o Monte Cassino.
Ksiądz biskup Gawlina odprawia
mszę świętą za poległych. Chylą
się sztandary, żołnierze
salutują poległych towarzyszy
broni. Nisko krążą nad
cmentarzem samoloty brytyjskie i
amerykańskie, oddając poległym
hołd z przestworzy.

Wychodziłem po uroczystości z
marszałkiem Alexandrem.
Pojechaliśmy wyżej na wzgórza
596 i 575, gdzie stały pomniki
3. i 5. dywizji, by raz jeszcze
rzucić okiem na gruzy klasztoru.
Przy pożegnaniu marszałek
Alexander wyraził podziękowanie
inżynierom konstruktorom
cmentarza Wacławowi
Hryniewiczowi i Tadeuszowi
Muszyńskiemu.





Towarzysze niedoli





Mieliśmy dosyć swoich
trudności, żeby zajmować się
cudzymi. Trudno jednak nie
wspomnieć o Jugosławii i Grecji,
których los bardzo nas
niepokoił, zwłaszcza, że
wszystko co działo się po
drugiej stronie Adriatyku było
od nas niedalekie, a z Włochami
silnie powiązane. Na Bliskim
Wschodzie i we Włoszech było
wielu żołnierzy jugosłowiańskich
i greckich, którzy po zajęciu
Półwyspu Bałkańskiego przez
Hitlera w r. 1941 tam się
schronili. Grecja i Jugosławia
dzielnie walczyły ze zwycięskimi
wówczas dyktatorami Hitlerem i
Mussolinim.

Po zajęciu obu krajów
bałkańskich słynny - i słusznie
słynny - był na cały świat opór
stawiany Niemcom przez
Michajlovi~ca w Jugosławii.
Wielka Brytania ruch ten
wspomagała, a wśród Polaków, jak
każdy ruch wyzwoleńczy, wywołał
on najlepsze uczucia, tak
dalece, że nawet wielu moich
oficerów poszło ochotniczo na
dywersantów do Jugosławii i
Grecji. Ruchy oporu przeciwko
Niemcom, wspomagane przez Wielką
Brytanię, opierały się na ich
prawowitych władzach. W miarę
posuwania się wojsk sowieckich
na zachód coraz ciszej zaczynało
być o bohaterskim gen.
Michajlovi~cu, a coraz głośniej
wypływało nazwisko znanego
agenta Kominternu - Tity. Mniej
więcej od marca 1944 Wielka
Brytania przerzuciła się
całkowicie na stronę Tity, a w
misji wojskowej do niego znalazł
się nieprzypadkowo syn premiera
Churchilla, Randolph, co
polegało prawdopodobnie na
złudzeniu, że zdoła on utrzymać
wpływy brytyjskie przeciw
rosyjskim. Rosja uzyskała
całkowity wpływ na wszystko co
się działo w Jugosławii po
dojściu do władzy Tity, a cała
późniejsza sprawa Triestu była
za plecami wspomagana przez
Stalina. Zarówno porzucenie
przez Wielką Brytanię i Stany
Zjednoczone sprawy króla Piotra
II i jugosłowiańskiego obozu
narodowego, który stawiał czoło
Niemcom, jak późniejsze
poświęcenie bohatera narodowego,
gen. Michajlovi~ca, który
walczył o wolność i niezawisłość
Jugosławii przeciw drapieżnym
dążeniom Tity, oddające
Jugosławię pod rozkazy Moskwy,
należą do najbardziej ponurych
zjawisk tej wojny.

Oddając zaś Rosji Jugosławię
bez walki, Wielka Brytania i
Stany Zjednoczone musiały same
staczać bardzo ciężką walkę o
Grecję przeciw dążeniom Rosji do
wywołania tam zamachu
komunistycznego i dostania także
tego kraju pod swe
rozkazodawstwo.





Włoskie ostatki





Nie stawiałem żadnych
przeszkód żołnierzom, którzy
wyrazili chęć powrotu do Kraju.
Objechałem wszystkie oddziały
Korpusu, a byłem także na
Bliskim Wschodzie, który mi
bezpośrednio podlegał.
Przedstawiłem stan rzeczy w
Kraju i stanowisko brytyjskie.
Podałem żołnierzom warunki i
sposób zgłaszania się na powrót
do Kraju. Zawiadomiłem o
powstaniu obozu w Cervinara koło
Neapolu, przez który każdy musi
przejść przed odesłaniem go do
Polski. Do końca r. 1945 z
ogólnej liczby 112.000 żołnierzy
2. Korpusu na powrót do Kraju
zgłosiło się: z Korpusu - 3
oficerów i 4660 szeregowych, z
Bazy - 4 oficerów i 9540
szeregowych. Samo zestawienie
tych liczb miało swoją wymowę. W
bazie były uzupełnienia Korpusu,
a więc żołnierz, który dopiero
niedawno przybył i nie walczył.

Jeszcze dobitniej liczby te
wyglądają w następujących
porównaniach: z ogólnej liczby 7
oficerów i 14.200 żołnierzy,
którzy się zgłosili, przybyło do
Korpusu przed ukończeniem wojny
z Niemcami, tzn. przed 8 maja
1945, 5500 osób. Z tego 3800
żołnierzy nie brało udziału w
walkach. Z żołnierzy, którzy
wyszli z Rosji Sowieckiej i byli
cały czas w Korpusie, zgłosiło
się 310. Ta cyfra była
najwymowniejsza.

Oczywiście podane liczby
uległy w ciągu roku 1945 i w
pierwszej połowie 1946 dużym
wahaniom. Wystarczy że wspomnę,
iż z obozu w Cervinara zbiegło i
prosiło o włączenie do stanu
Korpusu ponad 1000 żołnierzy.
Było także wielu takich, którzy
po powrocie do Polski zbiegli i
przedzierając się przez Czechy i
Niemcy przybyli na nowo do
Włoch. Relacje ich z Kraju miały
duży wpływ na żołnierzy, byli to
bowiem naoczni świadkowie tego,
co się w Polsce dzieje. Drugim
czynnikiem wpływającym na
decyzję żołnierza były listy od
tych, którzy wrócili. Jeden z
tych listów kończył się w taki
sposób:

"W Cervinara było nam bardzo
dobrze. Jechaliśmy do Polski
bardzo dobrze. Przyjechaliśmy
bardzo dobrze. W Polsce jest
bardzo dobrze. Dobrze mi tak".

Tymczasem z Polski, z Niemiec
i Francji napływały tysiączne
rzesze Polaków do Korpusu. Na
południu Włoch, w Barletta i w
Trani, powstały obozy cywilne,
gdzie szybko wzięto się do pracy
nad dokształcaniem fachowym.
zaczęto organizować warsztaty
szewskie, krawieckie,
stolarskie, zdobnicze. Dla
młodzieży zakładano szkoły,
kursy, ochronki. Setki studentów
uczęszczało na uniwersytety w
Padwie, Bolonii i Rzymie.

I wtedy właśnie rozpętała się
najostrzejsza kampania
propagandowa przeciw Korpusowi
ze strony Moskwy, prowadzona
wszystkimi możliwymi drogami i
kanałami komunizmu. Nie było
dnia, by przez radio nie
wspomniano o armii gen. Andersa,
faszysty, podżegacza do nowej
wojny. Według tych oskarżeń
prowadziłem działalność
polityczną we Włoszech,
przeciwstawiając się dojściu do
władzy komunistów, podejmowałem
akcję dywersyjną w Polsce na
olbrzymią skalę przy użyciu
samolotów; Korpus zagrażał
wpływom sowieckim na Bałkanach,
a szczególnie w Jugosławii. Tak
oto 100.000 żołnierzy polskich
przy milionowych, jeszcze nie
zdemobilizowanych armiach
urastało do rozmiarów
niebezpieczeństwa światowego.
Myśl tej propagandy była w
rzeczywistości inna. Wobec
zdławienia Polski, 100.000
żołnierzy Korpusu było dla Rosji
po prostu cierniem, który trzeba
było wyrwać. Bo wojsko to
przepajała wiara, że powstanie
Polska niepodległa. Dlatego
budziło ono niepokój. Kraj
patrzył na Korpus i widział w
nim rękojmię, że sprawa polska
nie została ostatecznie
pogrzebana. Mówili o tym
wszyscy, którzy przychodzili z
Polski. Wiedziała o tym dobrze
Moskwa i jej pachołkowie
osadzeni w Warszawie.

Rozumiałem beznadziejność
naszego położenia. Ataki ze
strony Rosji Sowieckiej.
Demobilizacja Wielkiej Brytanii
i Stanów Zjednoczonych, która
przewidywała stałe zmniejszanie
kontyngentów wojskowych w
Europie. Powrót do Kraju był dla
większości żołnierzy niemożliwy.
Pozostawała smutna tułaczka na
obczyźnie, łagodzona
życzliwością Wielkiej Brytanii.

Gen. Morgan, szef sztabu
marszałka Alexandra, nadesłał mi
17 września 1945 list, w którym
m.in. pisał:

"...stan liczebny 2. Korpusu
Polskiego i Bazy przekroczył w
sierpniu o 11.910 żołnierzy
zatwierdzoną górną granicę
100.389, a we wrześniu nadwyżka
wzrosła do 21.314 żołnierzy...
Poczyni Pan Generał natychmiast
kroki celem zmniejszenia stanu
2. Korpusu Polskiego i Bazy do
cyfry 100.389, która musi
obejmować Pomocniczą Wojskową
Służbę Kobiet, 14. Polską
Brygadę Pancerną i wszystkich
oficerów i szeregowych
zgłaszających się na powrót do
Polski. Zwolnieni na tej
podstawie będą traktowani jako
displaced persons".

27 września odbyłem z
marszałkiem Alexanderem rozmowę,
ostatnią przed jego wyjazdem z
Włoch. Obecny był również gen.
Morgan.

Anders: Wojna została wygrana,
lecz Polska przegrała... Polska
zawsze miała nadzieję i wiarę,
że sprawy obrócą się na lepsze.
Zagadnieniem wielkiej
doniosłości dla Polski było
istnienie i utrzymanie Polskich
Sił Zbrojnych za granicą, a
zwłaszcza 2. Korpusu Polskiego.
Cały naród polski patrzy na
armię i szczególnie na 2. Korpus
Polski, to samo tyczy się
Polaków w Niemczech, w różnych
obozach i Polaków w Stanach
Zjednoczonych... Jeżeli 20.000
żołnierzy zostanie odesłanych,
będzie w tym widział początek
końca Korpusu Polskiego.
Żołnierze będą pytali, o co
walczyli i po co były te ciężkie
walki i trudy...

Marszałek Alexander podkreśla,
że w pełni orientuje się w
położeniu i rozumie uczucia
generała. Otrzymał rozkaz
ograniczenia racji żywnościowych
i płac. Otrzymał rozkaz
zmniejszenia stanu Korpusu o
liczbę tych, którzy chcą
powrócić do Polski, tzn., że
skoro ze stanu odchodzi 14.000,
pozostaje jako nowy stan cyfra
86.000. Bardzo trudno będzie
przeciwstawić się temu
zarządzeniu.

Gen. Anders powtarza, że jest
przygotowany na załatwienie
racji żywnościowych i płac we
własnym zakresie. Może przyjąć,
że będzie otrzymywa racje
żywnościowe i płace na 86.000,
jeżeli jest to ostateczna
decyzja. Chciałby otrzymać
zapewnienie, że na tę ilość może
liczyć.

Marszałek Alexander oświadcza,
że takie rozwiązanie mu nie
odpowiada.

Gen. Anders stwierdza, że nie
widzi innego rozwiązania i że
zdemobilizowanie 20.000
żołnierzy jest dla niego
absolutnie niemożliwe. Marszałek
Alexander podnosi, że
przedmiotem spotkania jest
rozważenie sprawy i znalezienie
najlepszego wyjścia.

Gen. Anders prosi, po
pierwsze, o zgodę na wysłanie do
Afryki i Indii tych, którzy mają
tam żony i rodziny; po drugie, o
zgodę na sugestie gen. Pageta w
sprawie polskich jednostek
ochronnych, saperskich i pracy;
po trzecie, o zgodę na
zwolnienie kategorii zdrowia "E"
jako nie nadających się do
służby, przy czym musi mieć
pewność, że ich przyszłość
będzie zabezpieczona. Powtarza
raz jeszcze, że drogą
wewnętrznych wyrównań pokryje
różnicę w płacach i racjach
żywnościowych.

Gen. Morgan zapytuje, czy nie
byłoby możliwe zwolnienie dużych
ilości tych, którzy napłynęli
przez ostatnie dwa miesiące.

Gen. Anders podkreśla, że
właśnie ci są najlepszym
materiałem wojskowym. Byli oni
regularnymi żołnierzami armii
podziemnej lub regularnymi
żołnierzami od r. 1939. Byłoby
niesłychanie trudno odrzucać i
zmuszać do powrotu doskonały
materiał wojskowy, który
napłynął z Polski i w dalszym
ciągu napływa w znacznych
ilościach.

Marszałek Alexander mówi, że
obecny stan rzeczy nie da się
utrzymać. Jeżeli stan 2. Korpusu
dalej by się powiększał,
spowodowałoby to nie kończące
się trudności, na co nie można
pozwolić. Zgodził się na razie
na stan 100.000 i ze swej strony
zrobi wszystko, żeby uzyskać
zatwierdzenie. Z drugiej strony
Rząd Jkm był zdania, że
odejście tych, którzy chcą
wracać do Polski, automatycznie
zmniejszy stan Korpusu do
86.000. Dlatego może napotkać na
trudności uzyskania zgody na
utrzymanie stanu 100.000, może
być zmuszony do zmniejszenia
stanu do 86.000 natychmiast - i
w tym wypadku trzeba będzie jak
najszybciej pomyśleć, jaką drogą
to osiągnąć.

13 października 1945 złożyłem
na ręce gen. Morgana projekt
zmniejszenia stanu Korpusu do
86.000, przewidujący zwolnienie
w dwóch fazach ok. 20.000
żołnierzy.

Uważałem wówczas za swój
obowiązek wyraźne określenie
naszego stosunku do Rosji
Sowieckiej. W tym celu złożyłem
10 listopada 1945 gen. Morganowi
i komisarzowi sojuszniczemu
admirałowi amerykańskiemu
Stone'owi obszerny memoriał, w
którym na wstępie zaznaczyłem:

"...wydaje mi się, że można
kategorycznie stwierdzić, że
cele wojenne, które powstały po
rozpoczęciu wojny przez Niemców
1 września 1939, nie zostały
osiągnięte. Aczkolwiek Niemcy i
Japonia zostały zdruzgotane,
jednak w wyniku tego nie ma
prawdziwego pokoju. Dziesięć
państw w Europie, przeszło 100
milionów ludzi utraciło
wolność... Wydaje się, że
spokojna praca pokojowa na całym
świecie nie jest możliwa.
Przyczyna jest jedna: olbrzymi
rozrost Rosji Sowieckiej, która
na kontynencie europejskim i
azjatyckim stanowi dziś jedyną
potęgę. Ponieważ nie ukrywa ona
swoich niezwykle daleko
posuniętych dążeń
imperialistycznych, a także, jak
się wydaje, jest jedynym
państwem, które na daleką metę
ma jasno określoną politykę;
jest rzeczą jasną, że nie tylko
małe, ale i wielkie państwa mogą
czuć się zagrożone".

W dalszym ciągu tego memoriału
przedstawiłem niebezpieczeństwo,
które zagraża światu ze strony
Rosji Sowieckiej.

W wyniku tego wystąpienia
miałem 14 listopada 1945 rozmowę
z admirałem Stone, który
doradzał mi wysłanie listów do
Prezydenta Trumana i premiera
Attlee.

Po długim rozważaniu napisałem
list do Prezydenta Trumana i
wysłałem go 30 listopada na ręce
Admirała Stone'a. Ostatecznie
przyczyniła się do tego mowa
Trumana, wygłoszona 27
października 1945 w Nowym Jorku,
w której określał on w 12.
punktach cele polityki
zagranicznej Stanów
Zjednoczonych w duchu obrony
wolności i praw narodów. List
mój do Prezydenta kończyłem
następującymi słowami:

"Nie to jest dla nas ważne, że
kilka tysięcy żołnierzy, którzy
walczyli o Monte Cassino, Anconę
i Bolonię, zginęło dla słusznej
sprawy, lecz to jest ważne,
Panie Prezydencie, że Polska
ginie w tej chwili".

Nadeszło Boże Narodzenie 1945
i Nowy Rok 1946, które
spędzaliśmy w zupełnej
niepewności jutra. Wewnętrznie
stanowiliśmy zwarty i zgrany
zespół. Dyscyplina stała na
wysokim poziomie. Żołnierze
wyróżniali się dobrą postawą i
sumiennym wykonywaniem
obowiązków wartowniczych od
południa do północy Włoch.

Pamiętam zabawny szczegół z
ostatniego mego powrotu z
Londynu. Załogę stanowili
oficerowie i żołnierze
amerykańscy. Gdy przylecieliśmy
na lotnisko, witała mnie
kompania polskich komandosów.
Byli to żołnierze w wieku 18 do
23 lat, którzy byli w
szczególnie dobrej kondycji
fizycznej. Nosili zielone berety
i białe pasy. Gdy wychodziliśmy
z samolotu, jeden z lotników
amerykańskich zwracając się do
swego kolegi, powiedział:

- Popatrz co za wspaniałe
wojsko, ale gdzie oni będą się
bili teraz?

Dużo było prawdy w tych
słowach. Dlatego przyszły mi na
myśl właśnie na progu roku 1946.
Wojsko było dobre, ale co dalej?

W połowie stycznia dostałem
odpowiedź Prezydenta Trumana z
18 grudnia 1945 następującej
treści:

"Otrzymałem list Pana Generała
z 30 listopada, przesłany mi
przez admirała Stone'a.
Ambasador Stanów Zjednoczonych w
Warszawie stale informował mnie
dokładnie w sprawie nie
uregulowanych stosunków w
Polsce, wynikających z ciężkich
doświadczeń, przez które kraj
przechodził przez ostatnie pięć
lat. Mam wiarę, że z biegiem
czasu warunki w Polsce staną się
bardziej normalne. Może Pan
Generał być pewny, że rząd
Stanów Zjednoczonych użyje swego
wpływu, by dopilnować, aby
zobowiązania powzięte w Jałcie
celem wskrzeszenia na nowo
demokratycznej Polski, zostały
spełnione".

A więc celem miało być
spełnienie tego co było
najcięższe i najgorsze w
stosunku do Polski w czasie tej
wojny: Jałta. I tu jeszcze
zachodziła obawa, że trzeba
będzie pilnować, by uchwały
jałtańskie były wypełnione. Nie
łudziliśmy się: Rosja Sowiecka
nie wypuszcza ofiary, która jej
wpadła w ręce, a w żadnym
wypadku nie robi tego bez
zagrożenia jej użyciem siły.





Idy marcowe 2. Korpusu





Nadeszło to niespodziewanie.
Wezwano mnie do Londynu na
naradę z premierem Attlee i z
ministrem spraw zagranicznych
Bevinem. 14 marca 1946, zaraz po
przylocie, doręczono mi tekst
porozumienia między Rządem
Wielkiej Brytanii a tzw.
Tymczasowym Rządem Jedności
Narodowej w Warszawie, w sprawie
powrotu wojska polskiego do
Kraju oraz projekt oświadczenia
ministra Bevina w Izbie Gmin o
demobilizacji Polskich Sił
Zbrojnych. Miałem zaledwie czas
na pobieżne zapoznanie się z obu
dokumentami.

Jaka była ich treść?

Porozumienie Rządu Wielkiej
Brytanii z Tymczasowym Rządem
Jedności Narodowej w Warszawie
określając sposób traktowania
żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych
powracających do Kraju w
pierwszej części obejmowało
dokładne wyliczenie represji i
kar, które mogą być w stosunku
do nich stosowane. Druga część
dawała mgliste obietnice
traktowania ich na równi ze
wszystkimi żołnierzami
odrodzonych wojsk polskich, w
oparciu na oświadczeniach
publicznych Bieruta i
Żymierskiego, odezwach
Tymczasowego Rządu i rozkazach
dziennych z okazji różnych
świąt. Porozumienie nie miało
charakteru obowiązującej umowy
między dwoma rządami i nie było
przez nikogo podpisane. Na
wręczonym mi dokumencie nie było
ani daty, ani miejsca
podpisania.

Projekt oświadczenia Bevina w
Izbie Gmin stwierdzał na
wstępie, że rząd brytyjski dąży,
by jak największa ilość
żołnierzy wróciła do Polski, a
uderzająco brzmiało w tym
oświadczeniu zdanie:

"Rząd Brytyjski przyszedł do
przekonania, że wszyscy
członkowie Polskich Sił
zbrojnych, których powrót do
kraju jest możliwy, powinni
wrócić jak najprędzej,
korzystając z podanych przez
Tymczasowy Rząd warunków, celem
przyczynienia się do odbudowy
uwolnionej Polski. Jedynie w ten
sposób będą mogli służyć swojemu
krajowi zgodnie z jego wielką
tradycją".

Miałem zupełnie inny pogląd na
tę wyjątkową okazję powrotu i
warunki podane przez Tymczasowy
Rząd, tak samo jak na odbudowę
uwolnionej Polski w ramach
okupacji sowieckiej.

Miło brzmiały w dalszym ciągu
oświadczenia Bevina następujące
słowa:

"Jednakowoż ci żołnierze,
którzy, zdając sobie sprawę z
obecnego stanu rzeczy, uważają
powrót do Polski za niemożliwy,
będą traktowani w miarę naszych
sił i środków w sposób godny och
wielkich zasług."

Niestety, zaraz mroziło się to
ostrzeżeniem:

"Rząd Brytyjski zamierza w
możliwie bliskim czasie zwolnić
ze służby tych żołnierzy, którzy
nie będą chcieli powrócić do
Polski. Co więcej, Rząd
Brytyjski nie może udzielić
członkom Polskich Sił Zbrojnych
żadnych gwarancji, iż wszyscy
będą mogli się osiedlić na
terenach brytyjskich, czy to w
Wielkiej Brytanii, czy też za
morzem."

Następnego dnia, 15 marca
1946, odbyła się narada na
Downing Street, w której brali
udział premier Attlee, minister
Bevin, szef sztabu imperialnego
Lord Alan Brooke (poprzednio Sir
Alan Brooke), gen. Lyne (War
Office), Allen (Foreign Office).
Przebieg jej był następujący:

Premier Attlee oświadcza, że
rząd JKM ma pełną świadomość
długu, który Wielka Brytania
zaciągnęła wobec Polskich Sił
Zbrojnych, lecz nadszedł czas,
kiedy trzeba się zastanowić nad
całą sytuacją. Wobec zakończenia
wojny trzeba rozwiązać siły
zbrojne, które nie są niezbędne.
Zadanie 2. Korpusu Polskiego we
Włoszecz zbliża się ku końcowi.
Korpus pod względem politycznym
przysparza pewnych kłopotów, a z
chwilą zawarcia traktatu
pokojowego z Włochami będzie
musiał opuścić ten kraj. W
związku z krótkim oświadczeniem,
które wręczono gen. Andersowi i
innym polskim dowódcom, premier
Attlee podkreśla, że na decyzję
rządu brytyjskiego nie wpływa
żaden nacisk z zewnątrz. Przez
pewien czas odbywały się
rokowania z polskim Rządem
Tymczasowym, a o ich wynikach
dowódcy polscy są powiadomieni.
Nadszedł czas, aby żołnierze
powzięli decyzję. Ma wrażenie,
że jest rzeczą wskazaną, by jak
największa ilość Polaków wróciła
do kraju, biorąc pod uwagę, że
warunki na jakich powrócą, będą
zadowalające. Rząd JKM stara
się, by rząd warszawski
wypowiedział się w sprawie tych
warunków.

Rząd JKM postanowił, że
minister spraw zagranicznych
złoży w tej sprawie 18 marca
oświadczenie i że jednocześnie
każdy żołnierz otrzyma
egzemplarz tego oświadczenia w
języku polskim. Rząd JKM gotów
jest uczynić wszystko co
możliwe, by dopomóc w powrocie
do Polski tym, którzy będą sobie
tego życzyli. Istnieje nadzieja,
że Warszawa zniesie
postanowienie indywidualnego
zwracania się do konsulatów i że
repatriacja będzie
przeprowadzona raczej
kategoriami, niż indywidualnie.

Rząd JKM zdaje sobie sprawę,
że niektórzy żołnierze nie będą
mogli wrócić, i nie zamierza
wywierać na nich żadnego
nacisku. Zrobi co możliwe, by
zabezpieczyć tym ludziom
przyszłość. Jest to trudna
sprawa; jak stwierdzono w
oświadczeniu wręczonym dowódcom,
udzielenie w tej mierze
gwarancji jest w chwili obecnej
niemożliwe. Zbyt wielka ilość
nie będzie mogła łatwo być
wchłonięta. Jedno jest pewne:
nie będzie legii cudzoziemskiej,
a tylko bardzo niewielu
fachowców będzie mogło zostać
przyjętych do armii brytyjskiej.
Najliczniejszy powrót żołnierzy
do Polski leży zarówno w
interesie ich, jak w interesie
Polski. Premier Attlee prosi
gen. Andersa o współpracę i
pomoc. Prosi, by żołnierzom
pozwolono swobodnie dokonać
wyboru bez propagandy, nacisku i
utrudnień. Rzecz musi być
postawiona jasno. W pełni zdaje
sobie sprawę z uczuć żołnierzy,
lecz ma wrażenie, że powinni oni
zastanowić się nad przyszłością
swoją i przyszłością Polski.
Uważa, że nawet po wszystkich
ich zasługach dla Polski, nie
najmniejszą zasługą jest powrót
i współpraca w jej odbudowie.

Gen. Anders wyraża wdzięczność
za słowa uznania dla Polskich
Sił Zbrojnych. Oświadcza, że
dowódcy polscy prosili go o
wypowiedzenie w ich imieniu i
przedstawienie wspólnego punktu
widzenia. Otrzymał tekst
warunków rządu warszawskiego 14
marca o #/10#00 i oświadczenie
brytyjskiego ministra spraw
zagranicznych tegoż dnia o
#/18#00. Przede wszystkim chce
wyrazić zdziwienie z powodu
tajemniczości, jaką otoczono tak
ważną decyzję, a także z powodu
krótkiego czasu, który dzieli
nas od chwili ogłoszenia
oświadczenia w wojsku.
Stwierdza, że dowódcy polscy nie
są w stanie w porę powrócić do
swych oddziałów i poczynić co do
nich należy. Oświadcza, że
warunki warszawskie nie
zawierają nic nowego, zawierają
jedynie wiadomości podawane
przez rozgłośnie Warszawy i
Moskwy, których żołnierze jego
mogą swobodnie słuchać. Te
warunki zaczynają się,
pominąwszy ó#,, wyliczeniem
różnych kategorii tych, którzy
mają być ukarani i mówią o takim
samym traktowaniu żołnierzy
powracających z Zachodu, jak
żołnierzy z armii polskiej w
Rosji, a w tym względzie
rzeczywistość jest już znana. W
istocie nie jest to w żadnej
mierze zaproszenie serdeczne.
Uważa, że ważniejsze jest
oświadczenie ministra Bevina i
słowa premiera Attlee.
Przedstawiając wkład Polskich
Sił Zbrojnych i cierpienia
Polski stwierdza, że naród
polski nie stracił wiary w
odzyskanie wolności. Na
podstawie różnych oświadczeń
Rządu JKM oczekiwano, że
polski rząd tymczasowy będzie
reprezentował naród polski i że
przeprowadzi wolne wybory. Ażeby
zachęcić do powrotu, czego każdy
chce, jest rzeczą konieczną, by
te zobowiązania były dotrzymane.

Naród polski zdaje sobie
sprawę, że Polskie Siły Zbrojne
są jedynym ogniwem, które łączy
Polskę z mocarstwami Zachodu.
Oparcie w Kraju dla
Mikołajczyka, który przybył z
Londynu, wynika z tych samych
przyczyn. Dlatego rozwiązanie
Polskich Sił Zbrojnych może być
przyjęte przez naród polski jako
oznaka, że Rząd JKM przestał
się interesować sprawą polską.

Oświadcza, że w pełni zdaje
sobie sprawę z trudności Rządu
JKM, lecz podkreśla, że
Polskie Siły Zbrojne i 90%
Polaków chcą pozostać związani z
Zachodem, gdy tymczasem widać,
że wydano ich na pastwę Wschodu.
Polskie Siły Zbrojne w sile
200.000 żołnierzy nie są wielką
potęgą, ale istnienie ich ma
wielkie znaczenie moralne. Poza
tym jest jeszcze sprawa kobiet,
dzieci i szkół. Sprawy te są
wielkie i ważne, a teraz
załatwia się je tak pośpiesznie,
iż musi to wywołać wrażenie, że
sprawa Polski jest zamknięta.

Prosi o wyjaśnienie tej części
oświadczenia, która mówi, że
jest to może ostatnia sposobność
powrotu do Polski. Nie istnieje
potrzeba zachęcania do powrotu.
Każdy chciałby wrócić, lecz w
innych warunkach.

Stwierdza, że mimo znajomości
psychiki swoich żołnierzy, nie
wie jak im ma przedstawić
położenie. Nie ma czasu się
zastanawiać. Postawiono go wobec
fait accompli, podczas gdy każdy
przypuszczał, że decyzje w
sprawie Polskich Sił Zbrojnych
zostaną powzięte dopiero po
wyborach. Zdawał sobie sprawę z
możliwości przesunięcia wojsk z
ich obecnych rejonów, lecz nie
może zrozumieć przyczyny fait
accompli, który nastąpił.

Minister Bevin wskazuje, że
obecna decyzja jest logicznym
wynikiem porozumienia w
Poczdamie. Wykonanie
porozumienia nigdy nie było
uwarunkowane uprzednim
przeprowadzeniem wyborów, a
raczej żołnierze powinni wrócić,
by móc wziąć udział w wyborach.
Często podnosił w Izbie Gmin, że
dąży do tego, by wojska polskie
wróciły do swego kraju, by wziąć
udział w jego odbudowie a także
i w wyborach. W związku z
zapytaniem gen. Andersa, co
oznacza uwaga, że obecna
sposobność powrotu do kraju może
być ostatnia, wyjaśnia, że uwagę
tę spowodowała ostatnia nota
polska i możliwość pozbawienia
obywatelstwa polskiego tych,
którzy teraz nie powrócą. Jest
rzeczą oczywistą, że Rząd JKM
nie może z tego powodu
wypowiedzieć wojny ani nie może
też utrzymywać Polskich Sił
Zbrojnych za granicą, by wpłynąć
na wynik wyborów. Byłoby to
niewłaściwe użycie Polskich Sił
Zbrojnych i nie miałoby
usprawiedliwienia, gdyby tę
sprawę wysunięto na Radzie
Bezpieczeństwa. W gruncie rzeczy
byłoby to posunięcie dogodne dla
Rosji.

Minister Bevin podkreśla, że
Wielka Brytania demobilizuje
własne oddziały. Kraj nie może
zrozumieć, dlaczego nie
demobilizujemy innych oddziałów
sojuszniczych. Gdybyśmy
kierowali się względami wieku,
większość Polskich Sił Zbrojnych
byłaby już zdemobilizowana.

Rząd JKM zmierza do tego, by
zachęcić żołnierzy do powrotu do
kraju i przygotować
demobilizację pozostałych. To są
dwa punkty, które trzeba
przyjąć. Rząd JKM wierzy, że
dzięki wpływowi, jaki obecnie
posiada, może uczynić coś dla
zapewnienia bezpieczeństwa tych,
którzy wracają. Ale Rząd JKM w
żadnym razie nie ma zamiaru
stosować przymusu. Chce zachęcać
żołnierzy do powrotu i prosi
gen. Andersa i wszystkich
polskich oficerów, by czynili to
samo. W tym samym czasie Rząd
JKM bada bardzo starannie
możliwości rozmieszczenia tych,
którzy uznają powrót za
niemożliwy.

Oświadcza, że sprawa wyborów
była także bardzo starannie
zbadana. Jeżeli chcemy by
Mikołajczyk zwyciężył, żołnierze
powinni wrócić i brać udział w
wyborach. Podkreśla różnice
pomiędzy politykami i
żołnierzami, i mówi, że podczas
gdy gen. Anders wygrywał bitwy,
m.in. Bevin wygrywał wybory.

Wskazuje na trudności zawarcia
wszystkiego w jednym
oświadczeniu, ale po rozdaniu go
żołnierzom ma zamiar odbyć
konferencję prasową i przemówić
do wojska przez radio.
Szczególnie zwrócił uwagę na
swoje ostatnie przemówienie w
Izbie, w którym zapewnił, że nie
opuści tych wojsk ani też "nie
rzuci ich na pożarcie wilkom".

Gen. Anders stwierdza, że zna
treść tego przemówienia i wyraża
wdzięczność za mocne słowa.

Minister Bevin podkreśla
ponownie, że żołnierze
brytyjscy, rząd i Partia Pracy
chcą rzetelnie wypełnić swoje
zobowiązania, lecz muszą iść w
kierunku demobilizacji. Prosi
gen. Andersa o pomoc w tej
sprawie. Ma wrażenie, że
większość żołnierzy, tych
dobrych, doświadczonych i
rozważnych ludzi, wróci do
Polski i dopomoże, by w Polsce
zapanowała wolność. Następnie
oświadcza, że odbył także
konferencję celem
przestudiowania przyszłości
uchodźców i ludności cywilnej.
Rząd JKM nie opuści ani tych,
ani tamtych i czyni starania, by
zabezpieczyć im przyszłość.
Przede wszystkim jednak należy
się dowiedzieć, ilu chce wrócić,
a dopiero potem można będzie
przystąpić do demobilizacji.
Oświadczenie skierowane do
żołnierzy jest gotowe, ale w
porozumieniu z szefem sztabu
imperialnego może odłożyć jego
rozdanie o dwa dni, jeżeli to
okaże się pomocne gen.
Andersowi. Na życzenie gen.
Andersa chętnie urządzi dalsze
zebrania z przedstawicielami
władz.

Gen. Anders pyta, kiedy
miałaby być przeprowadzona
demobilizacja.

Minister Bevin i marszałek
Lord Alan Brooke stwierdzają, że
termin nie jest jeszcze
określony. Nie można rozpocząć
demobilizacji oddziałów, dopóki
nie będzie wiadomo, ilu ludzi
wyjedzie i dopóki nie osiągnięto
decyzji co do rozmieszczenia.

Uzgodniono, że oświadczenie
ministra Bevina w Izbie Gmin i
rozdanie jego odezwy do
żołnierzy zostanie przełożone z
18 na 20 marca. Ustalono, że
byłby pożądany ponowny przyjazd
gen. Andersa do Londynu na
następne zebrania z
przedstawicielami rządu.

Minister Bevin zakończył
zebranie zapewnieniem, że Rząd
JKM będzie stanowczo
przestrzegał zasad słuszności i
sprawiedliwości i dlatego
demobilizacja wymaga pewnego
czasu.

Dopiero teraz miałem pełny
obraz postanowień powziętych
przez rząd brytyjski. Zaskoczyły
mnie całkowicie tym więcej, że
zapadły przed wyborami w Polsce,
czyli przed wyjaśnieniem, co się
stanie w Kraju. Intencją
zasadniczą premiera Attlee i
ministra Bevina był powrót do
Kraju jak największej ilości
żołnierzy. To było niewątpliwe.
Natomiast wszystko inne robiło
wrażenie improwizacji w oparciu
o niepewne porozumienie z
Tymczasowym Rządem Jedności
Narodowej w Kraju, którego my
nie uznawaliśmy i do którego nie
mieliśmy ani źdźbła zaufania.
Zapewnienia ministra Bevina, że
Wielka Brytania może wpływem
swoim wiele zrobić w Polsce,
świadczyły o całkowitej
nieznajomości Rosji, podobnie
jak mniemanie, że powrót
żołnierzy polskich może wywrzeć
wpływ na... wynik wyborów.

Decyzje rządu brytyjskiego, o
których zawiadomiono nas w
ostatniej chwili i których tekst
był gotowy do rozesłania i
ogłoszenia, były w
rzeczywistości powzięte zupełnie
jednostronnie. A nie mogłem
powiedzieć, że się nie zgadzam,
bo za tym szło nieuchronne
pytanie: w takim razie co dalej?
Więc, wobec takiego albo_albo,
sprawa przyszłości żołnierza
polskiego i jego bytu wysuwała
się na pierwszy plan. Tylko
Wielka Brytania chciała zapewnić
warunki życia tym, którzy do
Polski nie chcieli wracać. W
zgodzie z Prezydentem
Rzeczypospolitej i rządem
postanowiłem nie stawiać oporu
postanowieniom rządu
brytyjskiego.

20 marca 1946 minister Bevin
oświadczył w Izbie Gmin:

- W ostatnich czasach
zapowiadałem, że mam nadzieję,
iż wkrótce będę mógł złożyć
oświadczenie w sprawie Polskich
Sił Zbrojnych pod dowództwem
brytyjskim. Wyjaśniłem zasady,
na których się opierała polityka
Rządu JKM w tej sprawie.
Wprawdzie nie chcemy siłą
zmuszać tych ludzi do powrotu do
Polski, ale nigdy nie taiłem
naszego głębokiego przekonania,
że według nas powinni oni
powrócić, aby wziąć udział w
odbudowie swego zniszczonego
kraju...

Rząd JKM od wielu miesięcy
nalegał na polski Rząd
Tymczasowy, by ujawnił warunki,
na których podstawie żołnierze
będą mogli wracać. Obecnie
osiągnięto porozumienie z
polskim Rządem Tymczasowym i
postaraliśmy się o wydanie
oświadczenia w języku polskim,
skierowanego do każdego członka
Polskich Sił Zbrojnych.
Żołnierze otrzymają je dzisiaj.
W załączeniu do tego
oświadczenia będzie podane moje
wyjaśnienie o polityce Rządu
JKM w sprawie przyszłości
Polskich Sił Zbrojnych i
żołnierzy. Stwierdzam w nim, że
Rząd JKM uważa wiadomości
podane w oświadczeniu za
zadowalające i sądzi, że
obowiązkiem wszystkich członków
tych sił zbrojnych jest powrót
do swego Kraju. Ku memu
wielkiemu zdziwieniu i żalowi, w
chwili gdy zaledwie z trudnością
osiągnięto porozumienie co do
treści tych dokumentów, polski
Rząd Tymczasowy wystosował do
Rządu JKM i ogłosił notę, w
której stwierdza, że nie może
uważać oddziałów Polskich Sił
Zbrojnych pod dowództwem
brytyjskim za część składową sił
zbrojnych Polski. Rząd ten
domaga się natychmiastowego
rozwiązania tych oddziałów i
stwierdza, że żołnierze, którzy
zechcą wracać, powinni składać
indywidualne podania do polskich
konsulatów za granicą. Nota ta
była od pewnego czasu dokładnie
dyskutowana z polskim Rządem
Tymczasowym i otrzymałem od
niego zapewnienie, że nie wpływa
ona na warunki w oświadczeniu
dla wojska, że warunki te będą
nadal stosowane do wszystkich
polskich oddziałów powracających
z zagranicy i że rząd ten będzie
w miarę możności traktował
składających podania o powrót
raczej według kategorii, niż
obstawał przy indywidualnym
rozpatrzeniu przez swoje
konsulaty...

Co do dalszych planów, zależne
są one w bardzo dużym stopniu od
liczby tych, którzy pozostają, a
to będziemy wiedzieli za kilka
tygodni. W każdym razie nadszedł
obecnie czas na opracowanie
planu demobilizacji Polskich Sił
Zbrojnych. Gdyby ci ludzie byli
żołnierzami brytyjskimi,
większość z nich byłaby
zdemobilizowana ze względu na
wiek. Szczególne okoliczności w
tym przypadku sprawiają, że
przemyślana demobilizacja zajmie
pewien czas i że nie ma mowy o
rozpuszczeniu ich w ciągu nocy.
Sprawa ta była wszechstronnie
wyjaśniona i rozważona przez
premiera i przeze mnie na
naradzie z gen. Andersem i z
innymi dowódcami polskimi,
którzy w tym celu przybyli do
Londynu. Musieliśmy im wyjaśnić,
że nie możemy zachować Polaków
jako sił zbrojnych pod
dowództwem brytyjskim.
Otrzymaliśmy zapewnienie od gen.
Andersa i innych dowódców, że
całkowicie rozumieją nasze
stanowisko, że uczynią co
należy, by oświadczenie dotarło
do wszystkich żołnierzy, że na
żołnierzy nie będzie wywierany
nacisk, aby nie wracali, i że
nadto będą współpracowali z
władzami brytyjskimi w
przedsięwzięciu wszystkich
koniecznych kroków dla
załatwienia tej sprawy. Od
powodzenia w przeprowadzeniu
repatriacji tych ludzi i od ich
poprawnego i właściwego
traktowania po powrocie do
Polski będą w bardzo znacznym
stopniu zależały stosunki między
naszymi dwoma krajami.

Myślę, że niewątpliwym
życzeniem Izby jest, aby w
należytej mierze ocenić
wspaniałą służbę sił zbrojnych
jednego z naszych pierwszych
sojuszników w ostatniej wojnie i
ich udział we wspólnej sprawie w
czasie tak długich zmagań. Rząd
JKM i ja jesteśmy pewni, że
cała Izba jest zgodna z nami co
do naszego długu wobec tych
ludzi i zdecydowana, by postąpić
z nimi sprawiedliwie. Rząd JKM
jako jedna ze stron podpisanych
na oświadczeniu w Jałcie w
sprawie Polski i z uwagi na
następne zapewnienia, które
otrzymał w Poczdamie, nie może
przestać zajmować się rozwojem
wypadków w Polsce. Gdy ludzie ci
powrócą, będą mogli być pewni,
że w dalszym ciągu będziemy
używali naszego wpływu w
kierunku ścisłego wypełnienia
tych postanowień i że będziemy
obserwowali z najwyższym
zainteresowaniem i sympatią
postęp na drodze odbudowy
politycznej i gospodarczej, a
także odbudowy niepodległości
Polski, do czego naród polski
przystąpił z takim zapałem.

Nazajutrz po oświadczeniu
ministra Bevina rozgłośnia
warszawska ogłosiła:

"Celem uniknięcia
jakichkolwiek nieporozumień
stwierdza się na podstawie
informacji kół zbliżonych do
Ministerstwa Spraw
Zagranicznych, że rząd nie
składał żadnego oświadczenia w
sprawie postawy rządu wobec
żołnierzy polskich, którzy chcą
powrócić do Polski, ani co do
warunków, jakie czekają ich po
powrocie."

W komunikacie tym była również
taka wzmianka:

"Bevin bierze na siebie
ochronę Polaków w Polsce."

Przy takim akompaniamencie ze
strony Warszawy każdy żołnierz
polski otrzymywał tekst
oświadczenia ministra Bevina i
układu rządu brytyjskiego z
Tymczasowym Rządem Jedności
Narodowej w Polsce. O pośpiechu,
z jakim były przygotowane te
dokumenty, świadczyła najlepiej
dziwaczna polszczyzna przekładu.

Po powrocie z Londynu - gdy
przeminęła pierwsza fala
osłupienia żołnierzy 2. Korpusu
i gdy po wielu osobistych moich
wystąpieniach nastąpiło
stosunkowe uspokojenie - w
dalszym ciągu rozważałem nasze
położenie.

Postanowienia londyńskie były
logicznym wynikiem zakończenia
wojny. Demobilizacja i przejście
do normalnej pracy cywilnej
milionów żołnierzy na świecie
było głównym zagadnieniem, przed
którym stanęło wiele rządów. I
oto tutaj wyrasta zadra w
postaci Polskich Sił Zbrojnych
walczących na obczyźnie, które
nie chciały demobilizacji. Rząd
brytyjski, zgodnie z
zapewnieniami, po rycersku
chciał się zająć losem żołnierzy
walczących pod dowództwem
brytyjskim tak w Anglii, jak
poza Anglią. Wydawało się, że
wszystko jest w największym
porządku i że powinniśmy jedynie
odczuwać wdzięczność za
poczynania brytyjskie.

Dlaczego tak nie było?
Dlaczego prosty żołnierz darł
oświadczenie Bevina, wzburzony
namawianiem go do powrotu do
Kraju w tych warunkach?

Przyczyną wszystkich
niepokojów było położenie Polski
po drugiej wojnie światowej.
Cele polityczne Wielkiej
Brytanii i Polski zbieżne na
początku, zaczęły się rozchodzić
w sposób aż nadto widoczny, gdy
chodziło o stosunek do Rosji
Sowieckiej. A może raczej cele
pozostały nadal zbieżne, lecz
polityka brytyjska w owym
okresie odbiegała od tych
zbieżnych celów podstawowych i
brytyjskich, i polskich. Jasne
było, że polityka brytyjska nie
będzie się naginała do naszych
celów i dlatego również było
jasne, że będziemy tym
partnerem, który zostanie
uderzony po głowie. Było to
nieuchronne i tego musieliśmy
oczekiwać. Ciosy jednak
otrzymywaliśmy zbyt szybko i
zbyt regularnie.

Czego chcieliśmy wówczas?
Tylko tego, co powiedział
premier rządu Wielkiej Brytanii
Churchill 26 sierpnia 1944, że
sprawy Polski i jej granic będą
załatwiane na konferencji
pokojowej, na której Polska
będzie reprezentowana. Do czasu
tej konferencji chcieliśmy być
wojskiem polskim. To wszystko.

A tymczasem 7 maja 1946
ukazała się w prasie brytyjskiej
wzmianka o dalszych
postanowieniach w sprawie
demobilizacji Polskich Sił
Zbrojnych bez porozumienia z
zainteresowanymi. Było to
niezgodne z oświadczeniem
ministra Bevina, który
zapewniał, że rozważenie sprawy
demobilizacji wymaga czasu i że
będzie ona omawiana z dowództwem
wojsk polskich. 10 maja dostałem
depeszę od szefa sztabu gen.
Kopańskiego z Londynu,
wyrażającą niepokój z powodu
dążenia Brytyjczyków do możliwie
szybkiej demobilizacji 2.
Korpusu oraz przeniesienia go do
Wielkiej Brytanii.

12 maja odbyłem rozmowy z gen.
Morganem i z ambasadorem
brytyjskim w Rzymie Sir Noelem
Charlesem. Obaj otrzymali
depesze z Londynu o szybkim
przesunięciu 2. Korpusu z Włoch
do Wielkiej Brytanii na
demobilizację. Gen. Morgan był
tym zaskoczony, gdyż przeszło
dwie pełne polskie dywizje,
rozrzucone po całych Włoszech,
pełniły służbę wartowniczą. W
związku z tym postanowił udać
się do Londynu. Ambasador Sir
Noel Charles otrzymał już 2 maja
depesze z Foreign Office,
zalecające, wobec przeniesienia
Korpusu do Wielkiej Brytanii,
likwidację polskiego Welfare'u i
przekazanie opieki UNRRA
oraz oddanie Biblioteki Polskiej
w Rzymie ambasadorowi r~egime'u
warszawskiego Kotowi, na co Kot
uporczywie nalegał. Wprawdzie
Sir Noel Charles prosił Foreign
Office o odroczenie decyzji, ale
otrzymał odpowiedź, że
odroczenie może nastąpić jedynie
do chwili oficjalnego ogłoszenia
demobilizacji 2. Korpusu, co
nastąpi w najbliższym czasie.
Postanowiłem czekać na powrót
gen. Morgana z Londynu.

Po tygodniu niepewności
nadeszła depesza wzywająca mnie
na konferencję z ministrem
Bevinem do Londynu na dzień 25
maja. Po przylocie tegoż dnia,
jak poprzednim razem, otrzymałem
nowy projekt oświadczenia Bevina
w Izbie Gmin w sprawie
przyszłości Polskich Sił
Zbrojnych. W projekcie tego
oświadczenia dwie sprawsy
wysuwały się na pierwszy plan:

1) powstanie bliżej
nieokreślonej organizacji pod
nazwą (wówczas użytą
przejściowo) Polish Industrial
Settlement Corps, której
zadaniem ma być przejście z
życia wojskowego na cywilne;

2) natychmiastowe
przesunięcie 2. Korpusu z Włoch
do Wielkiej Brytanii na
demobilizację.

21 maja 1946 odbyła się narada
w Foreign Office w szerokim
zespole. Z Brytyjczyków obecni
byli: minister Bevin, Hankey,
Allen, gen. Morgan, generał
Lyne, brygadier Frith, płk Owen;
z Polaków, oprócz mnie, gen.
Kopański, wiceadmirał Świrski i
gen. Iżycki. Oto wyjątki z
protokołu obrad:

Minister Bevin mówi, że od
marca wiele uwagi poświęcono
sposobowi załatwienia sprawy
Polskich Sił Zbrojnych. Minister
chciałby znaleźć odpowiednie
zajęcie w życiu cywilnym dla
tych, którzy nie chcą wracać do
Polski. Wskutek tego powstał
plan, obecnie rozważany. Rząd
Jkm jest stanowczo
przeświadczony, że tak z
politycznego, jak z psychicznego
punktu widzenia zwłoka w
załatwieniu tej sprawy jest
niepożądana. Sytuacja w
przemyśle i zapewnienie
przychylnego stanowiska związków
zawodowych jeszcze bardziej
wzmacnia to przeświadczenie.
Skoro Rząd Jkm postanowił
przenieść dzielnych żołnierzy
polskich do życia cywilnego,
uważa, że musi to być wykonane w
najlepszy sposób. Rząd Jkm
zdaje sobie sprawę, że
ograniczenie się do
demobilizacji i wypłacenia
odprawy byłoby rzeczą
niewłaściwą. W tym celu
projektuje się przeniesienie
żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych
do Korpusu Przesiedlenia
(Resettlement Corps), a potem
demobilizację ich w sposób
planowany. Rząd Jkm rozważał
także sprawę żon i rodzin i ma
zamiar połączyć je z
żołnierzami. Rodziny nie będą
mogły jechać tymi samymi
okrętami z żołnierzami, ale będą
przedsięwzięte kroki, by mogły
przyjechać tak, by nie rozłączać
rodzin i nie przerywać
kształcenia dzieci. Jest wiele
rzeczy nie ustalonych, które
wymagają dalszego rozważenia,
wśród nich wysokość płac, itd.,
lecz żołnierze będą traktowani
sprawiedliwie i tak samo, jak
żołnierze brytyjscy. Po
zasięgnięciu opinii właściwych
czynników polskich i brytyjskich
związków zawodowych zapadną
ostateczne postanowienia.

Minister Bevin dodaje
następnie (prosząc o zachowanie
poufności), że prosił premierów
rządów dominiów o zbadanie
możliwości osiedlenia tam pewnej
liczby Polaków.

Rząd Jkm uważa, że w czasie
gdy żołnierze będą należeli do
Korpusu Przesiedlenia, powinni
wykonywać jakąś pożyteczną pracę
cywilną, jest jednak rzeczą
jasną, że nie będzie w tym
żadnej analogii do położenia
jeńców.

Minister Bevin chciałby bardzo
pozyskać przychylność ludności
brytyjskiej ze względu na zakres
tej sprawy. W obecnej chwili
istnieją pewne trudności ze
strony skarbu w związku z
odprawami demobilizacyjnymi,
lecz ci, którzy zdecydują się na
powrót do Polski, otrzymają
takie same odprawy, jak
zdemobilizowani żołnierze
brytyjscy.

Gen. Anders dziękuje
ministrowi Bevinowi za sposób, w
jaki Rząd Jkm stara się okazać
zrozumienie i dobrą wolę.
Podczas tych sześciu lat
ciężkich zmagań, mówi dalej, cel
nasz był zawsze ten sam: wolna
Polska. Polacy nigdy nie
przypuszczali, że nie będą mogli
wrócić do Kraju; jest dla nich
rzeczą pewną, że jeżeli nastanie
prawdziwy pokój, powrót ich
będzie możliwy. Rząd Jkm
niewątpliwie zdaje sobie sprawę
z obecnego położenia w Polsce i
także z tego, że cały niemal
naród polski widzi w Polskich
Siłach Zbrojnych za granicą
jedyne ogniwo łączące Polskę z
mocarstwami zachodnimi. Polska
znajduje się obecnie pod rządami
ludzi niepolskiej narodowości,
którzy nie czują jak Polacy, ale
nowym ciosem dla Polaków byłoby
rozwiązanie Polskich Sił
Zbrojnych. Choć wygląda to na
paradoks armia polska jest
jedyną armią, która nie chce być
zdemobilizowana.

Uważam za rzecz ważną, żeby 2.
Korpus po przeniesieniu do
Wielkiej Brytanii utrzymano jako
Korpus do czasu, aż się cały
zbierze i wtedy powinien być
przekształcony w Korpus
Przesiedlenia. Drugą ważną
sprawą są rodziny. Sprawa płac
itd. jest w tym przypadku
drugorzędnego znaczenia.
Ważniejsze sprawy to szpitale,
dzieci (także noworodki),
szkoły. Jest także ok. 3000
kobiet z Pwsk, itd.

Minister Bevin podnosi, że
byłoby bardzo niepożądane
załatwienie sprawy całego
Korpusu jednocześnie. Chciałby,
by przenikanie do życia
cywilnego odbywało się
stopniowo. Rząd JKM nie może
dopuścić, by Korpus stanowił
narzędzie dyplomacji
brytyjskiej. Rząd JKM
znalazłby się w trudnym
położeniu, gdyby inne kraje
sądziły, że Korpusu Polskiego
używa się jako środka nacisku
dyplomatycznego.

Ponieważ gen. Andersowi
przyszłość żołnierzy leży tak
samo na sercu, jak jemu i
ponieważ minister Bevin uważa,
że gdyby sprawę odłożyć na kilka
miesięcy, warunki mogą się
zmienić i stać się trudniejsze,
zwraca się o życzliwą współpracę
gen. Andersa i jego oficerów.

Gen. Anders zapytuje, czy
Korpus Przesiedlenia ma być
organizacją wojskową, czy
cywilną.

Minister Bevin wyjaśnia, że
żołnierze będą przechodzili z 2.
Korpusu Polskiego do Korpusu
Przesiedlenia z zachowaniem
organizacji i dyscypliny
wojskowej i że będzie to coś
podobnego do organizacji
pionierów brytyjskich.

Gen. Morgan podkreśla, że jego
zdaniem Korpus Przesiedlenia
będzie korpusem wojskowym bez
ciężkiego wyposażenia.

Minister Bevin nalega, by
wyjaśnić żołnierzom, że Wielka
Brytania szczerze pragnie im
pomóc. Jeżeli Polacy po
przybyciu zostaną przyjęci
przyjaźnie i jeżeli będzie
istniała pełna współpraca obu
stron, każdy będzie mógł
powiedzieć, że spełnił swój
obowiązek. Jako minister spraw
zagranicznych nie może zajmować
się szczegółami, które będą
opracowane przez War Office. W
związku z tym zaznacza, że
dźwiga na swych barkach dużo
innych poważnych spraw. Raz
jeszcze zwraca uwagę, że czas
nagli i że położenie może stać
się trudniejsze. Los żołnierzy
polskich napawa go obawą. Polacy
cieszą się obecnie sympatią
ludności brytyjskiej, ale
niepotrzebna zwłoka może ich tej
sympatii pozbawić. Zgodnie z
obietnicą złoży jutro w
parlamencie oświadczenie.
Przeniesienie do Korpusu
Przesiedlenia jest etapem
przejściowym między służbą
wojskową a zajęciem cywilnym.

22 maja minister Bevin,
składając w Izbie Gmin
oświadczenie w sprawie dalszego
losu Polskich Sił Zbrojnych,
powiedział:

- Polaków, którzy nie życzą
sobie wracać do Polski, mamy
zamiar zdemobilizować tak szybko
jak tylko to będzie możliwe i
przenieść do życia cywilnego
albo w Wielkiej Brytanii, albo
za morzem. Ci z nich, którzy
odbywają służbę poza naszym
krajem, zostaną sprowadzeni
tutaj, zaczynając od tych,
którzy są we Włoszech. Wobec
tego, że byłoby rzeczą
nieużyteczną i niesprawiedliwą w
stosunku do tych dzielnych
żołnierzy, z których wielu nie
zna naszego języka, rzucenie ich
"w czambuł" na rynek pracy i
pozostawienie ich swemu losowi,
Rząd JKM przystępuje do
wcielenia ich do tworzonego w
tym celu Korpusu Przesiedlenia,
który będzie organizacją
brytyjską. Przyjęcie do tego
Korpusu zapewni byt jego
członkom. Warunki służby i
wysokość uposażeń będą
przedmiotem szczegółowego
rozporządzenia późniejszego. Na
razie Rząd JKM postanowił
sprowadzić 2. Korpus Polski z
Włoch do Zjednoczonego
Królestwa, przy czym rodziny ich
będą sprowadzone z Włoch tak
szybko, jak tylko względy
administracyjne na to pozwolą...

Zajmująca była wymiana zdań
między Bevinem a Churchillem.

Churchill: Czy Wielce Szanowny
Gentleman całkowicie wyłączył
myśl użycia tych doskonałych,
dobrze zdyscyplinowanych
oddziałów jako część załóg
obsadzających Niemcy w miejscach
bardziej odległych od granicy
rosyjskiej? Czy nie byłoby to
pomocne w dalszym zwalnianiu
naszych własnych żołnierzy i
zmniejszaniu stanów garnizonów
za granicą, które musimy
utrzymywać?

Bevin: Myślę, że byłoby bardzo
złą rzeczą dla polityki
brytyjskiej, gdybyśmy przyjęli
system legii cudzoziemskiej,
poręczonej naszą
odpowiedzialnością.

Churchill: Czy Wielce Szanowny
Gentleman zechce podać ilość
tych, którzy chcą wrócić do
Polski?

Bevin: Od 20 marca zgłosiło
się 6800, a przed 20 marca
23.000.

Churchill: Ilu pozostaje?

Bevin: Myślę, że w
przybliżeniu 100.000 za morzem i
ok. 60.000 tutaj, o ile
pamiętam.

Churchill (w dalszym ciągu
dyskusji): Czy większość z tych
trudności nie dałoby się
rozwiązać, gdyby Wielce Szanowny
Gentleman zechciał użyć tych
wojsk dla ulżenia nam w
spełnianiu naszych obowiązków na
Kontynencie? Czy nie brał on
tego pod rozwagę? (Głosy:
"nie"). Szanowni członkowie
mówią: "nie", lecz wolałbym,
żeby Wielce Szanowny Gentleman
wziął to pod uwagę, ponieważ
wydaje mi się, że przyniosłoby
to korzyść i uprościło wiele
spraw: dużo łatwiejsza kontrola;
wojska te nie miałyby kontaktu z
krajami, które z Niemcami
sąsiadują; ulga w trudnościach
Wielkiej Brytanii, a także ulga
dla brytyjskiego rynku pracy.
Czyżby nie należało poświęcić
tym względom trochę uwagi?

Decyzje, które zapadły w
Londynie w dniach od 21 do 24
maja 1946, można streścić w
następujących punktach:

1) Stopniowe przekształcanie
Polskich Sił Zbrojnych na
obczyźnie w Polski Korpus
Przysposobienia i
Rozmieszczenia, którego celem
jest zatrudnienie żołnierzy nie
życzących sobie wrócić do Polski
wobec panujących tam warunków.

2) Korpus Przysposobienia
będzie organizacją o charakterze
wojskowym bez ciężkiego sprzętu
w ramach brytyjskich sił
zbrojnych, dowodzoną przez
polskich dowódców oraz
wewnętrznie zachowującą polski
charakter.

3) Z chwilą zatrudnienia
wszystkich żołnierzy Korpus
Przysposobienia przestanie
istnieć, nie wcześniej jednak
niż przed upływem dwu lat.

Prawdziwe znaczenie zapadłych
postanowień było zupełnie jasne.
Przestawaliśmy być wojskiem
polskim. To był cios
najboleśniejszy, gdyż w tym
ujawniał się stosunek polityczny
Brytyjczyków do Polski. Rozumiał
to każdy żołnierz. Ostatnia nić
między latami walki a
bezpośrednim powrotem do wolnej
Polski pękła. Na dłuższą metę
postanowienia te oznaczały
nieuchronnie, że Polska
pozostanie we władaniu Rosji
Sowieckiej. To, o co walczył i
za co krwawił się żołnierz
polski na obczyźnie,
przekreślono. Nie były to tylko
moje refleksje. Tak samo
rozumiał to prawowity Prezydent
i rząd polski w Londynie, prawie
od roku nie uznawany przez rząd
brytyjski. Ale oni musieli
milczeć.

W imieniu całości Polskich Sił
Zbrojnych armii lądowej,
lotnictwa i marynarki złożyliśmy
na ręce ministra Bevina 25 maja
1946 pismo treści następującej:

"W toku świeżo
przeprowadzonych rozmów z
przedstawicielami rządu oraz
brytyjskich władz wojskowych,
marynarki i lotnictwa w sprawie
losu oddziałów wojska polskiego
pod dowództwem brytyjskim,
mieliśmy możność przedstawienia
szeregu postulatów i uwag w tej
sprawie.

Obecnie, skoro zostaliśmy
postawieni wobec decyzji
przekształcenia wojska polskiego
w Polski Korpus Przysposobienia,
pragniemy jako dowódcy i
przedstawiciele tego wojska
zrekapitulować nasze stanowisko
wobec decyzji rządu
brytyjskiego, powierzając je
pamięci i uwadze Pana jako
właściwego przedstawiciela
rządu.

Gdy na konferencji w Jałcie i
później w toku rozmów w Moskwie
i układów w Poczdamie zapadły
postanowienia niepokojące
Polaków, gdyż chodzi w nich o
granice naszego państwa, ustrój
jego i samodzielność, uznaliśmy,
że postanowienia te nie
urzeczywistniają celów, o które
walczyliśmy i których
uwieńczenie widzieliśmy w
powrocie do Polski niepodległej
i wolnej, w myśl naszych umów
sojuszniczych i haseł ujętych w
Karcie Atlantyckiej.

Uznaliśmy, że trwanie Polskich
Sił Zbrojnych na obczyźnie jest
konieczne, dopóki w Polsce nie
odbędą się prawdziwie wolne
wybory i dopóki nie odbędzie się
konferencja pokojowa, które to
akty przywróciłyby Polsce
niepodległość i ustanowiły rząd
odpowiadający woli narodu
polskiego.

Postanowienie rządu
brytyjskiego uniemożliwia nam
dalsze wykonywanie tych
zamierzeń i budzi poważne obawy,
czy łącznie z obecnym rozwojem
położenia politycznego w Polsce
nie będzie stanowiło raczej
zachęty dla czynników rządzących
w Warszawie do dalszego
sabotowania zasad wolności i
sprawiedliwości, o które przez
lat sześć toczyła się
najstraszniejsza z wojen. Dla
nas może to oznaczać dalszą
zwłokę w osiągnięciu naszego
celu: powrotu do Kraju i pracy
nad jego odbudową.

W pełni doceniamy wysiłki i
dobrą wolę rządu brytyjskiego w
kierunku zapewnienia przyszłości
naszym żołnierzom, marynarzom i
lotnikom oraz ich bliskim,
których wyrazem są powzięte
postanowienia i gotowi jesteśmy
z naszej strony przyczynić się
do ich urzeczywistnienia, w
poczuciu odpowiedzialności za
los naszych podkomendnych i
towarzyszy broni. Jesteśmy
przekonani, że żołnierze polscy
uznają ten wyraz troski ze
strony rządu i narodu
brytyjskiego.

Chcielibyśmy wierzyć sami i
móc wiarę tę zaszczepić
wszystkim żołnierzom polskim, że
rząd brytyjski nie będzie uważał
ostatnich postanowień w sprawie
wojska polskiego za etap do
przejścia do porządku nad sprawę
polską i że będzie w dalszym
ciągu dążył do wprowadzenia w
Polsce zasad, które były celem
wojny w zrozumieniu demokracji
zachodnich."

Oświadczenie to podpisali,
oprócz mnie, gen. Kopański,
wiceadmirał Świrski i gen.
Iżycki.





Znowu odgłos Katynia





Po powrocie do Włoch zastałem
w Anconie list adwokata
niemieckiego Stahmera z 17 maja
1946, z którego wyjątki
przytaczam:

"Jako obrońca byłego marszałka
Hermanna G~oringa, oskarżonego w
norymberskim procesie
przestępców wojennych, pozwalam
sobie zwrócić się do Pana
Generała z prośbą.

Chodzi o wielką zbrodnię
wojenną, znaną w świecie pod
nazwą Katyń, o którą są
obwinione niemieckie siły
zbrojne w myśl wystąpienia
rosyjskich przedstawicieli w
oskarżeniu. Obrona, w
przekonaniu, że Katyń nie jest
niemiecką zbrodnią wojenną,
wystąpiła ze swej strony przeciw
temu z obszernym materiałem
dowodowym.

Sądziłem, że będzie rzeczą
możliwą dla wyświetlenia prawdy
historycznej, wyzyskać fakty i
przeżycia znane Panu Generałowi.
Nie wiem, czy Pan Generał, ze
względu na wszelkie
okoliczności, zechce te swoje
przeżycia i znane sobie fakty
udostępnić obronie w procesie
norymberskim. Gdyby Pan Generał
zechciał, zyskałby Pan sobie
wdzięczność historii.

Moja prośba, zgodnie z
powyższym, zmierza do tego, by
Pan Generał podał do wiadomości
obrony niemieckiej fakty, które
Pan uważa za istotne dla
zbadania prawdy historycznej
oraz, jeżeli to będzie możliwe,
wskazał dalsze osoby lub inny
materiał dowodowy, które by
mogły się przyczynić do
prawdziwego wyświetlenia zbrodni
katyńskiej.

Pozwalam sobie prosić Pana
Generała o wiadomość nawet w
przypadku odmownej odpowiedzi w
sprawie wypowiedzenia się o
zbrodni katyńskiej."

Więc znowu tragedia
pomordowanych tysięcy polskich
oficerów, jeńców naszych
więzionych w Rosji Sowieckiej,
zjawiała się na widowni. W
kwietniu 1943, gdy władze
niemieckie ujawniły swoje
odkrycie w lesie katyńskim, rząd
sowiecki wyzyskał to jako
pretekst do zerwania stosunków
dyplomatycznych z rządem polskim
w Londynie. Obecnie władze
sowieckie, wyzyskując swoje
stanowisko jako oskarżyciela w
procesie norymberskim, chciały
tą zbrodnią obciążyć władze
niemieckie. Władze sowieckie
próbowały tu - po raz pierwszy
na gruncie międzynarodowym -
zastowosać metody swojego
sądownictwa, które pozwalają
oskarżyć i skazać każdego
człowieka za każdą zbrodnię,
niezależnie od tego czy ją
popełnił, czy nie.

Moim obowiązkiem było dać
świadectwo prawdzie. Oczywiście,
w żadnym wypadku nie mogłem tego
zrobić w porozumieniu z
obrońcami niemieckich
przestępców wojennych. Natomiast
mogłem to zrobić na żądanie
Międzynarodowego Trybunału
Wojskowego w Norymberdze.
Dlatego poleciłem kpt.
Lubomirskiemu wysłać do płk.
Tappina list następującej
treści:

"Gen. Anders prosił mnie o
przedstawienie Panu Pułkownikowi
załączonej kopii listu, który
dostał od obrońcy Goeringa radcy
dr. Otto Stahmera w Norymberdze.
W liście tym adwokat prosi o
dowody dotyczące zbrodni w lesie
katyńskim, co do której - jak
pisze - jest przekonany, że nie
była przestępstwem wojennym
popełnionym przez Niemców.

Gen. Anders w żadnym razie nie
chciałby ani z nim
korespondować, ani występować w
charakterze świadka obrony
Goeringa. Z drugiej strony gen.
Anders ma znaczną ilość
dokumentów dotyczących tej
sprawy, które skłonny jest
przedstawić tylko
Międzynarodowemu Trybunałowi
Wojskowemu w Norymberdze, na
jego urzędowe i pisemne żądanie.

Gen. Anders prosi AFHQ o
udzielenie odpowiedzi obrońcy."

Na list powyższy AFHQ nie
udzieliła odpowiedzi. Nie
wiadomo mi też czy AFHQ
zwracała się w tej sprawie do
Międzynarodowego Trybunału
Wojskowego w Norymberdze. W
akcie oskarżenia ogłoszonym w
Berlinie w październiku 1945,
który stał się następnie
podstawą procesu norymberskiego,
obwiniano niemieckich
przestępców wojennych o zbrodnię
katyńską:

"We wrześniu 1941 roku 11.000
oficerów, polskich jeńców
wojennych zamordowano w lesie
katyńskim koło Smoleńska."

Gdy sprawa Katynia była
przedmiotem przewodu sądowego w
Norymberdze w początku lipca
1946, ze strony polskiej nie
powołano żadnego świadka. W
wyroku, ogłoszonym następnie
przez Międzynarodowy Trybunał
Wojskowy w Norymberdze 30
września 1946, w rozdziale
dotyczącym morderstw i złego
traktowania jeńców, za które
skazano niemieckich przestępców
wojennych, zbrodni katyńskiej
nie wymieniono, czyli trybunał
nie uznał, że popełnili ją
Niemcy.





Zgrzyty





Żołnierzy 2. Korpusu
powiadomiłem o mającej nastąpić
demobilizacji rozkazem z 29 maja
1946, w którym m.in.
powiedziałem:

"Minister Bevin, zgodnie z
zapowiedzią Rządu Brytyjskiego z
20 marca br., oświadczył 22 maja
w Izbie Gmin, że rozpocznie się
demobilizacja Polskich Sił
Zbrojnych, a przede wszystkim
naszego 2. Korpusu.

Rzeczą moją, waszego dowódcy,
nie jest i nie może być
łagodzenie twardego znaczenia
tej decyzji. Demobilizacja
znaczy bowiem, że w miarę
stopniowego wykonywania
zarządzeń brytyjskich zbliża się
chwila, gdy 2. Korpus ma być
jako całość bojowa rozwiązany...

Dokładny rachunek sumienia i
realna ocena sytuacji
politycznej, w jakiej znalazł
się naród polski, a z nim i my,
jego żołnierze, kazały mi
przyjąć tę tak ciężką dla nas i
jednostronną decyzję rządu
brytyjskiego.

Pójdziemy z ziemi włoskiej
poprzez ziemię brytyjską, a
jutro nie wiadomo poprzez jaki
szlak do Polski takiej, o jaką
walczyliśmy, do Polski
prawdziwej, której żadne serce
polskie nie wyobraża sobie bez
Lwowa i Wilna. Z drogi tej,
która jest naszą drogą
historyczną, nie zejdziemy."

15 czerwca minister Bevin
odpisał gen. Kopańskiemu na list
nasz z 25 maja. Treść tego pisma
podaję w całości:

"Wobec wyjazdu gen. Andersa z
Anglii piszę do Pana Generała w
celu potwierdzenia otrzymania
listu z 25 maja, podpisanego
przez Pana Generała oraz przez
gen. Andersa, wiceadmirała
Świrskiego i generała Iżyckiego,
w którym to liście Pan Generał
powiadomił mnie o stanowisku
Panów co do postanowień Rządu
JKM w sprawie stworzenia
Polskiego Korpusu
Przysposobienia i
Rozmieszczenia, celem ułatwienia
demobilizacji Polskich Sił
Zbrojnych pod dowództwem
brytyjskim i ich przysposobienia
do życia cywilnego.

Jestem wdzięczny za uznanie
dobrej woli Rządu JKM w jego
usiłowaniach zapewnienia
odpowiedniej przyszłości dla
żołnierzy, marynarzy i lotników
polskich wraz z ich rodzinami i
przyjmuję z przyjemnością i
uznaniem dobre chęci Pana
Generała pomocy w wykonaniu
planów, które mają służyć do
osiągnięcia tego celu.

Co do ostatniego ustępu listu
Pana sądzę, że nie potrzebuję
podkreślać, iż stanowisko Rządu
JKM pozostaje takie samo, jak
to oświadczyłem w czasie
licznych sposobności w Izbie
Gmin.

W związku z tym sądzę, że
powinienem wspomnieć, iż w
jednym z rozkazów do 2. Korpusu,
ogłoszonym tutaj 3 czerwca, gen.
Anders wspominał o zamiarze czy
też chęci Polaków za granicą
powrotu "nie wiadomo poprzez
jaki szlak do Polski takiej, o
jaką walczyliśmy, której żadne
polskie serce nie wyobraża sobie
bez Lwowa i Wilna". Mam
nadzieję, że ani gen. Anders,
ani żaden inny generał polski
nie będzie dzielił się takimi
uczuciami w oficjalnych
wypowiedziach, bez względu na
ich osobiste zapatrywania. Jest
rzeczą zasadniczą, żeby Korpus
Przysposobienia nie stał się czy
też nie był uważany za ośrodek,
z którego mogłaby być prowadzona
propaganda polityczna przeciw
Związkowi Sowieckiemu lub
przeciw granicom Polski,
międzynarodowo uzgodnionym.
Jestem pewny, że nic nie mogłoby
niezawodniej spowodować ogólnej
podejrzliwości wobec całego
projektu w łonie społeczeństwa
brytyjskiego. Nie byłoby
pożyteczne ani dla samych
żołnierzy, ani też dla naszego
własnego społeczeństwa, abyśmy
stwarzali niebezpieczeństwo
przeciw powodzeniu takiego
zadania. Wydaję polecenie
przesłania odpisu tego listu
gen. Andersowi. Będę Panu
Generałowi wdzięczny, jeżeli Pan
Generał zechce przekazać
odpowiednie ostrzeżenie innym
polskim dowódcom w ten sposób,
jaki Pan Generał będzie uważał
za najodpowiedniejszy."

List ten można było czytać
spokojnie aż do miejsca, w
którym minister Bevin pisał o
granicach Polski bez Lwowa i
Wilna jako rzekomo
"międzynarodowo uzgodnionych".
Każde słowo ministra spraw
zagranicznych rządu brytyjskiego
w takiej sprawie powinno być ze
stanowiska prawa
międzynarodowego nienagannie
ścisłe. Nie wiem, co oznacza
określenie "międzynarodowo
uzgodnine", natomiast wiem na
pewno, że granice Polski
ustalono w Jałcie całkowitym
bezprawiem bez udziału Polski
oraz, że dziś już mało jest
ludzi także w Wielkiej Brytanii
i Stanach Zjednoczonych, którzy
by tego bezprawia nie widzieli i
nie potępiali.

W liście tym minister Bevin
wyraża również przekonanie, że
dowódcy polskiemu nie wolno
publicznie oświadczyć, że
wyobraża sobie Polskę ze Lwowem
i Wilnem. Jestem żołnierzem,
który składał przysięgę na
konstytucję i całe życie
poświęcił walce o wolność
ojczyzny. Muszę stwierdzić, że w
tym zakresie lepiej wiem, com
Polsce winien, od ministra
Bevina. A co więcej, wiem też,
iż żadnemu dowódcy brytyjskiemu
lub amerykańskiemu nikt nigdy
jeszcze nie wziął za złe
oświadczenia, że walczy o
wolność i całość swego kraju.





Parada zwycięstwa w Londynie

- ślubowanie 2. Korpusu

w Anconie





Pisałem już, że zwycięstwo nad
Niemcami, a później zakończenie
wojny z Japonią nie wzbudzały
wśród Polaków takich uczuć
radości, jak wśród innych
narodów, zjednoczonych w długich
zmaganiach. Najlepszym wyrazem
tych różnic była uroczysta
parada zwycięstwa w Londynie,
która odbyła się 8 czerwca 1946.
Polskie Siły Zbrojne na
obczyźnie nie otrzymały
zaproszenia do wzięcia udziału w
tej uroczystości, z wyjątkiem
25. lotników, z liczby tych,
którzy walczyli w Battle of
Britain. Lotnicy odmówili
obecności, gdyż uznali, że
pominięcie marynarki i sił
lądowych nie pozwala im na
reprezentowanie w tej
uroczystości całości Polskich
Sił Zbrojnych. Takie stanowisko
władz brytyjskich wywołało wśród
Polaków i żołnierzy polskich
nawet nie żal, lecz raczej
zakłopotanie ze względu na
sojusznika, z którym związało
nas rzetelnie piękne i wydatne
braterstwo broni. Nie było to
dla nas obrazą, przeciwnie -
sądziliśmy, że przykro będzie
raczej tym żołnierzom
sojuszniczym, którzy defilują,
iż ich polscy koledzy z walk tej
wojny nie maszerują wraz z nimi.
Względy natury politycznej, tak
jak już wielokrotnie w stosunku
do nas, nawet i w tej dziedzinie
przeważyły szczególnie rażąco.

Podniosły się także liczne
głosy brytyjskie przeciw temu
jaskrawemu pominięciu. Dwa z
nich pozwalam tu sobie
przytoczyć.

5 czerwca 1946 Churchill mówił
w Izbie Gmin:

- Polskę pozbawiono możności
wyrażenia swej wolnej narodowej
woli. Zachęca się ją do
najgorszych dążeń ekspansyjnych.
Jednocześnie znajduje się ona
pod ścisłą kontrolą narzuconego
przez Rosję rządu, który nie
chce dopuścić do wolnych wyborów
pod okiem przedstawicieli trzech
z czterech wielkich mocarstw.
Los Polski wydaje się nie
kończącą się tragedią, a my,
którzy weszliśmy bez
przygotowania do wojny w jej
obronie, ze smutkiem śledzimy
dziwaczny wynik naszych
zabiegów. Głęboko odczuwam -
muszę to powiedzieć - że wojsko
polskie, które walczyło z nami
na wielu polach bitewnych, które
przelewało krew w obronie
wspólnej sprawy, nie będzie
brało udziału w paradzie
zwycięstwa. Myślami będziemy z
nimi. Nigdy nie zapomnimy ich
odwagi i zalet wojennych, które
dzieliliśmy z nimi w sławie
Tobruku, Cassino i Arnhem.

7 czerwca 1946 minister
MacĂmillan, przyjaciel nasz z
okresu walk 2. Korpusu we
Włoszech, gdy pełnił funkcję
doradcy politycznego przy
AFHQ, pisał do mnie:

"Jutro będziemy święcili nasze
zwycięstwo. Z moimi przyjaciółmi
z rządu Churchilla będę patrzył
na paradę z trybuny honorowej.
Muszę powiedzieć otwarcie, że
radość i duma Brytyjczyka będzie
się łączyła u mnie z uczuciem
smutku, a nawet wstydu. Myślami
będę z Panem i z Jego wojskiem.
Czułem potrzebę wysłania tego
listu szczególnie dlatego, że
mogłem stosunkowo niedawno
patrzeć na wspaniałe męstwo
wojsk Pana."

15 czerwca 1946 obchodziliśmy
w Anconie święto żołnierza 2.
Korpusu w powadze i smutku. Po
Mszy św. dowódcy poszczególnych
oddziałów odczytali ślubowanie.
Przez megafon padały słowa:

- Postanowieniem naszych
sojuszników, z którymi przez
cały ten czas ramię w ramię
krwawiliśmy za wspólną sprawę
wolności, suwerenne Polskie Siły
Zbrojne mają ulec
demobilizacji... Cały świat
zdaje sobie sprawę, że Polska
rządzona jest dzisiaj przez
posłusznych służalców Moskwy...
Mamy najgłębsze przeświadczenie,
żeśmy w najcięższych dla naszych
sojuszników chwilach dochowali
im lojalności. A jednak mimo to
w dniu zwycięstwa, obchodzonym
przez Wielką Brytanię 8 czerwca
br., wśród żołnierzy wielu
narodów, którzy brali udział w
tej uroczystości, brakło
żołnierza polskiego, wiernego
współtowarzysza broni ze
wspólnych pól bitewnych... Jako
wojsko suwerennej
Rzeczypospolitej Polskiej wierne
przysiędze żołnierskiej,
składamy dzisiaj wobec Boga,
wobec naszych sztandarów
wojskowych oraz wobec grobów
naszych poległych kolegów,
następujące ślubowanie:
Zespoleni z dążeniami całego
Narodu, tak w kraju jak i na
obczyźnie, ślubujemy trwać nadal
w walce o wolność Polski bez
względu na warunki, w których
przyjdzie nam żyć i działać."

Ślubowanie to podpisałem w
imieniu żołnnierzy 2. Korpusu.
Niedługo potem dr Retinger,
który przyleciał z Londynu,
oświadczył mi, że zrobiło ono
najgorsze wrażenie w Foreign
Office i w War Office i dał mi
do zrozumienia, że jeżeli nadal
będę się trzymał tej linii, mogę
zostać pozbawiony dowództwa.
Liczyłem się z tą możliwością,
ale uważałem za obowiązek
podtrzymywać w żołnierzu, który
mi zaufał stale i niezmiennie
przekonanie, że sprawa Polski
nie jest zakończona.

24 czerwca 1946 w rozmowie
prywatnej, która potwierdziła
wiadomości przywiezione przez
Retingera, gen. Morgan
powiedział:

- Muszę stwierdzić, że
oświadczenie Pana Generała miało
silny oddźwięk w Londynie i boję
się bardzo, że stosunek do 2.
Korpusu może się bardzo
pogorszyć i pociągnąć za sobą
nieobliczalne skutki, tym
bardziej, że oświadczenie to
ogłosiła cała prasa.
Oświadczenie to ogłosił Pan
Generał bez naszej wiedzy.
Dostałem już z Londynu depeszę
żądającą wyjaśnienia. Obawiam
się, że na tym sprawa nie
została wyczerpana.

Odpowiedziałem:

- Podpisane przeze mnie
oświadczenie jest oświadczeniem
wszystkich żołnierzy. Jest to
oddźwięk nastrojów wśród
żołnierzy, którzy bardzo głęboko
odczuli decyzję demobilizacji,
tym bardziej, że czytając prasę
angielską mieli prawo
przypuszczać i wierzyć, że
zostaną wojskiem aż do czasu
zawarcia pokoju i wolnych
wyborów w Polsce. Panu
Generałowi nie powiedziałem o
tym, gdyż znając stosunek Pana
do nas nie chciałem stawiać Pana
w ciężkim położeniu. Wolałem,
żeby Pan Generał miał całkowicie
czyste sumienie i mógł tę sprawę
pozostawić mnie tylko. Ja zaś
biorę pełną odpowiedzialność na
siebie. Podkreślam jednak z całą
stanowczością i świadomością
rzeczy, że był to
najłagodniejszy sposób protestu.

Gen. Morgan odpowiedział:

- Boję się przede wszystkim o
to, żeby Londyn nie doszedł do
przekonania, iż musi nastąpić
zmiana na stanowisku dowódcy 2.
Korpusu, jeżeli takie fakty będą
się powtarzały.





Rozmowa z La Guardią





Burmistrz Nowego Jorku, w tym
czasie naczelny dyrektor
Unrra, La Guardia, podczas
swego pobytu w Europie odwiedził
Włochy. 23 lipca 1946 przyjąłem
jego zaproszenie w Rzymie.
Sprawy polskie znał głównie od
strony Dp_ów w Niemczech. Poza
tym reprezentował urzędowy
kierunek nakłaniania Polaków do
powrotu do Kraju. Rozmowa
potoczyła się jak następuje:

La Guardia: Dlaczego żołnierze
Pana Generała nie chcą wracać do
Kraju?

Anders: Polska jest pod
okupacją wojsk sowieckich. Rosja
dobrze jest znana żołnierzowi 2.
Korpusu, gdyż z górą 60% moich
żołnierzy przeszło więzienia i
łagry w ZSSR.

La Guardia: Gdyby Tymczasowy
Rząd Polski udzielił sojusznikom
gwarancji, że powracający
żołnierze nie będą pod żadnym
pozorem prześladowani, czy wielu
zgłosiłoby się wówczas do
powrotu?

Anders: Dziś nikt z żołnierzy
nie wierzy zobowiązaniom nie
tylko Warszawy, ale i Rosji. Ani
jedno z zobowiązań, ani jedna
umowa nie zostały przez Rosję
dotrzymane. Nawet osobiste
oświadczenie Stalina wobec mnie.
Cóż więc znaczyć mogą gwarancje
Warszawy, która jest zupełnie
uzależniona od Moskwy?

La Guardia: Przecież w
tymczasowym rządzie warszawskim
zasiada szereg ministrów
nie_komunistów?

Anders: Owszem, w tej chwili
wicepremierem jest jeszcze
Mikołajczyk oraz jest Kiernik.
Obaj jednak są w ostrej opozycji
i bez wpływów na rządy w Kraju.
Reszta to ludzie o przybranych
nazwiskach, nieznane figury
przysłane z Moskwy. O wielu z
nich wiadomo, że są obywatelami
ZSSR, jak Bierut i Radkiewicz,
którzy zajmowali wysokie
stanowiska w NKWD.

La Guardia: Żołnierze pana są
przecież dobrymi Polakami i
każdy na pewno chciałby żyć i
mieszkać w Polsce, a nie błąkać
się po świecie. Na to, by
pracować nad odbudową Kraju lub
nad zmianą r~egime'u, należałoby
do Kraju wrócić i wpływać na
bieg życia politycznego. Czy
słusznie rozumuję?

Anders: Wszyscy czekamy tylko
na chwilę, by móc wrócić. Ale
wrócić do Polski, nie na teren
wpływów sowieckich. Wrócimy,
kiedy wojska rosyjskie opuszczą
Polskę. W Korpusie mam żołnierzy
najróżniejszych wyznań:
katolików (większość), unitów,
prawosławnych, żydów, mahometan.
W tym ponad 75% robotników i
chłopów, reszta inteligencja.
Każdy mógł i może wrócić. Ale w
chwili obecnej wszyscy wiedzą,
że nie wróciliby do wolnego
kraju, do normalnego życia.
Większość wylądowałaby w łagrach
lub wręcz na Syberii. Wpływać na
życie polityczne czy gospodarcze
w Poolsce jest tak samo
niemożliwe jak w Rosji.

La Guardia: A gdyby Warszawa
udzieliła gwarancji dowództwu
armii amerykańskiej i
brytyjskiej, czy nie byłoby to
zachętą?

Anders: Powiedziałem już, że
gwarancje tamtej strony nie mają
dla nas znaczenia. Chyba że
dostalibyśmy gwarancję Stanów
Zjednoczonych i Wielkiej
Brytanii.

La Guardia: A gdyby Watykan
dał gwarancję, ilu katolików by
wróciło?

Anders: Nikt, gdyż Watykan nie
mógłby udzielić takich
gwarancji.

La Guardia: Polska nie jest
przecież okupowana przez wojska
rosyjskie. Są jedynie garnizony
wzdłuż korytarza łączącego
okupację rosyjską w Niemczech z
Rosją.

Anders: W Polsce jesst obecnie
skoncentrowanych ponad 30
sowieckich dywizji liniowych.
Mniej więcej ok. 300.000 ludzi.
Poza tym ok. 300.000 policji,
nie licząc policji tajnej i
NKWD. Niemal wszyscy wyżsi
oficerowie i sporo niższych
oficerów w Armii POlskiej w
Kraju, to Rosjanie. Siły te
rozłożone są po całym kraju. Są
rejony wojskowe, po
kilkadziesiąt kilometrów
kwadratowych powierzchni,
zamknięte. Polska przed wojną,
mając tak rozległe i otwarte
granice (wschodnią i zachodnią),
miała armii stałej niespełna
300.000 ludzi i tylko 40.000
policji.

La Guardia: Czy Pan Generał
jest oficerem zawodowym i jak
Pan Generał został jeńcem?

Anders: Jestem żołnierzem
służby stałej od wojny
światowej. Byłem osiem razy
ranny, z tego trzy razy w r.
1939. Generałem byłem przed r.
1939. Jeńców wojennych Rosja w
ogóle nie uznaje, jak nie uznaje
żadnych konwencji o jeńcach.
Ciężko ranny w walce z
bolszewikami leżałem w
październiku 1939 w szpitalu we
Lwowie. Stamtąd zabrano mnie i
osadzono w więzieniu na Łubiance
w Moskwie. W więzieniu przebyłem
20 miesięcy oczekując skazania
(w Rosji wyroki do 8 lat feruje
sędzia śledczy). Wśród
więźniów_Rosjan byli tam
komisarze, generałowie, wyżsi
urzędnicy, profesorowie, ludzie
zbędni czy też skompromitowani.
W więzieniu zapoznałem się z
sowiecką literaturą naukową.
Dobrze orientuję się w
stosunkach i założeniach
ideowych i politycznych
Sowietów. Nie ma mowy, by
polityka Rosji wobec Polski
mogła ulec zmianie, a co za tym
idzie zmiana r~egime'u w Polsce
w kierunku demokratycznym jest
niemożliwa. A my domagamy się
Polski demokratycznej, tzn. o
ustroju takim, jak amerykański.

La Guardia: W
brytyjsko_amerykańskiej strefie
okupacyjnej w Niemczech znajduje
się jeszcze ponad pół miliona
Polaków. Powrót ich do Kraju
jest jedynym rozsądnym
rozwiązaniem. Czy w razie
uzyskania gwarancji Warszawy
można się spodziewać ich
powrotu?

Anders: To, co powiedziałem
poprzednio o gwarancjach
warszawskich dotyczy również i
rzesz Polaków wywiezionych przez
Niemców do obozów
koncentracyjnych i obozów pracy
przymusowej. Liczba Polaków w
Niemczech nie tylko nie maleje,
ale stale się zwiększa, gdyż z
Polski pod rządami rosyjskimi
napływają nowi uchodźcy.

La Guardia: Ale, ~a la longue,
te rzesze nie mogą zostać w
obozach, jest to nie do
pomyślenia.

Anders: Oczywiście. A ponieważ
powrót do Kraju jest dla nich
tymczasem niemożliwy, należy
opracować jak najrychlej plan
osadnictwa poza Europą.
Korzystam z okazji, by
stwierdzić, że działalność
UNRRA w niektórych obszarach
pozostawia wiele do życzenia.
Poza tym proszę zwrócić
szczególną uwagę na dzieci, ich
wyżywienie, odzież i nauczanie.
Leży mi to zwłaszcza na sercu
teraz, kiedy Korpus odchodzi.
Pomagaliśmy im w wyżywieniu i
odzieży stale. Żołnierz Korpusu
opodatkował się na nich
dobrowolnie. To teraz odpadnie.

La Guardia: Znam to
zagadnienie. Chociaż
dostarczanie wyżywienia i
odzieży do obozów nie należy do
UNRRA, lecz do wojsk
okupacyjnych, przyrzekam zająć
się tą sprawą. Co do powrotu do
Kraju, rozumiem pobudki
uczuciowe Pana Generała, ale w
dalszym ciągu uważam, że powrót
jest jedynym rozsądnym
rozwiązaniem.

Anders: O powrocie do Kraju
nie decydują pobudki uczuciowe.
Co poprzednio powiedziałem, to
są gołe fakty. Dodam, że w
początku wojny i współdziałania
Rosji z Niemcami, jesienią i
zimą 1939_#1940, Rosja wywiozła
z górą półtora miliona obywateli
polskich. Jak Pan wie, udało mi
się wyprowadzić tylko ok.
120.000 ludzi. Gdzie jest
reszta, kobiety, dzieci i
starcy? Większość z nich już
dzisiaj nie żyje, ponieważ w
zwykłych łagrach śmiertelność
wynosi 20% rocznie.

La Guardia: Jadę niebawem na
Wschód i będę też w Warszawie,
gdzie zobaczę się z Gomułką.
Powiem mu, że widziałem Pana
Generała i że z nim rozmawiałem.
(Ze śmiechem): Co Pan na to?

Anders: Bardzo proszę, niech
Pan mu powtórzy moje o nich
zdanie. Ale może się zdarzyć, że
na wspomnienie o mnie szlag ich
trafi.

La Guardia: Pan Generał jest
zaciętym przeciwnikiem. Nie
chciałbym mieć Pana przeciwko
sobie. (Po chwili): Gdyby miało
dojść do konfliktu, w którym
stałbym po stronie jednego z dwu
przeciwników, wolałbym mieć Pana
po swojej stronie.

Anders: Dziękuję Panu.

La Guardia (żegnając się):
Bardzo się cieszę z poznania
Pana Generała. Dotychczas znałem
Pana z jego oświadczeń i
interesowałem się bardzo jego
osobą. Napiszę do Pana list, w
którym szczerze i otwarcie
przedstawię swoje zapatrywania.
Czy mogę oczekiwać również
szczerej i otwartej odpowiedzi?

Anders: Ależ oczywiście,
odpiszę również szczerze.
Tymczasem proszę pamiętać o
przyrzeczeniu zaopiekowania się
naszą młodzieżą i dziećmi w
Niemczech.

Zapowiedzianego listu nie
otrzymałem. Natomiast La Guardia
po swoim pobycie w Polsce złożył
entuzjastyczne oświadczenie o
warunkach, w jakich się
odbudowuje Polska pod nowymi
rządami. Inni Amerykanie. którzy
byli wówczas w Polsce, z
ambasadorem Stanów Zjednoczonych
Bliss Lane'em na czele, mieli o
tym inne zdanie.





Pociągi z Włoch...





Tymczasem transporty z
oddziałami Korpusu wyjeżdżały
regularnie drogą morską z
Neapolu i kolejową przez Niemcy
i Francję do Wielkiej Brytanii.
W sierpniu 1946 przyjechała
komisja z Kanady celem
zwerbowania 4000 żołnierzy
Korpusu do pracy na roli w
Kanadzie. 23 i 24 sierpnia
uzgodniono warunki, na których
nastąpi wyjazd do Kanady.
Wyjeżdżający nie mogli być
obarczeni rodzinami, a w rachubę
wchodzili tylko żołnierze
młodsi, nieżonaci.

Z ramienia 2. Korpusu wysłałem
do Wielkiej Brytanii szefa
sztabu gen. Wiśniowskiego,
którego zadaniem było
uzgodnienie z War Office
wszystkich spraw technicznych
statutu PKPR, oczywiście w
porozumieniu z gen. Kopańskim.
Nie opisuję wszystkich żmudnych
rokowań, ograniczam się do
przytoczenia ustępu z rozmów z
19 sierpnia 1946 z War Office,
które dotyczyły bezpośrednio
mojej osoby.

Gen. Wiśniowski oświadczył, że
oficerowie i żołnierze niepokoją
się o przyszłość gen. Andersa i
zanim zaczną wpisywać się do
PKPR, chcą wiedzieć jak
wygląda ta sprawa. Wojsko jest
całkowicie oddane gen. Andersowi
i jakakolwiek zmiana jego
pozycji może odbić się ujemnie
na ich duchu. Oddziały 2.
Korpusu Polskiego, które już są
w Wielkiej Brytanii, z
niecierpliwością oczekują
przyjazdu gen. Andersa.

Gen. Lyne odpowiedział, że
sprawa inspektora generalnego
Korpusu Przysposobienia wsymaga
postanowienia na wyższym
szczeblu. Ostateczne
postanowienie dotychczas nie
zapadło, lecz tymczasem
mianowano gen. Kopańskiego na
stanowisko pełniącego obowiązki
inspektora generalnego.

Gen Kopański dał wsyraz
przekonaniu, że inspektorem
generalnym PKPR powinien
zostać gen. Anders.

Odezwa szefa sztabu gen.
Kopańskiego z 3 września 1946,
która wzywała do wstępowania do
Pkpr, zaczynała się słowami
stwierdzającymi, że czyni to na
podstawie upoważnienia
naczelnych władz Polskich Sił
Zbrojnych na obczyźnie, czyli
władz państwa z Prezydentem i
Rządem:

"Żołnierze!

Jestem upoważniony przez
Naczelne Władze Polskich Sił
Zbrojnych na obczyźnie do
oświadczenia co następuje.

Ogólne warunki służby w
PKPR podane nam przez armię
brytyjską w dokumencie pt.
"Polski Korpus Przysposobienia i
Rozmieszczenia (Polish
Resettlement Corps)", sierpień
1946 oraz zapewnienia, które
otrzymałem od wysokich
przedstawicieli brytyjskich
władz wojskowych, pozwalają nam
odnieść się pozytywnie do
zaciągu do PKPR...

Warunki, jakie chce nam
zapewnić armia brytyjska w
czasie pobytu w Korpusie, jak i
to, że chce nas przygotować do
życia cywilnego i zapewnić
odpowiednie zatrudnienie, są
dowodem szczerej życzliwości i
troski o naszą przyszłość z jej
strony...

W czasie wojny zdobyliśmy na
polach bitew uznanie brytyjskich
towarzyszy broni. Obecnie
liczymy, że zdobędziemy uznanie
społeczeństwa brytyjskiego w tej
nowej fazie współpracy
brytyjsko_polskiej. W ten sposób
będziemy liczyli na pomyślne
rozwiązanie trudnej sprawy
zapewnienia nam bytu na
obczyźnie.

Z chwilą gdy dalsza służba pod
bronią na obczyźnie stała się
niemożliwa, obecna forma
organizacyjna i przeznaczenie
PKPR wydają się stosunkowo
najlepszym rozwiązaniem
zapewniającym przyszłość tym
żołnierzom i ich rodzinom,
którzy w obecnych warunkach nie
wracają do Kraju. Dlatego
Naczelne Władze Polskich Sił
Zbrojnych zalecają wstępowanie
do Pkpr...

Naczelne Władze Polskich Sił
Zbrojnych są przekonane, że
życzliwa opieka, którą zapewnić
nam pragną nasi koledzy z armii
brytyjskiej, wydaje się jedyną
pomocą, na jaką możemy w tej
chwili liczyć.

Służby w Pkpr nie uważamy
za służbę w obcych siłach
zbrojnych, ponieważ zadaniem
tego Korpusu jest przygotowanie
do życia cywilnego, osiedlenia i
zatrudnienia, a nie
przygotowanie do spełniania
zadań wojennych..."

W dniach od 9 do 12 września
1946 byłem jeszcze raz w
Londynie. Odwiedziłem
przywiezione już do Wielkiej
Brytanii oddziały Korpusu.
Miałem rozmowę z
przedstawicielami War Office w
sprawach PKPR. W tym też
czasie spotkałem się po raz
pierwszy z marszałkiem
Montgomerym. Tak się zawsze do
tej pory składało, że
Montgomery, stykając się
niejednokrotnie z oddziałami
wojska polskiego, zawsze mijał
się ze mną. Na wstępie
Montgomery od razu podkreślił
wartość bojową Polaków, których
poznał mając pod swoim
dowództwem 1. Dywizję Pancerną.

Po omówieniu sprawy żołnierzy
polskich przybywających do
Wielkiej Brytanii oraz sprawy
Korpusu Przysposobienia,
przeszliśmy na tematy ogólne.

Wskazałem na zachłanność Rosji
Sowieckiej i nadmieniłem, że jak
i inne kraje znajdujące się pod
okupacją sowiecką, Polska jest
całkowicie rządzona przez
Moskwę. Wielka ilość
znajdujócych się tam wojsk
sowieckich siłą rzeczy stanowi
instrument działania
komunistycznego. Wyraziłem
przekonanie, że żelazna zasłona
między Polską a Zachodem coraz
bardziej będzie się zamykała i
że Polska wtłoczona zostanie w
orbitę sowiecką. A tymczasem
zbliża się kryzys stosunków
Rosji z Zachodem. Gdy Sowiety
przygotowują się do wojny,
Zachód przeprowadza pełną
demobilizację.

Marszałek Montgomery nie
podzielał mego poglądu.
Twierdził, że w ciągu długich
lat wojny nie będzie, a w każdym
razie wojna już go nie zastanie
na stanowisku szefa sztabu
imperialnego. Na moją uwagę, że
może ona jednak nastąpić
znacznie wcześniej,
odpowiedział, śmiejąc się:

- Ano, to mnie jeszcze tutaj
przyłapią, zresztą na to tu
siedzę, aby nie dopuścić do
sytuacji podobnej jak w r. 1939,
gdy Wielka Brytania rozpoczynała
wojnę bez przygotowania.

Dodał, że następna wojna,
która jego zdaniem byłaby
katastrofą, będzie innego typu i
że nie będzie można przygotować
się do niej już po jej
rozpoczęciu.

Na zakończenie Montgomery
oświadczył, że rząd brytyjski
zastanawia się nad tym, jaka
będzie moja sytuacja po
przybyciu do Wielkiej Brytanii.





Tak zwane pozbawienie

obywatelstwa polskiego





27 września 1946 rozgłośnia
warszawska nadała następujący
komunikat:

"Rada Ministrów na posiedzeniu
26 września 1946 postanowiła na
podstawie ustaw o obywatelstwie
państwa polskiego ("Dziennik
Ustaw Rzeczypospolitej
POlskiej", 1920, nr 7, poz. 44,
art. 11, p. 2) pozbawić gen.
Władysława Andersa obywatelstwa
polskiego.

Gen. Władysław Anders
przebywając za granicą działał
na szkodę państwa polskiego, a w
szczególności:

1) po utworzeniu legalnych
władz Rzeczypospolitej nie
podporządkował się naczelnemu
dowództwu Wojska Polskiego;

2) po zakończeniu działań
wojennych nie powrócił do Kraju
i czynił wszystko, by
uniemożliwić powrót podległym mu
żołnierzom, rozwijając zarazem
działalność godzącą w
najżywotniejsze interesy państwa
polskiego, zagrażającą jego
bezpieczeństwu i całości granic;

3) był jednym z współtwórców
i organizatorów Polskiego
Korpusu Przysposobienia i
Rozmieszczenia, nakłaniając
podległych mu żołnierzy do
przyjęcia służby w obcej
formacji wojskowej;

4) organizował i popierał
walkę ośrodków
terrorystyczno_dywersyjnych w
Kraju przeciwko interesom narodu
polskiego i demokratycznej
władzy Rzeczypospolitej.

Jednocześnie "pozbawiono"
obywatelstwa także 75. generałów
i starszych oficerów. A głosował
za tym także wraz z komunistami
p. Mikołajczyk, który po bitwie
o Monte Cassino, depeszował 19
maja 1944:

"Rząd był całym sercem z wami
w walkach uwieńczonych zdobyciem
Cassino. Ten wspaniały czyn 2.
Korpusu Wojsk Polskich okrywa
nową chwałą oręż polski i zbliża
dzień wyzwolenia Ojczyzny."

Pod Monte Cassino było to
wyzwolenie Ojczyzny, w dwa lata
później w Warszawie moja
działalność... godziła w
najżywotniejsze interesy państwa
polskiego, zagrażając jego
bezpieczeństwu i całości granic.





Wyjazd z Włoch





Większość oddziałów Korpusu
znajdowała się już w Wielkiej
Brytanii. Postanowiłem opuścić
Włochy z ostatnim transportem
regularnego wojska. Przed
wyjazdem żegnałem cmentarze
polskie w Cassa Massima, w Monte
Cassino, w Loreto, koło Bolonii
oraz amerykański i brytyjski
koło Anzio i raz jeszcze zdałem
sobie sprawę, jak związki krwi
wspólnie przelanej w walce o to
co najdroższe, są nie mniej
silne niż związki krwi
rodzinnej.

Byłem z wizytą pożegnalną u
Prezydenta Włoch De Nicoli. Z
premierem De Gasperi miałem
dłuższą i serdeczną rozmowę w
sprawie Polaków pozostałych we
Włoszech. Złożyłem wieniec na
pomniku Żołnierza Nieznanego w
Rzymie.

Papież przyjął mnie na
audiencji pożegnalnej, wypytując
o przyjęcie, jakiego doznali
żołnierze 2. Korpusu w Wielkiej
Brytanii. Interesował się
wiadomością, że duch wśród
żołnierzy jest dobry i że będą
oni jeszcze przez dwa lata
przebywali w gromadzie.
Przechodząc do położenia w
Polsce wyraził głęboki smutek z
powodu tego, co się tam dzieje.

Po dłuższej rozmowie o
sprawach ogólnych, na
zakończenie audiencji
podziękowałem w imieniu swoich
żołnierzy za wszystko, co Papież
w czasie pobytu 2. Korpusu we
Włoszech dla nas zrobił, a
szczególnie za ojcowskie i
serdeczne przyjęcie, którego
zawsze w Watykanie doznawali.

- Ciężko nam opuszczać Włochy
- mówiłem - i rozstawać się z
Tobą, Ojcze Święty. Prosimy
nadal o opiekę nad nami, nad
Polską, nad uchodźstwem, które
do Kraju wracać nie może.

- Niech będzie pochwalony
Jezus Chrystus i z Bogiem -
powiedział po polsku Papież.

24 października 1946 byłem na
pożegnaniu w Casercie w AFHQ.
Żegnali mnie gen. Morgan i gen.
Lee. Słowa ich, wypowiedziane
wówczas, chociaż osobiście zbyt
dla mnie pochlebne, przytaczam
jako wyraz uznania dla
wszystkich żołnierzy 2. Korpusu.

Gen. Lee mówił:

"Zebraliśmy się tutaj
dzisiejszego wieczora, by oddać
cześć gen. Władysławowi
Andersowi, dowódcy 2. Korpusu
Polskiego, a poprzez niego
105.000 wspaniałych żołnierzy
polskich, którzy walczyli tak
odważnie w czasie całej kampanii
włoskiej ramię przy ramieniu z
żołnierzami brytyjskimi 8. Armii
i naszej amerykańskiej 5. Armii.

Jestem pewny, że wszyscy
pamiętają historyczne zwycięstwa
Korpusu Polskiego pod Cassino,
Anconą i Bolonią, gdyż są one
najwybitniejsze wśród jego wielu
osiągnięć. We wszystkich bitwach
2. Korpus nigdy się nie zachwiał
i zawsze wypełniał swoje
zadania. Przez całą długą i
ciężką kampanię włoską 2. Korpus
świecił zawsze przykładem
odwagi, wytrwałości i
lojalności. Po zakończeniu
działań wojennych pełnił ważne
zadanie w ochronie naszych baz.
Największą zasługę za utrzymanie
wspaniałej dyscypliny i ducha
należy oddać osobistym
wartościom ich wielkiego dowódcy
i naszego gościa tego wieczoru.

Prosząc, aby wszyscy tu obecni
oddali hołd gen. Andersowi, jego
żołnierzom i tym co polegli,
przypominam sobie i wam
prześliczny i pełen godności
napis, który wykuto dla
potomności na pomniku na wzgórzu
ponad cmentarzem polskim na
Monte Cassino:





"Za wolność waszą i naszą

My żołnierze polscy

Bogu oddaliśmy ducha

Ziemi włoskiej ciała

A serca Polsce."





Gen. Morgan mówił:

- Zamyka się dzisiaj rozdział
historii Polski, gdy z wyjazdem
gen. Andersa z Włoch kończy się
epopeja wojenna 2. Korpusu
Polskiego w drugiej wojnie
światowej.

Żywię wiarę, że epopeja gen.
Andersa i jego żołnierzy będzie
napisana i ujawniona wobec
świata. Cóż za wspaniały obraz
poświęceń, bohaterstwa i
patriotyzmu. Zaczęła się ona we
wrześniu 1939 w Polsce, kiedy
dywizja gen. Andersa aż do końca
walczyła z Niemcami i Rosjanami.
Potem przyszły długie więzienia,
gdzie tylu z nich zginęło. Dalej
umowa z Sowietami odrodziła na
nowo wojsko polskie, które po
wielu rozczarowaniach i różnych
kolejach losu przeszło do Iranu
i Iraku, gdzie Korpus ponownie
przeformowano i przeszkolono.
Wreszcie tryumfalny marsz w
walkach, które doprowadziły
Korpus po okrzepnięciu do
nieśmiertelnych zwycięstw pod
Cassino i Bolonią.

Największa zasługa za te
historyczne osiągnięcia przypada
gen. Andersowi. On natchnął,
czuwał i podtrzymywał na duchu
oficerów i żołnierzy w wielu
ciężkich chwilach, które
przechodzili. W moim przekonaniu
- i mówię to całkiem otwarcie -
będzie on miał swe miejsce w
historii, a na pewno będzie miał
w historii Polski jako jeden z
wielkich dowódców i patriotów
swoich czasów.

My, którzy znamy go dobrze - a
ja może najlepiej z obecnych, z
wyjątkiem może jego oficerów
sztabu - wyrażamy nasze uznanie
i podziw dla niego jako
żołnierza i patrioty. Chcemy mu
podziękować za to co zrobił dla
naszej wspólnej sprawy - a
zrobił niemało - i zapewnić, że
nigdy go nie zapomnimy i że nie
uchylimy się od pomocy dla niego
i dla jego rodaków aż do kresu
naszych sił."

31 października wyjeżdżałem z
Włoch. Od wjazdu w Alpy na
każdym kroku widoczne jeszcze
ślady wojny. Porozwalane bombami
lotniczymi miasta i miasteczka.
Przed Brennerem na małej
stacyjce wysadzony w powietrze
transport amunicji niemieckiej.
Nieco dalej przewieszony przez
tor długi rząd wagonów osobowego
pociągu niemieckiego.

Na Brennerze panował już
zupełny zmrok. Gdzieś od wschodu
kładły się czerwono odbłyski
jakby dalekiej łuny. Wolno po
górskich stokach pociąg wtoczył
się do pobitych Niemiec.





Cień Rosji padł na świat





Osiem lat mija od czasu, gdy
wraz z dziesiątkami tysięcy
rozpocząłem bojową wędrówkę po
świecie...
Warszawa_moskwa_teheran-Bagdad
-jerozolima_bejrut_kair_rzym
-londyn...

Jakże niewielka przestrzeń
dzieli nas stąd od Kraju, jakże
krótki jest odcinek, którego
przebycie mogłoby zamknąć krąg
naszej pielgrzymki. A jednak
odcinek ten jest nie do
przebycia. Od naszych domów, od
naszej ojczyzny oddzieliła nas w
środku Europy Rosja Sowiecka,
która przed wojną była za naszą
ścianą wschodnią. Geografia
Europy zmieniła się jak nigdy.

W książce mojej, poświęconej
latom wojny przeciw Niemcom,
tyle miejsca zajmuje Rosja
Sowiecka.

Dlaczego?

Już w r. 1939 musieliśmy
walczyć z Rosją o prawo... walki
z Niemcami. Rosjanie byli
wówczas sojusznikami i
wspólnikami w rozbiorze Polski.
Po uderzeniu Niemiec od zachodu
uderzyli nas nożem w plecy od
wschodu. Sojusz
Ribbentrop_mołotow dokonał
podziału naszej ojczyzny,
przecinając ją linią, która z
małymi zmianami przecina ją i
dzisiaj pod fałszywą nazwą linii
Curzona. W pierwotnych celach
wojennych Niemiec i celach
politycznych Rosji nie było
miejsca dla niepodległości
Polski.

Nie było miejsca dla Polski w
polityce rosyjskiej także
wówczas, gdy Hitler, kończąc
przyjaźń z Rosją, rzucił w r.
1941 gros swej potęgi wojskowej
przeciwko wojskom sowieckim. W
tych tak czarnych dla Rosji
miesiącach łudził się świat
cały, a częściowo i my sami, że
może przecież zasadnicza
podstawa polityki sowieckiej -
współdziałanie z Niemcami w
niszczeniu narodów między Morzem
Bałtyckim a Czarnym - ulegnie
zmianie. Myśleliśmy wszyscy, z
mniejszą lub większą pewnością,
że w nowej erze polityki
rosyjskiej znajdzie się jednak
miejsce dla Polski, dla jej roli
historycznej jako państwa
naprawdę niepodległego,
stanowiącego pomost między
Zachodem a Wschodem Europy.
Stało się inaczej. Z każdej
kartki kilku pierwszych
rozdziałów niniejszej książki
wielkim głosem protestu woła
tragiczna prawda, że Rosja nawet
w chwili swego największego
zagrożenia nie chciała Polski
naprawdę wolnej, nie chciała
wojska, które, sprzymierzone z
Rosją, ale z ducha polskie,
walczyło o polskie cele wojenne.

Żołnierz polski wyszedł w r.
1942 z granic ZSSR, aby poza
Rosją i pomimo niej walczyć
przeciw Niemcom we wspólnym
froncie Narodów Zjednoczonych.
Znalazł on swoje miejsce u boku
sojuszników zachodnich. Na
Bliskim Wschodzie przygotowywał
się do walki, by następnie
wstąpić na szlak bojowy, który
poprowadził żołnierzy polskich
od zboczy Monte Cassino aż na
równinę lombardzką.

Ale znowu jak cień ponury szła
za tym żołnierzem polityka
prowadzona i narzucana innym
przez Rosję. W stosunku do
Polski polityka ta była
przeraźliwie konsekwentna i
złowroga w skutkach. Teheran,
Jałta, Poczdam. Nazwy te stały
się dla nas stacjami krzyżowymi
nowej polskiej niewoli. W
Teheranie wepchnięto nas do
sowieckiej strefy wpływów, w
Jałcie dokonano nowego rozbioru
i podeptano prawa naszego narodu
do niepodległości, w Poczdamie
pogłębiono i przypieczętowano te
zbrodnie.

A w imię czego to uczyniono i
dlaczego poświęcono
najwierniejszego sojusznika,
któremu nikt nie mógł zarzucić,
że złamał słowo, że nie
dotrzymał swoich zobowiązań lub
że nie zdobył się na największy
wysiłek?

Zrobiono to po to, aby
ugłaskać Rosję. Zrobiono to
dlatego, że Rosja żądała
poświęcenia Polski jako ceny
dalszej współpracy z Zachodem.
Okazało się więc, że wskutek
nacisku Sowietów zabrakło dla
Polski miejsca także w pojęciach
sojuszników zachodnich. Żołnierz
polski w dniu zawieszenia broni
z Niemcami, w dniu zwycięstwa
zachodniego świata, stał się
znowu tym, czym był od dni
końcowych września 1939, od dnia
niemiecko_sowieckiego
współdziałania w ataku na
Polskę: żołnierzem bez ojczyzny,
do której wrócić nie może.

A dziś, w roku 1948, ileż się
zmieniło na świecie i ileż
złudzeń żywionych przez Zachód w
stosunku do Rosji ona sama
zniweczyła!

Pomyślmy tylko.

Układy pokojowe z satelitami
Niemiec, które pod koniec 1946,
mimo przewlekającej taktyki
Rosji weszły w stadium
urzeczywistnienia, były
pojmowane jako wstęp do
przywrócenia tym państwom
położonym za żelazną zasłoną
choćby tylko częściowej i
niepełnej samodzielności.
Tymczasem w ciągu roku 1947
Sowiety zdołały czy to
bezpośrednio poprzez nacisk
wojsk okupacyjnych, czy to
pośrednio przy pomocy marionetek
komunistycznych, pozbawić te
kraje resztek własnego
niezależnego bytu politycznego.
Wypadki na Węgrzech, z których
ujść musiał tak długo ustępliwy
w stosunku do Rosji premier
Nagy, tragiczny rozwój sytuacji
w Bułgarii, której symbolem jest
męczeńska śmierć Petkova,
wydarzenia w Rumunii zakończone
wyrokiem na Maniu i usunięciem
króla Michała, ucieczka
Mikołajczyka z Polski, zamach w
Czechosłowacji, śmierć Masaryka
i usunięcie Benesza - wszystko
to są etapy tego samego procesu:
oczyszczania przedpola i
usuwania z terytorium Europy
Wschodniej żywiołów, które
potencjalnie stanowić mogłyby
przeciwwagę dla dyktatury
sowiecko_komunistycznej. A taki
sam proces sowietyzacji i
niszczenia wszelkiej tzw.
opozycji legalnej szedł
uderzająco wielkimi krokami
naprzód także w Polsce.

Podczas gdy to się działo za
żelazną zasłoną, na światowej
arenie międzynarodowej
dyplomacji Sowiety obezwładniają
prace wielkiej czwórki:
konferencja ministrów spraw
zagranicznych w Moskwie na
początku 1947 była pod tym
względem już zupełnie wyraźna, a
listopadowa konferencja w
Londynie postawiła kropkę nad
"i".

Dramatyczny jest rozwój
wydarzeń na terenie Niemiec i
Austrii. Rosjanie przestali
ukrywać, że dążą do opanowania
politycznego i gospodarczego
Niemiec i całego dorzecza
Dunaju. Po prostu usadawiają się
tam i nie chcą zmiany obecnego
stanu rzeczy.

Dodajmy do tego paraliżowanie
przez Rosję przy pomocy Veta
Organizacji Narodów
Zjednoczonych, utworzenie
Kominformu, jego działalność
rewolucyjną we Francji, Włoszech
i na Bałkanach, a przekonamy
się, że ofiary na rzecz
"appeasement'u", które Zachód
poczynił kosztem Polski i
wszystkich krajów międzymorza
bałtycko_czarnomorskiego, były
najzupełniej daremne, nawet z
punktu widzenia tegoż samego
Zachodu.

Oczywiście dyplomacja sowiecka
jest dostatecznie zręczna i
doświadczona, by zawczasu
przygotować przerzucenie
odpowiedzialności za przyszłe
starcie na Zachód. Jest ona
również dostatecznie wytrawna i
przebiegła, by dozować swe
posunięcia tak, aby starcie to
wybuchło w chwili
najdogodniejszej dla Związku
Sowieckiego, a najmniej dogodnej
dla przeciwnika. Pod tym
względem polityka sowiecka
znakomicie orientuje się w tych
trudnościach i oporach, z jakimi
w państwach demokratycznych a
prawdziwie pokojowo
usposobionych spotyka się myśl o
wojnie. Mimo to, bez względu na
formy i oficjalne oświadczenia,
trudno nazwać inaczej tę
politykę, którą Moskwa
rozpoczęła wobec swych
sojuszników jeszcze przed
rozbiciem wspólnego wroga, niż
polityką wojenną.

Nie trzeba chyba przypomonać
jak dalece izolowane jest
wnętrze Związku Sowieckiego od
pozostałego świata. Obywatel
sowiecki bez względu na to, czy
mieszka nad Dniestrem czy
Berezyną, nad JeNisejem czy
Bajkałem, jest całkowicie
pozbawiony styczności ze światem
zewnętrznym i wyobrażeń o nim
nabiera wyłącznie z urzędowej
propagandy sowieckiej.
Niedostępne są dla niego nowe
prądy myślowe, nie zna nowych
koncepcji ustrojowych czy
gospodarczych. Opinia jego o
świecie zewnętrznym w najlepszym
wypadku jest fantazją.

Z drugiej strony Związek
Sowiecki nie ma najmniejszych
trudności w obezwładnianiu tego
ze swych sąsiadów, wobec którego
prędzej czy później ma zamiar
wystąpić napastniczo. Przenika
bez wysiłku na głębokie jego
tyły, wciska się bezpośrednio
lub pośrednio do najbardziej
tajemnych arterii życia, ma
możność wpływania na każdy
wysiłek narodowy czy państwowy z
wojskowym włącznie. I widzimy
wszyscy, jak te możliwości są
wyzyskiwane. Udaremnia się
wszelkie wysiłki zmierzające do
powojennej odbudowy Europy,
wywołuje się fermenty w Azji,
snuje się - nieraz bardzo
subtelne, a nieraz ordynarnie
prymitywne - intrygi mające na
celu poróżnienie Stanów
Zjednoczonych z Wielką Brytanią.

Gdy notuję te ciągle
wybuchające, coraz to nowe
objawy inicjatywy sowieckiej,
jako wojskowy nie mogę ocenić
ich inaczej niż jako oznak
typowego strategicznego
przygotowania terenu dla
przyszłej ofensywy. Ostatnia
wojna podniosła rolę
przygotowania terenu w
działaniach operacyjnych czy
taktycznych. Ekonomiści wojenni
długie lata jeszcze będą
obliczali, ile zużyto materiału
dla przygotowania przez lotników
czy artylerię natarcia w tym czy
innym węzłowym punkcie
światowego teatru wojny.
Obserwatorzy, nie tylko
polityczni, ale też stratedzy
wojskowi, powinni już dziś
obliczać zarówno środki jak
skutki tego w światowej skali
przygotowania terenu dla
natarcia sowieckiego.

I gdy o tym myślę, trudno mi
nie stwierdzić z ogromnym
niepokojem, iż znajomość Rosji
Sowieckiej i jej potencjału
politycznego, gospodarczego i
wojennego w przyszłym konflikcie
będzie nie większa niż przed
wojną 1939_#1941.

Podstawowym elementem siły w
Zssr nie jest ani żaden z
najważniejszych nawet rejonów
gospodarczych, ani przestrzeń,
ani też szczególnie ważna dla
Związku Sowieckiego ropa, ani
nawet armia, lecz sam system
ustrojowy, ta
dyktatorsko_policyjna piramida,
która sprawia, że każdy obywatel
sowiecki jest nie tylko
przedmiotem ucisku i wyzysku,
lecz również sam uciska i
wyzyskuje.

Ocena potencjału wojennego
Związku Sowieckiego staje się z
każdym miesiącem coraz
trudniejsza. Wynika to zarówno z
ogólnego odosobnienia Związku
Sowieckiego, jak też z
gwałtownego powstawania coraz to
nowych źródeł surowców i
ośrodków wytwórczości.
Zarządzony bezpośrednio po
zakończeniu wojny czwarty plan
pięcioletni, który ma być
wypełniony w r. 1950, wykazuje
wyraźnie, że gospodarka sowiecka
nastawiona jest przede wszystkim
na gwałtowne zwiększenie
gotowości wojskowej państwa
sowieckiego. Interesy ludności
nie są w nim prawie zupełnie
uwzględnione. Sowiecki system
wojskowy jest niezmiernie
sprytną kombinacją obrony i
ataku, możliwą tylko w państwie,
gdzie zarówno teren jak ludność
traktuje się jedynie jako
przedmiot i narzędzie interesów
państwowości. Dla doktryny
sowieckiej państwo sowieckie
jest niczym innym niż
ewentualnym terenem manewrowym.
W związku z tym już od
pierwszych lat pierwszej
piatiletki istniała wyraźna
tendencja skoncentrowania całego
przemysłu ciężkiego i związanego
z nim przemysłu wojennego na
dalekich tyłach, jednakowo
oddalonych od zachodu jak od
wschodu. Nadwołże, Ural,
Zagłębie Kuźnieckie, północny
Kazachstan z roku na rok
uzbrajały się coraz bardziej w
fabryki przemysłu ciężkiego i
wojennego. Już w obliczu
narastającego niebezpieczeństwa
ofensywy niemieckiej praca w tym
kierunku stała się jeszcze
bardziej intensywna. Nie ustałaa
ona w chwili zakończenia działań
wojennych. Wprost przeciwnie! W
Kazachstanie i na olbrzymich
obszarach uralskich powstają
niemal co miesiąc nowe fabryki
lotnicze, broni pancernej i
wojennych środków
transportowych. Rozszerza się
przemysł chemiczny. Ural wykonał
w 1940 roku 14 razy tyle
produktów, co w roku 1913 i mimo
że w czasie wojny powstało na
jego terenie około dwunastu
nowych fabryk, dalsze
rozszerzanie jego przemysłu jest
w pełnym toku.

Tereny sowieckie okupowane
przez Niemców dawały w r. 1940
63% ogólnozwiązkowej
wytwórczości węgla, 71% -
żelaza, 58% - stali, 50% -
zboża. Niemcy zniszczyły w Rosji
31.850 przedsiębiorstw
przemysłowych, zatrudniających
ok. 4.000.000 robotników (ok.
50% ogółu robotników
przemysłowych Zssr). Moskwa
wysnuwa z tego wszystkiego
konsekwencje. Zdaje ona sobie
dokładnie sprawę, że w wypadku
przyszłego konfliktu będzie
miała do czynienia z
nieskończenie silniejszym
potencjałem przemysłowym. Toteż
kombinacjom tzw. strategicznego
przygotowania terenu przeciwnika
i pokrytym hasłami rewolucyjnymi
działaniom dywersyjnym
towarzyszy nieustający rozwój
bezpośredniego przemysłu
wojennego. Obliczenie potencjału
sowieckiego jest niezmiernie
trudne i skomplikowane. Nie mamy
danych o wielce płynnych
zapasach surowców. Trudno
przyjąć jakiś logiczny
współczynnik pracy robotnika,
skoro masę pracy w przemyśle
wykonują miliony niewolników
kosztujących grosze. W wypadku
wojny w Zssr odpada
zagadnienie mobilizacji
robotników, bo masy robotników
już w czasie pokoju znajdują się
w stanie mobilizacji stałej.

Przy tej sztywności, a nawet
nieuchwytności danych
dotyczących sowieckiego
potencjału wojennego tym
bardziej obowiązuje polityków i
wojskowych wnikliwa analiza tej
rzeczywistości sowieckiej, gdyż
od trafnej jej oceny zależy
przyszłość świata.





***





** ** **



Kończąc tę książkę kreślę jej
tytuł: "Bez ostatniego
rozdziału...".

Nie tylko dlatego, że dla nas
Polaków bieg zdarzeń rozpoczęty
uderzeniem Niemiec na Polskę 1
września 1939 roku i wybuchem
wojny światowej, nagle w r. 1945
przerwał się. Dla innych
sprzymierzonych wojna kończyła
się wówczas zwycięstwem. Dla
Polski nie.

Żyjemy teraz oczekiwaniem
ostatniego rozdziału tej
wielkiej przygody dziejowej.

Czekamy i... wierzymy.

Mówię - my, gdyż treścią tej
książki są przeżycia nie tylko
moje, lecz nas wszystkich
czujących się zawsze cząstką
walczącego narodu. Składają się
na nią wspólne nasze czyny,
wspólne troski, wspólne
rozczarowania, ale i wspólna
wiara, że to co się stało z nami
i co się stało z myślą
polityczną Europy i świata, z
historycznym dziedzictwem i
obowiązkami Zachodu, nie może
się ostać. Sądzę, że ze
wspomnień tych - obok głosu
protestu przeciwko gwałtowi -
bije również głos nadziei i
wiary w odnalezienie przez świat
prawdziwego oblicza, własnej
duszy i rzetelnej świadomości,
że niebezpieczeństwo jest
wspólne. Polska stała się
pierwszą, ale nie ostatnią
ofiarą grozy idącej od Wschodu.

Dziś prawda ta, wyszydzana w
r. 1945 i zagłuszana w r. 1946 -
a nawet w pierwszej połowie 1947
- dotarła już bodaj wszędzie.

Powiedziałem, że kreślę
ostatnie słowa tej książki, lecz
właściwie powinienem powiedzieć:
przedostatnie.

Przełom polityczny na świecie
zmierza do rozstrzygnięcia, a
nadchodzące zdarzenia napiszą
także ostatni rozdział tej
książki.



Władysław Anders







Życiorys Generała Andersa





Życiorys





Generał Władysław Anders
urodził się 11 sierpnia 1892
roku w Błoniu w rodzinie
administratora dóbr ziemskich w
Kutnowskiem. Po ukończeniu
szkoły średniej odbył
obowiązkową roczną służbę w
wojsku rosyjskim, w szkole
podchorążych kawalerii,
uzyskując stopień chorążego.
Następnie rozpoczął studia na
Politechnice Ryskiej, biorąc
żywy udział w życiu tamtejszej
Polonii, m.in. jako członek
polskiej korporacji studenckiej
"Arconia".

Po wybuchu I wojny światowej
powołany do wojska, do 3. Pułku
Dragonów, awansował trzykrotnie,
dochodząc do stopnia rotmistrza.
Siedmiokrotnie odznaczony za
waleczność, posiadał wszystkie
ordery dostępne oficerowi w jego
stopniu. W lutym 1917 roku,
ukończywszy roczny wojenny kurs
Akademii Sztabu Generalnego w
Piotrogrodzie z pierwszą lokatą,
został mianowany szefem sztabu
7. Dywizji Strzelców.

W czasie rewolucji
bolszewickiej wstąpił do 1.
Pułku Ułanów (późniejsza nazwa:
Krechowieckich) jako dowódca
szwadronu. Wkrótce potem został
szefem sztabu 1. Dywizji
Strzelców w I Korpusie Polskim
gen. J. Dowbór_Muśnickiego. Po
demobilizacji Korpus powrócił do
Polski. Od stycznia 1919 roku
major Anders objął dowództwo 1.
Pułku Ułanów Wielkopolskich
(późniejsza nazwa: 15. Pułk
Ułanów Poznańskich), na czele
którego walczył w wojnie
polsko_bolszewickiej. Zdobył
wówczas czterokrotnie Krzyż
Walecznych, a następnie Srebrny
Krzyż Orderu Wojennego Virtuti
Militari, którym po wojnie
został odznaczony także sztandar
dowodzonego przez niego pułku
(jako jeden z pięciu w polskiej
kawalerii).

Po wojnie został zweryfikowany
w stopniu podpułkownika Sztabu
Generalnego (co nie oznaczało
przydziału do Sztabu, tylko
posiadanie kwalifikacji
sztabowych) ze starszeństwem od
1 czerwca 1919 roku. Po 1928
roku takich oficerów nazywano
dyplomowanymi. Od września 1921
roku został przydzielony do
Sztabu Generalnego, ale już w
październiku Władysława Andersa
wysłano na dwuletnie studia do
Wyższej Szkoły Wojennej w
Paryżu.

15 sierpnia 1924 roku otrzymał
awans na pułkownika Sztabu
Generalnego. Do 12 maja 1926
roku pełnił funkcję Szefa Sztabu
Generalnego Inspektoratu
Kawalerii. W czasie przewrotu
majowego był szefem sztabu wojsk
wiernych rządowi. Od lipca 1926
do maja 1937 roku dowodził
Brygadą Kawalerii "Brody"
(późniejsza nazwa: Kresowa
Brygada Kawalerii), awansując 1
stycznia 1934 roku do stopnia
generała brygady.

Przez cały czas trwania służby
wojskowej, nawet jako generał,
czynnie uprawiał jeździectwo. W
maju 1925 roku brał udział w
międzynarodowych zawodach
hippicznych w Nicei.

W wojsku polskim służyło także
trzech braci Generała: Karol we
wrześniu 1939 roku -
podpułkownik 1. Pułku Ułanów
Krechowieckich; Jerzy -
podpułkownik 5. Pułku Ułanów
Zasławskich, oraz Tadeusz -
kapitan 4. Dywizjonu Artylerii
Konnej.

W maju 1937 roku gen. Anders
został mianowany dowódcą
Nowogródzkiej Brygady Kawalerii.
Od 12 września 1939 roku
dowodził Grupą Operacyjną
Kawalerii, na czele której
walczył pod Mińskiem
Mazowieckim, a następnie na
Lubelszczyźnie. Po rozwiązaniu
resztek Grupy, 28 września,
ranny siedmiokrotnie i ciężko
kontuzjowany generał dostał się
do niewoli sowieckiej.

Odrzucił propozycję wstąpienia
do Armii Czerwonej w stopniu
komandarma (dowódcy armii).
Przez dwa lata przebywał w
więzieniach sowieckich,
najdłużej na Łubiance w Moskwie.
Po zawarciu układu
Sikorski_Majski gen. Anders
został mianowany dowódcą Armii
Polskiej w ZSSR i 4 sierpnia
1941 roku opuścił o kulach
więzienie. Po otrzymaniu awansu
na generała dywizji rozpoczął
organizację armii.

We wrześniu 1942 roku
rozpoczęła się ewakuacja na
Bliski Wschód Armii Polskiej, z
której w roku następnym powstał
2. Korpus Polski. Na jego czele
gen. Anders wyruszył do Italii.
Punktem centralnym kampanii
włoskiej, trwającej do wiosny
1945 roku, stała się bitwa o
Monte Cassino.

Okres powojenny przyniósł
generałowi gorycz zmarnowanego
wysiłku żołnierskiego i los
emigranta. Otrzymał wiele
odznaczeń za całość służby
wojskowej: Srebrny, Złoty,
Kawalerski i Komandorski Krzyż
Orderu Wojennego Virtuti
Militari, Krzyż Niepodległości,
ośmiokrotnie Krzyż Walecznych,
czterokrotnie Złoty Krzyż
Zasługi z Mieczami, ponadto
wszystkie polskie medale i
krzyże pamiątkowe. Posiadał
szereg odznaczeń innych państw:
brytyjski Order Łaźni,
amerykański Legion of Merit i
Order Lafayette'a, francuski
Croix de Guerre Avec Palme i
Legię Honorową III klasy, zakonu
maltańskiego Croce al Merito I
klasy, jugosłowiański Order św.
Sawy II klasy, perski Order
Cesarski (Homayeun) I klasy oraz
czeski Order Białego Lwa - krzyż
oficerski; prócz tego liczne
medale pamiątkowe.

Od 26 lutego do 21 czerwca
1945 roku generał pełnił
obowiązki Naczelnego Wodza i
Generalnego Inspektora Sił
Zbrojnych. 8 listopada 1946 roku
został mianowany przez
Prezydenta Rzeczypospolitej
Naczelnym Wodzem i Generalnym
Inspektorem Sił Zbrojnych. Na
tym stanowisku kierował
demobilizacją Polskich Sił
Zbrojnych. 16 maja 1954 roku
otrzymał awans na generała
broni. Od 1954 roku był
członkiem Rady Trzech,
naczelnego organu Tymczasowej
Rady Jedności Narodowej. Pełnił
także szereg innych funkcji -
został m.in. założycielem i
przewodniczącym Polskiej
Fundacji Kulturalnej, strzegł
Skarbu Narodowego, przewodniczył
Radzie Polskiej Macierzy
Szkolnej i Radzie Instytutu
Historycznego im. gen.
Władysława Sikorskiego.

Był najwyższym autorytetem dla
Polaków na uchodźstwie. W kraju
odebrano Mu obywatelstwo
polskie. W czasach stalinowskich
liczni pismacy wymyślali coraz
to nowe kłamstwa, które miały
zohydzić w oczach Narodu Jego
sylwetkę. Po 1956 roku przez
szereg lat nie wolno było
wymieniać nazwiska Generała,
nawet w krajowym wydaniu książki
Melchiora Wańkowicza o bitwie
pod Monte Cassino.

Generał Władysław Anders zmarł
nad ranem w dniu 12 maja 1970
roku, w 26 rocznicę rozpoczęcia
bitwy o Monte Cassino. Dla
swoich żołnierzy na zawsze
pozostał tym, kim był w czasie
wojny.

"Życie jego - powiedział
żegnając gen. Andersa na
cmentarzu Monte Cassino gen.
Zygmunt Szyszko_Bohusz - było do
ostatniego dnia wypełnione pracą
dla Polski i walką o wolność."



(Opracowali: D. K. W. i B. K.)


Создан 09 сен 2009



  Комментарии       
Имя или Email


При указании email на него будут отправляться ответы
Как имя будет использована первая часть email до @
Сам email нигде не отображается!
Зарегистрируйтесь, чтобы писать под своим ником