Władysław Anders Bez ostatniego rozdziału cz.1




Władysław Anders




Bez ostatniego rozdziału



Wspomnienia z lat 1939_#1946


wydawnictwO "Test",
Lublin 1992



Żołnierzom i bojownikom

sprawy polskiej w Kraju

i na obczyźnie

poświęcam tę książkę







Wstęp do wydania krajowego





W sierpniu 1992 roku minęła
stuletnia rocznica urodzin
generała Andersa. Nie danym mu
było doczekać dnia, w którym
Polska stała się znowu wolna.
Służył jej całe swoje życie:
jako żołnierz w obu wojnach
światowych i przywódca emigracji
niepodległościowej przez wiele
lat na uchodźstwie.

Myślę o moim zmarłym
dwadzieścia dwa lata temu mężu z
szacunkiem dla jego postawy
życiowej i osiągnięć w służbie
dla Kraju. Historia oceni
właściwie jego działalność na
emigracji w latach powojennych,
gdy stał się symbolem
niezawisłości dla wszystkich
ludzi prawych; przedmiotem
oszczerstw i nienawiści dla
rządzących naszym krajem
przedstawicieli obcego systemu,
wrogiej ideologii.

Książka, którą oddajemy do rąk
czytelników, wydana jest po raz
pierwszy jawnie i z moją zgodą w
Polsce, przez Wydawnictwo
"Test". Na przestrzeni lat
książka ta urosła do znaczenia
podręcznika naszej historii w
najtrudniejszych latach drugiej
wojny światowej. Wydana była
wiele razy nie tylko na
Zachodzie, ale przedrukowywana w
prasie drugiego obiegu,
wydawnictwach podziemnych w
Kraju.

Z dumą i radością, choć nie
bez niepokoju, patrzę na
wydarzenia w Polsce, dopisujące
nowy rozdział do nie ukończonej
za życia mojego męża książki;
nie zakończonego wówczas pełnym
zwycięstwem marszu do Polski
Generała Andersa i jego
Żołnierzy.



Irena R. Anders

Londyn_Warszawa,

15 sierpnia 1992 roku







Przedmowa

do pierwszego wydania





Książka ta opisuje z bezmiaru
zdarzeń drugiej wojny światowej
tylko cząstkę: to, na co jako
dowódca znacznej części Polskich
Sił Zbrojnych patrzyłem własnymi
oczyma i co przeżywałem z bliska
i czynnie, tak iż z tych działań
pozostały mi nie tylko
wspomnienia, lecz i archiwa.

W tym jednak ograniczonym
zakresie zadaniem moim musi być
obraz prawdziwy i pełny tego, co
działaliśmy i co myśleliśmy.
Gdybym opisywał tylko
przygotowania wojskowe i walki,
nie przedstawiłbym
rzeczywistości takiej, jaka była
w życiu. Żołnierz polski przez
cały czas wojny myślał o tym, o
co się bije. Nie przesadzę
mówiąc, że nie było dnia bez
tych myśli. Gdybym to pominął w
obrazie dowolnie okrojonym, nie
byłoby prawdy.

Właśnie by być prawdziwą i
żywą, książka ta musi być
pamiętnikiem i walk, i losów
sprawy polskiej.

Między tymi zaś dwiema
dziedzinami istnieje
wstrząsające przeciwieństwo.

Dzieje oręża polskiego w tej
wojnie to - po wrześniu 1939 w
Polsce - walki polskie ramię do
ramienia ze sprzymierzonymi we
Francji, Narvik i bitwa o Wielką
Brytanię, Tobruk, dni chwały
lotnika i marynarza polskiego,
największy w Europie opór
podziemny, potem Monte Cassino,
Ancona, Bolonia, a jednocześnie
Normandia, Belgia, Holandia.

Dzieje losów wprawy polskiej w
tej wojnie, to - po sojuszu
polsko_brytyjskim 1939 i Karcie
Atlantyckiej 1941 - Teheran,
Jałta, Poczdam i oddanie Polski
pod władzę Rosji.

Jak się te przeciwieństwa z
sobą splątały w życiu - i jaki
miały oddźwięk w duszy żołnierza
polskiego - opowiada ta książka.

Opowiada w wierze i nadziei,
że to przeciwieństwo nie będzie
obojętne także dla umysłu
czytelnika wszędzie w świecie.



Władysław Anders







Przedmowa

do drugiego wydania





Przed oddaniem do druku nowego
wydania mojej książki
zastanawiałem się, czy trzeba ją
uzupełnić.

Od chwili ukazania się
poprzedniego wydania minęły już
niemal dwa lata. Przeżyliśmy
wiele doniosłych wydarzeń. Muszę
jednak stwierdzić, że wszystko
co się stało, potwierdziło moje
ówczesne obserwacje i wnioski, a
procesy, na które zwróciłem
uwagę, rozwijały się nadal w tym
samym kierunku.

Sowietyzacja krajów za żelazną
zasłoną jest dziś niemal
zupełna. Dyktatura komunistyczna
rządzi tam już bez żadnych
osłonek. Kraje bloku sowieckiego
ujednolicono pod względem
wojskowym, politycznym i
gospodarczym. W Polsce symbolem
tego okresu jest nazwisko
Konstantego Rokossowskiego. W
Niemczech i Austrii, na
pograniczu dwu części Europy,
polityka sowiecka stała się
jeszcze wyraźniejsza. W Berlinie
Rosjanie podjęli próbę
wypchnięcia sojuszników przy
pomocy blokady komunikacyjnej.
Próba nie powiodła się, ale w
każdej chwili może nastąpić jej
powtórzenie. Traktat pokojowy z
Austrią jest nadal daleki od
urzeczywistnienia. Odbyło się w
tej sprawie już ponad 250
posiedzeń przedstawicieli
czterech mocarstw - bez
rezultatu. Delegacja sowiecka
wciąż utrąca projekty
sformułowania traktatu.

W ciągu ostatnich dwu lat
ministrowie spraw zagranicznych
"wielkiej czwórki" spotkali się
tylko raz: w czerwcu 1949.
Pomimo ograniczenia obrad do
spraw niemieckich i
austriackich, nie załatwiono nic
poza chwilową likwidacją sporu w
Berlinie.

W Organizacji Narodów
Zjednoczonych Rosja i jej
satelici przeszli do zupełnego
niemal bojkotu współpracy
międzynarodowej.

Na olbrzymich obszarach Azji
nastąpiły wielkie przesunięcia
sił na niekorzyść Zachodu. We
wszystkich wolnych państwach
świata komunistyczna robota
wywrotowa przybrała na sile. We
wrześniu 1949 dowiedzieliśmy się
o utracie przez Stany
Zjednoczone monopolu bomby
atomowej.

Cień Rosji, który po drugiej
wojnie padł na świat, jest dziś
jeszcze bardziej ponury i groźny
niż w r. 1948.



Książkę moją bez zmian oddaję
w ręce Czytelników.



Władysław Anders







Przedmowa

do trzeciego wydania





Minęło dziewięć lat odkąd
pisałem w 1950 r. przedmowę do
poprzedniego, drugiego wydania
polskiego tej książki, której
dałem tytuł "Bez ostatniego
rozdziału".

Historia dotychczas nie
zapisała rozdziału ostatniego
tej światowej rozprawy między
totalizmem a wolnością, jaka
została rozpoczęta we wrześniu
1939 polską kampanią przeciw
hitlerowsko_sowieckiej agresji.
Nie zwyciężyła jeszcze wolność.
Polska nie odzyskała
niepodległości. Nie doszło też
do stabilizacji stosunków
światowych, nadal opartych na
chwiejnej koegzystencji
komunistycznego systemu tyranii
ze światem wolnym.

Moskwa, osłabiona po śmierci
Stalina i znajdująca się w
okresie walki o władzę na
Kremlu, prowadzonej za zasłonami
"zbiorowego kierownictwa" i
"destalinizacji", zmuszona była
do "odwilży" na wewnątrz i do
taktycznego odprężenia w
stosunkach międzynarodowych. Na
ten okres przypadają też pewne
gesty pojednawcze i jedno
wyjątkowe ustępstwo rzeczywiste
w postaci zawarcia traktatu
pokojowego z Austrią. Rychło
jednak i wbrew rozbudzonym na
Zachodzie nadziejom, w miarę jak
gruntowało się nowe
jedynowładztwo Chruszczowa,
polityka sowiecka powróciła do
dawnych metod.

Szczególną groźbę dla wolnego
świata stanowi, oparta na wciąż
obowiązującej w sowieckiej
gospodarce stalinowskiej
zasadzie prymatu przemysłu
ciężkiego i rosnąca siła
wojskowa Sowietów. Już od roku
1949 Stany Zjednoczone przestały
mieć monopol bomby atomowej, a
później i wodorowej. W oparciu o
swoje działania szpiegowskie
Rosja Sowiecka rozwinęła
poważnie swoją produkcję broni
atomowo_wodorowych, a również
osiągnęła znaczne sukcesy w
badaniach i technice pocisków
kierowanych
międzykontynentalnych. Na
podstawie tych swoich osiągnięć
Sowiety rozpoczęły politykę
propagandowego szantażu w skali
światowej, dążąc do zastraszenia
opinii publicznej w krajach
wolnego świata, pomimo istnienia
wciąż stanowczej przewagi Stanów
Zjednoczonych również i w tej
dziedzinie.

Wyścigowi zbrojeń między obu
światami towarzyszy nadal
chwiejność równowagi
międzynarodowej. W ubiegłych
latach byliśmy świadkami kilku
"małych" wojen regionalnych, a
również przeżyliśmy kilka
momentów zagrożenia wybuchem
wojny ogólnej, "wielkiej".
Podczas wojny koreańskiej w
latach 1950_#1952 i podczas
indochińskiej - w 1954 r., a
również parokrotnie z okazji
zatargów o wyspy przybrzeżne w
cieśninie Formozy i ostatnio w
związku z konfliktami na Bliskim
Wschodzie, świat - według
oświadczeń kierowniczych mężów
stanu - stawał na krawędzi
wielkiej wojny.

W obecnym roku 1959 znajdujemy
się znowu pod znakiem
niebezpiecznej sytuacji wojennej
z powodu konfliktu o Berlin,
sztucznie i jawnie wywołanego
przez Sowiety. Należy dodać, że
sytuacja na Bliskim i Dalekim
Wschodzie zawiera wciąż te same
ogniska zapalne, rozszerzone
znacznie w wyniku agresji i
masowych represji
komunistycznych w Tybecie.

Ubiegłe lata nie przyniosły
też zasadniczej odmiany dla
Polski. Wprawdzie przejściowe
osłabienie sowieckiego aparatu
państwowego po śmierci Stalina
sprowadziło również rozprzężenie
i dezorientację wśród władz
reżymowych w Polsce, a to
ośmieliło naród do zrywów ku
wolności. W czerwcu 1956 roku na
ulicach Poznania, a w
październiku w Warszawie i w
wielu innych miastach ludność
polska z robotnikami i młodzieżą
na czele ujawniła swoje
prawdziwe dążenia, wyrażone w
hasłach: wolności, chleba, precz
z komunizmem i Rosjanami. W
sierpniu tegoż roku odbyła się
niewidziana nigdy przedtem ani
potem w żadnym kraju pod władzą
komunistyczną olbrzymia
manifestacja religijna. Półtora
miliona pielgrzymów przybyło na
Jasną Górę, aby wbrew
utrudnieniom i zakazom władz
komunistycznych dać wyraz
przywiązaniu narodu polskiego do
wiary swych ojców.

Następnie jednak, w oparciu o
przemoc okupacyjnych wojsk
sowieckich, które niemal
jednocześnie rozpoczęły brutalne
i krwawe stłumienie powstania na
Węgrzech, komunistyczny reżym
warszawski zdołał utrzymać się
przy władzy. Obecność tych wojsk
wewnątrz Kraju i zagrożenie na
wszystkich niemal granicach
zdecydowały o tym, że komuniści
w Polsce pozostali u rządów
kosztem częściowych tylko
ustępstw i oszukańczych
zapowiedzi i obietnic.

Pomimo wszystko pod naciskiem
idącej wtedy przez cały kraj
fali dążenia ku wolności,
musiano zwolnić Prymasa Polski,
kard. Stefana Wyszyńskiego i
przywrócić chociaż pewną swobodę
działania Kościoła. Musiano
tolerować rozpadnięcie się
ogromnej większości "spółdzielni
rolniczych", czyli przymusowych
kołchozów. Musiano, przejściowo,
rozluźnić cenzurę prasy,
książek, teatru i nauki. Musiano
pogodzić się z tym, że ludziom
rozwiązały się języki. Zezwolono
na szersze kontakty
społeczeństwa polskiego z
Zachodem, zwłaszcza z emigracją.
Reżym komunistyczny zrozumiał
jednocześnie znaczenie tej
emigracji i z wielkim nakładem
środków przystąpił do prób
dywersji wśród Polaków w krajach
świata wolnego. Próby te, choć
pozbawione istotnych rezultatów,
powinny budzić naszą czujność i
skłaniać do ożywienia na
wszystkich polach akcji
niepodległościowej.

Po koncesjach pierwszych
miesięcy, w miarę stabilizowania
się nowej dyktatury Chruszczowa
na Kremlu, zaczęły się
usztywniać ramy władzy
sowiecko_komunistycznej w
Polsce. Umocniono monopol rządów
i polityki w rękach dobranego
grona kierowników w partii
komunistycznej, mających
zaufanie swych mocodawców
sowieckich. Odtąd stopniowo
zacieśnia się z powrotem obręcz
kontroli nad prasą, książkami i
wszelkimi dziedzinami twórczości
społeczeństwa. Wskrzeszono
kampanię przeciwko religii, i
przypomniano, że kolektywizacja
rolnictwa pozostaje nadal celem
władz komunistycznych. Ponad
wszystko manifestuje się coraz
głośniej i bardziej służalczo
podległość "Polski Ludowej"
wobec Sowietów. Wszelkie
nadzieje na "polską drogę do
socjalizmu" i niezależność od
Moskwy ostatecznie rozwiano.

W tej sytuacji podstawowe cele
i zadania emigracji politycznej
pozostają bez zmiany. Musi ona
reprezentować politykę polską,
która w Kraju jest monopolem
komunistów, wykonujących
zlecenia moskiewskie. Musi ona
świadczyć o tysiącletniej
przynależności Polski do świata
chrześcijaństwa i wolności,
urzeczywistniać wolę dążącego do
niepodległości narodu.

Te zadania, których Kraj sam
spełniać nie może, w miarę
naszych sił i możności
wypełniamy i wypełniać dalej
będziemy. Tym celom służy także
ta moja książka, której trzecie
wydanie - bez żadnych zmian w
jej tekście - oddaję w ręce
polskiego czytelnika.



Władysław Anders

Londyn, w maju 1959.







Rok 1939: wojna w Polsce







Lidzbark: 1 września 1939





1 września 1939. Jestem w
Lidzbarku nad granicą Prus
Wschodnich jako dowódca
Nowogródzkiej Brygady Kawalerii
złożonej z czterech pułków,
wzmocnionej artylerią, baonem
piechoty, lekkimi samochodami
pancernymi i innymi drobnymi
oddziałami. Wchodzimy w skład
armii "Modlin", której gros
osłania Warszawę przed
spodziewanym uderzeniem z Prus
Wschodnich. Moja brygada osłania
kierunek na Płock. W Lidzbarku,
małym ale ładnym i czystym
miasteczku, stoimy od połowy
lipca. Obok jezioro i piękne
stare lasy. Lidzbark leży na
skrzyżowaniu dróg. Do granicy
zaledwie 257km. Niedaleko, za
granicą, znajduje się pole bitwy
pod Grunwaldem, gdzie w r. 1410
Polska odniosła świetne
zwycięstwo nad Krzyżakami. Obok
tego pola bitwy z XV w. znajduje
się o pięćset lat późniejsze
pole bitwy niemiecko_rosyjskiej
pod Tannenbergiem z r. 1914;
Niemcy wznieśli tu okazały
pomnik dla upamiętnienia
zwycięstwa Hindenburga nad
Rosjanami.

Od tygodni z dnia na dzień
oczekujemy ataku niemieckiego.
Każdy patrol kawalerii wysłany
ku granicy melduje stale o
narastających siłach
niemieckich. Ludzie uciekający z
Prus WSchodnich przynoszą
wiadomości o wzmocnionych
zgrupowaniach czołgów, wielkiej
ilości piechoty i artylerii.
Prasa niemiecka i radio bez
przerwy atakują Polskę. Mówią i
piszą o terroryzowaniu Niemców,
ba - nawet o pogromach. Wierutne
to oczywiście kłamstwa, ale
jakże znamienne. Tak zaczęło się
przed rokiem z Czechosłowacją.
Wiemy też, że armia niemiecka
jest już faktycznie
zmobilizowana i skoncentrowana
na naszych granicach.

1 września o świcie widzimy
liczne nieprzyjacielskie
dywizjony lotnicze, ciągnące na
kształt kluczów żurawi w
kierunku Warszawy. Wkrótce
przychodzi telefoniczna
wiadomość, że na stolicę
zrzucono bomby. Prawie
jednocześnie otrzymuję meldunki
od wysuniętych patroli, że
Niemcy przekroczyli granicę. Są
zabici i ranni. Wojna
rozgorzała.





Po 25 latach przerwy





Gdy żołnierz staje w obliczu
wojny a jest świadom swych
obowiązków, nawet jeśli nie ma
usposobienia tkliwego, dokonuje
jak gdyby przeglądu życia
dotychczasowego, czyli rodzaj
rachunku sumienia. A cóż dopiero
gdy, jak to było we wrześniu
1939 r., każdy z nas, żołnierzy,
nawet na mniej odpowiedzialnych
szczeblach zdawał sobie sprawę z
trudności, jeśli wręcz nie
beznadziejności polskiej
sytuacji wojennej. Nic dziwnego,
że pamięcią przebiegłem lata
życia żołnierskiego, chcąc w
rozwiązaniach trudności lat
minionych znaleźć źródło wiary i
optymizmu, bez którego żołnierz
bić się nie może.

A więc lata 1911_#1914, pobyt
w politechnice ryskiej z tak
drogą mi zawsze korporacją
studencką Arkonia. Wyrwała mnie
stamtąd pierwsza wojna światowa;
właśnie we wrześniu 1939 mija 25
lat od czasu, gdy jako oficer
rezerwy armii rosyjskiej
wjeżdżałem w składzie korpusu
kawalerii Chana
Nachiczewańskiego do tych samych
Prus Wschodnich, których granic
jako granic Rzeczypospolitej
strzegę teraz na czele brygady
polskiej. W ciągu długich lat
poprzedniej wojny 3. Pułk
Dragonów, w którym służyłem,
przewędrował wzdłuż całej linii
frontu od Bałtyku po Morze
Czarne. Bitwy, szarże
kawaleryjskie, wypady w błotach
pińskich, rany, blaski i nędze
życia żołnierskiego. Wreszcie
studia w akademii wojskowej w
Petersburgu. Na cztery tygodnie
przed pierwszą, jeszcze nie
bolszewicką, rewolucją, w
połowie lutego 1917 car Mikołaj
nadawał nam dyplomy ukończenia
akademii. Odbywało się to w
Carskim Siole. Cara otaczała
liczna lśniąca orderami świta.
Wspominam tę chwilę, bo potem,
gdy rewolucja pozbawiła
samodzierżcę Rosji i jego
rodzinę nie tylko tronu, ale i
życia, uroczystość w Carskim
Siole przychodziła mi nieraz na
myśl. Jakże krucha i zawodna
jest każda forma autokracji czy
dyktatury. Póki samodzierżca czy
dyktator jest rozdawcą łask,
otacza go rój dworaków
zabiegających o uśmiech lub
życzliwe słówko. Ale gdy
kataklizm pozbawia go władzy,
zostaje sam. W czasie rewolucji
w obronie cara Mikołaja i jego
rodziny nie stanął nikt z tak
licznych dostojników wojskowych
i cywilnych. Na miejscu kaźni w
Ekaterynburgu wytrwał przy
rodzinie carskiej jedynie książę
Dołgorukow, nawiasem mówiąc
dawny dowódca mego pułku. Ale w
owym dniu uroczystości nadawania
nam dyplomów zachodzące słońce
fortuny carskiej odbijało się
jeszcze w gwiazdach orderowych
strojnej świty, prześcigającej
się w wyrażaniu
wiernopoddańczych uczuć.

Rewolucja przedbolszewicka
zastała mnie w Rumunii, gdzie
pełniłem obowiązki szefa sztabu
7. Dywizji Strzelców. Powitały
ją entuzjastycznie wszystkie
ujarzmione narody Rosji, przede
wszystkim zaś Polacy, którzy w
ciągu 150 lat bezustannie
walczyli z caratem.

W moich wspomnieniach o
rewolucji szczególnie radośnie
uwypukliła się chwila, gdy
mogłem nałożyć orzełka
polskiego, wstępując do 1. Pułku
Ułanów Krechowieckich.

Przyszły wtedy walki z
bolszewikami nad Dnieprem, w
których brałem udział jako szef
sztabu 7. Dywizji Strzelców
Polskich w ramach korpusu
polskiego. Przeżyłem ciężkie
chwile przymusowej demobilizacji
korpusu, ale wkrótce wrażenia te
zatarł wspaniały przełom r. 1918
i odrodzenie państwa polskiego.
Po Krakowie, Lwowie i Warszawie
przyszła kolej na Wielkopolskę,
gdzie pobudką do wyparcia
Niemców stał się przyjazd
Paderewskiego do Poznania. Jako
szef sztabu armii poznańskiej
przeżyłem tryumf współudziału w
wypędzaniu Niemców z prastarych
ziem polskich.

W kwietniu 1919 obejmuję
dowództwo 15. Pułku Ułanów
Poznańskich. Bijemy się naprzód
na ziemi wielkopolskiej z
Niemcami, a potem na wschodzie w
walkach z bolszewikami stajemy
nad Berezyną. Powstrzymując
napór moskiewski na Polskę w r.
1920, bierzemy udział w
historycznej bitwie o Warszawę,
przeżywając głęboko zwycięstwo i
pościg aż do Nieświeża i
Stołpców. Zdawaliśmy sobie
sprawę, że nie tylko
wywalczyliśmy wolność naszej
ojczyzny, ale że odparliśmy
marsz czerwonego imperializmu na
Europę.

Pokój zawarty z Rydze w r.
1921 bolszewicy uważali za
bardzo dla siebie korzystny. My
- nie. Zbyt wiele ziem
zamieszkanych przez miliony
Polaków zostało po tamtej
stronie. Lenin gotów był
pierwotnie oddać Polsce znacznie
więcej. Nasz rząd był
powściągliwy, gdyż chciał
uniknąć na przyszłość wszelkich
zatargów z Moskwą.

Wracamy do Poznania po
ukończeniu działań bojowych i
zawieszeniu broni, choć jeszcze
przed ostatecznym zawarciem
pokoju. Było to w styczniu 1921.
Żołnierze, których piersi zdobią
najwyższe odznaczenia bojowe,
wkraczają tryumfalnie do swego
miasta. Pułk mój udekorowano
Orderem Virtuti Militari. Sceny
spotkania budzą rozrzewnienie
twardych serc ludu poznańskiego,
który z umiłowaniem wita swoje
powracające dzieci.
Gdzieniegdzie szloch, bo brak
tych, co kości swoje złożyli pod
Warszawą, Mińskiem czy nad
Berezyną. Krew serdeczna
żołnierza polskiego skropiła
wschodnie połacie
Rzeczypospolitej. Zostało tam
trochę i krwi mojej. W bitwie
pod Brześciem nad Bugiem kula
nieprzyjacielska trafiła mnie w
nogę, przebijając arterię.
Spowodowało to silny upływ krwi.
Lekarze uratowali mi nogę, ale
przeszło rok, zresztą pełniąc
dalej służbę, musiałem chodzić o
lasce.

Wspominam studia w Ecole
Sup~erieure de Guerre, Francję,
Paryż i powrót w r. 1924 do
Polski. Wiele zawdzięczam tej
wielkiej szkole, a spędzone tam
dwa lata zaliczam do najmilszych
w życiu.

Jak żywa staje mi w pamięci
tragedia zamachu Piłsudskiego w
r. 1926, kiedy musiałem zgodnie
z przysięgą żołnierską broniąc
sztandaru praworządności i
Prezydenta walczyć w Warszawie z
własnymi braćmi. Potem przyszła
służba jako dowódcy brygady
kawalerii na rubieżach Polski: w
Równem, Krzemieńcu, Brodach i
wreszcie w Baranowiczach. Dało
mi to możliwość lepszego
poznania naszych ziem
wschodnich. W marcu 1939
przetransportowano mnie w
okolice Sierpca w pobliżu Prus
Wschodnich. A teraz Lidzbark.





W oczekiwaniu





Już wiosną 1939 wiedzieliśmy,
że wojna z Niemcami jest
nieunikniona. Koncentracja wojsk
niemieckich w bazie wypadowej w
Prusach Wschodnich oraz w
Czechosłowacji świadczyła, że
obcęgi niemieckie zaciskały się
koło Polski. Męczące
wyczekiwanie. Wzburzał mnie
zakaz przybliżania nawet
niewielkich oddziałów do
granicy, a także zakaz budowania
umocnień obronnych. Miało się
wrażenie, że najwyższe władze
nie mają pewności, czy wojna
wybuchnie. Dopiero w lipcu
wzięto się do kopania okopów,
zaciągaliśmy zasieki druciane,
przygotowywaliśmy schrony dla
karabinów maszynowych i działek
przeciwpancernych. Jakież
straszliwe prowizorium! Cóż za
wartość przedstawiały moje
maleńkie, leciutkie samochody
pancerne przeciwko potężnym
niemieckim czołgom! Czułem, że
wojna będzie niezmiernie ciężka.
Trzeba, żeby żołnierz zdobył się
na najwyższe bohaterstwo,
przetrwał i umożliwił
sojusznikom zachodnim udzielenie
nam pomocy.

Uciążliwe oczekiwanie,
graniczące z rozpaczą, kiedy
mobilizację ogólną, przygotowaną
na 29 sierpnia raptem odwołano.
Trzeba zrozumieć: dosłownie na
trzy dni przed rozpoczęciem
wojny. Dziś wiemy, że stało się
to wskutek d~emarche
ambasadorów: brytyjskiego -
Kennarda i francuskiego -
No~ela. Świat nie chciał wierzyć
w wojnę. Polskę kosztowało to
wiele, gdyż co najmniej o kilka
tygodni przyspieszyło naszą
klęskę.

Wszystkie te myśli przesuwały
mi się wówczas przez głowę. Jak
zawsze jednak rzeczywistość
odciągała żołnierza od
roztrząsań, kierując jego myśli
na to, co się dzieje, na
wykonanie zadania.

Wchodzę ze swoją brygadą w
skład armii "Modlin" gen. Emila
Krukowicza_Przedrzymirskiego.
20. Dywizja Piechoty, należąca
do tej grupy, zajmuje pozycje
pod Mławą. 8. Dywizja Piechoty
jest w odwodzie na południe od
niej. Na lewo ode mnie znajduje
się armia "Pomorze" gen.
Władysława Bortnowskiego. Byłem
u niego już poprzednio w
Toruniu, żeby omówić
współdziałanie. Z 4. Dywizją
Piechoty tej grupy, którą
dowodził gen. Mikołaj Bołtuć,
dziś nieżyjący, jestem w stałym
kontakcie.





Pierwsze strzały





Nadchodzą wiadomości, że
Niemcy napierają na całym
froncie. Batalion mojej piechoty
pod Działdowem jest w ciężkiej
walce. Muszę mu pomóc i posyłam
odwód. Silne natarcie idzie na
20. Dywizję Piechoty w Mławie.
Walki rozgorzały także na lewo
ode mnie. Na mój odcinek napór
stosunkowo niewielki. Pułki moje
walczą z powodzeniem z
wysuniętymi oddziałami
przeciwnika.

Z niepokojem patrzę w niebo,
gdzie pojawiają się już potężne
formacje samolotów niemieckich,
przy zupełnym braku naszych.
Przez radio słychać ciągle:
"Uwaga, nadchodzi!". Przychodzą
wiadomości o zbombardowaniu nie
tylko Warszawy, ale i szeregu
miast i miasteczek na głębokich
tyłach. W wielu miejscach
komunikacja kolejowa jest
przerwana. Ciężkie walki na
Pomorzu.

Przeczuwam już trudności,
jakie nas czekają z powodu
tłumów nieszczęśliwych
uchodźców. Wozy z dobytkiem i
bydło zaczynają tarasować drogi.
Widząc oddziały wojskowe
uchodźcy zatrzymują się i
uniemożliwiają wszelki normalny
ruch.

Wysyłam rozkazy, aby
przyspieszyć budowę umocnień pod
Płłockiem, który broni przejść
przez Wisłę, gdyż jest to
kierunek mojego odwrotu. Mława,
pomimo przewagi nieprzyjaciela,
trzyma się dzielnie. Ale w nocy
z 3 na 4 września dowiaduję się,
że obrońcy jej otrzymali rozkaz
odejścia o świcie na tyłową
pozycję. Co to będzie? Jak się
wycofają w biały dzień pod
ogniem nieprzyjacielskiej
artylerii i lotnictwa?

4 września koło jedenastej
otrzymuję rozkaz objęcia
dowództwa także nad 20. i 8.
Dywizją Piechoty. Widzę, że jest
źle. Zostawiam swego zastępcę
płk. Kazimierza Żelisławskiego
zwracając mu uwagę, że
przewiduję wycofanie mojego
zgrupowania w kierunku na Płock.
Ma on czekać na rozkaz, ale już
teraz przygotować się do
natychmiastowego rozpoczęcia
odwrotu.

Jadę z moim szefem sztabu mjr.
Adamem Sołtanem i kpt. Gilem
samochodem do Mławy. Nie mogę
przejechać wprost, muszę się
dostać od tyłu. Po drodze widzę
płonące wsie i wielką liczbę
zabitych wśród ludności
cywilnej. Przygnębia zwłaszcza
widok ciał zabitych dzieci.

Widzę, jak lotnik niemiecki
kołuje nad gromadą liczącą koło
setki małych dzieci,
wyprowadzonych przez
nauczycielkę z miasteczka do
pobliskiego lasu. Zniża się na
507m, rzuca bomby i strzela z
karabinu maszynowego. Dzieci
rozpryskują się jak wróble, ale
kilkanaście barwnych plam
zostaje na polu. Mam przedsmak
tego, jaka będzie ta wojna.

Zjeżdżamy na tyły 20. Dywizji
Piechoty. Drogi zawalone
kolumnami wozów, dział, wózków z
karabinami maszynowymi i kuchni.
Setki samolotów
nieprzyjacielskich bombardują
nie tylko kolumny, ale i
poszczególne grupy żołnierzy,
cofających się przez pola. Nie
jest to już odwrót w pełnym
ładzie.

Z trudem przedzieram się
naprzód. Chcę koniecznie znaleźć
starszych dowódców i zorientować
się w położeniu. Uzyskuję
wyraźny obraz. 20. dywizja
zaczęła się wycofywać 4
września. Przez dni poprzednie
walczyła doskonale. Wycofuje się
z otrzymanym rozkazem. Podczas
odwrotu zaatakowana została
przez dużą ilość samolotów
nieprzyjacielskich i ostrzelana
przez artylerię. Poniosła
ciężkie straty. Dowodzenie
faktycznie się urwało.
Przychodzę do przekonania, że
dywizja musi być wycofana daleko
w głąb celem uporządkowania,
gdyż obecnie nie jest zdolna do
boju.

Spotykam dowódcę 8. dywizji,
płk. Teodora Furgalskiego.
Okazuje się, że dywizja ta jest
w takim samym stanie, jak 20.
Rzucona na prawo od tamtej
dostała się pod ogień wielkiej
jednostki pancernej, nie mogła
długo walczyć i musiała się
wycofać. Lotnictwo
nieprzyjacielskie dokonało
reszty.





Odwrót





W takim stanie rzeczy nie
widzę innej możliwości, niż
wycofanie obu dywizji na lewy
brzeg Wisły przez most w Płocku
i w Wyszogrodzie. Posyłam dwóch
oficerów do płk. Żelisławskiego,
by całym zgrupowaniem kawalerii
natychmiast oderwał się od
nieprzyjaciela, pozostawiając
oddziały opóźniające i przeszedł
do Płocka w celu przygotowania
stanowisk obronnych. Boję się,
żeby Niemcy nie przecięli nam
dróg odwrotu. Sam jadę do Płocka
w celu zorganizowania obrony i
przejęcia rozbitych dywizji.
Przyjazd mój ulega opóźnieniu.
Zaatakowały nas samoloty
nieprzyjacielskie. Zostaję ranny
w krzyż odłamkiem bomby. Na
dziesięć minut tracę władzę w
nogach, ale dzięki Bogu wychodzę
z tej opresji. Szczęśliwie udaje
się naprawić samochód, który
został trafiony i ma przeszło 30
dziur. Z wielkim trudem
przedostajemy się przez drogi,
zawalone odpływającym wojskiem i
uchodźcami, a częściowo na
przełaj przez pola. W nocy z 4
na 5 września przyjeżdżamy do
Płocka. Robią mi opatrunek,
zakładają bandaż gipsowy. Czuję
się coraz lepiej. Wydaję
rozkazy.

Okazuje się, że w Płocku jest
wielka fabryka konserw mięsnych,
co umożliwia wyżywienie wojska.
W składach znajdują się ogromne
zapasy szynek w konserwie.
Dobrze, że nie zostały wysłane
za granicę.

Dowiaduję się, że most na
Wiśle pod Wyszogrodem, niestety,
przedwcześnie wysadzono. Wobec
tego główny trzon piechoty musi
przejść przez most w Płocku.
Część piechoty spływa wzdłuż
Wisły na Modlin.

Dużą ulgę sprawia mi
wiadomość, że rozkaz mój dotarł
do kawalerii, która jest w
marszu na Płock, atakowana
jedynie przez lotnictwo
nieprzyjaciela. Są jednak dość
poważne straty. 5 września
wieczorem Brygada Nowogródzka
osiągnęła Płock, pozostawiając
oddziały wydzielone i
rozpoznawcze na przedpolu.

Zajmujemy pozycje obronne.
Zaczynają ściągać także resztki
baonu mjr. Piotra Poruckiego
spod Działdowa. Jesteśmy w
styczności z niezbyt wielkimi
oddziałami nieprzyjaciela.
Niemcy bombardują Płock.
Strącamy 4 samoloty, w tej
liczbie, niestety, jeden własny.
6 września udaje mi się nawiązać
bezpośrednią styczność
telefoniczną z gen. Bortnowskim
i omawiam z nim użycie mojej
brygady kawalerii, której
wszystkie pułki są w doskonałym
stanie. Otrzymuję jednak rozkaz
telefoniczny, by wysadzić mosty
w Płocku i przejść z brygadą
przez Puszczę Kampinoską na
prawy brzeg Wisły, przez most na
południe od Modlina. 8 września
o zmroku wysadzam dwa mosty w
Płocku, zostawiam oddziały
wydzielone aż do przybycia armii
pomorskiej i rozpoczynam marsz.

Ostrzeliwała nas artyleria
nieprzyjacielska i karabiny
maszynowe z drugiej strony Wisły
spod Wyszogrodu.

Ciężkie, sypkie piaski
niesłychanie utrudniają
przejazdy. Zupełny brak wody dla
koni. Pod samym Modlinem dostaję
rozkaz unieważniający poprzedni
i nakazujący powrót na dawne
miejsce postoju. Sam jednak mam
przybyć do Rembertowa pod
Warszawą dla otrzymania dalszych
rozkazów. Zadanie trudne, gdyż
wszystkie drogi i szosy są tak
zawalone oddziałami wojska i
uciekającą ludnością, że ledwo
można się przedrzeć.
Wielokrotnie objeżdżam polami
zatory. 10 września o świcie
docieram do Rembertowa i melduję
się u gen. Przedrzymirskiego.

Nasze położenie ogólne jest
bardzo ciężkie. Oddziały polskie
wszędzie pobite. Niemcy już pod
Warszawą. Naczelne dowództwo
udało się do Brześcia nad
Bugiem.

Gen. Juliusz Rómmel,
wyznaczony na dowódcę obrony
Warszawy, podał mi telefonicznie
rozkaz Naczelnego Wodza, że
przechodzę pod jego rozkazy. Mam
ruszyć do rejonu Wiązowny i
objąć dowództwo grupy
operacyjnej, której zadaniem
będzie obrona Wisły na południe
od Warszawy. Nie ma żadnej
łączności z moimi oddziałami,
które pozostały w Puszczy
Kampinoskiej. Z braku łączności
i środków transportu postanawiam
wrócić sam, żeby zorganizować
przemarsz. Nie było to łatwe.
Przeszliśmy szczęśLiwie przez
mosty pod Modlinem pod niezbyt
celnym ogniem ciężkiej artylerii
nieprzyjacielskiej.

Koncentrujemy się na południe
od Warszawy. Grupa płk. Jerzego
Grobickiego w Otwocku podlegać
będzie mojemu dowództwu. Brygada
Kawalerii Baranowicze znajduje
się w rejonie Wiązowny. Dołącza
do mnie Wołyńska Brygada
Kawalerii płk. Juliana
Filipowicza. Obejmuję także
dowództwo nad 10. Dywizją
Piechoty gen. Franciszka
Ankowicza oraz szeregiem
drobnych oddziałów różnych
broni, wśród których jest też 1.
Pułk Artylerii najcięższej. Płk
Grobicki prowadzi walki z
przeprawiającymi się przez Wisłę
Niemcami.

Jestem dwukrotnie w Warszawie:
11 i 12 września. Droga przez
Pragę zbombardowana. Wiele domów
w gruzach. Na ulicach barykady z
wywróconych tramwajów. Nastrój
Warszawy wspaniały. Obrona
prowadzi walki na
przedmieściach, ale rozkazy
wydane poprzednio dla ludności
wprowadzają niezwykły chaos,
gdyż jedne mówią o ewakuacji
wszystkich zdolnych do noszenia
broni, inne o pozostaniu na
miejscu.

Dowiaduję się, że oddziały
niemieckie obeszły Warszawę w
rejonie Mińska Mazowieckiego i
przecięły szosę między
Garwolinem a Lublinem. Lublin
przeszedł ciężkie bombardowania.
Mam wielkie trudności
gospodarcze w uzupełnieniu
żywności i furażu dla koni. Brak
także amunicji i benzyny.

Wobec wiadomości, że oddziały
gen. Przedrzymirskiego wycofały
się znad Bugu i że Niemcy
kierują się z północy na Mińsk i
Dęby Wielkie, gen. Rómmel daje
mi 12 września rozkaz uderzenia
na Mińsk, nakazując jednocześnie
bronić przejścia przez Wisłę na
południe od stolicy. Akcja ta ma
być wsparta uderzeniem grupy
gen. Stanisława Małachowskiego z
rejonu Modlina oraz grupy gen.
Juliusza Zulaufa bezpośrednio na
północ ode mnie. Pozostawiłem
płk. Grobickiego i jego grupę w
rejonie Otwocka z zadaniem
obrony Wisły, a natarcie na
Mińsk zdecydowałem się
przeprowadzić Brygadą
Nowogródzką i Brygadą Wołyńską.

Grupa moja ruszyła 13 września
o świcie. Niemcy zostali
zaskoczeni i uzyskaliśmy sukces.
Stopniowo jednak opór Niemców
tężał i coraz bardziej wzmacniał
się ogień ich artylerii
ciężkiej. Stało się jasne, że
żadna grupa ani gen.
Małachowskiego, ani gen. Zulaufa
udziału w bitwie nie bierze.
Naraziło to na duże straty
Brygadę Wołyńską, która
nacierała mając odkryte swoje
północne skrzydło.





Spod Warszawy na południe





W kulminacyjym punkcie walki
otrzymałem przez radio rozkaz,
przekazany przez szefa sztabu
gen. Rómmla płk. Aleksandra
Pragłowskiego, przerwania walki
i z rozkazu Naczelnego Wodza
natychmiastowego odejścia do
jego odwodu do rejonu Parczewa.
Warszawa ma się bronić do
upadłego. Rozmawiałem osobiście
przez radio z płk. Pragłowskim,
który na pożegnanie życząc mi
szczęścia dodał:

- My zostajemy w Warszawie.

Znacznie już później
dowiedziałem się, że gen. Rómmel
rozkaz Naczelnego Wodza
nakazujący moje odejście,
przetrzymał cztery dni, co miało
złowrogie następstwa dla naszej
grupy.

Zarządzam natychmiastowe
oderwanie się od nieprzyjaciela.
W pewnym stopniu ułatwił to
oderwanie nadchodzący zmrok.
Jednak, wobec rozrzucenia
oddziałów i przerwania łączności
pod bardzo silnym ogniem
artylerii nieprzyjacielskiej,
mieliśmy pewne trudności.
Wiedziałem, że będę musiał
przebić się jeszcze przez
otaczające nas oddziały
niemieckie, które przerwały
jedyną szosę Warszawa_Lublin.
Decyduję się skoncentrować moje
oddziały w lasach na
południo_zachód od Garwolina.
Trudno było z góry podać
dokładne miejsce koncentracji.
Nie wiedzieliśmy bowiem, gdzie i
w jakiej sile znajdują się
oddziały niemieckie. Największe
jednak trudności sprawiały nam
drogi zatarasowane w kilku
kolumnach przez uchodźców z
dobytkiem i tyłowe wozy
wojskowe. Tłumy te, stale
bombardowane i ostrzeliwane
przez samoloty
nieprzyjacielskie, nie wiedziały
dokąd się udać.

Z największym trudem
przedzierały się nasze oddziały
na południe, zmuszone
wielokrotnie do marszu na
przełaj przez pola, co było
szczególnie uciążliwe dla
samochodów pancernych, artylerii
i taborów. Cały marsz był
niezwykle męczący. Mosty były
wysadzone przez dywersantów,
niemieckich kolonistów. Ogień
artylerii niemieckiej od
wschodu, a także zza Wisły,
chociaż nie bardzo celny,
wprowadzał zamieszanie w tłumach
uchodźców. Mój samochód był też
lekko trafiony, a jadący ze mną
oficer łącznikowy ranny.

Minęliśmy Garwolin, gdzie
zastaliśmy jedynie dopalające
się zgliszcza i, jak na drogach,
dużo trupów ludzkich i końskich.
Garwolin, miasto powiatowe,
posiadało kilka garbarni skór,
większość mieszkańców stanowili
ubodzy Żydzi. Lotnictwo
niemieckie spaliło Garwolin
doszczętnie na dzień przed
naszym przemarszem.

Rozesłałem oficerów
łącznikowych w celu zebrania
oddziałów. Osobiście zawróciłem
kilka szwadronów 11. Pułku
Ułanów i 1. Pułk Szwoleżerów z
Warszawskiej Brygady Kawalerii,
które wzięły kierunek marszu na
Warszawę i nie mogły wyjaśnić, z
czyjego rozkazu to uczyniły.
Koncentrację moich oddziałów
wyznaczyłem w lesie na zachód od
szosy Garwolin_lublin. Powoli
udało się uporządkować i zebrać
oddziały w celu wydostania się z
worka. Widzieliśmy lotnictwo
niemieckie, które w licznych
zgrupowaniach zasilało swoje
oddziały, odcinając nam odwrót.
Przeprowadziłem mylące natarcie
na oddziały niemieckie wzdłuż
szosy Garwolin_lublin, a całą
grupą obeszliśmy na przełaj i
dość szczęśliwie przedostaliśmy
się za Wieprz. Udało się nam
przeprowadzić część samochodów
pancernych, trochę samochodów
osobowych i - na szczęście -
prawie wszystkie wozy amunicyjne
oraz zaopatrzenia.

Mieliśmy duże trudności w
przeprawie przez Wieprz, gdzie z
wyjątkiem jednego, wszystkie
mosty były zerwane. Nie zastałem
nie tylko żadnych rozkazów od
Naczelnego Wodza, ale nie
zastałem tam w ogóle żadnych
oddziałów polskich. Ludzie byli
bardzo przemęczeni, konie
również. Od początku wojny
właściwie nikt nie spał.
Korzystając z tego, że miałem
kilka samochodów, udałem się do
Lublina, który silnie ucierpiał
od bombardowania 8 września.
Największy hotel został spalony.
Wiele domów na głównych ulicach
leżało w gruzach.

W Lublinie nie było wojsk
polskich, gdyż wyszły w kierunku
na Chełm. Były tylko luźne
oddziałki, którymi dowodził płk
Piotr Bartak. Wspaniale
zachowywał się były poseł na
sejm, rotmistrz rezerwy
Dudziński, który samorzutnie
stworzył oddział partyzancki,
posadził go na zarekwirowane
samochody i rowery, i z wielkim
powodzeniem walczył z przednimi
oddziałami niemieckimi.
Widziałem sam jak z jednego z
wypadów przyprowadził ok. 150
jeńców. Wykazał duży zmysł
dowodzenia i wielką odwagę
osobistą. Dzielny żołnierz.
Zginął w tych walkach wraz ze
swoim synem.

Niemców nie było jeszcze na
przedmieściach. Szczęśliwym
trafem znalazłem skład amunicji,
żywności i benzyny, których nam
całkowicie brakowało. Niestety,
nie udało mi się dostać map
terenów na wschód od Wisły.
Trzeba być żołnierzem, żeby
zrozumieć niedolę maszerowania i
prowadzenia walk bez map.

Pojechałem do Chełma, gdzie
jakoby miało być dowództwo gen.
Stefana Dęba_biernackiego. Z
dużym trudem odszukałem go w
chałupce pod lasem. Był zupełnie
załamany. Nie mogłem poznać tego
zawsze tak pewnego siebie i
despotycznego oficera.
Zaproponowałem mu jako
najstarszemu objęcie dowództwa.
Nie chciał przyjąć tłumacząc mi,
że wszystko przepadło. Prosiłem
go, by wydał rozkazy swoim
oddziałom nie niszczenia mostów
i przepraw, którymi będę musiał
schodzić na południe.

Wysuwał jakieś fantastyczne
pomysły akcji na Włodzimierz
Wołyński, według których moje
wojska musiałyby zrobić 1807km
w ciągu kilkunastu godzin. Po
ostrej rozmowie odjechałem
podrażniony i skazany na własne
siły.

Po powrocie do mego sztabu
stwierdziłem, że muszę nazajutrz
stracić jeszcze 24 godziny na
uporządkowanie oddziałów.
Nadeszła amunicja i żywność z
Lublina. Tymczasem Niemcy
zaczęli nam następować na pięty.
Zajęli Lublin. Należało się
śpieszyć, aby przeskoczyć między
Lublinem a Chełmem.

Zarządzam marsz w nocy z 17 na
18 września w ogólnym kierunku
na Rejowiec. Ostatni posiłek w
Kozłówce. Omawiamy różne
wiadomości i plotki o akcji na
Zachodzie. Zastanawiamy się,
kiedy nareszcie Francuzi i
Anglicy rozpoczną ofensywę. Nie
możemy zrozumieć, dlaczego nam
nie pomagają.





Nóż w plecy: Rosja





Nastawiam radio i dowiadujemy
się, że wojska sowieckie
przekroczyły granicę Polski i
posuwają się na zachód. Widzę
oczy wszystkich wlepione we
mnie. Znikąd żadnych rozkazów,
żadnych instrukcji. Co robić?

Jeszcze przed rozpoczęciem
wojny zaskoczył nas ogłoszony
urzędowo tzw. pakt o nieagresji,
zawarty 23 sierpnia 1939 między
Niemcami a Rosją Sowiecką,
wiedzieliśmy bowiem, że od maja
była w Moskwie także misja
angielsko_francuska. Nie
przypuszczałem, że Rosja
Sowiecka wystąpi przeciw Anglii
i Francji, a pośrednio także
przeciw Ameryce. Myślę, że i
naczelne dowództwo tak samo
oceniało położenie. W przeciwnym
razie nie wycofałoby wszystkich
urządzeń i zakładów na wschód,
nie przeszłoby samo do Brześcia.
Siedziba rządu wraz z
poselstwami państw zagranicznych
nie przeniosłaby się do
Krzemieńca i Tarnopola. Okazuje
się, że tyły nasze, odsłonięte i
bezbronne, zostały wydane na łup
armii sowieckiej, i to w chwili
kiedy impet niemiecki zaczął się
zmniejszać, kiedy wydłużone na
kilkaset kilometrów linie
kolejowe i zaopatrzeniowe
niemieckie zaczęły zawodzić i
kiedy mogliśmy przetrzymać w
walkach jeszcze pewien okres i
dać sojusznikom możność
uderzenia na odsłonięte granice
zachodnie Niemiec.

Rosja Sowiecka jednostronnie
zerwała traktat o nieagresji z
Polską w najcięższej dla Polski
chwili i jak szakal rzuciła się
od tyłu na straszliwie krwawiącą
Armię Polską.

Nie zmieniam swoich zamiarów.
Idziemy na południe, gdzie -
przekonany jestem - musiał
zostać utworzony przyczółek na
granicy węgiersko_rumuńskiej.
Mamy przecież sojusz wojskowy z
Rumunią, a z Węgrami byliśmy
zawsze w przyjaźni. Zrobimy
wszystko, żeby się przedostać.
Ostatecznie będziemy dalej
walczyli o Polskę, choćby na
obcej ziemi.

Dziś wiemy, że pakt między
Niemcami a Sowietami zadecydował
o rozpoczęciu wojny. Dziś wiemy,
że Rosja Sowiecka - szczerze czy
nieszczerze - oparła się na
przyjaźni niemieckiej nie tylko
celem rozbicia Polski, ale i
celem podziału świata. Dlatego
też cała ówczesna prasa sowiecka
atakowała gwałtownie Anglię i
Francję jako państwa
imperialistyczne i napastliwe.
Wiemy dziś, że Rosja zrobiła
wszystko, by moralnie rozbroić
naród francuski. Wyzyskała w tym
celu swoje wpływy na komunistów
we Francji.

Ale wówczas nie było czasu na
rozważania. Należało uczynić
wszystko, by się przedostać na
południe. Przecinamy szczęśliwie
szosę Lublin_chełm, a idąca w
tyle 10. Dywizja Piechoty musi
stoczyć ciężką walkę z Niemcami,
którzy starają się odciąć jej
przejście. W okolicy Rejowca
kilkakrotne silne bombardowanie
przez dywizjony niemieckie.
Jedynie dzięki rozproszeniu
oddziałów udaje się uniknąć
większych strat. Strącamy ogniem
broni maszynowej i ręcznej kilka
samolotów niemieckich. Właściwie
jest to bez znaczenia, ale
dodaje otuchy żołnierzom, którzy
widzą, że nie jesteśmy
bezbronni. Wśród wziętych do
niewoli lotników niemieckich po
raz pierwszy zobaczyłem kobietę.
Była radiotelegrafistką.
Maszerujemy dalej.

Doganiamy jednostki armii gen.
Dęba_biernackiego. Jadę do
niego, by uzgodnić działania.
Gen. Dąb_biernacki obejmuje
dowództwo nad całością wojsk.
Wydane przezeń rozkazy
nacierania we wszystkich
kierunkach, bez żadnej myśli
przewodniej, uważam za
całkowicie chybione. Proponuję
większe skoncentrowanie i
przebicie się przez linię
niemiecką, a dalej na jej tyłach
marsz na południe. Niestety, nie
zgadza się na zmianę wydanych
już rozkazów. Mam atakować
przeciwnika między Zamościem a
Tarnawatką. Kierunek
Suchowola_Krasnobród. 10.
Dywizja Piechoty odchodzi pod
dowództwem gen. Jana
Kruszewskiego, ja zaś otrzymuję
resztki brygad kawaleryjskich;
teoretycznie, gdyż są szeroko
rozrzucone w terenie i nawet
dobrze nie wiem, gdzie się
znajdują. Jedyny oddział, który
pod względem moralnym i
zaopatrzenia jest całkowicie w
porządku, to moja stara Brygada
Nowogródzka. Walczyć może także
Brygada Wołyńska oraz resztki
Brygady Kresowej i Brygady
Wileńskiej. Jest to właściwie
wszystko, czym faktycznie
dowodzę. Widzę, że dywizje gen.
Dęba_biernackiego są
przemęczone i niezdolne do
twardej walki. Jestem
przekonany, że Brygada
Nowogródzka otworzy lukę, którą
można będzie przeprowadzić
resztę wojska. Gen.
Dąb_biernacki w to nie wierzy.
Uprzedzam, że długo otwartej
luki trzymać nie zdołam, gdyż
oczywiście przybędą zaraz odwody
nieprzyjaciela i lotnictwo.
Trzeba piechotę skoncentrować
tuż za kawalerią i zaniechać
natarcia na Zamość.

Rozpoczynam akcję 22 września
po południu. Żołnierz bije się
wspaniale. O #/23#00
nieprzyjaciel jest pobity,
przejście wolne. Daję rozkaz do
marszu i przez radio zawiadamiam
inne oddziały.

Nie mamy benzyny. Dlatego
niszczymy samochody, tak
pancerne, jak osobowe. Tabory
przejść nie mogą, bo musimy się
posuwać na przełaj. Do dział
zaprzęgamy po cztery konie, gdyż
droga przez pola bardzo ciężka,
a konie zmęczone. Jadę konno ze
sztabem. Kiedy przekraczam szosę
Tomaszów_zamość, trafiam na
walkę oddziałów Wołyńskiej
Brygady Kawalerii z przybyłym
odwodem niemieckim. W walce na
granaty i bagnety Niemcy
rozbici, dużo jeńców.

Idziemy dalej. Walka na
przeprawach w Krasnobrodzie.
Wspaniały, niezmordowany 25.
Pułk Ułanów Wielkopolskich w
szarży otwiera przeprawę. Ginie,
niestety, prawie cały szwadron.
Pułk bierze jeńców i oswobadza
kilkuset Polaków wziętych do
niewoli. Odbito też szpital z
wieloma rannymi. Straty
niemieckie dość duże.

Niemcy naciskają ze wszystkich
stron. Trzeba ochraniać
skrzydła, a z tyłu słychać ogień
artylerii. Zatrzymujemy się
jednak na dłużej, by dać możność
spłynięcia w ślad za nami
większej ilości oddziałów.

Przychodzą meldunki, że 4.
Pułk Strzelców Konnych, który
utrzymał wywalczone przejście
przez szosę poniósł ogromne
straty i że prawie nie istnieje.
Rzeczywiście dołączają tylko
niedobitki. Nie odczuwa się
ruchu wojsk własnych za nami.

Otrzymujemy wiadomość, że Lwów
- zawsze bohaterski - broni się
i że Niemcy nie mogą go zdobyć.
Wojska sowieckie posuwają się
coraz bardziej w głąb Polski.

Nie mamy chwili do stracenia.
Trzeba bez zwłoki przebijać się
na południe. Jak na złość od
początku wojny ani kropli
deszczu. Piękna, słoneczna
pogoda. Suche lato. Niski poziom
wody w rzekach. Czołgi
niemieckie nie napotykają
żadnych przeszkód. Doskonała
widoczność dla lotnictwa
niemieckiego. Lotnictwo polskie
już prawie nie istnieje.

Jesteśmy więcej niż zmęczeni.
Od 1 września bez przerwy nocne
marsze, a dniem bitwy. Nie
zawsze natrafiamy na lasy, gdzie
można się ukryć. Oficerowie cały
czas jeżdżą wśród kolumn i budzą
śpiących żołnierzy. Prawie
niemożliwe jest zsiadanie z
koni, gdyż żołnierz natychmiast
zasypia i nie można go się
dobudzić. Wreszcie ogólna ulga:
zaczyna się chmurzyć i wszyscy z
radością odczuwają pierwsze
krople deszczu. Pada coraz
silniej. Przynajmniej chociaż
częściowo zabezpieczeni jesteśmy
od lotnictwa.

Ciągłe potyczki z tylnymi
oddziałami niemieckimi. Nabieram
wrażenia, że Niemcy jakby
wycofywali się na zachód. Tak
maszerujemy dzień za dniem, noc
za nocą.

Szosa Narol_lubaczów zajęta
przez silne oddziały niemieckie.
24 września dość silna walka
koło Płazowa. Musimy doczekać
nocy, żeby się przebić. Idziemy
w dwóch kolumnach. Oziębiło się
nagle. Zaczyna padać pierwszy
śnieg. Taje natychmiast, ale
robi się błoto, artyleria ledwo
się wlecze. Przezwyciężamy i tę
przeszkodę. Bocznymi drogami
maszerujemy dalej. Dochodzimy do
rejonu Horyniec.

Jeszcze koło Suchowoli
dołączył do nas por. Antoni
Bądzyński z 1. Pułku Strzelców
Konnych ze sztandarem pułku.
Opowiedział dzieje poddania się
grupy gen. Tadeusza Piskora, w
tym Brygady Motorowej płk.
Stefana Roweckiego,
późniejszego gen. Grota, dowódcy
Armii Krajowej. W lasach
zamojskich natknęliśmy się na
miejsce, gdzie się poddała 6.
Dywizja Piechoty gen. Bernarda
Monda, który już przedtem
namawiał nas przez swych
wysłanników do pójścia w jego
ślady. Wydaje się, że obie grupy
poddały się nieco przedwcześnie.
Gdyby dotrwali do naszego
przyjścia!

Postanawiam dalszy marsz w
kierunku na Jaworów_sambor.
Zmęczenie straszliwe. Konie
ledwo idą. Spodziewam się
spotkania z Niemcami na szosie
Jaworów_jarosław. Decyduję się
na marsz równoległy dwóch kolumn
celem wywalczenia przejścia na
południe. Maszeruję z prawą
kolumną. Wschodnią dowodzi płk
Grobicki. Raptem kolumna staje.
Posuwam się do czoła. Szperacze
meldują, że widzą Niemców
okopanych pod wsią Broszki na
szosie Jaworów_krakowiec. 26
września. Zaczyna świtać.

Pada pojedynczy strzał
niemiecki. Zaraz rozpocznie się
ogień karabinów maszynowych. Nie
ma gdzie zboczyć. Puszczam do
szarży obydwa czołowe pułki, 26.
i 27. ułanów. Niemcy są
całkowicie zaskoczeni, częściowo
wyrąbani, duża część batalionu
wzięta do niewoli. Dowództwo
niemieckie 28. Dywizji Piechoty
przysyła parlamentariuszy z
propozycją poddania się
twierdząc, że nie może być mowy
o przejściu dalej, gdyż cały
kraj jest zajęty przez wojsko
niemieckie i posuwające się na
zachód wojsko sowieckie.
Wreszcie proponują za oddanie
jeńców nieatakowanie nas z
własnej inicjatywy. Oddaję
jeńców, bo cóż mam z nimi robić,
tym bardziej, że nieprzyjaciel
broni się uporczywie w następnej
wsi Morańce. Mam dość poważne
straty.

Decyduję się na dalszy marsz.
Wiem już, że boczna kolumna płk.
Grobickiego, która szła na
Rogóżno musiała stoczyć walkę,
ale oddziały jej posuwają się
także na południe. Zmierzamy do
rejonu miejscowości Dernaki,
wyznaczonego na koncentrację
obydwu kolumn.

Niestety, Dernaki zajęli
bolszewicy. Jest już dobrze po
południu 26 września. Pada lekki
deszcz. Płk Grobicki wpadł w
zasadzkę, ranny dostał się do
niewoli. Płk Konstanty
Drucki_lubecki ciężko ranny.
Oddziały czołowe, spotkane
ogniem karabinów maszynowych i
armat, rozpoczynają walkę.
Decyduję się na natychmiastowy
dalszy marsz, starając się
przejść między wojskiem
sowieckim a niemieckim. Po
drodze ciągłe walki z oddziałami
sowieckimi. Świt 27 września.
Posuwamy się zbyt wolno. Jadę do
czołowego pułku. Okazuje się, że
winę ponosi płk Ludwik
Schweizer. Chwiejny i nie w porę
ostrożny, nie rozumiał, że tylko
szybkość marszu może nas
uratować. Dowódca brygady płk
Żelisławski zawiesił go w
czynnościach.

Natykamy się na poważne siły
sowieckie. Próbuję się z nimi
dogadać, żeby bez walki
przepuszczono nas na południe z
celem przejścia do Węgier. W tym
celu wysyłam jednego z
najlepszych moich oficerów, rtm.
Stanisława Kuczyńskiego, do
dowództwa sowieckiego. Niestety,
na próżno. Został doszczętnie
obrabowany i ledwie uszedł z
życiem. Prawie jednocześnie
bolszewicy rozpoczęli z góry już
przygotowany ogień artylerii.
Zagrały liczne karabiny
maszynowe. Pokazują się pierwsze
czołgi. Wywiązuje się walka. 9
Dywizjon Artylerii Konnej, który
był wzorem walk artylerii w
najtrudniejszych warunkach boju,
niezmiernie celnie wspierał
wszystkie działania. Przy pomocy
armatek przeciwpancernych
zniszczył sporo nacierających na
nas czołgów sowieckich.
Niestety, widać nawet gołym
okiem masy sowieckiego wojska
różnych rodzajów broni, które
przecinają nam dalszy marsz. 25.
Pułk Ułanów krwawi się,
osłaniając nasze skrzydło.

Widzę jasno, chociaż nie mogę
zrozumieć dlaczego, że nie
stworzono żadnego przyczółka w
tak dogodnym terenie, jak
pogranicze węgiersko_rumuńskie.
Już po wojnie dowiedziałem się,
że przyczółek taki przygotowano
na linii Dniestru, aby umożliwić
odejście wojska za granicę, ale
wkroczenie wojsk sowieckich na
jego tyły uniemożliwiło nam
uratowanie co najmniej 200_#300
tysięcy ludzi, którzy tak bardzo
przydaliby się potem na
Zachodzie.

Od tyłu coraz silniej
nacierają oddziały sowieckie.
Walka trwa. Artyleria
wystrzeliła ostatni pocisk.
Kończy się amunicja
małokalibrowa. Brak zupełnie
środków opatrunkowych. Konie od
dawna nie karmione i nie pojone.
Nie przebijemy się.

Nie ma innej rady, trzeba się
podzielić na mniejsze grupy i
starać się, korzystając z nocy i
lasów, przedostać na Węgry. Mało
szans i na to. Widzimy jasno, że
bolszewicy przedtem jeszcze
przygotowali sobie grunt.
Potworzyli bandy uzbrojone,
niebezpiecznie było wysyłać małe
patrole.

Rozkazy moje przyjęli wszyscy
dowódcy. Wyjątek stanowił 1.
Pułk Szwoleżerów, którego
dowódca płk Janusz Albrecht
oświadczył, że decyduje się
pójść na zachód i poddać
Niemcom. Stanowisko płk.
Albrechta było dziwne, stale
unikał bitew i wiecznie się
gdzieś gubił.

Grupa, z którą zdecydowałem
się przejść osobiście, składała
się z kilkunastu ludzi, m.in.
gen. Konstantego Plisowskiego,
rtm. Kuczyńskiego, rtm.
Władysława Zgorzelskiego, kpt.
Konstantego Koszutskiego, por.
Zbigniewa Kiedacza, rtm.
Olgierda Ślizienia, mego
ordynansa ułana Bronisława
Tomczyka i kilku innych.
Początkowo należał do grupy mjr
Sołtan, mój szef sztabu, ale
zgubił się w czasie przejścia
przez lasy. Wspaniały typ
oficera. Był mi niesłychanie
pomocny, podobnie jak i
oficerowie najwyższej klasy i
odwagi, których wyżej
wymieniłem.

Razem z kilkunastoma oficerami
i szeregowymi udało nam się
przejść między oddziałami
sowieckimi, w niektórych
miejscach o 1007m od
biwakujących żołnierzy. Dopiero
wtedy zdałem sobie sprawę, jaka
masa wojsk sowieckich znajdowała
się na tym terenie. Wszystkie
wsie, nawet chutory, zalało
wojsko bolszewickie. Przeszliśmy
koło Sambora i przy pomocy
doskonałych przewodników
wydostaliśmy się przez góry na
wysokości miejscowości Turka.
Ten marsz w nocy z 28 na 29
września był niezwykle trudny ze
względu na górzysty i zalesiony
teren.

Zatrzymaliśmy się w lesie, aby
dać nieco odpocząć zmordowanym
koniom, zamierzając pod wieczór
podjąć dalszy wysiłek. Wkrótce
zaobserwowaliśmy, że ze
wszystkich stron nadciągają
oddziały sowieckie. Musieli być
uprzedzeni i specjalnie
nastawieni na wyłapywanie
oddziałów polskich. Wobec
gęstego lasu i bagien nie do
przebycia dla koni, porzuciliśmy
je, a sami ukrywaliśmy się w
wertepach leśnych. Łańcuchy
żołnierzy sowieckich przeszły
koło nas zaledwie o kilka
kroków. Musiałem pilnować, ażeby
ktoś w podnieceniu nie
wystrzelił.

O zmierzchu ruszyliśmy na
południe. Gdyśmy omijali wieś
Zastówkę, zostaliśmy w ciemności
zaatakowani przez bandę,
widocznie mieszaną, żołnierzy
rosyjskich i partyzantów
ukraińskich. Rozpoczęła się
strzelanina, a nawet walka
wręcz. Jak wspaniała była w tej
chwili ta garstka Polaków!

Zostałem ranny, raz, a
następnie drugi. Czułem, że mam
nadwerężony krzyż. Bardzo silnie
krwawiła rana w biodrze. Nie
chcąc utrudniać dalszego marszu
kolegom prosiłem ich, by
zostawili mnie na miejscu.

Byłem zdecydowany nie oddać
się żywym w ręce napastników.
Ale moi towarzysze broni nie
chcieli o tym słyszeć. Z
większym trudem i poświęceniem
właściwie prawie nieśli mnie na
rękach. Dostałem krwotoku raz,
potem drugi. Dałem kategoryczny
rozkaz, żeby szli na Węgry.
Żegnam tych świetnych żołnierzy.





Więzienia







Od walk ku więzieniu





29 września rano postanowiłem
dowlec się do najbliższej wsi,
Jasionki Stasiowej. Pójdę na los
szczęścia. Pozostali ze mną,
mimo moich namów, rtm. Kuczyński
i ułan Tomczyk. Gdyśmy doszli do
wsi jeden z mieszkańców
natychmiast zawiadomił milicję,
a następnie oddziały sowieckie,
które wszędzie kwaterowały.
Zawieziono nas pod eskortą
samochodów pancernych przez
Turkę do Starego Sambora, do
dowództwa Czerwonej Armii.

Stwierdziliśmy po drodze, że
wsie są pełne wojska sowieckiego
wszystkich rodzajów broni. W
wielu miejscach, szczególnie
koło Turki, widać było setki
ludzi budujących fortyfikacje
polowe. Zdziwiło mnie, że były
one skierowane frontem na
północ, podobnie jak około 20.
dział ciężkiej artylerii, które
zauważyłem. Na moje zapytanie
major sowiecki bez ogródek
odpowiedział, że już od blisko
tygodnia są w tym terenie i że
mają rozbić i ewentualnie
wyłapać wszystkie oddziały
polskie, przedostające się z
północy na południe. Bolszewicy
nie chcieli dopuścić do
tworzenia wojska polskiego za
granicą i byli wtedy, po
dokonaniu nowego rozbioru
Polski, szczerymi
sprzymierzeńcami Niemiec.

Spotkałem się zresztą wtedy po
raz pierwszy z
charakterystycznym zdaniem:

- My i Niemcy jesteśmy obecnie
prawdziwymi przyjaciółmi i razem
pójdziemy przeciwko
kapitalizmowi światowemu. Polska
wysługiwała się Anglii i dlatego
musiała zginąć. Polski już nigdy
nie będzie. Niemcy dokładnie
zawiadamiają nas o ruchach
wszystkich oddziałów polskich,
które kierują się na Węgry lub
do Rumunii.

Stwierdziłem ogromną ilość
czołgów, samochodów pancernych
oraz artylerii. Wprawdzie
większość żołnierzy była źle
wyekwipowana, konie chude,
zabiedzone, pojazdy motorowe i
rynsztunek nie doczyszczone, ale
wojsko w całości przedstawiało
się o wiele lepiej aniżeli w r.
1920. Istniała dyscyplina i
posłuch dla dowódców. Pierwszy
raz zetknąłem się wtedy z
oficerami w niebiesko_czerwonych
czapkach. Wyjaśniono mi, że są
to oficerowie Nkwd. Od razu
można było zauważyć, że we
wszystkich budzą strach.

W Starym Samborze zaprowadzono
mnie do dowódcy armii
Tiuleniewa. Przyjął mnie w
otoczeniu co najmniej 20.
oficerów. Z miejsca wystąpił z
zarzutem, że się nie poddałem,
lecz że stawiałem opór i że
wskutek tego Armia Czerwona,
która po przyjacielsku weszła do
Polski, by ratować lud "od panów
i kapitalistów", straciła 18
czołgów i wielu "bojców"
(żołnierzy). Na moją uwagę, że
Sowiety złamały traktat i że bez
powodu najechały obszar Polski,
otrzymałem odpowiedź:

- Związek Sowiecki ma swoją
politykę.

Często potem miałem spotkać
się z takim argumentem.

Tiuleniewa interesowało, gdzie
są nasi żołnierze i gdzie
pochowano sztandary, dlaczego
oddziały polskie niszczą broń i
nie chcą się poddawać Czerwonej
Armii, po co starają się
przedostać na Węgry i do
Rumunii, czemu Polska jest
"agentem" Anglii, itp. Pokazał
mi przy tym jedyny sztandar,
jaki udało im się zdobyć.
Sztandar był bardzo piękny,
haftowany złotem i srebrem, więc
upierał się, że musiał należeć
do jakiegoś wyborowego oddziału.
Okazał wielkie niezadowolenie,
gdy mu wyjaśniłem, że jest to
sztandar prowincjonalnej grupy
weteranów powstania śląskiego.

Musiałem wysłuchać wykładu,
który wprawdzie był bardzo
długi, ale zawierał interesujące
wyznania, jak:

- że zawarty traktat przyjaźni
z Niemcami jest wieczysty i że
przez to panowanie nad światem
osiągną tylko bolszewicy i
Niemcy;

- że Rosja Sowiecka pomoże
Niemcom pobić Anglię i Francję,
żeby raz na zawsze skończyć z
największym wrogiem Rosji
Sowieckiej, Anglią;

- że nie liczą się wcale z
wejściem do wojny Stanów
Zjednoczonych, gdyż nie
dopuszczą do tego przez swoje
organizacje komunistyczne;

- że polityka Związku
Sowieckiego jest najmądrzejsza a
Stalin jest geniuszem;

- że Związek Sowiecki jest
znacznie potężniejszy od
Niemiec.

Dyskusja, która się wywiązała
między nami, była bezcelowa.
Najbardziej oczywiste, zdawałoby
się, argumenty nie trafiały mu
do przekonania. Wszystko w
Związku Sowieckim było najlepsze
i wszystkiego było bardzo dużo
("mnogo, mnogo"). Choć rozmowa
miała przebieg dość przyzwoity,
zrobiła jednak na mnie
przygnębiające wrażenie, a jasne
było, że otoczenie zgadza się
całkowicie z wywodami towarzysza
Tiuleniewa. Z takim mniej więcej
ujęciem spotykałem się na każdym
kroku.

Na moją prośbę Tiuleniew
obiecał odesłać mnie do szpitala
we Lwowie, gdyż poruszałem się z
wielkim trudem, a rany krwawiły
i bardzo mi dokuczały.

W jednym z pokojów, dokąd mnie
następnie wprowadzono, spotkałem
szereg moich oficerów, m.in.
gen. Plisowskiego, ppłk. Pająka
(dowódcę 27. Pułku Ułanów), jego
zastępcę mjr. Karola Rudnickiego
(brata późniejszego dowódcy 1.
Dywizji Pancernej), wreszcie
mojego przyjaciela mjr. Adama
Sołtana i rtm. Ślizienia. I tam
nie dano nam spokoju. Musieliśmy
wysłuchać kilkugodzinnego
wykładu propagandowego komisarza
armii o mądrości i wszechpotędze
Związku Sowieckiego i o złej
polityce Polski, którą mogło
uratować tylko przyłączenie się
do Związku Sowieckiego.

Tegoż dnia odesłano mnie do
szpitala w Stryju, gdzie
założono mi pierwszy właściwie
opatrunek. Na drugi dzień rano
przyjechał autobus z grupą
naszych oficerów pod silną
eskortą. Pojechałem razem z nimi
i 1 października po południu
przybyliśmy do Lwowa.

We Lwowie zatrzymaliśmy się
koło hotelu "George'a", gdzie
pozwolono nam kupić nieco
chleba. Nie chciano słyszeć o
pozostawieniu mnie w szpitalu,
twierdząc, że władza dowódcy
armii Tiuleniewa tu nie sięga.
Samochód ruszył przez miasto w
kierunku na Tarnopol i... czy
nie wierzyć teraz przeznaczeniu?
Samochód zepsuł się przed
wyjazdem z miasta na
Łyczakowskiej. Po długich
naradach telefonicznych
zdecydowano zawrócić nas do
komendy miasta, by innym
samochodem następnego dnia
wyruszyć dalej. Umieszczono nas
wszystkich w maleńkim pokoiku.
Krzyczę, że krwawię, że w ogóle
nie mogę się ruszać i w końcu
uzyskuję zgodę na przewiezienie
mnie wraz z moim ordynansem
Tomczykiem do szpitala. Wiezie
mnie enkawudysta z rewolwerem w
ręku. Jedziemy od szpitala do
szpitala, wszędzie brak miejsca,
wreszcie umieszczają mnie za
pokwitowaniem w szpitalu
wojennym na Łyczakowie. To
zdecydowało, że nie zostałem
wywieziony do obozu i że nie
podzieliłem losu moich kolegów w
Katyniu.

W szpitalu byli jeszcze nasi
lekarze i siostry. Znalazłem
należytą opiekę znanego chirurga
ppłk. Adama Sołtysika oraz jego
personelu. Opowiedziano mi o
wkroczeniu Armii Czerwonej do
Polski, o kłamstwach, o masowych
aresztowaniach. Jednocześnie
pokazano mi odezwę dowódcy
frontu Timoszenki do żołnierzy
polskich z wezwaniem do
mordowania oficerów.
Dowiedziałem się także o
szczegółach obrony Lwowa. O
wejściu bolszewików, o rabowaniu
majątku nie tylko prywatnego,
ale i państwowego, o coraz
silniejszym przenikaniu NKWD we
wszystkie dziedziny życia, o
wielkiej rzeszy uchodźców, która
po zapoznaniu się z
rzeczywistością sowiecką mimo
wszystko chce wracać pod
okupację niemiecką.

PO pewnym czasie władze
sowieckie postanowiły
przeznaczyć szpital wojskowy
przy Łyczakowskiej wyłącznie dla
żołnierzy sowieckich. Rannych i
chorych Polaków przeniesiono do
innych szpitali. Ja dostałem się
do szpitala Kasy Chorych przy
Kurkowej. Chociaż i ten szpital
znajdował się pod ścisłym
nadzorem bolszewików, ale
panowała w nim znacznie większa
swoboda. W szpitalu przychodziło
do mnie wielu ludzi, przyjaciół,
znajomych, a czasem zupełnie
obcych. Otrzymywałem informacje
o tworzących się organizacjach
podziemnych. Wszyscy byli do
głębi przejęci nieszczęściem
Polski, nikt jednak nie upadał
na duchu. Wierzono mocno, że w
końcu Niemcy i Rosja Sowiecka
zostaną pobite. Ufano przede
wszystkim potędze Anglii.
Wyrażano przekonanie, że Ameryka
wejdzie do wojny.

Ileż w tym czasie krążyło
plotek! Jedne mówiły, że tworzy
się milionowa armia w Syrii,
która ma uderzyć na Kaukaz.
Inne, że lada dzień rozpocznie
się ofensywa francuska. Albo że
Włosi znajdą się po stronie
sojuszników, że niektóre
oddziały włoskie są już w
Rumunii.

Zrównanie złotego z rublem
sowieckim spowodowało ogromną
zwyżkę cen. Rabunki i grabieże,
organizowane zarówno przez
władze okupacyjne, jak
indywidualnie, podkopywały
całkowicie zaufanie. Szczególnie
trudne było położenie tych, co
uciekając przed Niemcami
znaleźli się z niewielką ilością
zabranych rzeczy, z małymi
oszczędnościami, w
przeludnionych miastach. Rzesze
uchodźców kierowały się na
zachód, w celu wydostania się
spod opieki sowieckiej.

Bolszewicy coraz silniej
organizowali ochronę graniczną,
szczególnie granicy rumuńskiej i
węgierskiej. Codziennie
przewożono przez Lwów dziesiątki
wagonów z naszą młodzieżą, którą
złapano przy przejściu granicy.
Nieszczęśliwi, stłoczeni w
zaplombowanych wagonach, wyli z
głodu, pragnienia i zimna.
Chociaż straże sowieckie
strzelały do podchodzących do
wagonów, jednak ludność Lwowa z
narażeniem życia starała się im
pomóc kawałkiem chleba lub
odzieżą. Wszystkie wagony
kierowano na wschód.

22 października 1939
przeprowadzono tzw. wybory. Już
sam fakt wyborów był bezprawiem,
gdyż odbywały się na siłą
zagarniętych terenach pod
naciskiem obcych bagnetów i
terrorem NKWD. Można było
głosować wyłącznie na
wyznaczonych kandydatów, których
olbrzymia większość rekrutowała
się z obywateli Związku
Sowieckiego, członków partii
bolszewickiej, sprowadzonych na
okupowany teren często wyłącznie
tylko na okres wyborów. Poza tym
urny wyborcze były pod opieką
komitetów komunistycznych i
agentów NKWD. Najdobitniej
scharakteryzował to stary Żyd z
Wiśniowca, w którego oberży
zatrzymywałem się kilkakrotnie
podczas manewrów, a który
odwiedził mnie w szpitalu:

- Ja panu powiem. U nas w
miasteczku kazali nam głosować
na dwóch kandydatów komunistów,
których nikt nie znał. Umówiłem
się z całą moją rodziną i
wieloma znajomymi, że wrzucimy
białe kartki. Może oni się
wystraszyli, ale ja na pewno
wrzuciłem kartkę białą. A
tymczasem obydwaj kandydaci
zostali wybrani jednogłośnie. W
urnie nie znaleziono ani jednej
białej kartki.

W szpitalu, mimo najbardziej
troskliwej opieki, ranni
umierali w nieoczekiwanie
wielkiej ilości. Nigdy jeszcze
do tej pory nie widziałem tylu
zakażeń od odłamków pocisków
niemieckich. Lekarze
zastanawiali się, czy nie było w
nich substancji trującej.

Zaniepokoiło mnie
zainteresowanie władz sowieckich
moją osobą. Różni dygnitarze
odwiedzali mnie coraz częściej,
aż zjawił się komendant miasta
gen. Iwanow, wraz z kilkoma
enkawudystami. Odbyła się długa
rozmowa polityczna. Wystąpił z
propozycją tworzenia rządu
polskiego pod opieką sowiecką.
Całość wyglądała niewyraźnie i
mglisto. Nie mogłem zrozumieć,
dlaczego Sowiety myślą o
stworzeniu rządu polskiego, bo
nie wiedziałem, że według
pierwszej umowy
sowiecko_niemieckiej, Sowiety
miały otrzymać ziemie polskie do
Wisły. Przypuszczałem, że chodzi
im jedynie o dywersję w stosunku
do naszego legalnego rządu,
który działał w Paryżu w nowym
składzie, utworzony przez gen.
Sikorskiego.

Po wielokrotnych długich
rozmowach zaproponowano mi
wstąpienie do Armii Czerwonej,
robiąc jednocześnie daleko idące
obietnice osobiste:

- Damy panu stanowisko
komandarma (dowódca armii).

Odmówiłem.

- Niech się pan dobrze
zastanowi; my jeszcze o tej
sprawie pomówimy.

Nie wiedziałem, czy miała to
być groźba, w każdym razie
zorientowałem się, że muszę jak
najszybciej opuścić szpital i
zniknąć.

Chodzić jeszcze nie mogłem,
gdyż kula nie wyjęta z uda i
rany dokuczały. Niepodobieństwem
było ryzykowanie w tych
warunkach ucieczki na Węgry czy
do Rumunii. Ukrywanie się we
Lwowie należało do rzeczy bardzo
trudnych. Postanowiłem
przedostać się pod okupację
niemiecką i po przyjściu do
zdrowia starać się o wydostanie
na Węgry przez Słowację. Znałem
niemiecki, nadto liczyłem na
mojego byłego podkomendnego w
kampanii r. 1919 i 1920, obecnie
inspektora straży granicznej,
który pełnił służbę na granicy
słowackiej. Przygotował nawet
fałszywe dokumenty. Mieliśmy
jechać do Zakopanego, a stamtąd
dalej.

Tymczasem dziesiątki tysięcy
ludzi czekało pod gołym niebem
na urzędowo wyznaczonych
przejściach na możność
przedostania się pod okupację
niemiecką. Bolszewicy kilka razy
na krótko otwierali granicę.
Rozeszły się także pogłoski, że
wszyscy ciężko ranni, urodzeni
na terenach okupacji
niemieckiej, mają tam powrócić.
Zaczęto przygotowywać
transporty. Wobec tego, że byłem
osiem razy ranny, udało mi się
uzyskać świadectwo inwalidzkie.
Komisarz szpitala robił wrażenie
spokojnego i życzliwego
człowieka. Otrzymał ode mnie
pieniądze na przekupienie
niektórych urzędników i
przeprowadził wpisanie mnie, a
także kilkunastu polskich
oficerów, na listę transportu.

Koło połowy października udało
mi się wysłać meldunek do gen.
Sikorskiego do Paryża o sytuacji
ogólnej w Małopolsce Wschodniej.
Potrafiłem także zalecić
wzburzonej młodzieży lwowskiej
spokój i rozwagę w postępowaniu.
Uwięziono całą Radę Miejską i
wszystkich członków organizacji
społecznych. Aresztowania
przeprowadzano w nocy w
mieszkaniach i na ulicach;
ofiarą ich padali przede
wszystkim urzędnicy. Więzieni
byli również sędziowie,
następnie lekarze, adwokaci,
księża katoliccy. Część Żydów,
szczególnie młodzież, która od
początku ostentacyjnie i
radośnie witała wkraczające
wojsko sowieckie, zaczęła
współpracować z NKWD. Milicja
tworzona z mętów społecznych,
wysługując się nowym władzom
wskazywała wszystkich
niewygodnych dla r~egime'u
sowieckiego.

W pierwszych dniach listopada
otrzymałem wiadomość, że jeden z
moich kolegów, gen. Mieczysław
Boruta_spiechowicz jest we
Lwowie, że należy do tajnej
organizacji i że pragnie się ze
mną zobaczyć. Po kilku dniach
rzeczywiście przyszedł do mnie.
Był w czarnych okularach,
rozmawialiśmy szeptem po
francusku. Poinformował mnie o
pracach w organizacji, a także o
tym, że dla otrzymania ważnych
dyrektyw idzie jako kurier przez
Węgry do Paryża celem spotkania
się z gen. Sikorskim. Nie bardzo
rozumiałem dlaczego idzie
osobiście, a nie stara się
wysłać innego kuriera i
pozostawia swoją placówkę.
Poinformowałem go o moim planie
i prosiłem o przekazanie go gen.
Sikorskiemu. Ustaliliśmy w
sposób najbardziej uroczysty, że
bez względu na to co się stanie,
a szczególnie w wypadku gdyby
jeden z nas został aresztowany,
fakt pobytu gen. Boruty u mnie w
szpitalu ma zostać zupełną
tajemnicą. Uzgodniliśmy między
sobą, że ostatni raz widzieliśmy
się przed wojną w Warszawie.
Wspominam o tym, gdyż później
miałem z powodu naszego
spotkania wiele kłopotów.

Ucieszyłem się bardzo, kiedy
odwiedził mnie w szpitalu płk
Bronisław Rakowski, były dowódca
12. Pułku Ułanów w mojej
brygadzie i mój osobisty
przyjaciel. Od niego
dowiedziałem się dokładnie o
bohaterskiej obronie Lwowa i o
zachowaniu się bolszewików po
wejściu do miasta. Wbrew
zawartej umowie w oszukańczy
sposób zaaresztowali kilka
tysięcy naszych oficerów i
wywieźli ich na wschód. Płk
Rakowski towarzyszył gen.
Langnerowi w przelocie do Moskwy
na rokowania. Wiele obiecano,
ale nic nie dotrzymano. Część
nazwisk tych oficerów
zidentyfikowano potem w Katyniu,
reszta była w Starobielsku, a od
r. 1940 zaginął o nich wszelki
słuch.

Niespodzianką były dla mnie
odwiedziny w szpitalu rtm.
Zgorzelskiego i por. Kiedacza.
Okazało się, że po rozstaniu ze
mną, gdy zostałem ranny, doszli
pieszo do samej granicy
węgierskiej. Zostali zaskoczeni
w czasie snu i wywiezieni do
obozu w Szepietówce, skąd cudem
wraz z kpt. Koszutskim udało im
się uciec. Idą zieloną granicą
do Francji. Ale nie chcą sobie
odmówić pożegnania ze mną i
zawiezienia wiadomości ode mnie.
Szczęść wam Boże, wspaniali
chłopcy!

Tymczasem transport się
organizował. W przeddzień
odjazdu komisarz szpitala
wręczył mi papiery, na których
podstawie mogłem wyjść ze
szpitala. Radził mi jednak
jechać transportem, gdyż według
jego opinii - było to zgodne z
prawdą - przeszło 20.000 ludzi
oczekiwało już na przekroczenie
granicy w fatalnych warunkach.
Pokazał mi też pismo władz
niemieckich, wyrażających zgodę
na przyjęcie transportu ciężko
rannych.

W pierwszych dniach grudnia
1939 pojechaliśmy do Przemyśla.
Eskorta sowiecka była stosunkowo
mała. W Przemyślu zwodzono nas z
dnia na dzień. Nie opuściliśmy
nawet na chwilę pociągu, w
obawie by nie ruszył
niespodziewanie.

Pewnego dnia wysoko na niebie,
jak mały punkcik, pokazał się
samolot. Nasi żołnierze wmówili
na kpiny w straże sowieckie, że
jest to samolot angielski, który
nie ma prawa tu przelatywać i że
trzeba do niego strzelać. Kilku
żołnierzy sowieckich ze
zwyczajnych karabinów zaczęło
strzelać na odległość 3 do
47km i wnet rozpoczęła się
kanonada zarówno na stacji jak w
mieście. Władzom sowieckim nie
udało się uspokoić strzelaniny,
aż do chwili zniknięcia
samolotu.

Staliśmy na stacji w Przemyślu
blisko tydzień. Warunki stawały
się coraz gorsze: nieład, brud,
brak wody i żywności. Dałem się
namówić i pojechałem do
mieszkania pp. M., u których
wreszcie mogłem się umyć i
odpocząć.

Po kilku dniach przyszła tzw.
zupełnie pewna wiadomość, że
pociąg rusza na drugi dzień o
świcie, ale wszyscy już
wieczorem mają się znaleźć w
pociągu. Poczułem coś
niedobrego; wszędzie dużo NKWD,
wzmocnione straże. Po pewnym
czasie zjawili się enkawudyści i
oświadczyli, że wszyscy
oficerowie muszą jeszcze raz
wypełnić swoje formularze na
komendzie miasta, gdyż bez tego
nikt nie będzie mógł wyjechać,
przy czym zaręczyli słowem
honoru, że za godzinę będziemy
mogli wrócić. Nalegali, żebym
wobec ciasnoty i niewygody w
wagonie przenocował w pobliskim
szpitalu. Moje protesty nic nie
pomogły. Oczywiście pojechaliśmy
do urzędu NKWD, gdzie przy
przesłuchaniu zadawali setki
głupich, zupełnie nieistotnych
pytań.

Wreszcie późno w nocy udaliśmy
się do szpitala. Przed pokojem
warta, która towarzyszy nawet do
ustępu. Dwóch krasnoarmiejców z
wycelowanymi karabinami czeka,
póki się stamtąd nie wyjdzie.
Coraz gorzej. Rano przychodzą
enkawudyści oświadczając, że
pociąg za chwilę odjeżdża. PO
drodze zatrzymujemy się
kilkakrotnie i do autobusu
dołączają grupy oficerów z
pociągu, tych co mieli wypełniać
formularze. Wszyscy są pobici i
ograbieni; trzymano ich w
piwnicach, bez wody i jedzenia.
Ładują ich do naszego autobusu
wraz z silną strażą, która
wesoło sobie podkpiwa z burżujów
wracających do Polski. Samochód
rusza w kierunku Lwowa. Po
drodze widzę grupy naszych
żołnierzy z pociągu, niosących
chleb. Przez okno daję znaki
kilku znajomym, w tej liczbie
ppor. Wacławowi Zielińskiemu.
Ruszamy. Czuję, że zaczyna się
nowa karta mojego życia: jestem
w szponach NKWD, nowego
wcielenia słynnej Czeki i Gpu.

19 grudnia 1939,
kilkunastostopniowy mróz, pola
częściowo pokryte śniegiem.
Jedziemy dużym autobusem,
zarekwirowanym przez bolszewików
gdzieś we Lwowie czy Przemyślu.
Kilkunastu jadących ze mną
oficerów jest pilnowanych przez
kilkunastu enkawudystów z
karabinami i z rewolwerami.
Wszyscy oficerowie w bandażach
bądź o kulach, bądź z rękami na
temblakach. Większość chciwie je
chleb, który nam dano na drogę.
Mijamy wsie i miasteczka pełne
żołnierzy sowieckich. Widać
oddziały kawalerii sowieckiej
posuwającej się przez pola.
Serce boli patrzeć na
wychudzone, źle utrzymane konie,
razi brudny, niechlujny
rynsztunek.

Wjeżdżamy do Lwosa. Co za
smutny widok! Sklepy rozbite,
puste, tylko w jednym na
wystawie kilka kapeluszy. Nie
kończące się ogonki przed
sklepami spożywczymi. Gdzie ten
piękny, czysty, roześmiany Lwów!

Nastrój ludności ponury. Pełno
NKWD i żołnierzy na ulicach.
Ulice i chodniki zaśnieżone,
brudne, śnieg nie zgarnięty,
wrażenie okropne.





Przesłuchanie

w NKWD we Lwowie





Wożą nas długo po ulicach
Lwowa, aż wreszcie samochód
staje przed willą, ongi jak
widać, ładnie utrzymaną, obecnie
zapuszczoną, z porozbijanymi
szybami. Przeprowadzają nas
wszystkich do piwnicy z jednym
maleńkim, zakratowanym oknem.
Wewnątrz dwa czy trzy połamane
krzesła i trochę słomy. Przez
trzy dni kolejno wzywają nas na
górę, gdzie spisują najbardziej
szczegółową ewidencję. Nie tylko
curriculum vitae, ale i jakich
się ma znajomych, gdzie są, co
robią. Przesłuchują oficerowie
NKWD, smarkacze po 20 lat,
wyśmiewają Polaków, powtarzają
te same argumenty, któóre
słyszałem w sztabie sowieckiej
armii Tiuleniewa. Stawiają
zarzuty, że trzeba było
wszystkie fabryki przenieść na
wschód, przepędzić całe bydło,
itd., gdyż lepiej żeby to
dostało się do rąk sowieckich.
Wisła ma być granicą Niemiec i
Rosji Sowieckiej. Polska już
nigdy nie powstanie. Trzeba mieć
poczucie rzeczywistości, gdyż
przyjaźń niemiecko_sowiecka jest
wieczna, a przy pomocy Sowietów
Niemcy rozbiją Francję i Anglię.

Po trzech dniach przewieziono
mnie do głównego lokalu NKWD
przy Pełczyńskiej 1. Wiele
godzin musiałem siedzieć na
korytarzu pod strażą, gdyż NKWD
zaczyna działać dopiero po
#/22#00. Od tej godziny do
#/6#00 przesłuchiwało mnie po
kolei kilku tzw. sędziów
śledczych, wytaczając różne
zarzuty.

A więc zdradą międzynarodowego
proletariatu było, żeśmy
walczyli przeciwko bolszewikom w
latach 1918_#1920 i że nie
pozwoliliśmy już wtedy na
opanowanie przez nich Europy.
Przestępstwem było, że Polacy w
chwili wejścia wojsk sowieckich
do Polski we wrześniu 1939 dalej
stawiali opór. Przestępstwem
było, że Polska zawarła sojusz z
Wielką Brytanią i że wierzy w
jej zwycięstwo. Mnie osobiście
zarzucano, że biłem się we
wrześniu z wojskami sowieckimi,
że wojska sowieckie poniosły w
tych walkach duże straty w
ludziach i rozbitych czołgach.
Muszę być szpiegiem, gdyż nie
zgodziłem się ani na tworzenie
rządu polskiego, ani na
wstąpienie do armii sowieckiej.
Organizowałem ruch podziemny we
Lwowie, skierowany przeciwko
Sowietom.

Oburzano się na mnie, gdy
twierdziłem, że polityka
sowiecka jest błędna, że błędem
jest gnębienie i niszczenie
polskości, że przyjaźń Sowietów
z Niemcami jest chwilowa i że
prędzej czy później nastąpi
między nimi wojna. Pytano mnie
szyderczo, w jaki sposób wojna
taka mogłaby wybuchnąć, skoro
Niemcy są zaangażowane na
Zachodzie i wiedzą, że Związek
Sowiecki jest potężny, że
rozporządza olbrzymią ilością
czołgów i samolotów i że od
wielu lat jest całkowicie do
wojny przygotowany. W dalszym
ciągu zapytywano mnie z
uśmiechem, w jakim kierunku
pójdzie natarcie niemieckie.
Narysowałem wtedy na papierze
kolorowym ołówkiem, jak
przewiduję rozwinięcie się
ofensywy niemieckiej. (Ten
nieszczęsny rysunek spowodował
dla mnie w przyszłości przykre
następstwa.) Ciągle operowano
argumentem, że posiadają dowody
moich rzekomych win, ale nie
umiano mi przedstawić ani
jednego faktu.

- My wszystko wiemy, ale wy
musicie sami się do tego
przyznać, opowiedzieć.

Wyczuwałem, że ci mało
inteligentni ludzie posługują
się z góry ułożonym szablonem.

O #/6#00 zaprowadzono mnie do
luksusowo urządzonego gabinetu
szefa NKWD, płk. Krasnowa. Było
tam obecnych co najmniej
kilkunastu osobników w mundurach
NKWD i po cywilnemu. Oświadczył
mi, że jestem aresztowany za
najbardziej istotne i groźne
przewinienia wobec Związku
Sowieckiego, a uratować mnie
może tylko zgoda na wstąpienie
do Armii Czerwonej i złożenie
odpowiedniego podania. Rzecz
prosta, odmówiłem. Wyjaśniłem,
że ledwo chodzę o kulach, że
byłem przez cały czas we Lwowie
w szpitalu pod obserwacją władz
sowieckich i że muszę być
traktowany przynajmniej jako
jeniec wojenny. Oczywiście nie
odniosło to żadnego skutku;
zawieziono mnie do więzienia
lwlwskiego dla przestępców
pospolitych pod nazwą Brygidki.





Cela w Brygidkach





Umieszczono mnie w szpitalu
więziennym, gdzie znalazłem
kilku znajomych, m.in.
lekarza_okulistę, generała w
stanie spoczynku Teodora
Bałabana, pułkownika w stanie
spoczynku Langa, mjr.
Jodkę_narkiewicza i członka
Rady Miejskiej, Rybczyńskiego.
Dowiedziałem się, że we Lwowie
aresztowano wszystkich oficerów
w stanie spoczynku; podano mi
przeszło setkę znajomych
nazwisk. W ogóle przeprowadzono
aresztowania na szeroką skalę,
ludzie ginęli po nocach. Już
wtedy wiedziano o straszliwym
znęcaniu się podczas śledztwa.
Bito i torturowano
średniowiecznymi sposobami,
często aż do śmierci. Katowano
zarówno mężczyzn, jak kobiety i
małoletnią młodzież.

Cele więzienne były
przepełnione. W celach
przeznaczonych dla 10_#12 osób
umieszczano po 100 i więcej.
Warunki były okropne. Brud,
robactwo, brak wody nie tylko do
mycia ale nawet do picia,
głodowe racje żywnościowe. W
tych warunkach szpital
więzienny, gdzie każdy miał
łóżko i gdzie co dzień
otrzymywano chleb, coś w rodzaju
herbaty i tzw. zupę, był
prawdziwą oazą.

Niestety, po kilku dniach,
jeszcze przed 1 stycznia 1940, w
nocy wpadło kilku enkawudystów;
wyciągnęli mnie z łóżka i
zaciągnęli do innego bloku, do
celi pojedynczej. Zachowywali
się z całą brutalnością. Kiedy
szedłem z trudem po schodach,
zostałem umyślnie potrącony i
nie mogąc się utrzymać na
kulach, spadłem na dół.
Powtarzało się to na każdym
piętrze. Byłem silnie potłuczony
i poraniony. Cudem nie połamałem
rąk i nóg. Przechodziłem przez
wiele zakratowanych drzwi, aż
wreszcie wepchnięto mnie do
małego pokoiku z rozwalonym
piecem, zakratowanym oknem, bez
szyb.

Nie dano mi mojego ubrania.
Miałem na sobie tylko cienki
drelich. Zima tego roku była
wyjątkowo sroga. Mróz
przekraczał 30) C. Wstawiono
mi jeden kubeł z wodą, która
natychmiast zamarzła, drugi do
załatwiania potrzeb. Co dwa,
trzy dni wrzucano mi kawałek
chleba i wsuwano talerz
obrzydliwej lury. W ciągu ośmiu
tygodni, które tam spędziłem,
jeden raz tylko opuściłem celę.

Po sześciu tygodniach zjawił
się sędzia śledczy; złożyłem na
jego ręce protest przeciw
zachowaniu się władz więziennych
i przeciw warunkom, w których
pozostawałem. Pokazałem
odmrożone, zaropiałe policzki,
ręce i nogi. Wskazałem, że rany
nie pozwalają mi się nawet
ruszać. Stwierdziłem, że nikt
nie zwraca uwagi na moje
wołanie, że ani razu nie był u
mnie lekarz. Zażądałem zwrotu
ubrania, zabezpieczenia okna i
choćby codziennej dawki chleba.
Musiałem podpisać tzw. nakaz
aresztowania, po czym dopiero
obiecał załatwić moje żądania.

Jeszcze raz sędzia spytał
mnie, czy zgadzam się na
podpisanie oświadczenia o
wstąpieniu do Armii Czerwonej.
Odmówiłem. Wyszedł wściekły,
grożąc, że zgniję w tej celi.

I znowu przez długie tygodnie
wszystko pozostało po dawnemu.
Żyłem w przekonaniu, że koniec
mój się zbliża. Pomimo
odporności organizmu bardzo
wychudłem. BYłem tak osłabiony,
że nawet nie czułem bólu z ran i
odmrożeń. Myślę, że w tych
warunkach nie przetrzymałbym
więcej niż dwa tygodnie. Żadne
stukanie i wywoływanie straży
więziennej w dalszym ciągu nie
odnosiło skutku.

Za to co kilka dni w nocy
wpadało kilku enkawudystów i
przeprowadzało jak najbardziej
szczegółową rewizję celi i
osobistą. Śmieszne, że nie mogli
znaleźć gwoździa, który można
było wyjmować z podłogi oraz
30_rublowego banknotu, który
leżał w kubku na samym wierzchu.
Za to rewizje we wszystkich
otworach ciała przeprowadzano
jak najbardziej fachowo i
brutalnie. Nie darowano także
mojej długiej, wyrosłej w
więzieniu brodzie, która -
pełnej ropy ściekającej z
odmrożonych policzków - zamarzła
na kość. Bito mnie przy tym i
kopano.





Do Moskwy





Niespodziewanie 29 lutego 1940
otworzono celę, przyniesiono mi
ubranie i przeprowadzono do
kancelarii więziennej. Oddano mi
także moją walizeczkę, a kiedy
zapytałem o zegarek i pieniądze,
odpowiedziano:

- Zostanie wam przesłane.

Jasne, dokądś wywożą.

Pojedynczo pakują nas do
samochodów_więźniarek. Pod
eskortą enkawudystów jedziemy na
dworzec kolejowy. Pieszo, z
trudem przedzieramy się przez
różne boczne wyjścia i torem
kolejowym dochodzimy do pociągu,
gdzie wpychają mnie do
specjalnego wagonu, tzw.
stołypinki. Jest to wagon
więzienny. Cele w większości
pojedyncze, bez okien, z
zakratowanymi drzwiami. Jestem
znów sam. Muszę siedzieć koło
samych drzwi, żeby stojący na
korytarzu wartownik łatwo mógł
obserwować każdy mój ruch. Jest
tu bez porównania cieplej niż w
celi. Zresztą mam swoje ubranie.
Codziennie dają ok. pół 7kg
chleba, kawałek śledzia i dwa
razy dziennie gorącą wodę, która
udaje herbatę. Zaczynają mnie
boleć odmrożenia, bo ropa pod
wpływem ciepła taje. Raz
dziennie prowadzą mnie do
wygódki wagonowej. Wody do mycia
nie ma. Przechodząc przez
korytarz orientuję się, że
jedziemy na wschód w kierunku na
Kijów. Obok w ogólnym przedziale
słyszę głosy kobiet mówiących po
polsku. Potem kierunek się
zmienił i po dziesięciu dniach
znaleźliśmy się na miejscu.

Znowu ładują każdego
oddzielnie do samochodu (tzw.
czornyj woron). Samochód bez
okien, w środku mała lampka
elektryczna. Każdy siedzi w
maleńkiej, tak ciasnej celi, że
niepodobna się ruszyć. Nie wiem
dokąd jedziemy. Dochodzą tylko
odgłosy ruchu na ulicy.
Przypuszczam, że to Moskwa.





Medalik z Matką Boską





Każą mi wysiadać na
dziedzińcu. Wyraźnie dziedziniec
więzienny. Prowadzą po wielu
zakamarkach. Kilkakrotne
rewizje. Przy pierwszej rewizji
zabierają wszystkie rzeczy wraz
z walizką. Zostawiają tylko koc,
mydło, szczotkę do zębów i
kubek. Ubranie, buty - wszystko
pocięte i poprute. W pewnej
chwili znajdują medalik z Matką
Boską. Zbierają się w kilkunastu
nad medalikiem. Śmiech
grubiański:

- No, zobaczymy, czy ci ta
k... pomoże w sowieckim
więzieniu.

Medalik rzucony na ziemię i
zdeptany nogą. Do dziś dnia nie
mogę się otrząsnąć z wrażenia.
Później w więzieniu często śnił
mi się ten medalik. Ciągle
widziałem twarzyczkę Matki
Częstochowskiej, najczęściej
podobną do św. Teresy. Czułem
Jej ciągłą opiekę nad sobą. Im
więcej słyszałem koło siebie
śmiechu bezbożników, tym głębiej
utrwalała się wiara w Boga.
dodawała mi siły do zwalczania
słabości ludzkich w tych
ciężkich dla mnie chwilach.

Wreszcie wchodzę do celi bez
okien, dość silnie oświetlonej.
Stoi w niej łóżko z siennikiem
oraz maleńki przyśrubowany do
podłogi stolik. Miejsca na
poruszanie się nie ma. Można
tylko siedzieć. Dostaję herbatę
z dwiema kostkami cukru i
kawałek chleba, po czym przwadzą
do łaźni. Tam fryzjer ścina mi
włosy i brodę. Idę pod prysznic.
Co za rozkosz. Nareszcie po
kilku miesiącach można się umyć,
obmyć rany. Po kąpieli
posmarowano mi odmrożone miejsca
jakimś tłuszczem. Po powrocie
dostaję cienką, rozwodnioną
zupę, która jednak jest gorąca.
Jest nawet drugie danie: dwie
łyżki kaszy. Moje ówczesne
uczucie i pamięć o tym aż po
dziś dzień zrozumieć może tylko
człowiek, który także przeszedł
całe miesiące głodu.

Wypełniam na nowo formularze.
Wreszcie prowadzą po
niezliczonych korytarzach, od
czasu do czasu zamykając w
specjalnych boksach znajdujących
się po drodze. Robi się to
wszystko przy pomocy dźwięków,
które wydają enkawudyści, a
które przypominają klekot
bociana. Chodzi o to, by jeden
więzień nie spotkał się z innym.

Po kilku rewizjach, jazdach
windą i chodzeniu po schodach,
wchodzę do celi nr 34. Jest
#/3#00 w nocy. Cela mała, cztery
łóżka, trzy zajęte, czwarte dla
mnie. Czysto. Na stole woda w
czajniku; czuję przyjemny zapach
cebuli.

Współwięźniowie budzą się i
szeptem pytają, kto i kiedy
aresztowany. Jakie nowiny ze
świata? Dowiadjuę się, że jestem
w słynnej na cały świat
Łubiance.





Łubianka, współwięźniowie

i ciągle NKWD





Więzienie na Łubiance mieści
się w centrum miasta, w dawnym
hotelu, odpowiednio
przerobionym. Stary dom
obudowany jest na zewnątrz
nowoczesnym gmachem, w którym
urzęduje centrala NKWD (Narodnyj
Komissariat Wnutriennih Dieł),
tj. Ludowy Komisariat Spraw
Wewnętrznych. Przedtem nazywała
się Czeka (Czerezwyczajnaja
Komissja po Borbie s
Kontrrewolucjej i Sabotażom),
tj. Komisja Nadzwyczajna Walki z
Kontrrewolucją i Sabotażem, ze
słynnym Dzierżyńskim na czele -
później jeszcze Gpu
(Gosudarstwiennoje
Politiczeskoje Uprawlenie), tj.
Państwowy Urząd Polityczny. W
skład NKWD wchodzi instytucja,
która kilkakrotnie była
oddzielana od NKWD jako
samodzielny Nkgb (Narodnyj
Komissariat Gosudarstwiennoj
Biezopastnosti), tj. Komisariat
Ludowy Bezpieczeństwa
Państwowego, będący panem życia
i śmierci każdego mieszkańca
Rosji Sowieckiej, a często także
i ludzi znajdujących się poza
jej granicami.

Na czele NKWD w okresie, kiedy
po raz pierwszy wszedłem do celi
na Łubiance stał członek
Politbiura Beria, GRuzin z
pochodzenia, osobisty przyjaciel
Stalina, obok Mołotowa po
Stalinie bodaj najważniejsza
osoba w państwie, a na czele
Nkgb - Mierkułow.

Jak wspominałem, w celi
znajdowało się trzech ludzi,
wszyscy trzej byli członkami
partii komunistycznej.

Najbardziej interesujący był
Dunajewski, Żyd z pochodzenia.

Kiedyś należał do oddziału
Rosyjskiego Czerwonego Krzyża i
podczas ubiegłej wojny był w
Persji. Przed dostaniem się do
więzienia zajmował stanowisko
zastępcy komisarza (ministra)
lekkiego przemysłu. TRudno było
się dowiedzieć, za co został
aresztowany. Niechętnie o tym
mówił. Traktowano go jednak
zupełnie wyjątkowo. Doskonale
ubrany, był jedynym więźniem
otrzymującym paczki żywnościowe
oraz pieniądze, za które mógł
kupować produkty spożywcze w
sklepiku do wysokości 75 rb.
miesięcznie. Siedział już trzy
lata. Codziennie przez kilka
godzin pisał jakieś dodatkowe
zeznanie i marzył tylko, by jego
sprawa odwlokła się możliwie
najdłużej. Bał się panicznie
obozu koncentracyjnego
twierdząc, że ze swoim słabym
zdrowiem nie wytrzymałby w tych
strasznych warunkach dłużej niż
kilka miesięcy.

Drugim był Gruzin, inżynier,
nazwiska nie jestem uzpełnie
pewien, zdaje się Kawnadze.
Aresztowano go w Baku w lipcu
1939 i przywieziono do Moskwy;
siedział tak jak był wtedy
ubrany, w cienkiej koszuli, w
białych spodniach i płóciennych
pantoflach. I on twierdził, że
nie zna przyczyny aresztowania.
Śmiał się szczerze, gdy
wyraziłem z tego powodu
zdumienie. Objaśniono mnie, że
przynajmniej dziewięć
dziesiątych więźniów w Rosji nie
wie, za co zostali aresztowani;
wystarcza lada donos, aby
znaleźć się pod kluczem.

Zarówno Dunajewski jak
Kawnadze uprzedzali mnie, bym
miał się na baczności przed
trzecim osobnikiem w celi,
nazwiskiem Mołczanow, gdyż jest
to major NKWD. Był to człowiek
mało inteligentny, bez cienia
osobistej kultury, stale
podsłuchujący rozmowy innych.
Codziennie w inny sposób
tłumaczył, dlaczego go
aresztowano.

Uderzyło mnie pytanie
Kawnadze, czy Niemcy pobiją
sojuszników i czy to prędko
nastąpi. Pogląd mój, że wojna
potrwa długo, ale że po
przyłączeniu się Stanów
Zjednoczonych los Niemiec będzie
przesądzony, bardzo go zmartwił.

- Jedynie tylko Niemcy - mówił
- potrafią rozbić Sowiety i
zmienić nasze parszywe życie.
Francja i Anglia, jeśli pobiją
Niemcy, nic nie będą umiały i
chciały zrobić dla tak potwornie
ciemiężonych ludów pod
panowaniem i terrorem sowieckim.

R~egime więzienia na Łubiance
był ściśle przestrzegany. Wolno
było rozmawiać tylko szeptem.
Wyjścia do ubikacji, terminy
posiłków uregulowane jak w
zegarku. Co kilka sekund dozorca
zaglądał przez okienko w
drzwiach, tzw. judasza.
Codziennie więźniowie
porządkowali celę i froterowali
podłogi. Za to było czysto, nie
było robactwa. W zimie więzienie
opalano. Raz na 10_#12 dni
fryzjer strzygł brodę maszynką,
zresztą wyrywając przy tym część
włosów. Raz na 10_#12 dni dawano
do celi po kilka książek do
czytania i prowadzono do łaźni,
po której otrzymywało się czystą
koszulę, kalesony oraz bieliznę
pościelową. Wszystko to było
przeważnie ciasne i podarte, ale
wyprane.

Więzienie na Łubiance odbijało
od innych więzień w Rosji, w
których panował tłok nie do
opisania, szalony brud i plaga
robactwa. Nic dziwnego: było ono
przeznaczone dla ludzi, którymi
szczególnie interesowała się
centrala.

Z miejsca nauczono mnie, by
pamiętać o trzech rzeczach: po
pierwsze nie bać się, gdy sędzia
śledczy będzie mówił, że
wszystko wie i że na wszystko
ma dowody, bo ich najczęściej
nie ma; po drugie niczemu nie
wierzyć, ponieważ w Rosji
Sowieckiej nikt nigdy nie mówi
prawdy; po trzecie na nic nie
liczyć, gdyż nieznane są
wypadki, by kogoś sprawiedliwie
potraktowano i zwolniono z
więzienia. Każdy musi się
przyznać do wszystkich
zarzucanych mu przestępstw.
Jeżeli nie uczyni tego z dobrej
woli, uczyni na torturach.

PO kilku dniach, jak zwykle w
nocy, wezwano mnie na śledztwo.
Potraktowano mnie uprzejmie i
ograniczono się do ogólnikowych
pytań. Dopiero przy następnych
badaniach coraz natarczywiej
zaczęto się domagać wiadomości o
czołowych osobistościach
polskich, o ich zapatrywaniach i
o miejscu pobytu. Żądano bym
ujawnił skład organizacji
podziemnych Lwowa, co meldowałem
do Paryża, kto przychodził do
mnie do szpitala, o czym
mówiliśmy. Te badania trwały
całe noce, a często i dnie.

Najczęściej przesłuchiwał mnie
sędzia śledczy NKWD Kondratik.
Kiedy przeczyłem wszystkiemu i
podkreślałem, że jestem
żołnierzem, kilkakrotnie ciężko
rannym w wojnie, przypominano
mi, że nie było jeszcze więźnia,
który by na badaniach NKWD nie
przyznał się do wszystkiego.
Żartowano: "Cóż wy myślicie, że
wam pomnik wystawią w
Warszawie", wskazując
jednocześnie napis na ścianie,
głoszący, że NKWD nigdy się nie
myli. POdstawą działań NKWD
jest: lepiej stu niewinnych
rozstrzelać, aniżeli jednego
winnego zostawić na wolności.

Grożono mi wysłaniem do
Suchanowki lub Lefortowa.
Później dowiedziałem się, że
były to więzienia, gdzie
specjalnie torturowano więźniów,
wymuszając zeznania. Wielu
Polaków przeszło te tortury,
wielu stamtąd nie wyszło.

Pamiętam wypadek rzucający
światło na środowisko NKWD.

W czasie dość nieprzyjemnego
śledztwa odezwał się telefon na
biurku. Słyszę urywki rozmowy:

- O kogo chodzi? Liarus?
Zaraz, poczekaj.

Sędzia, ręką przykrywając
słuchawkę, zwraca się do mnie
czy znam takie nazwisko.
Zaprzeczam.

- Kiedy ja wiem, że to wasz
znajomy; my wszystko wiemy.

Mówię, że może chodzi o
Larousse'a, autora
najpopularniejszej na świecie
encyklopedii. Z niedowierzaniem
zapytuje mnie, czy rzeczywiście
był taki. Zapewniam. Z miejsca
mój sędzia łupie przez telefon:

- Ty niekulturalny! To ty nie
wiesz, że Liarus napisał
encyklopedię? Nie wiesz co to
jest encyklopedia? To się
dowiedz. Ja z takim
niekulturalnym jak ty nie będę
rozmawiał, nie mam czasu.

Najbardziej jednak niepokoiła
mnie niezwykła otwartość, z jaką
chwilami poruszano zdawałoby się
najbardziej tajne sprawy.
Wynikało z tego, że władze
sowieckie czują się niezwykle
pewnie i że nie liczą się z tym,
żebym kiedykolwiek mógł się
znaleźć na wolności.

- Nie myślcie, że my naprawdę
jesteśmy przyjaciółmi Niemców.
My tylko bardziej nienawidzimy
Anglików. Ale gdy Niemcy, po
pobiciu Francji i Anglii,
osłabią się, pójdziemy naprzód i
zajmiemy całą Europę.

Nie krępowali się także i
pokazywali mi moje dossier. Ze
zdziwieniem znalazłem tam
dokumenty dotyczące nie tylko
najdrobniejszych szczegółów
mojego życia służbowego, ale i
wielu spraw prywatnych. Pokazano
mi np. nieznane mi zupełnie
fotografie z okresu mojego
pobytu na olimpiadzie w
Amsterdamie i na konkursach
międzynarodowych w Nicei. Widząc
moje zdziwienie oświadczono:

- My mamy takie dossiers
wszystkich interesujących nas
wojskowych i polityków na całym
świecie. Związek Sowiecki ma
długie ręce.

Po dwóch tygodniach
wyprowadzono mnie z celi
typowym:

- Zbierajcie się na
przesłuchanie (Sobirajties' na
wapros).

Byłem przekonany, że jadę do
owego Lefortowa. Po
wielokrotnych rewizjach
znalazłem się w więzieniu
Butyrki.

Przesiedziałem tam do początku
września 1940, przebywając cały
czas w osobnej celi i nie będąc
wzywanym na żadne przesłuchania.
R'egime więzienny był niezwykle
surowy, wyjątkowo silne światło
biło prosto w twarz. Miałem oczy
zupełnie zaropiałe. Obawiałem
się, że stracę wzrok.

Wspominałem katastrofę, która
przed niespełna rokiem spadła na
Polskę. Ogromna przewaga Niemców
w samolotach, czołgach,
transporcie samochodowym i
ilości broni maszynowej.
Wspaniały duch walki żołnierza
polskiego. Błędy dowództwa.
Nieprzygotowanie. Zupełny brak
pomocy ze strony
sprzymierzeńców. Sowieckie
uderzenie w plecy.

Zastanawiałem się nad
możliwościami naszych zachodnich
sprzymierzeńców, Francji i
Anglii, w walce z Niemcami.
Słyszałem, że wojska angielskie
są już we Francji. Francja ma
linię Maginota, uważaną za nie
do zdobycia. Poza tym ofiara
Polski dała im wiele cennych
miesięcy na przygotowanie.

We wrześniu 1940, po
wielomiesięcznym pobycie w
Butyrkach, przewieziono mnie z
powrotem na Łubiankę.





Nowiny





Wchodzę do ogólnej celi na
Łubiance. Po ostrożnym
zapoznaniu się z siedmiomma
współwięźniami, na pytanie co
słychać na świecie, nowiny:
Niemcy zajęli Ukrainę, Norwegię,
Holandię, Belgię, Paryż wzięty!
Francja się poddała! Prędko
padnie Anglia! Włochy
przystąpiły do wojny po stronie
Niemiec!

Wrażenie było tak silne, że
musiałem usiąść.

Co się stało? Więc Niemcy są
aż taką potęgą, że nic się im
nie ostoi? Więc poświęcenie się
Polski jest daremne? Przecież
mobilizacja we Francji została
całkowicie ukończona i nie było
zaskoczenia. Przecież w ubiegłej
wojnie miliony Francuzów
bohatersko walczyły pod Verdun i
na wszystkich odcinkach frontu.
Przecież wiem, jak doskonale
byli wyszkoleni oficerowie
francuscy. Musiało zajść coś
nadzwyczajnego. Ale jeżeli
Niemcy są nawet rzeczywiście tak
silne, że w tak krótkim czasie
potrafiły zdruzgotać Francję,
nie jest jednak pewne, czy
potrafią dać radę Anglii. Nawet
zajęcie wysp Brytyjskich nie
oznaczałoby końca wojny.
Imperium brytyjskie ma dominia i
potężną flotę. Już we Lwowie
słyszałem o zatopieniu
pancernika "Admiral Graf Speer".
Przy tym jest jeszcze Ameryka ze
swymi nieprzebranymi zasobami w
materiale i ludziach, która nie
dopuści do upadku Anglii. W celi
na Łubiance dowiedziałem się
także, że Rosja zajęła bez walk
część Rumunii oraz Litwę, Łotwę
i Estonię i że zawarła pokój z
Finlandią. Więc wspólnicy
zbierają dalszy plon swego
przymierza!

Z drugiej strony między
Niemcami a Rosją Sowiecką może
dojść do starcia. Wydaje się
zgodne z logiką, że Niemcy po
zajęciu Europy wyzyskają czas,
który sojusznicy muszą poświęcić
na przygotowanie się, by pozbyć
się "przyjaciela" na wschodzie.
Nie jest bez znaczenia, że przy
przesłuchaniach enkawudyści
wyraźnie mówili, że Rosja
Sowiecka czeka tylko na to, by
mocarstwa zachodnie nawzajem się
wykrwawiły, a wtedy wkroczy i z
łatwością wprowadzi sowiecki
porządek w Europie. Tak często
przecież zarówno od oficerów
NKWD, jak od współwięźniów
komunistów słyszałem zdanie:

- Ach, żebyśmy tylko mogli
spokojnie wykonać obecną
piatiletkę.

Niemcy muszą sobie na pewno
zdawać z tego sprawę. Po
rozważeniu sytuacji uspokoiłem
się, przyszedłszy do
przekonania, że wojna Niemców z
Rosją Sowiecką musi nastąpić w
najbliższej przyszłości.





Rosjanie na Łubiance





Kilkakrotnie zmieniałem cele.
Wreszcie na dłużej zatrzymano
mnie w celi nr. 11. Także
więźniowie ciągle się zmieniali.
Dzień wlókł się za dniem. Już
wiele miesięcy nie wywoływano
mnie na przesłuchanie. Czy to
dobrze czy źle? Wytrawni
współtowarzysze doli mieli
zawsze tę samą odpowiedź: tu
nikt się nie śpieszy, władze
sowieckie mają czas. Dziwiło
mnie, że trzy czwarte więźniów
należało do partii
komunistycznej. Niechętnie
mówili za co siedzą. Jedynie w
chwilach szczególnego
przygnębienia, kiedy w nocy po
przesłuchaniu wracali do celi
pokrwawieni, storturowani,
wyrywały im się żale i
przekleństwa. Normalnie z
ultralojalnością wychwalali
r~egime.

Prawie wszyscy więźniowie
pochodzenia żydowskiego - a było
ich bardzo wielu - siedzieli pod
zarzutem sympatii dla tzw.
trockizmu, który jest jednym z
podstawowych etapów w
przeobrażeniach bolszewizmu.

Opinia polska śledziła uważnie
te przeobrażenia. Nic dziwnego:
naród nasz nie mógł zapomnieć
wstrząsu, gdy bolszewicy stali w
r. 1920 u wrót Warszawy. Byli
oni pewni zwycięstwa, a Lenin
mówił wówczas:

- Nacierając na Polskę tym
samym nacieramy na Ententę, a
niszcząc armię polską tym samym
niszczymy pokój wersalski, na
którym opiera się cały system
współczesnych stosunków
międzynarodowych.

Dla nas, wojskowych, doktryna
polityczna Rosji Sowieckiej nie
była bynajmniej sprawą tzw.
czystej polityki, czyli
wyłącznie polityki. Z doktryną
tą była ściśle związana doktryna
wojenna. Jeszcze bodaj nigdy w
historii świata przedstawiciele
żadnego kierunku społecznego nie
interesowali się w takiej mierze
sprawami strategii wojny jak
marksiści, a przede wszystkim
bolszewicy. Lenin oparł na
formułach pruskiego teoretyka
Clausewitza rozległy wywód, z
którego wynikało, że partia nie
powinna traktować wojny inaczej
niż jako pewnej formy polityki,
z tym że każda wojna służąca
rewolucji będzie "sprawiedliwa"
i powinna się spotkać z uznaniem
komunistów całego świata.
Nietrudno pojąć, jak bardzo ten
sposób myślenia politycznego
odpowiada ambicjom sowieckiej
młodzieży wojskowej, gdzie każdy
"nosi buławę marszałkowską w
tornistrze". Następca Lenina,
Stalin widocznie już się tak
wyżył w konspiracji za czasów
przedrewolucyjnych, że nie
ukrywał ani swoich poglądów w
zakresie polityki, ani swoich
ambicji i zamiarów władczych.
Już na stanowisku komisarza
spraw narodowościowych, a
później komisarza
roboczo_włościańskiej inspekcji,
podkreślał, że dąży do
zrewolucjonizowania całego
świata. Z tego co mówił i pisał
- a w porównaniu z Leninem mówił
i pisał oszczędnie - wynikało
wyraźnie: dopóki nie będzie miał
poczucia pełni siły, nie odważy
się na agresję; gdy to poczucie
osiągnie, nie cofnie się przed
niczym.

Stalin zajął się przede
wszystkim organizacją Związku
Sowieckiego jako państwa. Mniej
przezorni politycy powitali to z
ulgą jako rezygnację Kremla z
dalszego podboju świata. Nie
można się dziwić, skoro nawet
część partii bolszewickiej tak
to rozumiała i dopiero znacznie
później, bo w r. 1938 musiał
Stalin przypomnieć jej w słynnym
"Liście do towarzysza Iwanowa",
że "socjalizm w odrębnym
państwie" można stworzyć dopiero
po całkowitym zniszczeniu
kapitalizmu, tym samym
stwierdzając, że ani na chwilę
nie wyrzekł się podboju świata.

Stanowisko Stalina w sprawach
taktyki rewolucyjnej było przez
całą górę partyjną z Leninem na
czele oceniane jako swego
rodzaju "bonapartyzm", dążenie
do osobistej dyktatury. Ale góra
różniła się między sobą w
zapatrywaniu na wszystkie niemal
zagadnienia gospodarcze i
społeczne. Gdy więc wraz z
Leninem zabrakło autorytetu
równie pociągającego dla partii
jak dla mas, Stalin rozpoczął
misterną grę, trwającą lat
piętnaście.

Najgroźniejszym jego
przeciwnikiem był Trocki,
również zacięty i zachłanny
rewolucjonista_komunista, z tą
tylko różnicą, że gdy Stalin
szukał siły i poparcia dla
rewolucji w zmilitaryzowanym
państwie totalnym, Trocki
widział je przede wszystkim w
samodzielnych i żywiołowych
ruchach rewolucyjnych
proletariatu.

Rozpoczęła się walka, do
której Trocki pozyskał w
pierwszych latach trzech
najpoważniejszych członków
partii: Zinowiewa, Kamieniewa i
Bucharina. Walka ta zakończyła
się banicją Trockiego, lecz
banicja ta nie była bynajmniej
epilogiem. Zapoczątkowała ona
następny etap: walkę Stalina z
pozostałymi bolszewikami. Rzec
można, że odbywał się swoisty
turniej z eliminacjami, bo
osiągnięcie ostatecznie przez
Stalina pucharu zwycięstwa nie
mogło wzbudzać w nikim
wątpliwości. Walkę tę Stalin
rozgrywał według tej samej
taktyki, którą stosuje od
początku swej kariery
politycznej do bieżącej chwili,
jasno sformułowanej w klasycznej
pracy Lenina "O infantylnej
chorobie lewicowości i
komunizmu"; taktyka sankcjonuje
każdą prowokację, mistyfikację
czy pozorowanie i polega na
nieustannej ofensywie przy
pomocy wszystkich środków
jawnych i ukrytych. Jak wiadomo
bolszewizm odrzuca tzw.
burżuazyjne zasady etyki i
moralności. Toteż zarówno teoria
Lenina, jak praktyka Stalina
jest krańcowym rozwinięciem
prostej formuły wszystkich
uzurpatorów świata: cel uświęca
środki.

Więzienia czy łagry sowieckie
służyć mogą jako pewnego rodzaju
naukowe gabinety doświadczalne z
dziedziny historii partii, a tym
samym i Rosji porewolucyjnej.
Jak w przekroju geologicznym
widzi się nawarstwienie różnych
epok i okresów dziejowych, skoro
w każdym niemal obozie czy
więzieniu sowieckim, ba - nawet
w każdej wspólnej celi czy
baraku można - spotkać ofiary
takich czy innych czystek
partyjnych, walk wewnętrznych,
zamieszek, zamachów. Wielka to
szkoda, że z więzień czy łagrów
tak rzadko ludzie wychodzą, a
jeszcze rzadziej wydostają się
poza granice Zssr i że świat
skazany jest na poznawanie
historii Rosji Sowieckiej tylko
z oficjalnych podręczników
sowieckich. Przekonałem się sam,
że dyplom uniwersytecki dają w
tej dziedzinie dopiero właśnie
te więzienne gabinety
doświadczalne.

Bo kogóż tam się nie
spotykało?

Najróżnorodniejsze żywioły,
poczynając od ofiar różnych
narodowości jeszcze z okresu
wojny domowej i komunizmu
wojennego 1917_#1922; ofiar
walki bolszewików z eserami, tj.
socjalistami_rewolucjonistami,
najliczniejszą partią
rewolucyjną w Rosji w okresie
rewolucji, wobec których
zastosowano bestialski terror po
nieudanym zamachu na Lenina w r.
1918; ofiar walki z
mienszewikami (frakcją tej samej
rosyjskiej partii
socjaldemokratycznej, z której
wywiedli się sami bolszewicy) -
a kończąc na ofiarach masowego
terroru lat ostatnich oraz tzw.
pokazowych i niepokazowych
procesów politycznych, w które
obfituje historia okresu
stalinowskiego.

Każda dziedzina zainteresowań
i polityki partii była tu
reprezentowana obficie.

A więc polityka
międzynarodowa: proces
szachtyński (1928), czy tzw.
proces Prompartii (1930), czy
proces Metropolitain_vickers
(1933), czy też proces
mienszewików (1931), które były
z jednej strony etapami
stalinowskiej polityki
izolowania kraju od Europy, a z
drugiej czyniły odpowiedzialnymi
za niepowodzenia piatiletek
mocarstwa tzw. kapitalistyczne.

A więc polityka wewnętrzna i
narodowościowa, czyli walka z
ruchami separatystycznymi:
ukraińskim (słynny proces
Związku Wyzwolonej Ukrainy w r.
1930), białoruskim, narodów
kaukaskich, turkmeńskich,
tatarskich i in.

A więc walka ze starą i nową
inteligencją.

A więc walka ze związkami
zawodowymi (w okresie Nep) i
tzw. robotniczą opozycją
Szlapnikowa i Osinskiego.

A więc polityka przymusowej
kolektywizacji i
"raskułacziwanja", tj. tępienia
własności chłopskiej, zwłaszcza
w okresie 1930_#1934.

Gdy się czyta oficjalną
historię bolszewizmu, ma się
wrażenie, że tylko pojedynczy
ludzie czy też niewielkie grupy
"przeszkadzały" bolszewikom w
ich "budowie socjalizmu",
podczas gdy cały naród,
zwłaszcza masy pracujące stały
wiernie przy hasłach
stalinowskich. Więzienie
sowieckie wykazuje coś zupełnie
odwrotnego: jak ci pojedynczy
"szkodnicy" (wreditieli), tak
też te "niewielkie grupki",
uwzględnione przez oficjalną
historię, były wyrazicielami
woli mas. Im bardziej proces
miał podłoże społeczne, tym
większa była ilość ofiar terroru
sowieckiego. Za procesami
robotniczymi szły aresztowania i
likwidacje dziesiątków lub setek
tysięcy robotników, za procesami
kolektywizacyjnymi - likwidacje
milionów chłopów.

W opowiadaniach skazańców
uderzało najbardziej, że Stalin
i jego partia po zniesieniu tego
czy innego odłamu opozycji z
całym cynizmem przyjmowali
otwarcie program swych
przeciwników - podobnie jak to
niegdyś uczynił Lenin z eserami,
przyjąwszy w r. 1917 ich program
włościańsko_rolniczy.

W r. 1940 do wiÁČęzień i łagrów
ÁČsowieÁŔcÁČkich przybywali wciąż
ÁČskazańcy po ostatniej, już wręcz
ÁČmonstrualnej w swych rozmiarach
ÁČi formach czystce w rozgrywce z
ÁČtrockizmem, która - zaczęta w
ÁČ1935 - nie była ostatecznie
ÁČzakończona aż do chwili wybuchu
ÁČwojny z Niemcami.

ÁČCzystka ta była generalną
ÁČrozgrywką Stalina ze wszystkimi
ÁČodłamami opozycji partyjnej i
ÁČpozapartyjnej, a więc przede
ÁČwszystkim z "czystym" trockizmem
ÁČo zabarwieniu międzynarodowym, z
ÁČtzw. lewym odchyleniem (lewyj
ÁČukłon) stÁŔaÁČwiającym na dyktaturę
ÁČproletariatu w dosłownym, a nie
ÁČstalinowskim tego pojęcia
ÁČrozumieniu, które "proletariat"
ÁČzastępowało w praktyce przez
ÁČ"partię", a właściwie nawet
ÁČtylko przez górę (wierchuszkę)
ÁČpatyjną, i z prawym odchyleniem,
ÁČktóre znowu opowiadało się
ÁČprzeciw zbyt gwałtownemu
ÁČuprzemysłowieniuÁŔ,ÁČ a za liberalną
ÁČpolityką w stosunku do wsi.



ÁČ

ÁČWielkie czystki i procesy

ÁČ



ÁČDopóki Stalin nie osiągnął
ÁČpełni władzy, dopóty jego
ÁČoficjalna propaganda
ÁČróżniczkowała starannie
ÁČnajdrobniejsze bodaj odrębności
ÁČzarówno głównychÁŔ,ÁČ jak
ÁČpomniejszych tzw. odchyleń,
ÁČłącząc się z jednymi przeciwko
ÁČinnym, zwalczając "wrogów nr.
ÁČ1" przy pomocy "wrogów" o
ÁČdalszych numerach porządkowych.
ÁČGdy władzę tę Stalin osiągnął,
ÁČgdy bezapelacyjnie ujarzmił
ÁČrewolucję i stał się faktycznym
ÁČdyktatorem w państwie, w partii
ÁČi w KominterÁŔnÁČie, potrzeba
ÁČróżniczkowania ustała.

ÁČToteż trzy największe procesy
ÁČ- 1936, 1937, 1938 - o szumnych
ÁČnazwach procesu "centrum
ÁČtrockistowsko_zinowiewskiego",
ÁČ"centrum trockistowskiego" i
ÁČ"bloku
ÁČprawicowo_trockistowskiego",
ÁČurągają wszelkiej logice z
ÁČpunktu widzenia faktów
ÁČhistorycznych. Na ławach
ÁČoskarżonych znaleźli się obok
ÁČsiebie ludzie o najróżniejszych
ÁČpoglądach na najistotniejsze
ÁČzagadnienia, a czÁŔęÁČstokroć
ÁČwrogowie śmiertelni. Walkę z
ÁČopozycją partyjną Stalin łączył
ÁČz walką z opozycją państwową,
ÁČobok ludzi ideowych sadzał
ÁČprzestępców kryminalnych i
ÁČgangsterów, obok ideowców i
ÁČzapalonych rewolucjonistów,
ÁČktórzy byli faktycznymi
ÁČburzycielami ustroju carskiego,
ÁČzwykłych szkodników i
ÁČzłoczyńców. A jednocześnie
ÁČdołączono do tego wszystkich
ÁČodpowiedzialnych za te
ÁČniewczesne eksperymenty
ÁČgospodarcze, społeczne,
ÁČpolityczne i kulturalne, które
ÁČpartia in gremio, ze Stalinem na
ÁČczele uchwalała, zatwierdzała i
ÁČwprowadzała siłą w życie.
ÁČWszystko co tylko się nie udało,
ÁČco praktyka skompromitowała,
ÁČwedle myśli przewodniej procesów
ÁČbyło pomyślane i dokonane przez
ÁČ"szkodników", "agentów
ÁČfaszyzmu".

ÁČStalin i jego poplecznicy w
ÁČtej krwawej masakrze - naprzód
ÁČJagoda i Wyszyński, a później
ÁČJeżow i Wyszyński - nie liczyli
ÁČsię nawet z absurdalną sytuacją,
ÁČjaka wskutek tego powstawała.
ÁČOkazało się, że przeszło połowa
ÁČCentralnego Komitetu Partii,
ÁČczłonkowie Politbiura, większość
ÁČkomisarzy ludowych, prawie całe
ÁČdowództwo armii, cały
ÁČkierowniczy aparat Gpu - NKWD,
ÁČto "byli" już od niepamiętnych
ÁČczasów złoczyńcy, szpiedzy,
ÁČtruciciele, kryminaliści. Jakaż
ÁČwięc była wartość moralna tej
ÁČrewolucji, którą tacy właśnie
ÁČludzie reprezentowali? Jaka
ÁČwartość idei, którą narzucili
ÁČmilionom ludzi i usiłowali
ÁČnarzucić pozostałej ludzkości?

ÁČWięc w pierwszym procesie
ÁČ(szesnastu) sądzono m.in.
ÁČnajbliższych współpracowników
ÁČLenina: Zinowiewa, Kamieniewa,
ÁČJewdokiÁŔmÁČowa, Mraczkowskiego. W
ÁČdrugim procesie (siedemnastu)
ÁČsądzono nie mniej zasłużonychÁŔ,ÁČ
ÁČm.in. Piatakowa (który jeszcze
ÁČtak niedawno, bo w roku 1922,
ÁČsam sądził eserów), Radka,
ÁČSokolnikowa, Sieriebriakowa.
ÁČWreszcie w trzecim (dwudziestu
ÁČjeden) sądzono m.in.
ÁČnajwybitniejszego po Plechanowie
ÁČi Leninie teoretyka bolszewizmu
ÁČi wieloletniego prezesa
ÁČKominternu Bucharina,
ÁČwieloletniego premiera Rykowa,
ÁČKrestinskiego, Rakowskiego,
ÁČRozenholca, Grinkę i Jagodę.

ÁČReżyser ostatniego procesu
ÁČJeżow sam został wkrótce
ÁČusunięty i na jego miejsce
ÁČprzyszedł Beria, nowy satrapa,
ÁČwsławiony swoją krwawą
ÁČdziałalnością w Gruzji oraz
ÁČksiążką z dziedziny historii
ÁČpartii, w której "udowadnia", że
ÁČzasługi Stalina dla rewolucji są
ÁČnie mniejsze niż samego Lenina.

ÁČGdy na VIII zjeździe partii w
ÁČmarcu 1919 zorganizowano
ÁČpierwsze Politbiuro, w skład
ÁČjego weszli Lenin, Stalin,
ÁČTrocki, Kamieniew i Bucharin. Po
ÁČprocesie "dwudziestu jeden" w r.
ÁČ1938 z tego zespołu pozostało
ÁČprzy życiu tylko dwóch:
ÁČwszechpotężny dyktator na Kremlu
ÁČi wygnaniec w dalekim Meksyku.
ÁČLecz i tam dosięgła go w roku
ÁČ1940 ręka NKWD - i w czasie
ÁČwojny "ojczyźnianej" dyktator
ÁČnie ma już współzawodników.

ÁČTe trzy główne procesy były
ÁČnajbardziej rozreklamowane
ÁČspośród bardzo wielu innych w
ÁČciągu tych trzech krwawych lat,
ÁČzarówno w prowincjach środkowych
ÁČjak na peryferiach, w
ÁČposzczególnych republikach
ÁČsowieckich.



ÁČ

ÁČDwie szkoły wojny

ÁČ



ÁČŻaden jednak z procesów nie
ÁČwywołał tylu komentarzy, co
ÁČtajny proces naczelnych
ÁČdygnitarzy wojskowych w czerwcu
ÁČ1937, w którym na stracenie
ÁČwydano wicekomisarza obrony
ÁČmarszałka Tuchaczewskiego,
ÁČdowódcę okręgu kijowskiego
ÁČJakira, jego zastępcę Primakowa,
ÁČdowódcę okręgu leningradzkiego
ÁČKorÁŔkÁČa, dowÁŔóÁČdcę okręgu
ÁČbiałoruskiego Uborewicza,
ÁČdowódcę floty wojennej Orłowa,
ÁČdowódcę lotnictwa Auksina,
ÁČkierownika służby
ÁČprzysposobienia wojskowego
ÁČEjdeÁŔmaÁČna, byłego attach~e
ÁČwojskowego w Londynie Putnę i
ÁČwielu innych. Proces poprzedziło
ÁČsamobójstwo szefaÁŔ ÁČkierownictwa
ÁČpolitycznego Armii Czerwonej
ÁČGamarnika, a w krótkim czasie po
ÁČprocesie "znikli" i dwaj inni
ÁČmarszałkowie: dowódca armii
ÁČdalekowschodniej Bluecher
ÁČ(legendarny Galen z okresu
ÁČrewolucji w Chinach) i szef
ÁČsztabu Jegorow. Obu im kazano
ÁČprzed własnym końcem spełnić
ÁČrolę sędziów nad Tuchaczewskim.
ÁČZ pięciu czerwonych marszałków
ÁČpozostało w armii sowieckiej
ÁČtylko dwóch - Woroszyłow i
ÁČBudionnyj. Obok wymienionych
ÁČpowyżej, najznakomitszych,
ÁČaresztowano tysiące oficerów
ÁČCzerwonej Armii. A jeżeli
ÁČzważyć, że prawodawstwo
ÁČbolszewickie, jedyne na świecie,
ÁČuwzględnia zasadę tzw.
ÁČodpowiedzialności zbiorowej i że
ÁČobok winnych w więzieniach i
ÁČłagrach osadzeni są ich krewni,
ÁČprzyjaciele i znajomi, łatwo
ÁČsobie wyobrazić, jakie masy
ÁČzaludniały w tych latach
ÁČsowieckie "tiurmy" i ile to rąk
ÁČdo przymusowej pracy otrzymała
ÁČtrzecia piatiletka.

ÁČProces Tuchaczewskiego wywołał
ÁČwśród nas, wojskowych,
ÁČnajwiększe zainteresowanie. Nie
ÁČtylko dlatego, że pamiętaliśmy
ÁČdobrze z czasów kampanii r. 1920
ÁČnazwiska Jegorowa, Jakira czy
ÁČPrimakowa, a przede wszystkim
ÁČsamego Tuchaczewskiego, lecz
ÁČrównież i dlatego, że jasne było
ÁČiż i w tym przypadku, podobnie
ÁČjak w procesach tzw. starej
ÁČgwardii bolszewickiej, Kremlowi
ÁČnie chodzi o wytępienie rzekomej
ÁČagentury faszystowskiej. W
ÁČlatach powojennych śledziliśmy
ÁČjedni ÁŔpoÁČ drugich rozwój myśli
ÁČwojskowej. Polskie pisma
ÁČwojskowe były przepełnione
ÁČprzeglądami wojskowej prasy
ÁČsowieckiej i przedrukami
ÁČartykułów sowieckich, a było też
ÁČsporo przekładów książek
ÁČsowieckich poświęconych sztuce i
ÁČtechnice wojennej. To samo
ÁČrobili bolszewicy; miałem nawet
ÁČwrażenie, iż w pewnych okresach
ÁČpolskie piśmiennictwo wojskowe
ÁČszczególnie zaprzątało uwagę
ÁČpisarzy i obserwatorów
ÁČsowieckich.

ÁČI oto można było zauważyć, jak
ÁČjuż w pierwszych latach
ÁČpowojennych w dziedzinie tej
ÁČmyśli rozgorzała wielce ożywiona
ÁČdyskusja, która z czasem
ÁČprzeistoczyła się w nieubłaganą
ÁČwalkę. Sowiecka myśl wojenna
ÁČopierała się niezmiennie na
ÁČleninowskich koncepcjach
ÁČnieustannej "ofensywy
ÁČrewolucji", lecz jak między
ÁČTrockim a Stalinem wybuchł
ÁČzatarg o pojmowanie taktyki tej
ÁČofensywy, tak w kołach czysto
ÁČwojskowych zarysował się spór
ÁČnie o istotę wojny, lecz o jej
ÁČformy. Istota pozostaÁŔwaÁČła
ÁČniezmienna: Armia Czerwona ma
ÁČbyć awangardą rewolucji
ÁČświatowej, którą to rewolucję
ÁČinni prostacko utożsamili z
ÁČimperializmem moskiewskim. Tak
ÁČto określił Trocki, tak również
ÁČi jego antagonista a następca na
ÁČstanowisku komisarza obrony
ÁČFrunze, który po paroletnim
ÁČurzędowaniu zmarł w szpitalu w
ÁČdość tajemniczych
ÁČokolicznościach. Lecz wcielenie
ÁČtych ofensywnych zasad w życie
ÁČwywołało różne poglądy.

ÁČW latach 1924_#1929, z grubsza
ÁČbiorąc istniały dwa obozy:
ÁČSwieczina i Tuchaczewskiego.
ÁČSwieczin hołdował zasadzie, że
ÁČsowiecka sztuka wojenna ma
ÁČkontynuować zasady dawnej,
ÁČsuworowskiej, narodowej
ÁČrosyjskiej sztuki wojennej.
ÁČTwierdził, że Rosja powinna
ÁČunikać prowadzenia wojny
ÁČ"uderzeniowej", a ma dążyć do
ÁČwojny "na wyczerpanie". Taka
ÁČwojna daje Rosji, jego zdaniem,
ÁČnajwiększe korzyści, gdyż
ÁČcałkowicie niszczy przeciwnika i
ÁČpozwala następnie przejść do
ÁČniczym nie powstrzymanej
ÁČofensywy. Temperament
ÁČTuchaczewskiego nie pozwalał mu
ÁČna żadne kunktatorstwo. Jak
ÁČTrockiego ponosił temperament,
ÁČgdy tworzył swą doktrynę
ÁČ"ustawicznej rewolucji", tak
ÁČsamo Tuchaczewskiego pchał on w
ÁČkierunku doktryny "wielkich mas"
ÁČi "miażdżących uderzeń
ÁČtaranowych". Pogromca marynarzy
ÁČKronsztadu z iście napoleońskim
ÁČuporem szedł po buławę
ÁČmarszałkowską. Z tą samą
ÁČbezwzględnością, z jaką później
ÁČzostał sam zlikwidowany, usunął
ÁČSwieczina i wyÁŔtÁČęÁŔpiÁČł jego
ÁČuczniów. On sam, były niemiecki
ÁČjeniec wojenny, był
ÁČnajzagorzalszym zwolennikiem
ÁČwojskowego Rapallo. Zachwycał
ÁČsię niemieckimi teoriami
ÁČBlitzkÁŔrÁČiegu, oddając Niemcom
ÁČtereny sowieckie dla
ÁČeksperymentów wojskowych, a
ÁČsowieckie fabryki czołgów i
ÁČlotnictwa na produkcję sprzętu
ÁČdla Reichswehry. Swym niespornym
ÁČtalentem strategicznym umiał
ÁČzarazić samego nawet Stalina,
ÁČktóry jeszcze w 1936 nie wahał
ÁČsię publicznie obwieścić, że
ÁČ"żadna kapitalistyczna świnia
ÁČnie wepchnie swego ryja do
ÁČnaszego kraju, a bić wrogów
ÁČbędziemy na podejściach do
ÁČnaszych granic", nie
ÁČzastanawiając się zapewne, że
ÁČzdradza w ten sposób na wskroś
ÁČofensywny charakter sowieckiego
ÁČplanu wojny.

ÁČGdy byłem w sowieckich
ÁČwięzieniach i później już na
ÁČwolności mogłem widzieć niekiedy
ÁČw urzędach sowieckich plakaty,
ÁČna których wielki świński ryj
ÁČotrzymywał uderzenie kolbą
ÁČrosyjską gdzieś mniej więcej na
ÁČwysokości Warszawy. Czyż w
ÁČPolsce nie mieliśmy z tego
ÁČwszystkiego wysnuć wniosków przy
ÁČorganizacji obrony państwa?
ÁČTrzeba było wielu lat, aby
ÁČStalin i partia spostrzegły się,
ÁČże ich "defensywny" plan
ÁČkonstrukcji państwa nie zgadza
ÁČsię zupełnie z tą dynamiką
ÁČofensywną, którą reprezentuje
ÁČdoktryna Tuchaczewskiego, będąca
ÁČwiernym odpowiednikiem teorii
ÁČTrockiego o "ustawicznej
ÁČrewolucji". Doktryna ta
ÁČspowodowała, że dyslokacja
ÁČsowiecka była właściwie już z
ÁČgóry przygotowaną w czasie
ÁČpokoju koncentracją, a bazy
ÁČzaopatrzeniowe daleko wysunięte
ÁČna zachód.

ÁČW mało którym z procesów
ÁČsowieckich i oskarżeń podsądnych
ÁČo łączność z Trockim było tyle
ÁČuchwytnej treści rzeczywistej,
ÁČile w oskarżeniu
ÁČTuchaczewskiego. Po likwidacji
ÁČjego, jego towarzyszy i
ÁČszerokiej rzeszy jego
ÁČwielbicieli, wrócono czym
ÁČprędzej do teorii Swieczina.
ÁČDwaj nowi marszałkowie,
ÁČSzaposznikow i Timoszenko,
ÁČwystąpili już ze zgoła
ÁČsuworowÁŔowÁČskimi, narodowymi
ÁČkoncepcjami prowadzenia wojny
ÁČkosztem terenu, mas, człowieka.
ÁČWszystko dla cara i ojczyzny! W
ÁČczasach cara białego figurował w
ÁČtym haśle jeszcze i "Bóg"ÁŔ,ÁČ a car
ÁČczerwony sÁŔtaÁČwał się sam "bogiem"
ÁČi o rewolucji mówił wzorem
ÁČabsolutyzmu francuskiego:
ÁČ"Rewolucja to ja".



ÁČ

ÁČSylwetki więzienne

ÁČ



ÁČZimą i wiosną 1941 siedziałem
ÁČz dyrektorem fabryki w
ÁČLeningradzie. Wiktor
ÁČNikołajewicz Krawczenko
ÁČ(przypadkowa zbieżność nazwiska
ÁČze znanym obecnie szeroko
ÁČautorem książki ÁŔoÁČ Rosji
ÁČSowieckiej) twierdził, że był
ÁČkomunistą już w czasie rewolucji
ÁČr. 1917. Jako młody chłopiec
ÁČwstąpił do NKWD. Pełnił
ÁČstanowisko naczelnika szeregu
ÁČwięzień i dowódcy oddziałów,
ÁČktóre likwidowały opierających
ÁČsię kolektywizacji. Opowiadał
ÁČchętnie, z widocznym sadyzmem,
ÁČjak torturował ludzi.
ÁČUsprawiedliwiał wszystkie
ÁČśrodki, które wzmacniały system
ÁČkomunistyczny. Osobiście był
ÁČczłowiekiem wyjątkowo
ÁČniesympatycznym, mało
ÁČinteligentnym, dokuczliwym we
ÁČwszystkich drobiazgach życia
ÁČwięziennego. Wystrzegaliśmy się
ÁČgo, gdyż denuncjował u władz
ÁČwięziennych. Po pewnym czasie
ÁČprzestałem z nim w ogóle
ÁČrozmawiać. Kiedyś wrócił po
ÁČśledztwie do celi, skatowany do
ÁČostatnich granic. Majaczył. Cały
ÁČczas powtarzał:

ÁČ- I kogo mam jeszcze wskazać?

ÁČZaryzykowałem i spytałem, co
ÁČto ma znaczyć.

ÁČ- Pytają mnie, kto należy do
ÁČmojej organizacji. Ja wiem, że
ÁČdonos napisał na mnie mój
ÁČkolega, który chce zająć moje
ÁČmiejsce. Wymieniłem nie tylko
ÁČżonę, i krewnych, ale wszystkich
ÁČznajomych, nie znam już więcej
ÁČnazwisk. Kogo mam jeszcze
ÁČwskazać?

ÁČ- Dobrze, a czy rzeczywiście
ÁČtworzyłeś organizację i czy ci
ÁČludzie należą do niej?

ÁČ- Jak Boga kocham, nie (jej
ÁČBÁŔoÁČhu, niet), ale tak mnie
ÁČstrasznie biją, że już nie mogę
ÁČwytrzymać.

ÁČDowiedziałem się, że w Rosji
ÁČSowieckiej każdy obowiązany jest
ÁČnatychmiast zameldować władzom,
ÁČjeżeli usłyszy choćby od
ÁČprzyjaciela, jakąś krytyczną
ÁČuwagę o ustroju sowieckim. W
ÁČprzeciwnym wypadku odpowiada na
ÁČrówni z tym, który uwagę
ÁČkrytyczną wypowiedział.

ÁČDo naszej celi wprowadzono
ÁČpewnej nocy inżyniera z
ÁČCharkowa. Iwan Wiktorowicz
ÁČCzuchnow zachowywał się
ÁČniezwykle kulturalnie. Jak się
ÁČokazało, był na politechnice w
ÁČPetersburgu jeszcze za czasów
ÁČcarskich. Od kilkunastu lat
ÁČmieszkał w Charkowie razem ze
ÁČswym przyjacielem i jego żoną.
ÁČTrzeba wiedzieć, że w Rosji,
ÁČprócz dygnitarzy partyjnych,
ÁČprawie nikt nie ma oddzielnych
ÁČmieszkań. Każdemu przyznają
ÁČtylko niewielką ilość metrów
ÁČkwadratowych mieszkania, tzw.
ÁČprzestrzeń mieszkaniową
ÁČ(żiłpłoszczad'). W ten sposób
ÁČwładze sowieckie uzyskują
ÁČkontrolę nad życiem rodzinnym
ÁČwszystkich obywateli. Inżynier
ÁČów wyjechał na Ukrainę na
ÁČkontrolę gospodarstw rolnych.
ÁČPrywatnej własności rolnej, jak
ÁČzresztą żadnej innej, w Rosji
ÁČSowieckiej nie ma. Są tylko
ÁČmajątki państwowe (sowchozy) i
ÁČmajątki teoretycznie należące do
ÁČgospodarstwa kolektywnego
ÁČ(kołchozy). Po powrocie z
ÁČobjazdu do Charkowa pił w domu
ÁČherbatę z wyżej wspomnianymi
ÁČprzyjaciółmi. Podczas rozmowy
ÁČspytano go o warunki życia
ÁČchłopów. Opowiadał, że widział
ÁČdużo biedy i że za czasów, gdy
ÁČistniała własność prywatna,
ÁČchłopom było znacznie lepiej. W
ÁČtrzy dni potem aresztowano go
ÁČpod zarzutem uprawiania
ÁČpropagandy kontrrewolucyjnej.
ÁČKiedy pomimo bicia zaprzeczał
ÁČtemu oskarżeniu, skonfrontowano
ÁČgo z przyjaciółmi i ci w jego
ÁČobecności stwierdzili, że
ÁČkrytykował ustrój sowiecki. ÁŔNie
pozostawało mu nic innego, niż
się przyznać. Otrzymał
administracyjnie 8 lat ciężkich
robót w łagrze.

Wypadek zdarzył, że w jakiś
czas potem siedziałem przez
kilka dni w celi właśnie z tym
przyjacielem, który także dostał
8 lat za to, że dopiero po
trzech dniach, a nie
natychmiast, doniósł władzom o
popełnionym przestępstwie.
Pytałem o żonę; wiedział tylko,
że także została aresztowana.

W ciągu tygodnia siedział ze
mną młody człowiek Iwan
Wasiliewicz Gusiew, który
pierwszy poinformował mnie o
koszmarze łagrów na Kołymie.
Miał lat 18, gdy aresztowano go
za uprawianie propagandy
religijnej. Został skazany
administracyjnie na 8 lat i
wysłany na Kołymę.

Z łagrów w Rosji Sowieckiej
zasadniczo nikt, prócz
przestępców pospolitych, nie
wychodzi, ale Kołyma jest czymś
jeszcze straszliwszym; jest
synonimem powolnej, okropnej
śmierci. Sam przejazd trwa wiele
miesięcy, naprzód do
Władywostoku, potem w nie
dających się opisać warunkach na
dnie statku do portu Magadan,
wreszcie setki kilometrów pieszo
przez śniegi, bez odpowiedniego
ubrania i wyżywienia. Na Kołymie
pracuje się rękami w kopalniach
miedzi, cynku oraz przy
poszukiwaniu złota. Rocznie
umiera ok. 70% skazańców. Za
znalezienie bryły złota ponad
67kg skazaniec otrzymuje
tygodniowo 1007g chleba jako
dodatek dzienny do normalnej
porcji. Roje komarów i muszek w
czasie krótkiego lata, a w zimie
mrozy dochodzące do 70/0 C
stanowią dodatkową torturę.

Dziwiłem się, że mój towarzysz
wyżył w tych warunkach. Okazuje
się, że miał wyjątkowe
szczęście: był pomocnikiem
felczera. Martwił się, że po
siedmioletnim pobycie na Kołymie
został sprowadzony do Moskwy na
ponowne rozpatrzenie sprawy.
Dostał administracyjnie nowych 8
lat za to samo przewinienie.
Obawiał się, że nie uzyska teraz
tak dobrego zajęcia.

Z reguły każdego aresztowanego
skazuje się administracyjnie na
przymusową pracę od roku do 8
lat, lecz przed ukończeniem
odbywania kary za to samo
przestępstwo otrzymuje prawie
zawsze ponowną karę. W
rezultacie każdy aresztowany
jest właściwie skazany do końca
życia.





Co opowiadali





Kiedyś wprowadzono do celi
młodego enkawudystę nazwiskiem
Popow.

Okazało się, że był
urzędnikiem NKWD na jednej ze
stacji kolei syberyjskiej, gdzie
aresztował i przesłuchiwał
kolejarzy. Pewnego razu wezwano
go do szefa NKWD w Czkałowie.

- Bardzo źle pracujesz -
powiedział szef - za mało masz
aresztowanych, a do obozów pracy
potrzebni są ludzie.

Nie pomogły wyjaśnienia, że
większość aresztowanych
kolejarzy nie przyznaje się do
winy i że nie ma przeciw nim
dowodów.

- Jedź z powrotem i przywieź
ze sobą swoich aresztowanych.

Pojechał i przywiózł ich do
Czkałowa.

- Usiądź z boku - powiedział
szef NKWD - ucz się, jak
prowadzi się śledztwo.

Wprowadzono jednego z
aresztowanych.

- Przyznajesz się do winy? -
pada pytanie.

- Ależ ja jestem zupełnie
niewinny, jak Boga kocham,
jestem niewinny.

- Już za samo to "jej Bohu"
powinieneś siedzieć. Nie
przyznajesz się? Spuszczaj
spodnie i połuż... na stół.

Przesłuchiwany oczywiście się
opierał, ale w końcu, po
kilkakrotnym uderzeniu w twarz,
musiał wykonać rozkaz. Wtedy
szef NKWD ciężkim metalowym
przyciskiem uderzył w leżącą
część ciała. Przesłuchiwany
zemdlał. Oblany wodą przyszedł
do siebie. Potem znowuż to samo
pytanie. Czy się przyznaje, i
drugi raz to samo. Oczywiście
przyznał się do wszystkiego.

W podobny sposób
przesłuchiwano wszystkich
aresztantów przywiezionych do
Czkałowa - i wszyscy przyznali
się do winy.

- Widzisz jak się prowadzi
śledztwo? Wracaj i pracuj
(rabotaj).

Młody enkawudysta wrócił na
swoją stację i jak twierdził,
miał doskonałe wyniki, ale nie
dowiedzieliśmy się, dlaczego
znalazł się w więzieniu.

Krótko siedziałem z bardzo
wesołym chłopcem, oficerem NKWD,
który wrócił z Chin. Z rozmowy
wynikało, że był synem
rosyjskiego rotmistrza 16. Pułku
Huzarów, o ile pamiętam,
nazwiskiem Czerniawski, którego
znałem jeszcze przed pierwszą
wojną światową. Opowiadał o
wielkich sukcesach propagandy
sowieckiej wśród komunistów
chińskich. Mówił o
zorganizowanym na wielką skalę
transporcie broni z Rosji przez
Mongolię. Nie bardzo wierzyłem w
te nadzwyczajne rezultaty, ale
dziś, kiedy mamy dane o
rozroście partii komunistycznej
w Chinach, myślę że niewiele
przesadził.

Ludzie ciągle zmieniali się w
celach. Z każdym dniem ciężej
było wytrzymać okropny,
jednostajny i beznadziejny
r~egime więzienny. Czasami w
celi było zaledwie kilku
więźniów. Czasami nie można było
zrobić kroku z powodu ciasnoty.
Z wielu towarzyszami niedoli w
ogóle nie można się było
porozumieć. Niektórzy z młodego
pokolenia nigdy w życiu nie
słyszeli słowa "Jezus Chrystus".
Wszyscy bez wyjątku wyśmiewali
się z Boga, nie wierzyli, że w
Europie każdy może wybrać sobie
pracę jaka mu się podoba, że
sklepy są dostępne bez różnicy
dla wszystkich, że można bez
specjalnego pozwolenia jeździć z
miasta do miasta albo otrzymać
własny pokój w hotelu.

Jedzenie - to była zasadnicza
sprawa. Dowiedziałem się, że
tylko wielkie miasta - jak
Moskwa, Leningrad, Kijów,
Odessa, Baku i Tyflis - są dość
dobrze zaopatrzone, a reszta
Rosji głoduje. Nie głoduje tylko
arystokracja komunistyczna i
NKWD. Ci wszystkiego mają w
bród. Jako tako zaopatrzone jest
wojsko.





Najwięcej o NKWD





Ale większość rozmów dotyczyła
NKWD.

A więc, po następcy
Dzierżyńskiego, Mienżyńskim
(również Polaku), szefem NKWD
był Jagoda, który otruł czy
też... zaziębił Gorkiego i jego
syna. Siedziałem nawet z
doktorem Lewinem, starym
człowiekiem, który miał to z nim
do spółki uczynić; otrzymał
wyrok śmierci, w drodze łaski
zamieniony na dożywotnie
więzienie.

Następnym szefem NKWD był
Jeżow, postrach całej Rosji.
Przy nim potwornie aresztowano,
a ilość rozstrzeliwań doszła do
zawrotnej cyfry. Obliczano, że
znajdowało się wtedy w
więzieniach około 20 milionów
ludzi. Z kolei Jeżow został
aresztowany i słuch o nim
zaginął.

Po Jeżowie szefem NKWD został
Beria. Liczba aresztowań podobno
nie zmalała. Ale rozstrzeliwań
było znacznie mniej.

Wykonanie wyroków śmierci w
więzieniach sowieckich odbywało
się bardzo prosto. Skazańca
wprowadzano do podziemi, gdzie
musiał iść wąskim korytarzem; w
pewnej chwili otrzymywał strzał
w tył głowy.

Siedział ze mną stary marynarz
z okresu rewolucji r. 1917 w
Kronsztadzie. Jak twierdził, był
komunistą jeszcze przed tamtą
wojną. Aresztowano go za to, że
złożył podanie o wykreślenie go
z partii komunistycznej,
motywując, że partia źle się nim
opiekuje od czasu gdy
zachorował.

Siedział major sowiecki, który
po pijanemu powiedział jednemu z
kolegów, że armia niemiecka jest
znacznie silniejsza i lepiej
przygotowana od rosyjskiej.

Siedział dziennikarz i
współredaktor "Komsomolskiej
Prawdy", za list napisany do
aresztowanego przyjaciela. Jako
Żyda posądzono go naturalnie o
trockizm. Isaak Isaakowicz
Agronowski był człowiekiem
niewychowanym, ale wybitnie
inteligentnym i oczytanym.
Oczywiście czytał tylko rzeczy
rosyjskie. Natura niezmiernie
wybuchowa i tchórzliwa;
przechodził od rozpaczy i płaczu
do opowiadania anegdot i
dowcipów.

Przez pewien czas miałem
niezwykłego współlokatora.
Podawał się za poetę
francuskiego Paula G~eraldy. Z
przyjemnością słuchałem, gdy mi
godzinami recytował wiersze. Był
to Europejczyk w każdym calu.
Znał cały świat. Orientował się
doskonale w historii Rzymu.

Twierdził, że naprawdę nazywa
się Hildebrandt i że pochodzi z
rodziny wielkiego papieża
Grzegorza VII, że skończył
korpus paziów w Petersburgu, a
następnie, podczas pierwszej
wojny światowej, służył w pułku
huzarów gwardii, że podczas
rewolucji był adiutantem
Kołczaka, a po wydaniu admirała
bolszewikom przez Czechów uciekł
do Japonii.

Tam ponoć przebywał dłuższy
czas i wreszcie znalazł się we
Francji, gdzie się naturalizował
i pod nazwiskiem Paula G~eraldy
wypłynął jako znakomity poeta
francuski. W r. 1935 znalazł się
w Chinach, nawiązał stosunki z
ambasadą sowiecką. Zaproszony do
zwiedzenia Rosji otrzymał
gwarancję osobistego
bezpieczeństwa. Samolotem
sowieckim udał się do Moskwy. W
ciągu dwóch tygodni wożono go i
pokazywano mu wszystko, według z
góry ułożonego programu. Pewnego
dnia, po przyjściu do gmachu
NKWD, do ówczesnego szefa
Jeżowa, został aresztowany.
Siedział długi czas w więzieniu
pod zarzutem szpiegostwa. Był
skazany na śmierć, został jednak
zesłany na wiele lat do jednego
z obozów przymusowej pracy. Do
Moskwy wezwano go na tzw.
przejrzenie sprawy.

Jak później stwierdziłem,
prawdziwy Paul G~eraldy przez
cały czas wojny nie opuszczał
Francji.

Po wielu miesiącach spokoju
nagle w nocy wezwano mnie na
przesłuchanie. Domagano się
przyznania, że gen. Boruta był u
mnie w szpitalu we Lwowie i że
otrzymał instrukcje w sprawie
organizacji podziemnych.
Przeczyłem uporczywie,
pamiętając umowę z gen. Borutą,
że w ogóle nie widzieliśmy się
we Lwowie.

- Jeżeli jednak przyprowadzimy
wam gen. Borutę i on to
potwierdzi, co wtedy będzie?

Zaryzykowałem, że jeżeli gen.
Boruta oświadczy przy mnie, iż
był u mnie w szpitalu we Lwowie,
to wtedy przyznam się, iż to
jest prawda. Do konfrontacji nie
doszło, gdyż było to tuż przed
wojną Niemiec z Rosją.

Dłuższy czas siedział ze mną w
celi Polak, kpt. Kuszel. Jako
jeniec dawniej był w
Starobielsku, skąd w marcu 1940
przewieziono go do obozu
Pawliszczew Bor, stamtąd - pod
pozorem zwolnienia - do
więzienia na Łubiance. Od niego
pierwszego dowiedziałem się, że
w trzech tylko obozach -
Kozielsku, Starobielsku i
Ostaszkowie - znajdowało się
przeszło 11.000 oficerów. Mówił
też, że od marca 1940 zaczęto
małymi partiami wywozić oficerów
ze Starobielska. Nieznaczną
ilość spotkał w obozie
Pawliszczew Bor. Opowiadał mi o
setkach moich kolegów i
przyjaciół. Liczył się z tym, że
mogą go zwolnić jako Białorusina
do specjalnych prac w terenie.
(Dowiaduję się obecnie, że był w
formacjach białoruskich, które
walczyły przeciwko bolszewikom).
Nasi ludzie spotykali się
niejednokrotnie w obozach pracy
w Rosji Sowieckiej z komunistami
z Austrii i Hiszpanii, których
po przybyciu do Moskwy witano z
całą paradą, a po kilku
tygodniach zamykano w
więzieniach i łagrach, gdzie
wymierali jak muchy.

W pewnym okresie aresztowano
ogromną ilość pracowników
kolejowych. Ze znaczniejszych
siedział ze mną dyrektor kolei
leningradzkiej, Żyd z
pochodzenia, Roszal, przywódca
bolszewicki jeszcze z roku 1917.

Wasilija Iwanowicza Żurawlewa,
zastępcę komisarza kolejnictwa
Łazara Kaganowicza, a
jednocześnie naczelnego
dyrektora ruchu na Rosję, lat
36, aresztowano w r. 1938 pod
zarzutem organizacji sieci
dywersyjno_szpiegowskiej. Syn
robotnika znad Wołgi, urodził
się na wsi. W czasie głodu
rodzina jego wymarła. Został
przy życiu dzięki jakiejś dobrej
duszy, która się nim zajęła.
Miał wtedy 15 lat. Był
pastuchem, gońcem pocztowym,
wreszcie wzięto go do wojska.
Nie wydaje się możliwe, by mógł
w tym okresie zdać maturę, ale
był dwa lata na uniwersytecie,
gdzie studiował prawo, a potem
półtora roku w instytucie
komunikacji. Potem ten
półinteligent zajmował szereg
wybitnych stanowisk, aż do
kierownika dyrekcji kolejowej
Woroneż włącznie. Kiedy został
zastępcą komisarza, żona miała
mu powiedzieć:

- Ot, dureń, teraz tylko
czekaj, bo lada chwila będzie
nieszczęście!

Chwalił się jak małe dziecko,
że zawsze jeździł wspaniałą
salonką.

W czasie śledztwa skatowano go
straszliwie, wreszcie podpisał
samooskarżenie. Ale wezwany
przez Berię zaprzeczył znowu
wszystkiemu twierdząc, że
zeznania wymuszono torturami.
Następnie siedział około 8.
miesięcy w celi nr 56, skąd w
dniu wybuchu wojny
niemiecko_rosyjskiej zabrano go
wraz z polskim podpułkownikiem,
inż. Głazkiem, dyrektorem kolei
wileńskiej. O obu słuch zaginął.

Koło połowy lipca wprowadzono
do mojej celi płk. Nikodema
Sulika i Rafała Lubomirskiego,
studenta Politechniki Gdańskiej.
Płk Sulik walczył w Polsce w
roku 1939, następnie należał do
Polskiej Organizacji Wojskowej w
Wilnie. Przeszedł śledztwo,
połączone z katowaniem w
Lefortowie i spodziewał się
wyroku śmierci. Od niego
dowiedziałem się o stosunkach na
Wileńszczyźnie i o ogromnych
aresztowaniach. Opowiadał też,
jak odbyły się oszukańcze wybory
pod naciskiem NKWD i bagnetów
rosyjskich. W tym czasie miałem
już lepsze jedzenie i kilka
papierosów dziennie. Mogłem więc
trochę podratować płk. Sulika,
który był pozbawiony
wszystkiego. Po kilku dniach
zabrano go z celi.





Bomby: wojna!





Pewnego dnia usłyszeliśmy
wybuchy bomb w Moskwie i
gwałtowną strzelaninę dział
przeciwlotniczych. Wszystka krew
zbiegła mi do serca. A więc
nareszcie wojna! Moje
doświadczone ucho nie może się
mylić. Następnego dnia zaczęto
malować na niebiesko okna. Na
korytarzach więziennych pojawiły
się worki z piaskiem. Władze
sowieckie ogłosiły, że odbywają
się ćwiczenia przeciwlotnicze,
ale naloty się powtórzyły.
Rzadkie, 15_minutowe przechadzki
po podwórku więziennym ustały.
Nawet moi współtowarzysze celi
przyszli do przekonania, że to
nie są ćwiczenia. Zaczęły się
dyskusje czy to samoloty
niemieckie, czy angielskie.

Dziwne, ale nienawiść Rosjan
do Wielkiej Brytanii była
niezwykle silna. "Przeklęty
Albion" nie schodził nikomu z
ust. Niemców się bano, ale
jednocześnie odczuwano dla nich
osobliwy szacunek. Być może
dlatego, że w ciągu wielu
dziesiątków lat, przed
poprzednią wojną, wielka ilość
Niemców zajmowała kluczowe
stanowiska w imperium rosyjskim.
Może też dlatego, że Niemcy w
poprzedniej wojnie zawsze bili
Rosjan i wyraźnie ich
lekceważyli. Może też dlatego,
że Niemcy w zaplombowanych
wagonach przysłali do Rosji w r.
1917 Lenina i towarzyszy, czym
umożliwili zdobycie władzy przez
bolszewików. Nie bez wpływu był
też pobyt w Rosji Sowieckiej
licznych inżynierów niemieckich,
którzy budowali ciężki przemysł.

Ja osobiście nie miałem
wątpliwości. Wydawało mi się
rzeczą niemożliwą, aby Anglicy
przed pobiciem Niemców mogli
zaatakować Rosję.

Modliłem się o wojnę między
Niemcami a Rosją: nie wierzyłem
w możliwość odbudowania Polski,
jeśli przyjaźń szakala z
tygrysem będzie trwała.

Miałem znowu krótkie, ale
bardzo przykre przejście.
Zostałem wezwany do sędziego
śledczego, który pokazując
zapomniany już przeze mnie szkic
o kierunkach ewentualnych natarć
niemieckich, wmawiał we mnie, że
musiałem o tym wiedzieć od
Niemców, a zatem jestem
szpiegiem. Wyjaśnienia moje, że
jako doświadczony oficer
dyplomowany na prowadzeniu wojny
muszę się znać, nie trafiały mu
do przekonania. Później już
dowiedziałem się, że
rzeczywiście trafnie
przewidziałem kierunki ofensywy
niemieckiej.

Olbrzymie sukcesy niemieckie,
pogrom armii sowieckich,
konieczność uzyskania pomocy
sojuszników stworzyły sytuację,
która uratowała mnie od dalszych
konsekwencji.





Oznaki zmiany





Wkrótce potem wezwano mnie do
sędziego śledczego. Nie wiem czy
przypadkiem, ale był to ten sam,
który pierwszy przesłuchiwał
mnie w Moskwie i który
powiedział mi wtedy, że polscy
generałowie to tchórze, bo nie
chcą mówić prawdy. Obecnie był
niezwykle uprzejmy. Dopytywał
się o moje zdrowie, którym się,
jak wiadomo, dotąd nie
zajmowano. Pytał, co słychać, na
co odpowiedziałem:

- To ja powinienem się was
zapytać, czy jest wojna.

- Jaka wojna?

- No, między wami a Niemcami.
Przecież wyraźnie słyszałem
naloty bombowe i artylerię
przeciwlotniczą.

- To nie wojna, to tylko
ćwiczenia.

- Możecie to opowiadać komu
innemu. Ja na tych rzeczach znam
się dobrze. Czy zawarliście
przymierze z Wielką Brytanią?

- Tak.

- Czy prowadzicie rozmowy z
rządem gen. Sikorskiego?

- Tak.

- Dziękuję.

- Czy wam czegoś nie potrzeba?

- Owszem, jeść i papierosów.

- Prędko zobaczymy się znowu.

Na drugi dzień zabrano mnie do
fryzjera i po raz pierwszy po
20. miesiącach więzienia
zostałem ogolony, a nawet
pokropiony bardzo kiepską, ale
bardzo silnie pachnącą wodą
kolońską, taką samą, jaką
oblewali się wszyscy dozorcy
(wachtiory) w więzieniu.

Tymczasem przybył do celi
pierwszy Niemiec, Hans Schinke,
major niemieckiego sztabu
generalnego. Tuż przed wybuchem
wojny aresztowali go Rosjanie
pod zarzutem szpiegostwa.
Przypuszczam, że zarzut był
uzasadniony. W dniu wybuchu
wojny wezwano go do zastępcy
szefa NKWD Mierkułowa, który bez
słowa uderzył go pięścią w twarz
i kazał odprowadzić do celi.

Schinke był przekonany o
zwycięstwie Niemiec. Twierdził,
że lada dzień Niemcy zajmą
Moskwę, a małą ilość nalotów na
stolicę Rosji Sowieckiej starał
się objaśnić silną obroną
przeciwlotniczą. Twierdził, że
Rosjanie od dawna pracują nad
nowymi wynalazkami i nie uważał
za wykluczone, że przy obronie
Moskwy zastosują także
"promienie śmierci". Twierdził,
że niemiecki sztab generalny ma
najdokładniejsze dane o
uzbrojeniu Armii Czerwonej i że
w chwili wybuchu wojny miała ona
18.000 czołgów i 35.000
samolotów. Dodał, że oczywiście
znaczna część tego sprzętu jest
już przestarzała.

Miałem wątpliwości co do tych
cyfr; ale według informacji
później otrzymanych od różnych
oficerów sowieckich wydaje się,
że były dość bliskie prawdy.
Czołgów rzeczywiście było dużo,
ale kiepskiej jakości, samolotów
bardzo wiele, ale głównie
łącznikowych, komunikacyjnych,
myśliwskich i szturmujących.
Bombowców wiele nie widziałem.





Niezwykli goście i... wolność





Co drugi dzień golili mi teraz
ślicznie brodę. Wreszcie, 4
sierpnia o szesnastej otwierają
się drzwi celi z zapytaniem:

- Kto tu na literę A? Żwawo,
żwawo, zbierajcie się na
przesłuchanie.

Już w korytarzu więziennym
czuję, że zaszło coś
niezwykłego. Zastępca komendanta
więzienia i kilku starszych
dozorców czeka na mnie. Prowadzą
mnie po różnych schodach,
jedziemy windą: nikt nie wykręca
mi rąk w tył i nie popycha, jak
to zwykle bywało. Idę sam.
Przyłącza się nawet komendant
więzienia. Idę o kulach,
podtrzymują mnie na schodach.
Nadzwyczajna uprzejmość. Coraz
piękniej urządzone korytarze.
Wreszcie wprowadzają mnie do
niewielkiego pokoju, gdzie
urzędują oficerowie NKWD i kilka
maszynistek. Po krótkiej chwili
wchodzę do wielkiego
eleganckiego gabinetu, pełnego
dywanów i wyściełanych mebli.
Spoza stołu wstaje dwóch panów w
ubraniach cywilnych.

- Jak się pan czuje?

- Z kim mam do czynienia? -
pytam.

- Jestem Beria - odpowiadają
kolejno. - A ja Mierkułow.

Pytają, czy zapalę, czy chcę
napić się herbaty. Z kolei ja
pytam czy jestem jeszcze
więźniem, czy też jestem już
wolny. Pada odpowiedź:

- Jest pan wolny.

Wobec tego proszę o herbatę i
papierosy.

Zaczęła się długa rozmowa,
jacy to Niemcy są wiarołomni,
jak zdradziecko napadli na
Związek Sowiecki, że teraz
trzeba żyć w zgodzie, położyć
krzyżyk na przeszłość, bo
najważniejszą rzeczą jest
pobicie Niemców. Dlatego zawarto
traktat z Brytyjczykami i
podpisano umowę z Polską.
Wszyscy Polacy będą
"amnestionowani", a w myśl umowy
zostanie stworzona armia polska;
przy czym, za zgodą rządu
sowieckiego, zostałem przez
władze polskie mianowany jej
dowódcą. Cieszą się bardzo, że
to właśnie ja, gdyż mogą
stwierdzić, że jestem
najpopularniejszy wśród Polaków
w Rosji. Jakoby 96% Polaków
miało się opowiedzieć za mną. Do
dziś dnia to dokładne określenie
jest dla mnie zagadką, gdyż nie
wiem o żadnym tego rodzaju
plebiscycie i oczywiście nigdy
niczego takiego nie było.
Oświadczono mi, że sam Stalin
interesuje się moją osobą. Cała
rozmowa była bardzo przyjazna.
Proszono mnie, żebym zwracał się
do nich we wszystkich
trudnościach. Skorzystałem od
razu i poprosiłem, ażeby
zwolniono płk. Sulika, gdyż
obawiałem się, by nie wykonano
na nim wyroku śmierci. Po
krótkiej rozmowie telefonicznej
Mierkułow oświadczył, że nie ma
takiego w więzieniu:

- Jak to, przecież kilka dni
temu siedziałem z nim w celi nr
1.

- A w takim razie musi być,
więc go poszukamy.

Płk. Sulika zwolniono jednak
po pewnym czasie, kiedy został
nieco odkarmiony, tak jak i
wszyscy inni przed wypuszczeniem
z więzienia.

Dowiedziałem się, że
przygotowano dla mnie osobne
mieszkanie. Władze sowieckie
mają mi dostarczyć wszystko, co
mi będzie potrzebne. Zależy im
na tym, abym jak najprędzej
przyszedł do zdrowia. Dano mi
sporo pieniędzy, tłumacząc, że
część moich rzeczy zaginęła.
Wziąłem je z czystym sumieniem,
gdyż rzeczywiście przy
aresztowaniu we Lwowie wszystko
mi zabrano. Mojego byłego
sędziego śledczego płk.
Kondratika przydzielono mi do
dyspozycji. Bardzo niezręcznie
tłumaczył się ze swojego
postępowania podczas
przesłuchiwań w śledztwie. Sam
naczelnik więzienia niósł moją
walizkę. Zauważyłem jednak, że
to nie moja. Odpowiedział, że
rzeczy przełożono do tej, bo ta
jest lepsza; brak jedynie
przyrządów do golenia, które
jutro dostanę. Potem okazało
się, że w walizce był tylko
stary, podarty i nie mój...
kostium kąpielowy. Przyborów do
golenia ani moich rzeczy nigdy
nie otrzymałem. Opuściłem
więzienie bez skarpetek, w
koszuli i w kalesonach z
pieczęcią: "Więzienie wewnętrzne
NKWD", ale za to wyjechałem
limuzyną samego szefa NKWD.
Wydostawałem się z gmachu NKWD
po 20_miesięcznym więzieniu, w
tym 7 miesięcy celi pojedynczej.
Cudem odzyskałem wolność.

Jeszcze na kilka godzin
przedtem byłem zwykłym więźniem
Łubianki. Obecnie nie tylko
jestem wolny, ale będę dowódcą
Armii Polskiej, którą mam
tworzyć w Zsrr. Będę walczył
o Polskę!





Armia polska w Zssr







W przedpokoju swobody





Była ósma wieczorem 4 sierpnia
1941, gdy samochód ruszył sprzed
głównego podjazdu gmachu NKWD.
Ulice słabo oświetlone. Niewielu
przechodniów, ale za to sporo
samochodów, wszystkie wojskowe,
silnie nadużywają sygnałów. Po
prawie dwu latach pobytu w celi
więziennej oszałamia mnie
powietrze, gwar uliczny i ruch.

Mam dziwne uczucie. Jestem na
swobodzie, ale coś ciągle
przytłacza mi piersi. Po
kilkuminutowej jeździe samochód
wjeżdża na podwórze. Z
wysiłkiem, o kulach, wchodzę na
drugie piętro. Nie ma windy.

Przeznaczone dla mnie
mieszkanie składa się z 4
przyzwoicie urządzonych pokojów
i kuchni. Jest kucharz Iwan
Wasiliewicz i pokojówka
Maruszka. Oczywiście nie mam
wątpliwości, że są na usługach
NKWD. Duży stół w jadalni
zastawiony butelkami i
zakąskami. Szampan, koniak, wina
czerwone i białe - brakuje chyba
tylko whisky. Za to dużo
rosyjskiej wódki. Zakąski
wspaniałe, jak za dobrych
przedwojennych czasów, z
kawiorem na przedzie. Kucharz
pyta, co przygotować na kolację.
Po prostu wystraszyłem się tego
jedzenia.

Przypomniałem sobie, jak to
niejednokrotnie w celi
więziennej, kiedy było bardzo
głodno i kiedy współtowarzysze
niedoli wiecznie poruszali temat
jedzenia i każdy zwierzał się
głośno co by zjadł, gdyby
wyszedł na swobodę, ja zawsze
opowiadałem się za jajecznicą z
szynką. Teraz podziękowałem za
wszystkie przysmaki i poprosiłem
o jajecznicę z jednego jajka i o
kawałek szynki.

Tegoż dnia czekała mnie
jeszcze jedna niespodzianka. Płk
Kondratik zawiadomił mnie, że
część naszych oficerów jest już
na wolności w Moskwie i że dwóch
z nich, mianowicie ppłk.
Zygmunta Berlinga i ppłk.
Dudzińskiego, mógłby jeszcze
dziś do mnie przyprowadzić.
Oczywiście, zgodziłem się
skwapliwie. Pierwszego mało
znałem osobiście, wiedziałem
tylko, że na krótko przed wojną
przeszedł w stan spoczynku.
Drugiego znałem lepiej, gdyż
służył w 20. Dywizji Piechoty
pod Mławą. Później zachorował i
wyjechał wraz z innymi chorymi
oficerami na wschód, gdzie
zostali zagarnięci przez
bolszewików. Przeciwko ppłk.
Dudzińskiemu występowano z
wieloma zarzutami, ale muszę
stwierdzić, że w latach
przełomowych po Jałcie zajął
stanowisko zdecydowane, w duchu
rzetelnie niepodległościowym.

O swoich przeżyciach
opowiadali dość mętnie.
Oddzielono ich od kolegów,
trzymano najpierw w więzieniu,
następnie w specjalnej willi pod
Moskwą, a od miesiąca w liczbie
kilkunastu mieszkają w Moskwie.
Trzech z nich, mjr. Leona
Bukojemskiego, kpt. Kazimierza
Razena_Zawadzkiego i por.
Wicherkiewicza, znałem osobiście
z jak najgorszej strony.
Potwierdzili mi wiadomości,
które poprzednio miałem od kpt.
Kuszla, że Polacy znaleźli się w
trzech głównych obozach w
Starobielsku, Kozielsku i
Ostaszkowie, przy czym w
Starobielsku i w Kozielsku byli
wyłącznie oficerowie. Wszystkie
trzy zwinięto w r. 1940; co się
stało z jeńcami, nie wiedzieli.
Wiadomo tylko było, że ok. 400
oficerów z tych obozów
znajdowało się przez jakiś czas
w obozie Pawliszczew Bor, skąd
zostali przewiezieni do
Griazowca i tam połączeni z
grupą przeszło 1000 polskich
oficerów, przywiezionych z
Litwy.

Byłem z nimi bardzo ostrożny.
Zauważyłem, że zbyt natarczywie
podkreślają konieczność
współpracy z Rosją Sowiecką i
przesadnie krytykują stosunki w
Polsce przed wojną, a przesadę
widziałem tym łatwiej, że i sam
miałem o tych stosunkach sąd
ujemny. Ta przesada szczególnie
uderzyła mnie u Berlinga, który
był oficerem I Brygady.

Na drugi dzień przyszedł
krawiec, kupiono mi bieliznę i
konieczne drobiazgi toaletowe,
tak że przybrałem normalny
wygląd. Udało mi się otrzymać
prasę sowiecką, która wychodziła
podczas wojny; zorientowała mnie
ona w polityce sowieckiej. Wtedy
też zetknąłem się z
dwutygodnikiem pod nazwą
"Zadania Bliskiego Wschodu", po
raz pierwszy, ale i ostatni,
gdyż został wycofany z obiegu.
Pismo to kreśliło obraz
przyszłej polityki Związku
Sowieckiego na Bliskim
Wschodzie, podnosząc konieczność
zajęcia zagłębi naftowych,
wejścia do Zatoki Perskiej i
rewolucji w Indiach.

Ze zdumieniem spostrzegłem, że
przez cały czas współpracy i
przyjaźni niemiecko_sowieckiej
prasa bolszewicka ani razu nie
użyła nie tylko terminu
"hitlerowiec", ale i "faszysta".
Przez cały ten czas wymyślano -
i to jak najbardziej prostacko -
na Anglię, Francję i częściowo
Amerykę. To były właśnie wówczas
dla Rosji państwa
imperialistyczne i reakcyjne. O
imperializmie i reakcjonizmie
Niemiec, Włoch i Japonii ani
słowa. Wręcz przeciwnie,
dzienniki pełne były
entuzjastycznych opisów pobytu
Ribbentropa w Moskwie u Stalina,
Mołotowa w Berlinie u Hitlera i
z całym naciskiem podkreślano,
że Stalin, rzecz dotąd nie
spotykana, 13 kwietnia 1941
osobiście odprowadzał i żegnał
na dworcu kolejowym w Moskwie
japońskiego ministra Matsuokę,
przejeżdżającego z Berlina do
Tokio. Dopiero wtedy, na
podstawie tej prasy, zdałem
sobie sprawę z perfidnej gry
sowieckiej w r. 1939 wobec
Polski oraz zrozumiałem, jak
bardzo Sowietom zależało w
latach 1939_#1941 na przyjaźni
niemieckiej i jak wielkim
zaskoczeniem był dla nich atak
niemiecki. Tego samego dnia
Stany Zjednoczone, Wielka
Brytania, Francja, Polska i
wiele innych narodów stało się
nagle demokracjami, a Niemcy
faszystami i hitlerowcami.

Przez dłuższy czas miałem
ciągle wrażenie, że jestem nadal
stale pod obserwacją, jak przez
judasza w celi więziennej. Z
zadowoleniem zamykałem się w
nocy na klucz. Godzinami
przesiadywałem na balkonie,
obserwując życie uliczne. Nie
tyle biedny i często obdarty
wygląd ludzi zwracał moją uwagę,
ile ruchy powolne, jak gdyby
nigdzie i nigdy się nie
śpieszyli oraz ponure, złe
twarze. Ani cienia uśmiechu i
radości, nawet dzieci - wszędzie
na świecie tak beztroskie - tu
były ciche i skupione. Wożono
mnie na przejażdżki do ogrodów
rozrywkowych, ale i tam tłum był
wszędzie jednakowy, milczący i
smutny.

Na modłę sowiecką wszędzie
były wystawione olbrzymie
portrety przywódców, przede
wszystkim Stalina, "słoneczka"
Związku Sowieckiego, najczęściej
obok Lenina. Chodziło o wpajanie
w umysły, że Lenin i Stalin to
jedno. W rzeczywistości stosunek
Lenina do Stalina był nieufny i
krytyczny.

W wojsku na miejsce trzech (z
pięciu) zlikwidowanych
marszałków - Tuchaczewskiego,
Jegorowa, Bluechera - mianowano
trzech nowych: Szaposznikowa,
Timoszenkę i Kulika, który był
od lat szefem zaopatrzenia i
uzbrojenia armii. Portrety tych
trzech i pozostałych przy życiu
z pierwszej piątki, Woroszyłowa
i Budionnego, wisiały wszędzie.
Pewnego dnia zauważyłem, iż
portret Kulika zniknął.
Oczywiście zapytałem o to płk.
Kondratika, który mi
towarzyszył. Popatrzył na mnie
ze zdziwieniem, a później z
naciskiem powiedział:

- U nas nie wolno o takie
rzeczy pytać. Pytanie takie
uważane jest u nas za
przestępstwo. Był, a teraz go
nie ma!

Mimo woli przypomniałem sobie
opowiadania współwięźniów, że
ludzie znikają tysiącami i że
nikomu pod karą natychmiastowego
aresztowania nie wolno się nimi
interesować lub o nich pytać; po
prostu byli, a teraz ich nie ma!

Już w więzieniu zwróciło moją
uwagę, że w książkach, które
czasami dawano nam do czytania,
nazwiska autorów były dość
często wycięte. Stwierdziłem to
i teraz. Dotyczyło to oczywiście
tylko autorów współczesnych.
Wyjaśniono mi, że każdy
aresztowany jest automatycznie
uznany za wroga ludu i jako taki
ginie dla społeczności, a więc i
imię jego musi zewsząd zniknąć.

Członkowie różnych misji
wyjeżdżających za granicę
musieli po powrocie składać
sprawozdania, czy też opisywać,
z punktu widzenia
bolszewickiego, co tam widzieli.
Czytałem wiele takich utworów;
zawierały setki kłamstw o życiu
ludzi na Zachodzie. Zresztą po
powrocie prawie wszyscy
wyjeżdżający prędzej czy później
lądowali w więzieniu pod
zarzutem szpiegostwa, a co
najmniej współpracy z
kapitalizmem. R~egime sowiecki
nie znosi ludzi, którzy by mogli
robić porównania i wysnuwać z
tego wnioski.

Pierwsi z Londynu





Dowiedziałem się z gazet o
przybyciu do Moskwy polskiej
misji wojskowej z gen. Zygmuntem
Bohuszem_szyszko na czele, ale
dopiero po kilku dniach
uzyskałem jego adres i mogłem
się z nim zetknąć. Widok
polskiego munduru i polskiego
orzełka wywarł na mnie silne
wrażenie. W hotelu "National",
gdzie gen. Bohusz_szyszko
zamieszkał, musiał mi przez
wiele godzin opowiadać o tym, co
się działo na szerokim świecie
od września 1939. A więc o
stosunkach w Kraju pod okupacją
niemiecką, o udziale naszych
wojsk w kampanii francuskiej, o
wyprawie do Norwegii, o
przyjeździe Prezydenta i rządu
oraz części wojsk do Wielkiej
Brytanii, o wspaniałym
bohaterstwie naszych lotników w
bitwie o Wielką Brytanię. Mówił
o oświadczeniu gen. Sikorskiego
po upadku Francji, że Polska
jest związana z Wielką Brytanią
na śmierć i życie, że ramię przy
ramieniu bić się będą aż do
zwycięstwa. Potwierdził moje
domniemanie, że Stany
Zjednoczone wydatnie pomagają
Wielkiej Brytanii. Powiadomił
mnie o umowie polsko_sowieckiej
z 30 lipca 1941 i o zamiarach
stworzenia Armii Polskiej w
Zsrr.

Gdy gen. Bohusz_szyszko
opowiedział mi szczegółowo o
rozbieżnościach w rządzie i poza
rządem w sprawie umowy z Rosją,
po dokładnym rozpytywaniu i
namyśle odpowiedziałem mu tymi
słowy:

- Trudno mi w tej chwili
ocenić, czy i ile słuszności ma
opozycja. Gen. Sosnkowskiego
znam jako człowieka poważnego i
rozumnego. Nie sądzę, by jego
wystąpienie nie było poprzedzone
rzetelnym i gruntownym zbadaniem
zagadnienia. Teoretycznie on i
jego towarzysze może i mają
rację, ale praktycznie Sikorski
jest bliższy prawdy. W
więzieniach miałem możność
zapoznać się z dziełami Lenina,
Stalina i innych czołowych
bolszewików. Poznałem gruntownie
ich sposób myślenia, ich
podejście do zagadnień wielkiej
polityki i ich metody
postępowania. Widziałem ich
zachowanie u nas w Kraju. Nie
wierzę im. Mają teraz nóż na
gardle, więc są układni i
grzeczni. Ale to może szybko
przeminąć. Bądź okrzepną, bądź
też ulegną Niemcom. W jednym i w
drugim przypadku nasza sprawa
znowu znajdzie się w impasie.
Musimy bardzo się śpieszyć.
Musimy się zorganizować i
stworzyć silne wojsko. Musimy
ratować naszą ludność. Damy
Sikorskiemu pełne i lojalne
poparcie.

Na razie byłem sam jeden,
dowódca bez armii, stopniowo
jednak zaczęli wychodzić z
więzień koledzy. O wielu trzeba
było walczyć z władzami NKWD.
Przekonałem się, że czynniki
wojskowe nie miały głosu, że we
wszystkich dziedzinach życia
cywilnego i wojskowego
niepodzielnie panowało NKWD.
Znamienna była moja rozmowa z
pułkownikiem NKWD Kondratikiem,
kiedy domagałem się natarczywie
zwolnienia z więzienia
Bronisławy Wysłouchowej, wielce
zasłużonej przyszłej inspektorki
Pomocniczej Służby Kobiet.

- Na co wam - zapytał opornie
- ta wredna baba?

Z trudem udało mi się ją
wydostać, a później okazało się,
że właśnie sam Kondratik
torturował ją osobiście,
wymuszając zeznania. Liczni
oficerowie, skazani na śmierć,
przez dłuższy czas nie byli
pewni swego losu, nieraz
miesiącami czekając w celi
skazanych na wykonanie wyroku.

Odwiedziłem szefa brytyjskiej
misji wojskowej gen. Mac
Farlane'a, człowieka niezwykle
serdecznego i uczynnego, z
którym się później bardzo
zaprzyjaźniłem. Pierwszy raz w
życiu widziałem wojskowego w
szortach. Wręczył mi pismo i
instrukcje od gen. Sikorskiego.
W zasadzie dowódcą wojska
polskiego w Zssr miał zostać
gen. Stanisław Haller, ale wobec
tego, że nie można go było
odnaleźć, mnie powierzono to
stanowisko.

Chodziło mi przede wszystkim o
to, by jak najszybciej rozpocząć
tworzenie wojska i wydostać jak
najwięcej ludzi z więzień i
obozów. Nie wiedziałem, jakimi
zasobami ludzkimi rozporządzamy.
Nie wiedziałem, gdzie są
oficerowie, których liczbę
określali zwolnieni koledzy na
ok. 11000. Co się stało z
szeregowymi? Znane mi było
oświadczenie Mołotowa,
wygłoszone 2 listopada 1939 w
"Wierchownym Sowiecie", po
napadzie Związku Sowieckiego na
Polskę, w którym twierdził, że
wzięto do niewoli ponad 300000
żołnierzy. Spodziewałem się, że
władze udzielą mi informacji,
tym bardziej że pismo Czerwonej
Armii "Krasnaja Zwiezda"
podawało 17 września 1940, tj.
po roku od wkroczenia
bolszewików na ziemie polskie,
że w walkach na froncie
ukraińskim, na Wołyniu, koło
Lublina, Grodna, itd. wzięto do
niewoli 12. generałów, ponad
8000 oficerów i ponad 200000
szeregowych.

Pełnomocnikiem rządu
sowieckiego do spraw polskich
został mianowany gen. Żukow -
nie należy go mieszać z
późniejszym marszałkiem tegoż
nazwiska - a pełnomocnikiem
sztabu głównego marszałka
Szaposznikowa, gen. Panfiłow. Z
Żukowem poznałem się zaraz po
moim wyjściu z więzienia. Zrobił
na mnie wrażenie człowieka
rozumnego i energicznego. Oddany
Stalinowi duszą i ciałem, był
typowym młodym komunistą
rosyjskim, ale stosunki nasze
ułożyły się od razu jak
najlepiej.

Po kilku tygodniach leczenia
odrzuciłem kule i jakkolwiek
początkowo z trudnością,
zacząłem chodzić jedynie z
laską. Na wzór munduru gen.
Bohusza_szyszko i mnie uszyto
mundur. 10 sierpnia 1941
otrzymałem nominację na generała
dywizji.

Chwilowo zamiast ambasadora
przybył z Londynu jako charg~e
d'affaires Józef Retinger,
osobisty przyjaciel gen.
Sikorskiego, znający doskonale
cały świat, człowiek niezwykle
inteligentny i ujmujący.
Zapoznał mnie z ambasadorem
brytyjskim Sir Staffordem
Crippsem, którego od dawna
dobrze znał. Wydawało mi się, że
nawet Crippsowi, mimo bystrej
orientacji w sprawach
publicznych, trudno było
zrozumieć Sowiety. Ze swej
strony zetknąłem Retingera z
szeregiem dostojników sowieckich
i prowadzone przezeń rozmowy
były na pewno korzystne dla
sprawy polskiej.
Charakterystyczne jest, że
władzom sowieckim szczególnie
zależało na uzyskaniu pomocy dla
swego wywiadu w Polsce.

Nie tylko żołnierze, ale
wszyscy Polacy zwolnieni z
więzień i łagrów, wiedząc o
tworzeniu armii starali się
dostać do rejonu jej
koncentracji. Grżące podczas
zimy straszliwe mrozy na północy
i brak ubrania wytwarzały wśród
nieszczęśliwych ludzi naturalny
ciąg na południe.





Umowa wojskowa





Zawarta 14 sierpnia 1941
polsko_sowiecka umowa wojskowa
głosiła m.in.:

"Armia polska będzie
zorganizowana w najkrótszym
czasie na terytorium Zssr,
przy czym będzie ona stanowiła
część sił zbrojnych suwerennej
Rzeczypospolitej Polskiej...
Będzie ona przeznaczona do
wspólnej, z wojskami Zssr i
innych mocarstw sojuszniczych,
walki przeciwko Rzeszy
Niemieckiej. Po zakończeniu
wojny powróci ona do Polski...
Polskie jednostki liniowe będą
użyte na froncie po osiągnięciu
pełnej gotowości bojowej...
Żołnierze Armii Polskiej na
terytorium Zssr będą
podlegali polskim wojskowym
ustawom i regulaminom.
Uzbrojenie, ekwipunek,
umundurowanie, samochody, itd.
będą dostarczone w miarę
możności:

- przez rząd Zssr z
własnych zasobów,

- przez rząd Rzeczypospolitej
Polskiej z dostaw przyznanych na
zasadzie Lease and Lendu.

Stopniowo zgłaszali się
oficerowie wypuszczeni z więzień
w Moskwie. Ich stan fizyczny był
opłakany, ale duch znakomity. Na
szefa sztabu wybrałem płk.
Leopolda Okulickiego.

Pierwszą rozmowę urzędową z
władzami sowieckimi o
organizacji armii miałem 16
sierpnia 1941, następne 19, 22,
26 i 29 sierpnia. Byłem
przerażony znikomą liczbą byłych
jeńców, którą podał gen.
Panfiłow; w dwóch obozach razem
20.000 szeregowych, Griazowcu
ponad 1000 oficerów. Co się
stało z resztą? Wiedziałem
przecież, że w r. 1940 w obozach
w Starobielsku, w Kozielsku i w
Ostaszkowie było ok. 11.000
oficerów, a w Ostaszkowie nadto
wiele tysięcy podoficerów,
szczególnie policji, żandarmerii
i ochrony pogranicza.

Z dużym trudem uzyskałem zgodę
na tworzenie dwóch dywizji i
jednego pułku zapasowego.
Jeszcze komisje nie wyjechały
dla przyjęcia tych ludzi, a już
termin gotowości bojowej
ustalono na 1 października 1941.
Było to tak nierealne, że nawet
nie oponowałem.

Z góry wiedziałem, że do tego
czasu nawet ludzie nie będą
zebrani - a gdzie broń, mundury
i ekwipunek?

Dopiero 22 sierpnia podano mi
do wiadomości, że sztab armii
będzie znajdował się w Buzułuku,
5. Dywizja Piechoty w
Tatiszczewie, wreszcie 6.
Dywizja i pułk zapasowy w Tocku
- i dopiero wtedy uzyskałem
zgodę na wysłanie komisji
poborowych do tych trzech
miejscowości. Jako przewodnicy
komisji wyjechali płk Sulik,
ppłk Kazimierz Wiśniowski, ppłk
Stanisław Pstrokoński.

Na natarczywe domaganie się
władz sowieckich przesłałem do
wiadomości przewidywaną przeze
mnie prowizoryczną obsadę
personalną. Nie było to łatwe.
Miałem w ręku listę tylko tych
oficerów, którzy znajdowali się
w Griazowcu. Nie wiedziałem,
jaki jest ich stan psychiczny i
fizyczny. Wielu z nich było już
starych i mniej przydatnych.
Najlepsi oficerowie przychodzili
z więzień, ale nie można było
się dowiedzieć, kto jeszcze był
więziony. Kwiat naszego wojska
znajdował się w Starobielsku i w
Kozielsku. Ale gdzie obecnie
przebywają? Ponieważ według
naszych wiadomości bardzo wielu
polskich żołnierzy znajdowało
się w karnych obozach pracy, a
liczba ochotników do wojska
polskiego wzrastała,
wystosowałem 12 września 1941
pismo do naczelnego dowództwa
sowieckiego o tworzenie dalszych
dywizji.





Moskwa czasu wojny





Byłem świadkiem kilku nalotów
niemieckich na Moskwę.
Obserwowałem je z balkonu mojego
mieszkania. Naloty odbywały się
nocą. Wydawało mi się jednak, że
w atakach nie brało nigdy
udziału więcej niż kilkanaście
bombowców. Natomiast przekonałem
się, że Hans Schinke miał
słuszność. Ilość dział
przeciwlotniczych i karabinów
maszynowych broniących Moskwy
była wprost fantastyczna.
Zresztą nie było w tym nic
dziwnego. Przy centralizacji
rządzenia Rosją nie tylko
zbiegały się w Moskwie nici
wszelkich nawet drobniejszych
zarządzeń, ale była i jest ona
jednocześnie centrum całej
łączności telefonicznej i
telegraficznej Rosji oraz
głównym węzłem komuniikacyjnym.
Gen. Żukow oświadczył mi, że
Moskwa w żadnym wypadku nie
będzie oddana. Straty od
bombardowania nie były wielkie,
ale za to odłamki pocisków
sypały się jak groch.

Przed wojną z Niemcami Moskwa
była najlepiej zaopatrzonym
miastem Rosji Sowieckiej. Nie
zmieniło się to podczas wojny,
ale brak żywności dawał się
coraz bardziej odczuwać. Rzucała
się w oczy ogromna, nie
spotykana nigdzie dysproporcja w
skali życia urzędników i
oficerów, którzy opływali we
wszystko, a reszty ludności,
która głodowała. Dopiero chodząc
po ulicach Moskwy można było
stwierdzić, jak w ciągu przeszło
20 lat rząd sowiecki nie dbał o
codzienne potrzeby ludności.
Właściwie prawie niczego nie
można było kupić, a to co było,
odznaczało się niesłychaną
tandetnością. Zresztą nikt nie
ukrywał, że kosztem właśnie tych
codziennych potrzeb zbudowano
kolosalny przemysł zbrojeniowy
na Uralu.

Z radia i gazet dowiedzieliśmy
się, że 25 sierpnia wojska
brytyjskie i sowieckie wkroczyły
do Iranu. Prasa pełna była
opisów bohaterskich czynów
oddziałów sowieckich, wspominała
także o wielkich ilościach
jeńców i zdobyczy wojennej. 16
września ogłoszono, że szach
abdykował. Na tron wstąpił jego
syn.

Tymczasem Niemcy osiągnęli
wielkie sukcesy. Armia sowiecka
oddawała miliony jeńców i
traciła sprzęt. Woroszyłowa i
Budionnego odwołano z frontu.
Komu innemu takie klęski nie
uszłyby na sucho, lecz ich nie
zlikwidowano. Położyli zbyt
wielkie zasługi dla umocnienia
autorytetu Stalina w partii i w
wojsku. Nazwiska obu, a
zwłaszcza Budionnego, zapisały
się krwawo w pamięci narodów
ujarzmionych przez czerwoną
Moskwę. Gdziekolwiek znajdowali
się nasi żołnierze - po
kołchozach, łagrach, czy na
robotach leśnych lub drogowych;
na Ukrainie, Kubaniu, północnym
Kaukazie, w Uzbekistanie, w
Baszkirii, w Kazachstanie -
ludność miejscowa opowiadała im
szeptem o krwawych rzeziach
dokonywanych przez r~egime
sowiecki pod wodzą Budionnego,
Woroszyłowa, Kaganowicza, itp.,
po których pozostawały tylko
zgliszcza, ruiny i zbiorowe
mogiły, kryjące tysiące ofiar.

W stosunku do innych Stalin
nie był tak wyrozumiały. W
pierwszym roku wojny likwidowano
po każdym niepowodzeniu
generałów, dowódców armii,
korpusów czy dywizji - i bez
przesady można powiedzieć, że z
rąk NKWD zginęło ich w
pierwszych latach więcej, niż z
rąk niemieckich. Lecz dowództwo
sowieckie zrozumiało, że korpus
dowódczy musi być zasadniczo
odnowiony w duchu wojny
współczesnej. Pamiętam, jakiego
hałasu narobiła sztuka "Front"
Korniejczuka, ówczesnego
faworyta Stalina, która
ośmieszała typ dowódcy w rodzaju
właśnie Budionnego czy
Woroszyłowa. Sowiecka młodzież
wojskowa wzięła ~a la lettre
nawoływania Stalina do
odmłodzenia armii. Nie
przypuszczała wówczas, że jest
to jedno z licznych posunięć
taktycznych dyktatora, które się
rozwiewają, gdy przemija ich
dogodność dla rządzących. Gdy
sytuacja wojenna zmieniła się na
lepsze, ta sama propaganda,
która apelowała do poczucia
narodowego i odwiecznego
rosyjskiego ducha żołnierskiego,
przeszła do twierdzeń, że
zwycięstwa są wyłącznie zasługą
partii bolszewickiej. na drodze
od Stalingradu do Berlina
zaczęły się zdarzać wypadki
śmierci cywilnej (a kto wie, czy
tylko cywilnej) wielu szybko
wsławionych nowych marszałków i
dowódców sowieckich, których po
ostatecznym zwycięstwie
usunięto, by na ich miejsce
znowu wprowadzić stare, wierne,
choć przerzedzone stalinowskie
kadry partyjne. Swą umiejętnie
chytrą a bezwzględną polityką
łudzenia, obiecywania, mamienia
przyszłymi zmianami w kierunku
liberalizmu i poprawy bytu,
rozsypywaniem orderów i
podniecaniem ambicji coraz to
nowych ludzi Stalin w pierwszych
latach wojny zażegnał bacznie
śledzone niebezpieczeństwo
opanowania władzy przez wojsko
lub przez jednego z wodzów,
czyli bonapartyzmu wojennego.

Lecz w tym okresie klęsk, o
którym tu piszę, starzy
przyjaciele musieli ustąpić
nowym siłom. Woroszyłow i
Budionny otrzymali polecenie
formowania armii rezerwowych za
Uralem i na wschód od Wołgi. Tak
brzmiało to oficjalnie. Ale
nieoficjalnie łączyły się z tym
niezliczone ekspedycje karne,
zsyłki dziesiątków tysięcy
ofiar, uśmierzanie ciągłych
buntów i powstań wśród ludności
różnojęzycznych republik
południowo_wschodniej Rosji
europejskiej i środkowej Rosji
azjatyckiej. Narody bowiem,
przykute do Zssr, powitały
wojnę z ulgą. I to nie dlatego,
by w jakimkolwiek stopniu
sympatyzowały z hitleryzmem czy
nawet z Niemcami. Nie! Po prostu
liczyły na to, że wojna
przyniesie zmianę w ich
położeniu. Ileż to razy nasi
żołnierze spotykali się z
oburzeniem ze strony chłopów,
robotników a nawet inteligentów
sowieckich:

- Po cóż idziecie pomagać
Stalinowi w walce z Niemcami? My
się spodziewamy, że wojna
przyniesie nam nareszcie koniec
bolszewizmu.

Sama organizacja obrony przez
bolszewików na olbrzymim froncie
była wskutek tych trudności
wewnętrznych oparta na metodach
polityczno_policyjnych. Zwracało
uwagę, że nieprzerwane
mobilizacje sowieckie
nierównomiernie wyczerpują
kontyngent poszczególnych
narodowości. Najbardziej
eksploatowane były te narody,
które Związek Sowiecki uważał za
najniebezpieczniejsze z punktu
widzenia swojej
centralistycznej, totalnej
polityki. Jakież było nasze
zdziwienie, gdyśmy się
dowiedzieli na przykład, że
centralny komitet bolszewickiej
partii ukraińskiej, który
kierował całym partyzanckim
ruchem ukraińskim, urzęduje na
przedmieściach Moskwy i że
wszystkich partyzantów
ukraińskich dowództwo sowieckie
używa na przedpolu moskiewskim,
a nie na terenie Ukrainy.
Leningradu bronili również
Ukraińcy, lecz mało pozostało z
nich przy życiu. Na przedpolach
Moskwy ginęły tysiące Uzbeków,
Tatarów i Kaukazczyków, a w
obronie Stalingradu - żołnierze
nierosyjskiego pochodzenia.
Rosja umie od wieków posługiwać
się janczarami. Gdy opowiadano
nam o tej perfidnej gospodarce
krwią narodów ujarzmionych,
pamiętaliśmy, że Pragę zdobywał
Suworow przy pomocy Baszkirów i
Kałmuków.

Dowództwo sowieckie nie
uznawało i nie znało ani w swej
strategii, ani w swej taktyce
oszczędzania krwi żołnierskiej,
podobnie jak gospodarka
bolszewicka nie liczy się z
wartością życia ludzkiego.
Toteż, mimo że Niemcy podeszli
pod Moskwę, widać było wyraźnie,
że idą ostatnim tchem. Wydaje mi
się, że niezależnie od ogromnego
wysiłku żołnierzy sowieckich,
podnieconych nadzieją lepszej
przyszłości, niezależnie od
wielkiego wkładu sztabu i
dowódców, dużą rolę odegrało tu
również opóźnienie ofensywy
niemieckiej. Bezdroża rosyjskie,
brak zaopatrzenia i dowozu
materiałów pędnych, zużycie
sprzętu pancernego i motorowego,
a potem wczesna jesień, deszcze
i błota, następnie zaś od razu
śniegi i mrozy - to były ważne
elementy naturalne, które
przyszły z pomocą dowództwu
sowieckiemu. A najważniejsze:
dowództwo niemieckie, tak pewne
było zwycięstwa jeszcze przed
końcem 1941, że żołnierza
niemieckiego nie zaopatrzono
należycie na zimę. Tak, generał
Mróz, to wielki generał!
Najlepszy w Rosji Sowieckiej.
Był on też najlepszy pod tą samą
Moskwą za Napoleona w r. 1812.





Pierwsze kroki w wojsku





W końcu sierpnia z trudem
udało mi się uzyskać zgodę na
lot do Griazowca. Lądowaliśmy w
Wołogdzie, gdzie władze
miejscowe przyjmowały nas
niesłychanie wystawnie. Byłem
jeszcze osłabiony i nie mogłem
pić wódki, a to należało do
rytuału. Musiał mnie wyręczać
towarzyszący mi gen.
Bohusz_szyszko. Umiejętność
opowiadania przez niego
rosyjskich anegdotek zrobiła
niemałe wrażenie, a jeszcze
większe - wspaniałe, żółte,
sznurowane buty angielskie.

Po długiej jeździe drezyną
przez zupełne bezludzia,
dojechaliśmy wreszcie do
Griazowca. Powoli przeszedłem
przed frontem, szukając wzrokiem
straconej przez tyle czasu
bezpośredniej styczności z
żołnierzem polskim. Ze
wzruszeniem poznawałem zbiedzone
twarze wielu kolegów i
przyjaciół. Czułem, jak wielką
radość sprawiłem im swoim
przybyciem i oświadczeniem, że
niedługo staną się znowu wolnymi
ludźmi w pracy dla Polski.

Tutaj dopiero dokładnie
dowiedziałem się o roli ppłk.
Berlinga i jego przyjaciół,
którzy jeszcze w okresie
przyjaźni niemiecko_sowieckiej
zgłosili swoje przystąpienie do
Armii Czerwonej, chociażby jako
szeregowcy.

Zażądałem zdjęcia uzbrojonych
wart i pozwolenia wychodzenia
poza otaczające obóz druty
kolczaste, uzgodniłem także z
władzami sowieckimi termin
podziału oficerów i wysłania do
poszczególnych obozów, gdzie
miały się tworzyć jednostki
wojskowe. Długą podróż powrotną
odbyłem przedpotopowym, ciągle
psującym się samolotem ponad
tajgami wołogodzkimi do Moskwy;
wobec postępującej ofensywy
niemieckiej nie było czasu do
stracenia w przystąpieniu do
pracy organizacyjnej.

22 sierpnia 1941 mogłem wydać
pierwszy rozkaz do wojska, w
którym stwierdziłem, że na mocy
umów zawartych między rządem
Rzeczypospolitej a rządem
Zssr powstają suwerenne
Polskie Siły Zbrojne na terenie
Zssr pod moim dowództwem i
wezwałem obywateli polskich, by
spełniali swój obowiązek i
wstępowali pod sztandary Orła
Białego.

Udało mi się uzyskać zgodę
władz sowieckich na opiekę
duszpasterską, co stanowiło
niesłychany wyłom w życiu i
strukturze sowieckiej oraz zgodę
na formowanie Pomocniczej Służby
Kobiet (Psk). Wiedziałem, że
na równi z mężczyznami więziono
tysiące naszych dziewcząt i
kobiet, które także chciały
oddać dla Polski swoje siły.
Zarazem wiedziałem, że w
ówczesnych warunkach był to
jedyny sposób utrzymania ich
przy życiu.

Rysem znamiennym była wzmożona
religijność wszystkich ludzi,
bez względu na to, skąd
przychodzili. Nie dziwiłem się
temu, gdyż czułem to samo. Wiara
w Opatrzność Boską, która
sprawiła tak wielki cud dla nas
wszystkich, zdawałoby się
skazanych na powolną i straszną
śmierć, była wraz z ukochaniem
swego narodu i kraju naszą
największą siłą duchową.
Pamiętam pierwszą Mszę św. w
Moskwie w kaplicy francuskiej.
Jestem człowiekiem twardym, a
jednak coś chwytało mnie za
gardło i łzy napływały mi do
oczu. Nie wstydziłem się tego, a
razem ze mną płakali starzy
żołnierze, którzy
niejednokrotnie patrzyli śmierci
w oczy. Przypomniałem sobie
wtedy kpiny enkawudystów, kiedy
deptali znaleziony u mnie
medalik z Matką Boską.

W drugiej połowie sierpnia,
kiedy już spora garstka Polaków
znajdowała się w Moskwie na
wolności, władze sowieckie
zorganizowały dla nas wycieczkę
statkiem po kanale
Moskwa_wołga. Bolszewicy byli
niezmiernie dumni z kanału i
często się nim chwalili.
Rzeczywiście kosztował on wiele
pracy, ale jednocześnie i życie
setek tysięcy skazańców. Kanał
ten, zarówno jak Kanał tzw.
Białomorski i tysiące innych
obiektów, budowało NKWD
wyłącznie rękami ludzi skazanych
na pracę przymusową. Kiedy
podczas przejażdżki na statku
zapytałem kierownika naszej
wycieczki, pułkownika NKWD
Fiedieczkina, czy prawdą jest,
że przy budowie kanału zginęło
tylu ludzi, odpowiedział prosto:

- A cóż ludzie! Jedni mrą,
drudzy się rodzą. A kanał
zostanie na wieki.





I pierwsze kroki polityków





Oczekiwaliśmy przyjazdu
ambasadora polskiego, prof.
Stanisława Kota. Miał on
przywieźć dla mnie instrukcje od
gen. Sikorskiego i zorganizować
opiekę nad ludnością polską. Dr
Retinger uprzedził mnie, że jest
to człowiek bardzo inteligentny,
ale też bardzo nieszczery. Miał
to być najbliższy osobisty
przyjaciel gen. Sikorskiego,
związany z nim jeszcze z lat
szkolnych i następnie pracą w
Nkn za czasów austriackich.

Spotkanie moje z prof. Kotem
odbyło się w gmachu ambasady
polskiej, tym samym, gdzie do r.
1939 mieściła się zawsze nasza
ambasada i gdzie po zawarciu
paktu sowiecko_niemieckiego
urzędowała ambasada niemiecka.
Prof. Kot wręczył mi serdeczny
list od Prezydenta z 1 września
1941 oraz nie mniej serdeczny
list od gen. Sikorskiego, który
zawierał również ścisłe
instrukcje postępowania. Byłem
uradowany, gdyż instrukcje te,
zarówno co do utrzymania
wyraźnie niepodległościowej
postawy, jak co do użycia
wojska, szły całkowicie po mojej
myśli.

Prof. Kot był niezwykle
uprzejmy; wydawało się, że
współpraca nasza ułoży się jak
najbardziej harmonijnie. Jednak
już przy pierwszym spotkaniu
miałem z nim starcie, gdy
zażądał usunięcia z wojska
wszystkich oficerów legionowych.
Oświadczyłem mu, że przy
tworzeniu armii przyjąłem
zasadę: odrzućmy wszystko co nas
dzieli i bierzmy wszystko co nas
łączy w pracy i w walce o
wolność i niepodległość Polski.
Jednocześnie zastrzegłem
wyraźnie, że jeżeli chce mieć ze
mną dobre stosunki, nie może się
mieszać do spraw wojskowych.
Poza tym rozmowa zakończyła się
w nastroju przyjaznym.

Po kilku dniach przyszli do
mnie staruszek prof. Stanisław
Grabski i były członek Pps Jan
Szczyrek. Przyszli w tej samej
sprawie, tj. z wezwaniem, abym
całkowicie usunął z wojska tzw.
sanację oraz wszystkich oficerów
legionowych. Zwróciłem im uwagę,
że w r. 1926 byłem do ostatka
przy Prezydencie i rządzie
Witosa, że mimo całej mojej
sympatii dla Piłsudskiego biłem
się przeciwko niemu, bo tak mi
nakazywała przysięga żołnierska.
Dziś nie mogę usuwać kolegów,
którzy walczyli w r. 1939 i
przeszli tę samą gehennę, co ja.
Zdaniem moim w ramach wojska
powinien znaleźć się każdy, kto
chce się bić o Polskę. Dodałem,
że jest to ostatnia rozmowa,
którą na ten temat prowadzę.
Odtąd na długi czas miałem
spokój.

Tymczasem otrzymałem
wiadomości od oficerów wysłanych
do wskazanych przez władze
sowieckie obozów celem
rekrutacji. Stwierdzili oni, że
zastali tam wyłącznie żołnierzy,
którzy pracowali na terenach
Polski okupowanych przez Sowiety
i którzy z chwilą ofensywy
niemieckiej zostali pieszo
wysłani na wschód (nawiasem
mówiąc słabych i chorych, którzy
nie mogli wytrzymać takiego
piekielnego marszu, zastrzelono
po drodze). Żołnierze ci
przedstawiali się fizycznie bez
porównania lepiej niż nędzarze,
którzy opuszczali więzienia i
łagry. Początkowo nie wierzyli,
że to pobór do wojska polskiego;
dopiero gdy wysłani pułkownicy
odnaleźli w gromadzie znajomych
i dawnych podkomendnych, lody
zostały przełamane. Ku zdumieniu
NKWD odnalazło się ukrytych
wśród szeregowych 23. oficerów i
jeden kapelan.

Prof. Kot, który nie znał
Rosji i słowa nie umiał po
rosyjsku, zwrócił się do mnie z
prośbą, bym mu ułatwił
zetknięcie się z dygnitarzami
sowieckimi. Niestety, po
śniadaniu, które urządziłem dla
prof. Kota i Rosjan, doszedłem
do przekonania, że lepiej tych
prób nie ponawiać. Starał się
być zbyt uprzejmy, prawił
niepotrzebne komplementy, a że
wódki nie pił, więc uznany był
za "chytrego". Co gorsza, zrobił
też, już z innych powodów,
niekorzystne wrażenie na
Polakach znajdujących się w
Rosji. Okazywał ludziom
niezmiernie mało serca, a
organizacyjnie był rzeczywiście
antytalentem. Niestety, przez
cały czas pobytu prof. Kota w
Rosji Polacy w świecie byli
fałszywie informowani o jego
działalności. Gen. Sikorski
jeszcze ciągle był dobrze
usposobiony do prof. Kota i
najzupełniej niezasłużenie
składał mu podziękowania, ku
wielkiemu rozgoryczeniu Polaków
w Związku Sowieckim, którzy
znali prawdę.

Między więźniami z Łubianki
znalazł się także były premier
Leon Kozłowski, od którego
dowiedziałem się o śmierci
byłego premiera Aleksandra
Prystora w więzieniu Butyrki.





Nasza siedziba: Buzułuk





Koło 10 września wyleciałem
wraz z naprędce skleconym
sztabem do Buzułuka, poleciwszy
wysłać tam koleją samochód
ofiarowany mi przez Stalina.
Lecieliśmy dość nisko,
obserwowałem więc dokładnie co
się działo na polach. Więcej niż
połowa zboża nie zżęta. Koni i
bydła prawie nie widać.
Ziemniaków nikt nie kopie. Brak
stogów, brak zapasów drzewa na
zimę, brak nawet ogrodzeń koło
chałup. W przejeździe
zatrzymałem się w Kujbyszewie,
gdzie przyjmowano mnie z
największą wystawnością, jak
zwykle z nadmiarem wódki i
kawioru. Jest to stały sposób
zjednywania sobie gości
zagranicznych, zdawałoby się
bardzo prymitywny; ale
przekonałem się, jak wielu
przyjeżdżających do Rosji dawało
się, niestety, nabierać na tę
wystawność na pokaz.

Buzułuk był typowym rosyjskim
drewnianym miasteczkiem. Bieda i
nędza rzucały się w oczy.
Wszędzie błoto powyżej kostek.
Zaledwie na dwu ulicach bruki,
od wielu zresztą lat nie
naprawiane. Dowództwo polskie
umieszczono w dużym murowanym
budynku. Z najgłębszym
wzruszeniem spostrzegłem, że
flaga polska już nad nim
powiewała. Wiem, że robiło to
ogromne wrażenie na wszystkich,
którzy przybywali z więzień i
łagrów. Trzeba rozumieć: oto po
beznadziejnych latach powolnego
konania chorągiew polska powiewa
nad sztabem w Buzułuku.

Do historii przejdzie tzw.
Ośrodek Zapasowy w Buzułuku,
dokąd kierowano wszystkich nowo
przyjeżdżających. Przybywało zaś
wielu - i to w straszliwym
stanie. Brak było dosłownie
wszystkiego: zdobycie gwoździa
czy deski stanowiło wielkie
zagadnienie.

14 września wyjechałem do
obozu w Tocku. Małe namioty
położone wśród lasów. Powstawała
tam 6. Dywizja Piechoty. Po raz
pierwszy zetknąłem się z
17_tysięczną rzeszą żołnierską,
która oczekiwała mego przybycia.
Do końca życia nie zapomnę ich
wyglądu. Ogromna część bez butów
i bez koszul. Wszyscy właściwie
w łachmanach, częściowo w
strzępach starych mundurów
polskich, wychudli jak
szkielety. Większość pokryta
wrzodami wskutek awitaminozy.
Ale ku zdumieniu towarzyszących
mi bolszewików z gen. Żukowem na
czele, wszyscy byli ogoleni. I
cóż za wspaniała żołnierska
postawa. Serce mi się ścisnęło,
gdy patrzyłem na tych nędzarzy i
zapytywałem się w duchu, czy uda
się z nich jeszcze zrobić wojsko
i czy zdołają znieść oczekujące
ich trudy wojenne. Odpowiedź
zjawiła się natychmiast; dość
było popatrzeć w te błyszczące
oczy, z których wyzierała wola i
wiara. Powoli przeszedłem
szeregi, bacznie patrzyliśmy
sobie w oczy i nawiązaliśmy
pierwszą, tak ważną styczność w
oczekującym nas marszu
żołnierskim. Starzy żołnierze
płakali jak dzieci podczas
nabożeństwa, pierwszego po tylu
latach, a gdy zagrzmiała pieśń
"OJczyznę, wolność racz nam
wrócić Panie...", zdawało się,
że otaczające lasy odpowiadają
nam stokrotnym echem. Pierwszy i
daj Boże ostatni raz w życiu
przyjąłem defiladę żołnierzy bez
butów. Uparli się, że chcą
maszerować. Chcą pokazać
bolszewikom, że bosymi,
poranionymi nogami potrafią na
piasku wybić takt wojskowy, jako
początek swego marszu do Polski.

Podobne warunki znalazłem
także w Tatiszczewie, gdzie
tworzyła się 5. Dywizja
Piechoty. Tzw. pułk zapasowy
kwaterował w lasach w głębokim
śniegu w miejscowości
Kołtubanka. Wprost nie do wiary
były kłopoty w urządzaniu obozów
i otrzymaniu jakiego takiego
umundurowania. Na kilka siekier
lub łopat trzeba było pozwolenia
samej Moskwy.

W końcu września 1941
przyleciałem do Moskwy, gdzie
brałem udział we wstępnej
naradzie angielsko_amerykańskiej
pod przewodnictwem lorda
Beaverbrooka, ministra
zaopatrzenia w rządzie
Churchilla od lipca 1941, który
przybył do Moskwy na naradę w
sprawie dostaw dla Rosji.
Chodziło mi o uzbrojenie wojska
polskiego. Z wielkim smutkiem
stwierdziłem, że lord
Beaverbrook zajmuje się tylko
Rosją Sowiecką i że sprawa
uzbrojenia naszych dywizji
wygląda wyraźnie źle. Ze
zdziwieniem patrzyłem z bliska
na graniczącą z szantażem
bezczelność sowiecką, nawet w
tak krytycznych chwilach, kiedy
Rosja była słaba i zagrożona.

Spotkałem się także z
korespondentami amerykańskimi.
Na konferencji prasowej
tłumaczem był Eugeniusz
Lubomirski, mój przyszły
nieodłączny adiutant, który
świeżo przybył z okropnych
obozów na północy. Wyglądał
bardzo nędznie i dopiero powoli
przychodził do siebie.

Przed moim wyjazdem z Moskwy
znakomity artysta Feliks
Topolski naszkicował mój
portret; jak widać z rysunku i
ja nie wyglądałem jeszcze
świetnie, pomimo
kilkutygodniowego intensywnego
odżywiania się.

Po kilkudniowym pobycie w
Moskwie powróciłem do Buzułuka,
gdzie czekało mnie wiele pracy.

Władze sowieckie przydzieliły
mi trzy samoloty, gdyż wobec
zupełnego braku dróg i wielkich
przestrzeni jedynie przy pomocy
samolotu można było utrzymać
łączność, zwiedzać obozy i
docierać do wyższych dowództw
sowieckich. Samoloty, bardzo
stare i w bardzo złym stanie,
gubiły czasem części w
powietrzu, a raz nawet podczas
mego przelotu odpadło śmigło. Na
powrót do Kujbyszewa musiałem
wtedy zużyć ok. 10. dni pieszo,
sankami, wreszcie statkiem na
Wołdze. Miałem kilka podobnych
przymusowych lądowań, ale
wszystkie zakończyły się na ogół
szczęśliwie.

Żyliśmy nadzieją otrzymania
100.000 kompletów umundurowania
angielskiego, wysłanego z
Wielkiej Brytanii staraniem gen.
Sikorskiego. Wskutek ciągłych
moich nacisków 5. Dywizja
zaczęła dostawać część broni
oraz konie. Stan koni był
rozpaczliwy, ale w rękach
naszych ludzi zaczął się powoli
poprawiać.





Z łagrów do wojska





Widziałem wyraźnie, że władze
sowieckie były całkowicie
zaskoczone ogromną ilością
ludzi, którzy się zgłaszali do
wojska. Przypuszczano widocznie,
że z obozów koncentracyjnych
mało kto wyjdzie żywy, a prawie
nikt zdatny do służby wojskowej.
Miałem możność rozmawiania z
wieloma tysiącami mężczyzn,
kobiet i dzieci, które napływały
do wojska i z przerażeniem
stwierdzałem, jak ohydnie
postępowały z nimi władze
sowieckie, nie tylko w okresie
przyjaźni niemiecko_sowieckiej,
ale i po rozpoczęciu wojny r.
1941.

Już poprzez mury więzienne
docierały do mnie luźne
wiadomości o wielkim zasięgu
aresztowań i zsyłek,
dokonywanych przez władze
sowieckie na obszarach Polski,
okupowanych we wrześniu 1939,
ale wszechstronny obraz tej
planowej akcji odsłonił mi się
dopiero po zwolnieniu, kiedy w
miarę tworzenia armii napływali
dziesiątkami tysięcy ze
wszystkich stron bezkresnego
obszaru Zssr zwolnieni jeńcy,
więźniowie i zesłańcy -
stanowili tylko cząstkę przeszło
milionowej rzeszy wywiezionych -
opowiadając o swoich przejściach
i o losie swoich najbliższych,
żywych jeszcze albo umarłych.
Dotąd każdy z nas znał tylko
dzieje własne i swoich
współwięźniów albo wspólnie
zesłanych. Odtąd zbierane,
wymieniane i porównywane
wiadomości złożyły się na
tragiczną całość dwuletniej
historii systematycznego
ogołacania ziem polskich ze
wszystkich żywiołów czynnych i
społecznie wartościowych, bez
względu na narodowość, klasę
społeczną czy religię. Polacy,
Ukraińcy, Białorusini, Litwini,
Żydzi, właściciele ziemscy i
chłopi, fabrykanci i robotnicy,
oficerowie i szeregowi,
sędziowie, kupcy, policjanci i
księża, pastorzy i rabini,
wszyscy wyrwani ze swoich domów
i wchłonięci w olbrzymią maszynę
NKWD, w sowieckie więzienia i
łagry. W ślad za aresztowanymi
szła zsyłka przymusowa rodzin -
w tym starców i dzieci -
wywożonych na pustynię
Kazachstanu albo w syberyjskie
tajgi, Moskwa wykonywała w ten
sposób swój normalny plan
"obezhołowienia" społeczeństwa
tych ziem, nad którymi
rozciągnęła władzę. Bo to
"obezhołowienie", czyli
pozbawienie głowy, jest wstępnym
warunkiem sowietyzacji narodu, a
więc zrobieniem zeń bezwolnej i
bezkształtnej masy ludzkiej.

Pierwszą falą Polaków
pozbawionych wolności byli
żołnierze armii polskiej,
walczącej przeciw Niemcom,
wzięci do niewoli przez
przeważające siły sowieckie,
które 17 września 1939 zgodnie z
sojuszem zawartym z Hitlerem
podstępnie uderzyły na nas od
tyłu. Uniemożliwiano
przedzieranie się na Węgry czy
Rumunię nawet poszczególnym
jednostkom, które śpieszyły, by
dalej walczyć z Niemcami.

Drugą z kolei kategorią
aresztowanych przez władze
sowieckie, zwłaszcza w
pierwszych miesiącach okupacji,
byli tzw. granicznicy, czyli
Polacy, głównie wojskowi, którzy
już w cywilnych ubraniach
starali się przekroczyć granicę
neutralnych wówczas krajów
ościennych, najczęściej Węgier i
Rumunii, początkowo także Litwy
i Łotwy, aby następnie dotrzeć
do tworzącej się we Francji
armii. Tych cywilnych "turystów"
wyłapywała sowiecka straż
graniczna ze szczególną
starannością i perfidią. W ten
sposób rząd moskiewski
wywiązywał się ze zobowiązań
wobec swojego ówczesnego
sojusznika, Niemiec - Hitlera.
Gdy komunistyczni agenci
Kominternu sabotowali od
wewnątrz wysiłek wojenny
demokratycznych krajów Zachodu
we Francji i w Anglii, władze
sowieckie na zajętych ziemiach
polskich robiły wszystko, by
zmniejszyć dopływ polskich sił
ochotniczych na Zachód do
dalszej walki przeciw Niemcom.
Wyłapywano "graniczników" i
wywożono w głąb Rosji. Mimo że
urzędowy kodeks sowiecki
przewiduje za tego rodzaju
przestępstwo karę od 1 do 3 lat
pozbawienia wolności,
"graniczników" z reguły sądził
zaoczny polityczny sąd
administracyjny ("Osso", dawna
rewolucyjna trójka) i skazywał
na 5_#8 lat łagru.

Dalszą kategorią aresztowanych
od razu w pierwszych dniach
okupacji były osobistości
polityczne i społeczne według
gotowych list z góry ułożonych
przez NKWD, z którymi
przedstawiciele policji
sowieckiej przyjeżdżali na
miejsce. Do tej kategorii
należeli posłowie i senatorowie,
burmistrzowie, właściciele
większych fabryk lub majątków
ziemskich, najwybitniejsi
działacze społeczni, prezesi
sądów, księża, prokuratorzy i
funkcjonariusze policji, nie
wyłączając zwykłych
posterunkowych. W miarę jak
sowiecka policja polityczna
zapoznawała się ze stosunkami i
wchodziła głębiej w teren, do
tej kategorii najwybitniejszych,
najszkodliwszych zdaniem władz
sowieckich przedstawicieli
społeczeństwa, aresztowanych od
razu, dołączano nowe
osobistości, posiadające wpływ w
swoich środowiskach. W ten
sposób ilość osób znikających ze
swoich domów zataczała z upływem
czasu coraz szersze kręgi od
szczytów społecznych w dół, od
większych miast do najdalszej
prowincji. Wszystkie te osoby
były następnie oskarżane za
swoją służbę państwu polskiemu,
przy zastosowaniu tego paragrafu
sowieckiego, który mówił o
kontrrewolucji (art. 58 albo 54,
zależnie od tego, czy brano za
podstawę kodeks ukraiński, czy
rosyjski, różniące się zresztą
nie treścią, lecz jedynie
numeracją artykułów), a służbę
własnemu państwu, jako tzw.
kapitalistycznemu, sowiecka
sprawiedliwość interpretowała
jako zbrodnię przeciw interesom
rewolucji i międzynarodowego
proletariatu. Właścicieli fabryk
i dóbr ziemskich albo ich
dyrektorów sądzono z kolei
ryczałtem i bez oglądania się na
rzeczywiste stosunki, za wyzysk
robotników. Nie pomagały tu
częste zbiorowe petycje
robotników lub chłopów,
stwierdzające ich wdzięczność
dla sprawiedliwych,
humanitarnych i ofiarnych
"burżujów"; inicjatorzy tego
rodzaju akcji wędrowali
natychmiast do więzień w ślad za
swoimi szefami, jako "służalcy
kapitalizmu". Z tej kategorii
aresztowanych wielu zaginęło bez
śladu, innym wymierzono wysokie
kary sądowe, powyżej lat 10.,
jeszcze innych po prostu
sowieckim zwyczajem trzymano w
więzieniach śledczych bez
wyroków i sądów albo wymierzano
zaocznie 8_letnie kary
administracyjne.

Innym rodzajem aresztowanych
były te warstwy naszych
obywateli, które w służbie rządu
polskiego - przeniesionego do
Paryża, a następnie do Londynu -
i kierującego dalszą walką
naszego narodu o wolność przeciw
totalistycznym najeźdźcom,
przystąpiły do tworzenia w kraju
polskiego państwa podziemnego i
armii podziemnej. Rosja
Sowiecka, sprzymierzona w latach
1939_#1941 z Niemcami, tępiła
wówczas bezwzględnie wszelką
akcję polską w tym kierunku.
Aresztowano, skazywano na śmierć
i wywożono tych samych Polaków,
których działalność w
przyszłości, kiedy Niemcy
zaatakowały Zssr miała wydać
błogosławione owoce dla
zagrożonej śmiertelnie Moskwy,
skoro armie niemieckie miały na
swoich tyłach do zwalczenia
stałe niebezpieczeństwo zbrojnej
dywersji, zorganizowanej przez
polską armię podziemną. Ten
rodzaj więźniów, żołnierzy
niegasnącej walki o wolność,
zapełniał sowieckie kryminały
przez cały okres okupacji, aż do
wybuchu wojny z Niemcami.

Za tymi aresztowaniami szła w
ślad setki tysięcy ofiar licząca
przymusowa zsyłka w głąb Związku
Sowieckiego. Zsyłka obejmowała
przede wszystkim rodziny
aresztowanych wszystkich wyżej
wymienionych kategorii, a
następnie szerszy krąg czynnego
żywiołu społecznego, którego
szczyty podlegały uwięzieniu
zaraz w pierwszym okresie
okupacji. Ten szerszy krąg to
urzędnicy, nauczyciele, lekarze,
ziemianie i kupcy, wójtowie,
sołtysi i sekretarze gminni,
funkcjonariusze spółdzielni,
straży ogniowych i innych
związków społecznych oraz
zawodowych. Zsyłce podlegała z
reguły cała rodzina: dziadkowie,
rodzice i dzieci. Odbywało się
to w ten sposób, że oznaczonej
nocy, której data znana była
jedynie władzom i trzymana w
tajemnicy, mobilizowano
wszystkie miejscowe środki
lokomocji i przewożono w ciągu
kilku nocnych godzin wszystkich
wyznaczonych do pociągów
towarowych, których długie rzędy
czekały na stacjach. Do mieszkań
nieszczęsnych skazańców
wkraczała policja, obstawiwszy
naprzód wszystkie wyjścia.
Obudzonym dawano zwykle pół
godziny na spakowanie rzeczy i
ładowano na samochody.
Następowała gehenna
wielotygodniowej podróży w
wagonach dla bydła, w ścisku,
brudzie, o głodzie, wśród
ciężkich mrozów czy podczas
straszliwych upałów. W tych
podróżach marły niemowlęta i
dogorywali starcy, pleniły się
epidemie, tak że transporty
przychodziły na miejsce
przeznaczenia często już
zdziesiątkowane. Na miejscu zaś,
w azjatyckim klimacie, nieraz
zabójczym dla Europejczyków,
rozpoczynały się ciężkie prace
przymusowe zesłańców, które
pochłaniały dalsze, coraz to
nowe ofiary.

Ostatnią wreszcie kategorią
obywateli polskich zmuszonych do
opuszczenia ziemi ojczystej i
pozbawionych wolności, byli
zmobilizowani do armii
sowieckiej. Jak to się stało? Po
prostu rząd moskiewski, wbrew
prawu narodów, a podobnie jak
Niemcy Hitlera, po dokonaniu
nieprawnej aneksji polskich
terytoriów zajętych na podstawie
umowy Ribbentrop_mołotow,
przeprowadził na nich nieprawny
pobór wojskowy.

Starałem się ustalić, jaka
była rzeczywista liczba
obywateli polskich wywiezionych
w latach 1939_#1941. Było to
bardzo trudne. Zwracałem się do
władz sowieckich. Ostatecznie
skierowano mnie do generała
NKWD, Fiedotowa. Rozmawiałem z
nim kilkakrotnie. Bardzo poufnie
powiedział mi, że liczba Polaków
wywiezionych z Polski wynosi
475.000. Okazało się jednak, że
w liczbę tę nie wchodzili ani
przyłapani na przejściu granicy,
ani żołnierze wzięci do niewoli
w r. 1939, ani aresztowani
podejrzani o działalność
polityczną, wreszcie nie
wliczono tu ani Ukraińców, ani
Białorusinów, ani Litwinów, ani
Żydów, gdyż wszystkie
mniejszości narodowe uważano za
obywateli sowieckich. Po długich
miesiącach pracy i zbieraniu
wiadomości od naszych ludzi,
którzy schodzili się u nas z
tysięcy więzień i obozów
koncentracyjnych rozsianych po
całym obszarze Związku
Sowieckiego, ustaliliśmy tę
cyfrę na 1.500.000. Potwierdziły
ją wiadomości otrzymane przez
nas w późniejszym czasie z
Kraju. Niestety, ogromna część
zesłańców już w tym czasie nie
żyła. Bóg jeden wie ilu zostało
zamordowanych, ilu zmarło w
potwornych warunkach więzień i
łagrów.

Kiedy przystąpiłem do
tworzenia armii, ze wszystkich
stron Związku Sowieckiego
ściągać zaczęli byli więźniowie
i zesłańcy do miejsca postoju
pierwszych jednostek. Mieli
nieraz do przebycia tysiące
kilometrów i do pokonania wiele
trudności ze strony władz, które
bynajmniej nie wykonywały
lojalnie postanowień układu.
Dopóki znajdowaliśmy się w
granicach Zssr codziennie do
oddziałów naszych docierali
nędzarze, osłonięci łachmanami,
goniąc resztkami sił i zdrowia.
Mieli za sobą dwa lata niewoli i
poniżenia, przymusowej pracy
ponad siły, widok śmierci swoich
najbliższych, znajdując się
tysiące kilometrów od domów i
kraju rodzinnego w atmosferze
terroru moralnego, który
odmawiał im prawa do własnej
narodowości, religii,
cywilizacji. Ludzie ci mieli
wrażenie, że wydostali się z
piekła, o którego istnieniu na
ziemi, wychowani w kraju
cywilizowanym, nie mieli
przedtem wyobrażenia.

I to jeszcze nie był koniec
ofiar. Z czasem dotarły do mnie
iście potworne, ale niestety
sprawdzone wieści o losie tych
nieszczęśliwych polskich
więźniów politycznych i polskich
jeńców, których wybuch wojny
niemiecko_rosyjskiej zastał na
terytorium polskim i blisko
frontu. W wielu miejscowościach
wymordowano ich przed odejściem
wycofujących się wojsk albo
pędzono pieszo i wystrzeliwano
po drodze, gdy nie mogli podołać
forsownemu marszowi, który trwał
nieraz setki kilometrów.





Kołyma





Jak już wspomniałem, jeszcze w
więzieniu zetknąłem się z nazwą
Kołyma. Później wielokrotnie
obijała mi się ona o uszy,
jakkolwiek bolszewicy niechętnie
o niej mówili. Zawsze krótko
stwierdzano: z Kołymy się nie
wraca! Dopiero przed samym
wyjściem Armii Polskiej z Rosji
Sowieckiej przybyła grupa 171
mężczyzn, która wreszcie 8 lipca
1942, w rok niemal po układzie
opuściła Kołymę. Byli to ludzie
rzeczywiście cudem przywróceni
do życia. Prawie wszyscy mieli
amputowane palce u nóg i rąk i
potworne plamy na ciele od
szkorbutu. Chociaż miliony ludzi
wymierały w strasznych warunkach
w tzw. obozach pracy, jednak
Kołyma była miejscem prawdziwej
eksterminacji. Rozmawiałem sam
prawie ze wszystkimi przybyłymi
i mam 62. relacje pisemne.
Ogólne określenie było krótkie:

- Kołyma to śmierć. Może
wytrzymasz rok, najwyżej dwa.
Owszem, wytrzymasz więcej,
jeżeli dostaniesz pracę w
administracji obozu, ale tam
dostają pracę prawie wyłącznie
kryminaliści. Dla innych - mróz
dochodzący do 70/0 C, szkorbut,
przymieranie głodem, bagnet lub
kula strażnika.

- Ale co to jest owa Kołyma?

- Kołyma to złoto. Ile tego
złota, nikt nie wie. Złoto jest
wszędzie; pod mchem, pod
kamieniami, złoto jest na samej
powierzchni. Wydobywa się je w
najbardziej prymitywny sposób, a
potem tonami wywozi w samolotach
na południe.

Według ich relacji transport
na Kołymę odbywa się przez
Władywostok, a stamtąd lub z
portu Nachodka statkami do
Magadanu. Podróż ta, pod
pokładem, w najokropniejszych
warunkach, trwa 14 dni. Polacy
przybyli na Kołymę jeszcze w r.
1940, w dwóch transportach
liczących po kilka tysięcy
ludzi. Stwierdzono, że statek,
który wypłynął z portu Nachodka
5 lipca 1940, miał pod pokładem
około 5000 ludzi. W r. 1941
przybyło 2600, jednak nie
wszystkich wyładowano w
Magadanie, 1500 skierowano do
portu Piostraja Dreswa. Liczbę
obywateli polskich na Kołymie w
latach 1940_#1941 można ustalić,
obliczając ostrożnie, na
przeszło 10.000. Jak i w innych
wypadkach, tak i w tym, władze
sowieckie nie dotrzymały umowy o
zwolnieniu wszystkich Polaków po
zawarciu układu z rządem
polskim. Ogółem władze sowieckie
zwolniły z Kołymy 583 osoby.
Jedną grupę zwolniono we
wrześniu lub październiku 1941 w
liczbie 150 osób, drugą 31
grudnia 1941 w liczbie 262, a
trzecia, o której już
wspomniałem, opuściła Kołymę 8
lipca 1942 w liczbie 171.
Wątpię, czy z pierwszych dwóch
ktokolwiek w ogóle dojechał do
naszej armii i wydaje mi się, że
można jedynie pomodlić się za
dusze reszty z 10.000
wywiezionych na Kołymę.

Jak już pisałem, niezmienną
moją troską był los 15.000
oficerów i podoficerów z obozów
jenieckich, którzy wpadli jak
kamień w wodę, o których władze
sowieckie nie chciały udzielić
żadnych informacji. Przychodziły
do nas różne wiadomości i
pogłoski, ale wszystkie były
zbyt ogólnikowe i niemożliwe do
sprawdzenia. Otóż jeden z
przybyłych z Kołymy, p. P.
(nazwisko jest mi znane, lecz
nie podaję go ze względu na
rodzinę znajdującą się w
Polsce), złożył oświadczenie tej
treści.

Pracował on w jesieni 1940
przy budowie drogi tiangijskiej
na 64. kilometrze od głównej
trasy. Tam zetknął się z
sowiecką ekspedycją
badawczo_naukową, poszukującą
złóż rud i metali, która
przypadkowo nocowała w tym samym
baraku. Od niej dowiedział się,
że przy budowie linii
Jakuck_kołyma zatrudnionych
jest dużo "generałów i oficerów
polskich", że panuje tam bardzo
surowy r~egime i że zbliżenie
się do pracujących jest wręcz
niemożliwe.

Inny nasz żołnierz pisze:

"W Pryisku Konsomolec (na
Kołymie) było 5000 więźniów, w
tym 436 Polaków. Z głodu i
wycieńczenia umierało dziennie
7_#11 ludzi w tzw. zaboju przy
pracy zależnie od siły mrozu, bo
gdy mrozy dochodziły do minus
68/0 C, marło więcej z tzw.
szoku termicznego. Spośród
Polaków pozostało ze mną tylko
46 ludzi, a reszta zmarła z
wycieńczenia, głodu i pobicia. W
marcu 1941 przybył na pryisk
Konsomolec więzień, były
rosyjski naczelnik NKWD
północnej Kamczatki z półwyspu
Czukotka, gdzie znajdują się
kopalnie ołowiu. W rozmowie z
nim dowiedziałem się, że w r.
1940, w miesiącu sierpniu,
przybył na Czukotkę okręt, który
przywiózł 3000 Polaków,
przeważnie wojskowych i policji.
Wszystkich Polaków, którzy
przybyli na Czukotkę, zapędzili
do kopalni ołowiu, w czasie
pracy zaś celowo zapędzano ich w
najbardziej tlenkiem ołowiu
wypełnione chodniki. Wskutek
zatrucia dziennie wymierało do
40 osób. W czasie do mego
odjazdu zmarło 90 Polaków. Na
miejsce Polaków w r. 1941
przywieziono Gruzinów i
Kazachów. Do mego wyjazdu z
Kołymy, tj. 7 lipca 1942, ani
jeden Polak z Czukotki nie
wrócił."

Opis Kołymy, warunków pracy i
straszliwego traktowania
więźniów wymagałby napisania
całej książki. Na Kołymie odmowa
pracy nawet wskutek choroby lub
omdlenia uważana jest za sabotaż
i zaraz na miejscu karana
natychmiastowym zastrzeleniem;
strażnik (striełok) jest panem
życia i śmierci. Używana
wszędzie formułka: "krok w
prawo, krok w lewo, krok do
przodu, krok do tyłu, konwój
używa broni" na Kołymie jest
ślepo wykonywana. Warunki życia
są tak straszliwe, że zaledwie
15% może przetrwać więcej niż
jedną zimę. W zasadzie więźniów
zwalnia się od pracy, gdy mróz
przekracza 51/0 C, jednak w
praktyce nie zawsze jest to
stosowane. Prawie nikt nie ma
butów, a nogi owijane są
szmatami znalezionymi na
śmietnikach. Obowiązywał
12_godzinny dzień pracy, ale
więźniowie, którzy nie wykonali
normy, pozostawiani byli z
reguły na następną zmianę.
Więźniów uważa się za wyrobników
jednorazowych. Jest to
całkowite, świadome i rozmyślne
morzenie i tępienie ludzi.

Opis innego świadka mówi o
tych, którzy zostali inwalidami:

"Widziałem jeden taki obóz w
Magadanie. Był to cały osobny
obóz zamieszkany przez kaleki
bez rąk i nóg. Ślepych nie
widziałem. Wszyscy zostali
kalekami wskutek odmrożeń w
kopalniach. I oni nie byli na
łaskawym chlebie, lecz pracowali
przy wyrabianiu koszyków i
szyciu worków. Nawet kaleki bez
obu rąk wykonywali prace przy
przetaczaniu nogami ogromnych
kloców drzewa. Inni bez nóg
rąbali drzewo na opał.
Najosobliwszy był widok tych
inwalidów pełzających piątkami
do bani (łaźni)."

Wszyscy nasi ludzie, którzy
stamtąd wrócili, powtarzali
wiadomości pochodzące od
więźniów sowieckich, że w
odległych rejonach wschodniej
Syberii (dorzecze Leny i
Jeniseju) znajdują się specjalne
obozy odosobnione ściśle od
reszty świata. Tam podobno miano
przewozić inwalidów. Od jednego
z naszych więźniów, który w
porcie Nachodka widział te
transporty, pochodzi wiadomość:

"Koszmarne widowisko, którego
świadkiem byłem w obozie
Buchta_Nachodka. Jednego dnia
wielki okręt przywiózł ok. 7000
kalek z obozu Kołymy i Czukotki.
70% bez nóg i to bez obu nóg,
bez rąk, uszu, bez nosów, ślepi
i wariaci. Rok temu, a niektórzy
tylko kilka miesięcy temu, byli
wyprawieni jako zdrowi ludzie, a
dziś nieprawdopodobnie
okaleczeni, tarzają się na
brzuchach, albo w ogóle już sami
nie potrafią się ruszać.
Przeważnie z politycznymi
artykułami. Czy myślicie, że ich
zwalniają? Nie. Oni byliby
kompromitacją r~egime'u. Często
z tymi biedakami rozmawialiśmy.
Złość ściska za gardło, kiedy
widzę ten obraz. Biedaków nie
zwolnili, ale wywieźli na
wykończenie w głąb Syberii
daleko na północ od Irkucka. Sam
pracowałem nad przygotowaniem
wagonów dla tych biedaków.
Odeszło sześć transportów."

Zasada niewypuszczania nikogo
z Kołymy jest ściśle
przestrzegana. Dotyczy to nawet
strażników NKWD i urzędników.
Oczywiście żyją oni stosunkowo
dostatnio jak na warunki
sowieckie, ale nigdy już nie
ujrzą świata poza Kołymą.





Złoto Kołymy





Na Kołymie istnieje kilkaset
większych ośrodków wydobywania
złota. Mam o nich pisemne
relacje. Starałem się ustalić
liczbę ludzi na Kołymie. Można
przyjąć jako pewnik, że na
Kołymie znajduje się stale ok.
400.000 więźniów i ok. 50.000
tzw. ludzi wolnych, którzy
oczywiście pracują w innych
warunkach niż więźniowie, ale
jak już wspomniałem, bez prawa
opuszczenia Kołymy. Więźniowie
sowieccy obliczają, że w okresie
1935_#1940 przybyło na Kołymę
3_#5 milionów ludzi. Gdyby
nawet cyfrę tę uznać za
przesadną, cyfra 2.250.000 ludzi
według naszych obliczeń
odpowiada prawdzie. Ponieważ w
r. 1942 przebywało na Kołymie
ok. 357.000 ludzi, trzeba
stwierdzić, że miliony wymarły.

Bolszewicy przywiązywali
ogromną wagę do stworzenia
zapasów złota niemal od
pierwszych dni swojej władzy.
Lenin w r. 1921 napisał o złocie
znaną rozprawkę, a XI zjazd
partii w r. 1922 powziął uchwałę
o złocie jako podstawie
gospodarczej również i Związku
Sowieckiego. Wojna 1914_#1917 i
anarchia rewolucyjna wyczerpały
znaczne zapasy Rosji carskiej i
zdezorganizowały rosyjski
przemysł wydobywania złota
samorodnego. Wytwórczość Rosji w
r. 1914 wynosiła 64,9 tony, przy
ogólnej wytwórczości światowej
662,5 tony.

W pierwszych latach po
rewolucji bolszewicy musieli w
celu pokrycia wydatków na
propagandę, szpiegostwo i
dywersję sprzedawać kosztowności
prywatne, skonfiskowane a raczej
zagrabione burżuazji, w
klasztorach, cerkwiach i
kościołach. Walizy dyplomatów
sowieckich w latach wojennego
komunizmu, obok instrukcji
dywersyjnych i literatury
wywrotowej, zawierały również
klejnoty koronne i prywatne,
monstrancje i naczynia
kościelne, które sprzedawano
jubilerom za granicą. "Magazyny"
i "składy" czerezwyczajek, czy
potem Gpu, doczekać się miały
w 20 lat później
najdokładniejszego
naśladownictwa w postaci
"magazynów" i "składów" Gestapo.
Obok bransolet i kolczyków,
zdzieranych z trupów, znajdowały
się w nich również i złote
szczęki oraz oprawy okularów i
binokli.

Lecz przy kosztowności
sowieckiego aparatu
dywersyjno_wywiadowczego na
całej kuli ziemskiej zasoby
złota szybko się wyczerpały. Już
w r. 1925 istnieje na terenie
Związku Sowieckiego kilkanaście
trustów wydobywania złota, jak
"Lenzołoto", "Urałpłatnia",
"Jenisejzołoto", "Sibzołoto",
"Ałdanzołoto" i inne. Sowiecka
Akademia Nauk co roku urządza
wyprawy badające Ural, dorzecza
Jeniseju, Leny, rejony Bajkału,
dorzecze Amuru. Wydobycie złota
zaczyna wzrastać. W r. 1940
wynosi ono 40,6 tony rocznie, w
r. 1931 - 48,3 tony, w r. 1932 -
56,5 tony, w r. 1933 (drugie
miejsce po Afryce Południowej w
wytwórczości światowej) - 88,5
tony, w r. 1934 osiąga 129,8
tony, w r. 1936 - 153,0 tony, w
r. 1937 - 171,5 tony.

Wydobywanie złota staje się
coraz zazdrośniej strzeżoną
tajemnicą państwową. Jeszcze
przed ostateczną likwidacją
Nep_u odsunięto od złota
wszystkie koncesje
cudzoziemskie, a likwidacja
koncesji angielskiej "Lena
Goldfields" była jednym z
większych skandali
międzynarodowych. Wytwórczość
złota ulega coraz większej
centralizacji. Przez wiele lat
kieruje nią stary specjalista a
zarazem wieloletni emigrant
polityczny Serebrowski, który
oceniając doniosłość tego
zagadnienia dla tzw. celów
rewolucyjnych, organizuje
supertrust "Sojuzzołoto". Lecz
metody jego uznano za zbyt
liberalne, a kierowane przezeń
trusty oskarżono po kolei o
niedostateczną gorliwość w
wykonywaniu zadań stalinowskich.
Ostatecznie i sam Serebrowski
został usunięty.

Złoto należy do
najtajniejszych i
najważniejszych działów
gospodarki sowieckiej, podobnie
jak zbrojenia i doświadczenia
atomowe. W tych dziedzinach
system sowiecki ma już ustaloną
metodę: organizację powierza się
NKWD.

Gdy więc koło r. 1930
stwierdzono, że dorzecze Kołymy
i tereny republiki Jakuckiej
mają olbrzymie możliwości w
zakresie wydobycia złota, od
razu oddano je pod opiekę NKWD,
która rozpoczęła na nich
organizację tzw. Dalstroju.
Według wiarygodnych świadków
wytwórczość samego Dalstroju
wynosi, począwszy od r. 1940,
ponad 300 ton złota rocznie.
Ekonomiści i znawcy, z którymi
zagadnienie to omawiałem,
oceniają dzisiejszą wytwórczość
złota w Związku Sowieckim na
powyżej 450 ton rocznie.

Gdy czytałem wstrząsające
sprawozdania biedaków, którzy
cudem uniknęli śmierci przy tej
pracy dla tyranów moskiewskich i
gdy patrzyłem na wracających z
tamtych stron straszliwie
wyniszczonych nieszczęśników,
łączyło mi się z tym ponure
teraz wspomnienie, że pierwszym
odkrywcą wartości geologicznych
terenów ziemi Jakuckiej i Kołymy
był nasz rodak, wilnianin, Jan
Czerski, powstaniec z r. 1863,
który mieszkając przez
kilkanaście lat na zesłaniu we
wschodniej Syberii, z
zamiłowania oddał się studiom
geologicznym pod kierunkiem
dwóch innych naszych znakomitych
rodaków, uczonych geologów,
również powstańców i również
zesłańców, Aleksandra
Ciechanowskiego i Benedykta
Dybowskiego. Ci to trzej
żołnierze wolności przygotowali
przez swe studia tereny dla
katorgi i obozów śmierci
przyszłych pokoleń ludu własnego
i innych przez Moskwę
ujarzmionych narodów. Ziemię
Jakucką i kraj Kołymski
przecinają wzgórza zwane
Grzbietem Czerskiego. Na ich
stokach rozrastają się dzisiaj
kopalnie złota będące zarazem
grobami milionów. Jakżeż tu nie
wspomnieć Dostojewskiego, który
wyszydzał socjalizm i
rewolucjonizm rosyjski wkładając
w usta jednego z rewolucjonistów
słowa: "Oto zacząłem swe dzieło
od idei bezgranicznej wolności
człowieka, a zakończyłem je
bezgraniczną tyranią."





Żydzi w wojsku





Miałem poważne kłopoty, gdy na
początku zaczęły napływać w
dużych ilościach mniejszości
narodowe, a przede wszystkim
Żydzi. Jak już wspominałem,
pewna część Żydów radośnie
witała wojska sowieckie
wkraczające do Polski w r. 1939.
Na tym tle pozostał u rdzennych
Polaków uraz, który musiałem
przezwyciężyć. Z drugiej strony
szereg działaczy żydowskich
chciało zaakcentowania
odrębności żydowskiej. W sprawie
tej zwracali się do mnie dwaj
wybitni przedstawiciele Żydów z
Polski, Alter i Ehrlich. Po
wielu rozmowach przyznali mi, że
projekt ich jest nierealny, gdyż
musiałbym stworzyć także
oddzielne oddziały ukraińskie
czy białoruskie. Stałem na
stanowisku, że skoro tworzymy
dalszy ciąg armii polskiej,
wszyscy obywatele bez różnicy
wyznania i narodowości mogą się
w niej pomieścić. Ostatecznie
zgodzili się z moim
stanowiskiem, i oto wyjątek z
pisma skierowanego do Ambasady
Polskiej w Kujbyszewie z 31
października 1941, podpisanego
przez Altera i Ehrlicha:

"1) Podzielamy całkowicie
stanowisko zasadniczo
sformułowane przez gen. Andersa,
a streszczające się w opinii, iż
Armia Polska winna być tworzona
jako jednolita organizacja na
podstawie równego traktowania
wszystkich obywateli polskich,
bez różnicy narodowości lub
wyznania oraz, że naczelnym
zadaniem tej armii jest orężna
walka o wolną, demokratyczną
Polskę, wspólną ojczyznę
wszystkich jej obywateli. Z
zadowoleniem usłyszeliśmy
oświadczenie gen. Andersa, że
wydał stanowcze zarządzenie o
tępieniu na terenie Armii
Polskiej w Zssr wszystkich
podżegań do waśni
narodowościowych, a więc i
wszelkich objawów antysemityzmu
oraz że zamierza z całą energią
przestrzegać wykonania odnośnych
zarządzeń..."

Alter i Ehrlich, patrioci
żydowscy i socjaliści, biegunowo
różnili się od totalistów
sowieckich. Dla tych powodów
byli znienawidzeni przez
bolszewików i prawdopodobnie w
obawie, że mogą się wydostać za
kordon, zostali rozstrzelani.
Może dość nieostrożnie ujawnili
swoje pragnienie wyjazdu do
Stanów Zjednoczonych.

Jak już wspominałem,
siedziałem w więzieniu z wielką
ilością Żydów, niewątpliwych
komunistów. Wszyscy oni byli
oskarżeni o przynależenie do
opozycji albo wprost o trockizm.
Kiedy znalazłem się na wolności,
przekonałem się z różnych
wypowiedzi i nawet z anegdot,
jak silnie antysemityzm był
zakorzeniony w Rosji Sowieckiej.
Gruzin Stalin operował
antysemityzmem nie gorzej,
jeżeli nie lepiej, niż za
carskich czasów Niemiec Plehwe.
Zresztą akcenty antysemickie w
polityce bolszewickiej nie są
rzeczą nową. Przecież na
zjeździe Rsdrp (Rosyjska
Socjalistyczno_Demokratyczna
Robotnicza Partia) w Londynie w
r. 1907, kiedy żydowski Bund
poparł mienszewików przeciw
bolszewikom, sam Lenin odezwał
się: "Nam nie nado w partii
jewrejskowo zasilja" (Nie trzeba
nam w partii przewagi
żydowskiej). Te słowa obiegły
świat. Zapamiętał je przede
wszystkim Stalin i postawę
Lenina udoskonalił i zastosował
szeroko. Pisze o tym Trocki w
książce "Stalin" (str. 152). A
Trocki_bronstein był na pewno
dobrym znawcą tej sprawy.
Wspomina (str. 399) o
karykaturach i wierszach
antyżydowskich, które
umieszczano w prasie partyjnej.
Wreszcie doszło do tego, że
Stalin publicznie ogłosił:
"Zwalczam Trockiego, Zinowiewa i
Kamieniewa nie dlatego, że są
Żydami, ale dlatego, że są
opozycjonistami". To dwuznaczne
oświadczenie było skierowane
tylko przeciwko "przesadzaniu" w
antysemityzmie i jednocześnie
stanowiło przestrogę: nie
zapominajcie, że przywódcy
opozycji są Żydami. Trocki
uważał, że dało ono wolną rękę
antysemitom. Jednocześnie zaś
Rosja Sowiecka, dzięki zręcznej
propagandzie, szczególnie w
okresie kiedy Niemcy rozpoczęły
z nią wojnę, nie tylko potrafiła
uchodzić za państwo, w którym
nie ma antysemityzmu, ale
jeszcze i przeciw innym wygrywać
zarzuty antysemityzmu. Formalnie
kodeks karny uznaje antysemityzm
za przestępstwo, ale w
rzeczywistości masy nastrojone
są antysemicko, toteż kiedy
Niemcy zajęli Kijów, a Rumuni -
Odessę, po 23. latach
sowieckiego wychowania ludność
tamtejsza urządziła straszliwe
pogromy. W samym Kijowie
wymordowano podobno 80.000
ludzi, ale o tym mało się pisze
w świecie, jak zresztą o
wszystkim co by mogło drażnić
Sowiety.





Światek w Kujbyszewie





Około 20 października 1941
przyjechała z Moskwy do
Kujbyszewa razem z innymi
przedstawicielami
dyplomatycznymi ambasada polska
z prof. Kotem na czele. Do Kota
traciłem powoli zaufanie.
Fałszywy do szpiku kości, a
jednocześnie słodkawo uprzejmy
dla tych, na których mu
zależało, opryskliwy zaś i
nieuczynny dla reszty, był nie
cierpiany przez wojsko i co
najmniej bardzo nie lubiany
wśród personelu swojej ambasady.
Nie umiał nawiązać nie tylko
stosunków z władzami sowieckimi,
ale nawet zwykłych rozmów.

Pamiętam jak w dniu święta
Czerwonej Armii, obchodzonego w
Kujbyszewie, po uroczystym
przedstawieniu w teatrze władze
sowieckie wydały przyjęcie dla
członków przedstawicielstw
zagranicznych. Na przyjęciu był
także wicekomisarz NKWD
Mierkułow, który jednocześnie
sprawował funkcję szefa Nkgb
(Narodnyj Komissariat
Gosudarstwiennoj
Biezopastnosti), człowiek
znienawidzony przez wszystkich.
Kiedy stałem z nim przy bufecie
i rozmawiałem, usłyszałem głos
prof. Kota:

- Niech mnie pan generał
przedstawi panu ministrowi.

Mierkułow mówił po polsku.
Prof. Kot pośpieszył z
niewczesnymi komplementami:

- Panie ministrze, jestem
niezmiernie zaszczycony, mogąc
pana poznać, tak wiele słyszałem
o panu od naszych ludzi.

Mierkułow wiedział, co mogli
mówić nasi ludzie. Mogli go
tylko przeklinać, jak go
przeklinała cała Rosja. Odwrócił
się tyłem do prof. Kota, w ogóle
nie odpowiadając.

Prof. Kot nakazywał ludności
polskiej na dalekiej północy
pozostawanie na miejscu. Był to
absurd, który kosztował życie
wiele a wiele tysięcy ludzi.

Rząd sowiecki na zasadzie
dekretu z 8 września 1941
postanowił wywieźć na Syberię
około 300.000 Niemców, obywateli
sowieckich zamieszkujących tzw.
autonomiczną republikę Niemców
nadwołżańskich. Jesienią 1941
zrzucono batalion spadochronowy
NKWD w mundurach niemieckich.
Gdy Niemcy okazali rzekomym
żołnierzom niemieckim oznaki
sympatii, enkawudyści rozpoczęli
rzeź. Republika niemiecka
odgrywała niepoślednią rolę w
życiu gospodarczym Związku: na
terenie jej mieściły się
największe fabryki konserw
mięsnych. Osiedla niemieckie
były stosunkowo najprzyzwoiciej
zabudowane. Pojechałem więc do
Saratowa, żeby na miejscu
zbadać, czy nie dałoby się
uzyskać zgody na pomieszczenie
tam obywateli polskich
zwolnionych z więzień i obozów
pracy. Przeprowadziłem naradę z
komisją, na której czele stał
gen. NKWD Sierow. Robiono pewną
nadzieję, ale oczywiście
zasłaniano się jak zwykle
zastrzeżeniem, iż decyduje
wyłącznie Moskwa. Nawiasem
mówiąc ów Sierow oświadczył
kiedyś:

- Ja mam tylko jedno marzenie
w życiu: chciałbym przesłuchiwać
Hitlera i Goeringa.

Oczywiście, wszyscy wiedzieli,
co należy rozumieć pod słowem:
przesłuchiwać. A obecny przy tym
gen. Żukow dodał:

- A ja bym chciał być, choćby
tylko dzień, dwa, naczelnikiem
tyłów w Berlinie.

W Kujbyszewie złożyłem wizytę
Kalininowi, który miał urzędowy
tytuł przewodniczącego
Najwyższego Sowietu, tj. według
pojęć europejskich, prezydenta
Związku Sowieckiego. Był to
stary, schorowany człowiek bez
żadnego znaczenia w państwie.
Operował komunałami
zaczerpniętymi z prasy
sowieckiej. Oczywiście, co trzy
słowa występowali Stalin,
Niemcy, faszyści. Mówiąc o
Polsce zdobył się na uwagę, że
Polacy to bardzo dzielni
żołnierze.

Ten to niedołężny starzec był
we wszechwładnym Politbiurze
jedynym wśród tzw.
przedstawicieli robotników
przedstawicielem chłopów w
Sowietach, tj. przeszło 65%
ogółu ludności. Po tej wizycie
nie dziwiłem się, że mało kto na
świecie wiedział coś o
prezydencie Związku Sowieckiego,
Kalininie.





Generał Sikorski w Rosji





W listopadzie 1941
dowiedziałem się o zamierzonym
przyjeździe gen. Sikorskiego.
Gen. Sikorski chciał, zanim
wyruszy do Moskwy, zorientować
się w stosunku Stalina do spraw
polskich. W tym celu odbyła się
w połowie listopada 1941 rozmowa
ambasadora Kota ze Stalinem.
Stalin zgodził się w zasadzie na
żądania polskie, odkładając
jednak ostateczne ich
załatwienie do bezpośrednich
rozmów z gen. Sikorskim.

Żądania nasze były
następujące:

1) natychmiastowe - w myśl
zawartej umowy - zwolnienie
pozostających nadal w
więzieniach i łagrach Polaków;

2) pobór do Armii Polskiej
wszystkich Polaków, łącznie z
wcielonymi do Armii Czerwonej;

3) przeniesienie armii do
rejonu, w którym byłoby możliwe
uzbrojenie jej i zaopatrzenie
przez Wielką Brytanię;

4) ewakuacja 15.000_#20.000
żołnierzy.

Po powrocie z Kremla prof. Kot
tryumfował. Ja nie wierzyłem w
nieokreślone obietnice
sowieckie.

Powiadomiono mnie, że gen.
Sikorski jedzie do Egiptu, by
tam odwiedzić walczącą Brygadę
Karpacką, po czym przybędzie do
Rosji. Udałem się na spotkanie
samolotem sowieckim do Teheranu.
Towarzyszył mi szef misji
wojskowej, gen. Bohusz_szyszko.

Gen. Sikorskiemu towarzyszyli:
szef sztabu gen. Tadeusz
Klimecki, członek parlamentu
angielskiego Gazalet, łącznik
między Churchillem a gen.
Sikorskim, dr Retinger i kilku
oficerów.

Spotkanie nasze było bardzo
serdeczne. Ostatni raz
widzieliśmy się w Warszawie na
kilka miesięcy przed wybuchem
wojny.

Po dwudniowym pobycie w Iranie
wylecieliśmy do Kujbyszewa. Gen.
Sikorski zastanawiał się, czy ma
dalej lecieć samolotem
brytyjskim, którym przybył do
Teheranu, czy też odbyć podróż
sowieckim Douglasem, który
miałem do rozporządzenia.
Ostatecznie polecieliśmy
samolotem rosyjskim, a brytyjski
miał lecieć w ślad za nami. 30
listopada przylecieliśmy do
Kujbyszewa. Gen. Sikorskiego
uroczyście witały władze
sowieckie na lotnisku
udekorowanym barwami polskimi i
sowieckimi. Wystąpiła sowiecka
kompania honorowa z orkiestrą,
która grała hymny obu państw.

Gen. Sikorski przebywał dwa
dni w ambasadzie u prof. Kota, z
którym ciągle odbywał rozmowy.
Rychło okazało się, w jakim
duchu prof. Kot nastrajał gen.
Sikorskiego. Z serdecznością
spotkania w Teheranie w
jaskrawej sprzeczności stało
niespodziewane oświadczenie:

- Ludzie robią z pana generała
konkurenta dla mnie. Czy pan
generał jest moim człowiekiem i
czy ludzie pana generała są
moimi ludźmi?

Odpowiedziałem, że wszyscy
jesteśmy ludźmi Polski i że tak
stawiając sprawę może na nas
całkowicie liczyć.

W dalszym ciągu gen. Sikorski
oświadczył, że warunki, w jakich
pracuję, dają mi zbyt dużą
samodzielność, że znajduję
całkowite poparcie w tworzącym
się wojsku, co pociąga za sobą
obawę, żebym mu nie wyrósł nad
głowę, jak się wyrażał raczej
pogodnie.

Zapytałem, czy ma do mnie
całkowite zaufanie, w przeciwnym
bowiem wypadku nie mógłbym
podjąć się organizowania i
dowodzenia armią w tak ciężkich
i odpowiedzialnych warunkach.

Gen. Sikorski zmienił wtedy
ton - okazało się, że trutka
prof. Kota miała działanie
krótkotrwałe - i oświadczył, że
ma całkowite zaufanie.
Podkreślił, aby w armii
przyjmować go z należnymi
honorami - bo widocznie i w tym
względzie prof. Kot umiał
wzbudzić w nim wątpliwości - na
co odpowiedziałem, że będzie
przyjęty tak, jak powinien być
przyjęty Naczelny Wódz. Prosił -
jakby mimochodem wskazując
źródło - żebym ułatwił pracę
prof. Kotowi i żył z nim w
przyjacielskich stosunkach.

W dalszym ciągu gen. Sikorski
zaczął mówić o traktacie
polsko_sowieckim, wyrażając
wiarę w lojalność Stalina i
rządu sowieckiego, ale chcąc
widocznie usłyszeć także moje
zdanie w tej niepewnej sprawie.
Starałem się go przekonać, że
należy być niezwykle ostrożnym i
nieufnym, bo to są przecież ci
sami ludzie, którzy zawarli
traktat przyjaźni z Niemcami i
wbili nam nóż w plecy. Podawałem
wiele faktów rozmyślnego
wymordowania i niszczenia
Polaków w latach 1939, 1940 i
1941, a także po rozpoczęciu
wojny przez Niemców.
Stwierdziłem, że tzw. amnestia
nie jest należycie wykonywana,
gdyż setki tysięcy ludzi gnije i
umiera jeszcze ciągle w łagrach
i więzieniach, że nie mamy
wiadomości o zaginionych
oficerach i że jest to bardzo
podejrzane. Natrafiamy na
ogromne trudności w organizacji.
Wbrew naszym protestom całe
transporty ludzi nie dołączają
do wojska, ale pod pozorem braku
miejsca są wysyłane przez władze
sowieckie w kierunku południowym
bez wskazania miejsca
przeznaczenia. Słuchał uważnie,
ale nie wiedziałem, o ile
zdołałem go przekonać.

W dniu przyjazdu gen.
Sikorskiego do Kujbyszewa udało
się nam wydać pierwszy numer
tygodnika "Orzeł Biały"; w
umieszczonym tam rozkazie
witałem gen. Sikorskiego, w myśl
uczuć wszystkich żołnierzy, jako
Naczelnego Wodza.





Rozmowy Sikorski - Stalin





2 grudnia polecieliśmy do
Moskwy. Poinformowałem gen.
Sikorskiego o złych warunkach, w
jakich przebywa wojsko, o lichym
wyżywieniu i o żądaniu sowieckim
zmniejszenia liczebności armii
do 30.000, co byłoby
równoznaczne ze śmiercią głodową
dla reszty. Wysunąłem wtedy po
raz pierwszy myśl przesunięcia
wojska i rzesz wygnańczych na
Bliski Wschód. Gen. Sikorski
zrazu odrzucił tę myśl, ale
później wrócił do niej w
rozmowie ze Stalinem. Przyjęcie
na lotnisku w Moskwie miało
charakter podobny do przyjęcia w
Kujbyszewie.

Rozmowa ze Stalinem odbyła się
3 grudnia 1941 r. Obecni byli:
gen. Sikorski, prezes Rady
Komisarzy Ludowych Zssr,
Stalin, ambasador prof. Kot,
komisarz spraw zagranicznych
Mołotow, dowódca Polskich Sił
Zbrojnych w Zsrr gen. Anders
oraz sekretarz Mołotowa jako
tłumacz. Ale w rzeczywistości to
ja spełniłem funkcję tłumacza,
protokołując wraz z ambasadorem
Kotem rozmowę. Przebieg podaję,
zgodnie z protokołem,
sporządzonym przez nas i
przejrzanym przez gen.
Sikorskiego, gdyż pomimo wielu
starań nie dostaliśmy protokołu
sowieckiego.

Sikorski: Jestem niezmiernie
rad, że mogę powitać jednego z
rzeczywistych twórców
współczesnej historii i
powinszować Panu Prezydentowi
bohaterstwa armii rosyjskiej w
walce z Niemcami. Jako żołnierz
wyrażam podziw dla mężnej obrony
Moskwy, kierowanej tak
skutecznie przez Pana, który sam
przebywa w stolicy. Jednocześnie
dziękuję Panu Prezydentowi za
bardzo wielką gościnność, której
doznaję od samego początku
wstąpienia na ziemię sowiecką.

Stalin: Dziękuję za
wypowiedziane przez Pana
Premiera słowa i jestem rad, iż
widzę Pana w Moskwie.

Sikorski: Rozpocznę od tego,
iż nigdy nie prowadziłem i nie
zgadzałem się z polityką,
skierowaną przeciw Rosji
Sowieckiej od lat dwudziestu.
Wobec tego miałem moralne prawo
do podpisania układu, gdyż może
on być ukoronowaniem tez, które
od dawna wyznawałem. Co więcej,
mam w tej ważnej dla przyszłości
sprawie za sobą naród polski,
jak w Kraju tak i we wszystkich
skupiskach polskich, zarówno
większych jak Ameryka, gdzie
mieszka 4 i pół miliona Polaków,
Kanada, Francja, gdzie jest ich
600.000, jak i innych
mniejszych. Tych, co polityki
takiej jak moja nie prowadzili,
mam przeciwko sobie. Nie
chciałbym, aby powolna
realizacja układu osłabiła
politykę zbliżenia i przyjazne
współżycie między naszymi
państwami. Od pełnego i
lojalnego urzeczywistnienia
układu zależy, czy istotnie
stanęliśmy na zakręcie. Zależy
to od Pana, gdyż jego decyzje są
w tym kraju rozstrzygające.
Trzeba więc wykonać nasz układ,
trzeba by dokuczliwe szykany dla
naszej ludności znikły. Znam
dokładnie trudności, w jakich
znalazła się Rosja. Cztery piąte
wszystkich sił zbrojnych Rzeszy
Niemieckiej zwaliło się na was.
Rozumiejąc to jestem adwokatem
waszej sprawy w Londynie i
Stanach Zjednoczonych. Już kilka
miesięcy temu złożyłem
memoriały, dowodzące, że
konieczne jest stworzenie
drugiego frontu na Zachodzie.

Stalin: Dziękuję Panu
Premierowi. To słuszne i dobre.

Sikorski: Ale to nie jest
łatwe zadanie. Istnieją wielkie
trudności shippingowe. Przeprawa
przez kanał La Manche większej
ilości wojsk, zajęcie i
rozwinięcie odpowiednich pozycji
na kontynencie nie jest zadaniem
prostym. Tego rodzaju operacje
należy przygotować bardzo
starannie, dokładnie i solidnie,
nie można tu naciskać, żeby się
nie powtórzył drugi Dakar.

Mołotow: Słusznie. Gdyby się
taka operacja nie udała,
moralnie miałoby to bardzo
ujemne skutki.

Sikorski: Wracam jednak do
rzeczy. Stwierdzam wobec Pana
Prezydenta, iż jego oświadczenie
o amnestii nie jest wykonywane.
Dużo, i to najcenniejszych
naszych ludzi, znajduje się
jeszcze w obozach pracy i
więzieniach.

Stalin (notuje): To
niemożliwe, gdyż amnestia
dotyczyła wszystkich i wszyscy
Polacy są zwolnieni. (Ostatnie
słowa kieruje do Mołotowa.
Mołotow potakuje.)

Anders (podaje szczegóły na
żądanie gen. Sikorskiego): Nie
jest to zgodne z istotnym stanem
rzeczy, gdyż mamy najzupełniej
ścisłe dane, że w obozach
zwalniano najpierw Żydów,
następnie Ukraińców i wreszcie
słabszy fizycznie polski
materiał roboczy. Silnych
zatrzymywano, tylko niewielką
część z nich zwalniając.
Posiadam w wojsku ludzi, których
z takich obozów zwolniono
zaledwie przed paru tygodniami i
którzy stwierdzają, że w
poszczególnych obozach zostały
jeszcze setki a nawet tysiące
naszych rodaków. Rozkazy rządu
nie są tam wykonywane, gdyż
komendanci poszczególnych
obozów, mając obowiązek
wykonania planu produkcyjnego,
nie chcą pozbywać się
najlepszego materiału roboczego,
bez którego wykonanie planu
byłoby czasem niemożliwe.

(Mołotow uśmiecha się,
potakując głową).

Anders: Ludzie ci zupełnie nie
rozumieją całej wagi naszej
wspólnej sprawy, która w ten
sposób ponosi niezmierny
uszczerbek.

Stalin: Ci ludzie powinni iść
pod sąd.

Anders: Tak jest.

Sikorski: Nie naszą jest
rzeczą dostarczać rządowi
sowieckiemu dokładnych spisów
naszych ludzi, ale pełne listy
mają komendanci obozów. Mam ze
sobą listę ok. 4000 oficerów,
których wywieziono siłą i
którzy znajdują się jeszcze
obecnie w więzieniach i obozach
pracy, i nawet ten spis nie jest
pełny, zawiera bowiem tylko
nazwiska, które się dało
zestawić z pamięci. Poleciłem
sprawdzić, czy nie ma ich w
Kraju, z którym mam stałą
łączność. Okazało się, że nie ma
tam żadnego z nich; podobnie jak
w obozach naszych jeńców w
Niemczech. Ci ludzie znajdują
się tutaj. Nikt z nich nie
wrócił.

Stalin: To niemożliwe. Oni
uciekli.

Anders: Dokąd mogli uciec?

Stalin: No, do Mandżurii.

Anders: To niemożliwe, żeby
wszyscy mogli uciec, tym
bardziej, że z chwilą
wywiezienia ich z obozów
jenieckich do obozów pracy i
więzień ustała zupełnie
korespondencja ich z rodzinami.
Wiem zupełnie dokładnie od
oficerów, którzy już wrócili
nawet z okolic Kołymy, że
znajduje się tam dużo naszych
oficerów, znanych z nazwiska.
Wiem, że były nawet transporty
Polaków przygotowanych do
zwolnienia i wyjazdu, które w
ostatniej chwili zostały
wstrzymane. Mam wiadomości, że
nasi ludzie znajdują się nawet
na Nowej Ziemi. Większą część
oficerów, wymienionych w tym
spisie, znam osobiście. Są wśród
nich moi oficerowie sztabu i
dowódcy. Ludzie ci giną i mrą w
straszliwych warunkach.

Stalin: Na pewno zwolniono
ich, tylko jeszcze nie przybyli.

Sikorski: Rosja jest wielka i
trudności również duże. Może
władze miejscowe nie wykonały
rozkazów. Ci, co przychodzą
zwolnieni, stwierdzają, że tamci
wegetują i pracują. Gdyby
ktokolwiek wydostał się poza
granice Rosji, na pewno
zameldowałby się u mnie.

Stalin: Wiedzcie, że rząd
sowiecki nie ma najmniejszych
powodów, żeby zatrzymać choćby
jednego Polaka; wypuściłem nawet
agentów Sosnkowskiego, którzy
urządzali na nas napady i
mordowali naszych ludzi.

Anders: Jednak wpływają
zeznania o ludziach dokładnie
znanych, z nazwami więzień i
numerami cel, w których są
zamknięci. Znam nazwy dużej
liczby obozów, w których
olbrzymia ilość Polaków została
zatrzymana i musi nadal
pracować.

Mołotow: Myśmy zatrzymali
tylko tych, którzy po wojnie
dopuścili się zbrodni,
wywoływali dywersje, zakładali
stacje radiowe itp. O tych wam
na pewno nie będzie chodziło.

Kot: Oczywiście, że nie, ale
prosiłem już wielokrotnie, żeby
nam dano spisy tych ludzi, gdyż
bardzo często oskarża się o to
tych, których znam jako gorących
patriotów i którzy są absolutnie
niewinni.

(Mołotow potakuje).

Sikorski: Nie tykajmy spraw z
czasów wojny. Obecnie dobrze by
było, żeby Pan Prezydent dał
publiczne wyjaśnienia w tej
sprawie w celu wywołania w Rosji
Sowieckiej zwrotu zasadniczego w
stosunku do Polaków. Nie są to
przecież turyści, ale ludzie
wywiezieni siłą ze swych domów.
Nie znaleźli się oni tu z
własnej woli, lecz zostali
zesłani i przeszli olbrzymie
cierpienia.

Stalin: Ludność w Związku
Sowieckim dobrze jest
usposobiona dla Polaków. Błędy
mogą popełniać tylko urzędnicy.

Anders: Chodzi nie tylko o
urzędników, którzy źle
wypełniają polecenia, lecz o to,
by ludność zrozumiała, że Polacy
nie z własnej woli koncentrują
się w większych grupach w
pewnych miejscowościach. Nam
specjalnie zależy na dobrych
stosunkach z ludnością.

Sikorski: Widziałem w
Kujbyszewie transport naszych
ludzi, który zrobił na mnie
wrażenie okropne. Należy im
koniecznie szybko pomóc. Dzielę
ludność naszą na dwie kategorie
- mogących pracować, i ci
powinni otrzymać pracę na
możliwie dobrych warunkach...

Stalin: Na takich samych
warunkach jak obywatele
sowieccy.

Sikorski: Już nie chodzi nawet
o to, by na tych samych, ale po
prostu znośnych. W interesie
wspólnego wysiłku wojennego leży
odpowiednie wyzyskanie naszych
ludzi. Pan Prezydent rozumie
przecież, że nie jest właściwie
użyty specjalista od budowy
czołgów, który rąbie drzewo w
lesie, albo wybitny chemik,
który pracuje fizycznie na roli.
Druga kategoria naszych
obywateli to niezdolni do pracy,
starcy, kobiety i dzieci, którzy
powinni być zebrani w
miejscowościach o odpowiednich
warunkach i klimacie, tak by
ambasada mogła się nimi zająć. Z
obozów pracy wszyscy powinni być
natychmiast wypuszczeni, a
pozostawieni tylko ci, którzy
żyją osiedleni w znośnych
warunkach. Nie skoordynowane
przerzucanie ludzi tam i z
powrotem wywołuje tylko złe
nastroje, gdyż znajdują się oni
w bardzo ciężkich warunkach i w
rezultacie okaże się, że ja swym
układem z wami wyrządziłem im
tylko zło. Ludzie nawet umierają
wskutek złych warunków. Te trupy
dużo zaważą na naszych
przyszłych stosunkach. Ludziom
tym trzeba pomóc i nie warto się
targować o kilka milionów rubli,
co szczególnie w czasie wojny
nie odgrywa żadnej roli.
Pożyczka dla rządu polskiego
powinna być udzielona na wielką
skalę. Jest również rzeczą
konieczną, by delegaci ambasady
zostali dopuszczeni do
wszystkich skupisk polskich i
mieli faktyczne, a nie fikcyjne
uprawnienia. Tak np. nasz
delegat w Archangielsku nie jest
w stanie nic pomóc ludności i
praca jego ogranicza się tylko
do wysyłania transportów. Nie
może on rozdawać polskiej
ludności ciepłej odzieży. Zależy
mi na tym, by delegatura
ambasady została uruchomiona
również we Władywostoku, gdyż
Polonia amerykańska zebrała dużo
rzeczy dla Polaków w Rosji, ale
wysłanie ich uzależnia od
możności oddania w polskie ręce,
delegatom ambasady.

Stalin: Zgoda na delegatów,
także i we Władywostoku.

Mołotow: Chyba to niemożliwe,
by w obozach jeszcze byli wasi
ludzie.

Anders: Jednak najzupełniej
dokładnie stwierdzam, że są;
powtarzam, że zatrzymują tam
najsilniejszych, bo potrzebni są
robotnicy. Przez niewypuszczanie
naszych ludzi źle służą wspólnej
sprawie.

Stalin: To będzie załatwione.
Władze wykonawcze otrzymają
specjalne polecenia, trzeba
jednak zrozumieć, że prowadzimy
wojnę.

Sikorski: I dobrze ją
prowadzicie.

Stalin: No nie, średnio.
Transport nasz był strasznie
przeciążony. Wywoziliśmy
rannych, ewakuowaliśmy ludność,
przenieśliśmy 70 wielkich
fabryk. Musimy przewozić wojsko
w jedną i w drugą stronę. Niech
Polacy zrozumieją olbrzymie
trudności, jakieśmy mieli. Ale
będzie lepiej.

Sikorski: Ludność polską
trzeba osadzić w prowincji o
lepszym klimacie.

Stalin: Należy się zastanowić
nad rejonem dla Polaków. Do
Fergany i Uzbekistanu normalnie
dostarczamy zboża, bo tam
uprawiamy bawełnę i wydaliśmy
nawet zarządzenie, zakazujące
uprawy zboża. Pod tym kątem
widzenia tereny te nie są
wygodne. Południowe rejony
Semipałatyńskiej Obłasti byłyby
dogodniejsze. Możemy zresztą
zobaczyć jak to wygląda na
mapie. (Wszyscy wstają i
podchodzą do mapy, Stalin
wskazuje na mapę). A więc
Taszkient, Ałma_ata i cały
południowy Kazachstan.

Kot: Dla tych z Dalekiego
Wschodu może lepsze będą tereny
koło Barnaułu i Nowosybirska.

Stalin: Tam zimno, ale zboża
sporo.

Kot: Ale gdzie posłać tych, co
są w Archangielskiej Obłasti i w
Komi?

Stalin: Także do południowego
Kazachstanu. (Siadają przy
stole).

Sikorski: Co do pożyczki,
uważam że 100 milionów rubli
załatwiłoby sprawę na dłuższy
czas, choćby dlatego, że nie
narazilibyście się na zarzut, iż
w takich drobiazgach robicie
trudności.

Mołotow: Daliśmy już przecież
65 milionów.

Kot: Ale to na wojsko.

Sikorski: Hitler nauczył
wszystkich, jak bez złota a
tylko pracą można tworzyć
wielkie rzeczy. Niech Pan
Komisarz nie naśladuje ministrów
skarbu na Zachodzie, którzy się
początkowo spierali o każdy
milion.

Stalin (potakując): Dobrze.

Sikorski: Byłoby to wszystko,
co chciałem powiedzieć o
polskiej ludności cywilnej. Mam
teraz do poruszenia sprawy
wojskowe. Czy mam od razu mówić
o całości zagadnienia, czy też
będziemy dyskutowali kolejno
jego części składowe?

Stalin: Jak Pan Generał sobie
życzy.

Sikorski: My Polacy rozumiemy
wojnę nie jak symbol, lecz jako
prawdziwą walkę.

(Stalin robi gest potakujący.)

Anders: Chcemy walczyć na
kontynencie o niepodległość
Polski.

Sikorski: W kraju posiadamy
silną organizację wojskową,
której zabroniłem wszelkiej
reklamy, gdyż tam za każde słowo
rozstrzeliwują. (Stalin
potakuje. Gen. Sikorski udziela
wiadomości dotyczących metod
walki narodu polskiego z
Niemcami.) Wojska nasze walczą
wszędzie. W Wielkiej Brytanii
mamy korpus, który potrzebuje
uzupełnień. Mamy marynarkę
wojenną, która doskonale działa.
Mamy w akcji 17 dywizjonów
lotniczych, które otrzymują
najnowsze aparaty angielskie i
wspaniale walczą. 20% strat
niemieckiego lotnictwa nad
Anglią spowodowali piloci
polscy.

Stalin: Wiem, że Polacy są
odważni.

Sikorski: Gdy są dobrze
kierowani. Dzięki Opatrzności,
no i Panu Prezydentowi, jest
tutaj gen. Anders, mój najlepszy
żołnierz, którego 8 gwiazdek za
rany świadczy o jego dzielności.
Zamknęliście go w więzieniu za
to, że chciał się ze mną
połączyć. Jest to dowódca
lojalny, nie polityk, który i
swym podwładnym żadnej polityki
prowadzić nie pozwoli.

Stalin: Najlepsza polityka, to
dobrze się bić. (Zwraca się do
gen. Andersa): Ile czasu pan
siedział w więzieniu?

Anders: 20 miesięcy.

Stalin: A jak się z Panem
obchodzono?

Anders: We Lwowie wyjątkowo
źle. W Moskwie nieco lepiej. Ale
Pan Prezydent sam rozumie, co to
znaczy "lepiej" w więzieniu, gdy
się jest zamkniętym przez 20
miesięcy.

Stalin: No trudno, takie były
warunki.

Sikorski: Mam jedną brygadę w
Tobruku, która zostanie
przeniesiona do Syrii i
przeorganizowana na dywizję
zmotoryzowaną z dwoma baonami
czołgów. Gdyby zaszła potrzeba,
mogę przerzucić ją tutaj na
Wschód. Mamy kilka okrętów
wojennych. Gdy udekorowałem
marynarzy naszej łodzi podwodnej
stacjonującej na Malcie, która
zatopiła krążownik włoski i
jeden transportowiec, załoga tak
się zapaliła, że potem łódź
weszła do portu greckiego i
pomimo uszkodzonego peryskopu
zatopiła jeszcze jeden krążownik
i jeden transportowiec grecki.
Wrócili bez najmniejszych strat.
Tak bić się będzie żołnierz
polski wszędzie, gdy będzie
dobrze prowadzony. Kraj nasz
jest zajęty i jedyną rezerwę
naszej młodzieży mamy tutaj.
Pragnę wysłać dla uzupełnień do
Szkocji i Egiptu jakieś 25.000;
z reszty należałoby stworzyć
około 7 dywizji. Jest to
niezmiernie ważne dla Kraju,
który zapatrzony jest w Armię
Polską jako symbol oporu i
niepodległości. Chcemy się bić i
dlatego wojska w Szkocji będą
użyte jako awangarda dla
stworzenia drugiego frontu albo
przerzucone tutaj, na Wschód. W
tym wypadku osobiście objąłbym
dowództwo. Obecne trudności
wyżywienia, wyposażenia i
wyszkolenia napawają mnie
troską, że formacje tworzone w
tych warunkach będą zupełnie
nieużyteczne. Zamiast poświęcić
zdrowie i życie dla wspólnej
sprawy, ludzie wegetują tutaj
lub giną bezcelowo. Wojna będzie
długa. Wielka Brytania i Stany
Zjednoczone zanadto się
rozbroiły, a ich przemysł
wojenny, szczególnie
amerykański, potrzebuje długiego
czasu, by osiągnąć pełną
zdolność wytwórczą. I z czasem
zwali się lawina materiału
wojennego. Jednak już i teraz
mam zapewnienie Roosevelda i
Churchilla, że uzbroją nasze
dywizje równolegle z waszymi,
nie obciążając dostaw dla was,
pod warunkiem wszakże, że
formowanie naszego wojska będzie
się odbywało w rejonach, do
których dostawy będą mogły
dotrzeć bez wielkich trudności.
Obecny stan uzbrojenia naszych
dywizji jest zupełnie
niewystarczający. Dywizje w tych
warunkach są niezdatne do boju,
nie otrzymały bowiem całego
należnego wyposażenia. Gen.
Anders wyjaśni to Panu
szczegółowo.

(Anders charakteryzuje
szczegółowo stan otrzymanego
uzbrojenia i całość sprawy
wyposażenia wojska polskiego,
podkreślając trudności nie do
przezwyciężenia, które co dzień
się nasuwają).

Stalin (pyta o pewne szczegóły
wyposażenia artyleryjskiego):
Rosja wyszła na wojnę z
dywizjami po 15.000 ludzi, które
jednak w praktyce okazały się za
ciężkie, wobec czego przeszliśmy
na typ lekkiej dywizji w stanie
około 11.000 ludzi.

Sikorski: Warunki, w których
obecnie formuje się wojsko
polskie są zupełnie
nieodpowiednie. Żołnierze marzną
w letnich namiotach, odczuwają
brak żywności i skazani są
wprost na powolne wyginięcie.
Wobec tego proponuję
wyprowadzenie całego wojska i
całego materiału ludzkiego,
który jest zdolny do służby
wojskowej np. do Iranu, gdzie
klimat oraz zapewniona pomoc
amerykańsko_brytyjska dałyby
może w krótkim czasie przyjść
ludziom do siebie i sformować
silną armię. Armia ta wróciłaby
potem tutaj na front, by zająć
na nim własny odcinek. Jest to
uzgodnione z Churchillem. Ze
swej strony gotów jestem złożyć
oświadczenie, że wojsko to wróci
na front rosyjski i że mogłoby
być wzmocnione kilkoma dywizjami
brytyjskimi.

Anders (przedstawia w dalszym
ciągu położenie obecnie
formowanego wojska i stwierdza,
że w tych warunkach wyżywienia,
urządzeń mieszkalnych,
sanitarnych oraz w ciężkim
klimacie zorganizowanie
jednostek zdolnych do
prowadzenia walki jest zupełnie
niewykonalne): Jest to tylko
kiepska wegetacja, w której cały
wysiłek ludzki skierowany jest
na to, by żyć, i to bardzo źle.
Chodzi przecież o to, by armia
polska jak najprędzej była
gotowa do boju i by mogła bić
się o Polskę razem z
sojusznikami, co w obecnych
warunkach jest absolutnie
niemożliwe. Dlatego konieczne
jest przeniesienie wojska do
takich warunków klimatycznych,
żywnościowych i
zaopatrzeniowych, które by
pozwoliły ruszyć z tą sprawą
naprzód. Wobec trudności, w
których znajduje się Rosja,
należy uwzględnić łatwość dostaw
angielsko_amerykańskich.
Najodpowiedniejszym terenem jest
Iran. Cały materiał żołnierski i
wszyscy mężczyźni, zdolni do
służby w wojsku, powinni się tam
znaleźć. Gdy weźmiemy udział w
walkach, uderzenie naszej armii
nie powinno być symbolem, lecz
służyć celowi, o który walczymy
w całym świecie, w walce o
Polskę.

Sikorski: Chciałbym, aby do
mojego nastawienia rząd sowiecki
odniósł się z zaufaniem. Jestem
człowiekiem, który jeśli mówi
tak, to jest tak, jeśli mówi
nie, to jest nie, a jeśli nie
mówię nic, to albo nie mogę,
albo nie chcę powiedzieć prawdy.

Stalin (tonem podrażnionym i
wyraźnie niezadowolony): Jestem
człowiekiem doświadczonym i
starym. Wiem, że gdy do Iranu
wyjedziecie, to już tutaj nie
wrócicie. Widzę, że Anglia ma
dużo roboty i że potrzebuje
polskich żołnierzy.

Sikorski: Z Wielką Brytanią
związani jesteśmy sojuszem,
który ona spełnia lojalnie. Mamy
też w Wielkiej Brytanii
prawdziwą suwerenność. Mogę
nawet sprowadzić korpus ze
Szkocji tutaj i Anglia na pewno
nie będzie mi robiła z tego
powodu trudności. Tak samo mogę
oddziały znajdujące się w
Tobruku przyłączyć tutaj.

Kot: Polak walczy specjalnie
dobrze, jeżeli jest blisko swej
ojczyzny.

Stalin: Wprawdzie Iran nie
jest daleko, ale Anglicy mogą
was zmusić do walki z Niemcami
na terenie Turcji, a jutro może
jeszcze wystąpić Japonia.

Anders: My chcemy się bić o
Polskę. Wierzymy, że nawet
najsilniejsze lotnictwo i
marynarka nie zakończą wojny.
Zakończą ją walki na
kontynencie. My wszyscy bez
wyjątku kochamy swą ojczyznę i
chcemy do niej wejść pierwsi,
chcemy być jak najprędzej gotowi
do boju, ale w warunkach, w
których się znajdujemy,
niepodobna się do niego
przygotować.

Sikorski: Anglia dzisiejsza a
dawna to niebo a ziemia. Anglicy
obecnie posiadają dość wojska
dla obrony swych wysp, nie mają
więc żadnego celu w tym, aby nie
wypuścić od siebie naszego
korpusu.

Mołotow: (proponuje wezwanie
gen. Panfiłowa i wydaje
odpowiednie zlecenia
sekretarzowi, który wychodzi).

Anders (wyjaśnia trudności
formowania i warunki życia w
Kołtubance, Tatiszczewie i
Tocku, niedotrzymywanie terminów
dostawy żywności, paszy,
sprzętu, narzędzi itd.): To jest
tylko nędzna wegetacja i
stracone miesiące. W tych
warunkach absolutnie niemożliwe
jest formowanie wojska.

Stalin (rozdrażniony): Jeśli
Polacy nie chcą się bić, to
niech idą. Nie możemy Polaków
zatrzymywać. Chcą, niech odejdą.

Sikorski: Gdybyśmy się mogli
sformować, to byśmy się już
bili, ale ileż czasu tu
zmarnowano nie z naszej winy. W
obecnych rejonach zakwaterowania
nie mamy w dalszym ciągu,
żadnych warunków dla wyszkolenia
żołnierzy. (Chwila milczenia.)
Proszę w takim razie o inne
rozwiązanie.

Stalin: Jeśli Polacy nie chcą
się tu bić, niech wprost
powiedzą: tak albo nie. Mam 62
lata i wiem, że gdzie się wojsko
sformuje, tam zostanie.

Sikorski (ostrzejszym tonem):
Proszę mi więc wskazać inne
rozwiązanie, bo tutaj nie ma
warunków dla zorganizowania
naszego wojska, a ja nie chcę,
by ludzie na próżno ginęli. Nie
stawiam ultimatum, ale gdy jest
ostra zima, wiatry i mrozy, od
których ludzie giną, nie mogę na
to patrzeć i milczeć.

Anders: Mrozy dochodziły już
do 33/0 C. Ludzie mieszkają w
namiotach, w większości bez
piecyków, których dostarczają
nam zbyt mało. Rano budzą się z
odmrożonymi nosami i uszami. To
nie jest formowanie oddziałów
wojskowych, lecz marna
wegetacja.

Sikorski: Niewyszkolonego
żołnierza na Niemców rzucić nie
można. Nie wolno się narażać na
kompromitację. Armia Polska musi
być dobrze uzbrojona i walczyć
jako całość.

Anders: I tak podziwiam
naszych żołnierzy, którzy pomimo
ciężkich cierpień w ciągu dwóch
minionych lat i przebywania
obecnie w okropnych warunkach -
dopiero parę tygodni temu
otrzymali buty, a do tego czasu
60% chodziło boso - wcale się
nie skarżyli, choć nie
otrzymywali nigdy całej należnej
im żywności, a nawet przez długi
czas żołdu.

Sikorski (stanowczo): Dotknął
mnie Pan Prezydent powiedzeniem,
że nasz żołnierz nie chce się
bić.

Stalin: Jestem ordynarny
(grubyj) i chcę jasno wiedzieć,
czy chcecie się bić, czy też
nie.

Sikorski (stanowczo): Że
chcemy, świadczą o tym nie
słowa, lecz fakty.

Anders: Na to się formujemy,
żeby się bić i rozumiem przez to
walkę na kontynencie. Według
moich obliczeń mogę mieć 150.000
żołnierzy, tj. 8 dywizji.
Tymczasem mam zaledwie dwie
dywizje i do nich ograniczono
formowanie. Nie otrzymujemy
należnego wyżywienia, a żadne
obietnice nie są dotrzymywane.

Stalin (do gen. Sikorskiego):
Jak Pan chce.

Sikorski: Nie chcę takiego
stawiania kwestii. Oczekuję
wciąż na nową formułę i gotów
jestem przyjąć każde godziwe
rozwiązanie.

Stalin (z odcieniem ironii):
Widzę, że Anglicy potrzebują
dobrego wojska.

Sikorski: Nie jest to ocena
ścisła. W Anglii nas cenią, lecz
nie wyzyskują. Znam również
dobrze Churchilla, wiem, że chce
wszystko zrobić, by dopomóc
Rosji.

Anders: Mam 60% rezerwistów,
ale ci ludzie po dwóch latach
muszą przyjść do siebie i
przeszkolić się. Ochotnicy
również przychodzą w bardzo złym
stanie i muszą przebyć należyte
wyszkolenie, do którego
konieczne są czas i odpowiednie
warunki.

Stalin (podrażniony): To
znaczy, że my jesteśmy dzicy, że
nic już nie potrafimy poprawić.
Wychodzi na to, że Rosjanin może
tylko dusić Polaka, ale zrobić
dla niego nic nie potrafi. Ale
obejdziemy się bez was. Możemy
wszystkich oddać. Sami damy
sobie radę. Zdobędziemy Polskę i
wtedy wam ją oddamy. Ale co na
to ludzie powiedzą? Będzie
śmiech w świecie, że nie możemy
tu nic zrobić.

Sikorski: Nie otrzymałem
odpowiedzi, gdzie tworzyć mam
armię, by mogła brać udział w
wojnie, a nie ginąć w strasznych
warunkach klimatycznych. Proszę
o konkretne kontrpropozycje.
Stwierdzam jeszcze raz
kategorycznie, że chcemy się bić
o Polskę i u waszego boku.

Stalin: Jeśli pójdziecie do
Iranu, będziecie się musieli bić
w Turcji przeciw Niemcom: jutro
wystąpi Japonia, to przeciw
Japonii. Tak, jak rozkażą
Anglicy. Może w Singapurze.

Anders: My chcemy się bić na
kontynencie przeciwko Niemcom o
Polskę. Nasi ludzie długo nie
widzieli swego kraju, a nikt tak
jak Polacy nie kocha swej
ojczyzny. Stąd mamy najbliżej.

Sikorski: Patriotyzm Polaków
nie potrzebuje zaświadczeń.
Stwierdzam, że w dalszym ciągu
nie mam wyraźnej
kontrpropozycji.

Stalin: Jeśli koniecznie
chcecie, jeden korpus, 2_#3
dywizje mogą wyjść. Jeżeli zaś
chcecie, dam miejsce i środki na
formowanie 7. dywizji. A jednak
widzę, że Anglicy potrzebują
polskich żołnierzy. Przecież i
Harriman, i Churchill zgodzili
się, żeby ewakuować Polską
Armię.

Sikorski: Nie jest tak źle z
Anglikami, żeby Armia Polska,
formowana tutaj, miała
rozstrzygać o ich losie. Są oni
powolni, ale dziś przedstawiają
już wielką siłę. To ja sam
zażądałem od Churchilla
wystąpienia o ewakuację naszego
wojska. Jednak dam dowód dobrej
woli i gotów jestem pozostawić
armię w Rosji, jeżeli pan
wyznaczy korzystny rejon
koncentracji i da zapewnienie
zaopatrzenia i rozmieszczenia,
stwarzając warunki możliwe dla
jej szkolenia.

Mołotow: Panfiłow jest gotów.
Czy panowie nie mają nic
przeciwko temu, by gen. Panfiłow
wszedł? (Wszyscy potakują. Po
chwili wchodzi gen. Panfiłow,
zastępca szefa sztabu Czerwonej
Armii. Następuje rozmowa między
Stalinem, gen. Andersem i gen.
Panfiłowem o warunkach tworzenia
Armii Polskiej).

Anders: Kategorycznie
stwierdzam, że nie otrzymuję
należnego wyżywienia ani paszy
dla koni. DYwizje nie otrzymały
całej należnej im żywności ani
tak niezbędnych przedmiotów
wyposażenia, jak piecyki do
namiotów. Od obietnicy
przysłania mi traktorów minęło
kilka miesięcy, ale dotychczas
nie doszły. Wszystkie nasze
prośby zostają bez skutku, a
obietnice ze strony wojskowych
władz sowieckich bez spełnienia.
Mam w oddziałach tyfus plamisty,
nie mogę się doprosić o pociąg
sanitarny. Żołnierze od kilku
miesięcy nie dostają mydła,
narzędzi budowlanych, desek,
gwoździ. Żołnierze wcale nie
dostają jarzyn. Wielu
dodatkowych produktów
spożywczych w ogóle się nie
dostarcza. Środki transportowe
są absolutnie niedostateczne i w
bardzo lichym stanie. Przed paru
tygodniami nagle zmniejszono
ilość racji wyżywienia z 44.000
na 30.000 i pomimo obietnicy
danej przez Prezydenta Stalina
naszemu ambasadorowi,
przywrócenia racji do 44.000,
dotychczas nie zostało to
załatwione. Na 1 grudnia cały
obóz w Tocku w ogóle nie dostał
żywności. (Wylicza szereg innych
braków w wyżywieniu i
zaopatrzeniu). Nie jest prawdą,
żebyśmy się nie upominali. Stale
zwracałem się do oficera
łącznikowego płk. Wołkowyskiego
i sam wysyłałem depesze i pisma.
(Panfiłow milczy.) Jeździłem w
tych sprawach osobiście wiele
razy.

Stalin (bardzo ostro do
Panfiłowa): Kto jest temu
winien?

Panfiłow: Odpowiednie
instrukcje wyszły, zarządzenie
to wydał gen. Chrulew.

Stalin: Kiedy dałem
zarządzenie powiększenia ilości
racji żywnościowych?

Panfiłow: Dwa i pół tygodnia
temu.

Stalin: Więc dlaczego
dotychczas nie wykonano
zarządzenia? Czy oni mają jeść
wasze wskazówki?! (Całą tę część
rozmowy prowadził Stalin w
bardzo ostrym tonie. Gen.
Panfiłow stoi na baczność,
czerwienieje i blednie).

Sikorski: Tylko zbyt wielkie
trudności, na które tu
natrafiamy i złe warunki zmusiły
mnie do takiego postawienia
sprawy.

Stalin: Możemy dać Armii
POlskiej takie warunki, jakie
dajemy Armii Czerwonej.

Sikorski: W dotychczasowych
warunkach nawet korpus nie
powstanie.

Stalin: Rozumiem, że są one
złe. Nasze oddziały organizują
się w lepszych warunkach. Mówię
uczciwie, że jeśli w Iranie mogą
wam dać lepsze warunki... Co do
nas, jesteśmy w stanie dać tylko
takie, jakie ma nasza armia. A
wyżywienie żołnierza sowieckiego
jest lepsze niż niemieckiego.

Anders: Jeśli dostanę
całkowite wyżywienie, jakie się
żołnierzowi należy, będzie to
wystarczające, ale powinno być
ono dostarczane bez tych
ciągłych braków, jakie
odczuwamy. Muszę mieć możność
gospodarować sam, stworzyć
własne zapasy, a nie żyć z dnia
na dzień kiedy, jeśli transport
zawiedzie, ludzie często są
głodni.

Sikorski: Stwierdzam raz
jeszcze chęć walczenia z wami
przeciw Niemcom, jako wspólnemu
naszemu wrogowi.

Stalin: A mnie się zdawało, że
Anglicy potrzebują waszego
wojska.

Sikorski: Nie, to ja, widząc,
jakie tu spotykamy trudności
zabiegałem u Anglików i
Amerykanów o wywiezienie naszych
żołnierzy w lepsze warunki.

Anders (podaje dokładne
wyjaśnienia o ilości żołnierzy
polskich, znajdujących się na
terenie południowych obszarów
Rosji, wymieniając odnośne
miejscowości; Następuje dyskusja
o miejscach formowania, padają
nazwy Uzbekistanu, Turkiestanu,
Zakaukazia): Liczę na 150.000
ludzi, ale w tym jest także
sporo elementu żydowskiego,
który w wojsku służyć nie chce.

Stalin: Żydzi to kiepscy
wojacy.

Sikorski: Wielu wśród Żydów,
którzy się zgłosili to
spekulanci lub karani za
przemyt, nigdy z nich nie będzie
dobrych żołnierzy. Tych w wojsku
polskim nie potrzebuję.

Anders: 250 Żydów
zdezerterowało z Buzułuka na
fałszywą wiadomość o
bombardowaniu Kujbyszewa.
Przeszło 60 zdezerterowało z 5.
dywizji w przeddzień
zapowiedzianego żołnierzom
rozdania broni.

Stalin: Tak, Żydzi to marni
wojacy.

(Następuje dyskusja między
Stalinem, gen. Andersem i gen.
Panfiłowem o uzbrojeniu i jego
brakach).

Sikorski: Kiedy otrzymamy nowe
rejony i dowiemy się o innych
szczegółach formowania?

(Stalin naradza się głośno z
gen. Panfiłowem i podaje jako
orientacyjne nazwy: Uzbekistan,
Turkmenia, Zakaukazie.)

Sikorski: Po sformowaniu i
przeszkoleniu należy wszystko
zebrać w jedną całość dla
uderzenia armią, gdyż to tylko
podziała należycie na wyobraźnię
narodu polskiego.

Stalin: To będzie długo
trwało.

Anders: Nie. Jeżeli należycie
będzie wszystko wykonane,
formowanie po otrzymaniu broni
nie potrwa długo.

(Stalin porusza sprawę
formowania armii, bez
organizacji korpusu).

Sikorski: Może to i lepiej.
Pójdziemy na to, trzeba tylko
dywizje silnie wyposażyć i
uzbroić.

Stalin: Organizacja bez
korpusów jest lepsza, gdyż
dowódca armii przy istnieniu
korpusów zrzuca wszelką
odpowiedzialność na dowódców
korpusów i w końcu nikt za nic
nie odpowiada. Lepiej, żeby
wasza armia miała po prostu 7
dywizji tak, jak to jest w
naszej.

Sikorski: Dopilnuję, żeby
sprzęt szedł do was z zagranicy
większym strumieniem. Przy
dobrej woli da się to zrobić.

Stalin: My damy część, Anglicy
powinni przysłać resztę. Jednak
transporty morskie nie zawsze
dochodzą na czas. Mogą się
spóźniać i należy mieć to na
uwadze.

Sikorski: 25.000 ludzi muszę
stąd wyewakuować, bo potrzebuję
ich do lotnictwa, marynarki,
oddziałów pancernych. Prócz tego
możemy utworzyć 7 dywizji. Tutaj
przecież istnieje jedyna nasza
rezerwa ludzka. Czy macie dość
aparatów lotniczych?

Stalin: Samolotów nigdy nie
jest dość. Ilościowo stoimy nie
gorzej od Niemców. Jakościowo
mamy nawet przewagę. Natomiast z
czołgami sprawa przedstawia się
znacznie gorzej.

Sikorski: Libia zniszcczyła
część lotnictwa niemieckiego.

Stalin: Przewagi lotnictwa
niemieckiego nie czujemy już od
dwóch miesięcy. Pilotów mają
teraz bardzo niedoświadczonych,
młodych. Aparaty lotnicze
stosunkowo powolne. A ile wasz
dywizjon ma aparatów lotniczych?

Sikorski: 27, z czego 18 w
pierwszej, a 9 w drugiej linii.

Stalin: To nasz pułk lotniczy.

Sikorski: Z Anglii będziemy
mogli przesłać kilka dywizjonów
lotniczych dla naszej armii. Tam
ludzie palą się do tego.

(Stalin chwali angielskich
lotników, znajdujących się w
Rosji).

Sikorski: Nasi lotnicy mają
doskonałe oczy i szybką
orientację.

Stalin: Najlepsi i
najodważniejsi lotnicy to
Słowianie. Działają bardzo
szybko, bo to młoda rasa, która
się jeszcze nie zużyła.

Sikorski: Obecna wojna
odmłodzi Anglosasów. Brytyjczycy
nie są Francuzami, z którymi
właściwie już jest koniec.

Stalin: Nie zgadzam się z tym
zdaniem.

Sikorski: Dolne warstwy może
są jeszcze dobre, ale góra nie
przedstawia w większości
poważnej wartości. (Dłuższa
rozmowa na temat P~etaina,
Weyganda i innych).

Stalin: Niemcy są mocni, ale
Słowianie ich zgnębią.

Sikorski: Chciałbym teraz
wyjechać, żeby obejrzeć wojsko i
odwiedzić ośrodki ludności
cywilnej, a potem jeszcze raz
wrócić do Moskwy, żeby się
jeszcze raz z Panem Prezydentem
zobaczyć.

Stalin: Proszę bardzo, do
usług.

Sikorski: Jutro przemawiam
przez radio w imieniu
okupowanych przez Niemcy
narodów. Treść mego przemówienia
miał Panu przesłać komisarz
Wyszyński.

Stalin: Owszem, czytałem,
będzie bardzo dobrze, jeżeli
transmisja się odbędzie.

Sikorski: Uważam, że przyda
się światu. Transmisję przejmie
też Bbc i Ameryka.

Stalin: U nas kazałem
przełożyć mowę Pana na 40
języków.

Sikorski: Proszę o
zapowiedzenie mego przemówienia.
Proponuję, byśmy podpisali
wspólnie oświadczenie
polityczne. Wprawdzie na to nie
nalegam, ale projekt zostawiam
Panu Prezydentowi (wręcza
projekt oświadczenia).

Stalin: W zasadzie zgadzam
się. Przeczytam i jutro
załatwimy to wspólnie.

Sikorski: A zatem uważam
sprawę wojska za uzgodnioną. W
komisji mieszanej, która powinna
się zebrać jak najspieszniej, by
sfinalizować te sprawy, zastąpi
mnie gen. Anders. Na objazd
obozów zechce Pan wyznaczyć
swych mężów zaufania.

Stalin: Zgadzam się. (Wymienia
Wyszyńskiego i gen. Panfiłowa
zapytując, czy odpowiadają oni
gen. Sikorskiemu).

(Sikorski odpowiada
twierdząco, żegna się i
wychodzi wraz z ambasadorem
Kotem. Gen. Andersa Stalin
zatrzymuje).

(Rozmowa Stalina z gen.
Andersem trwa kilka minut.
Stalin zapytuje o współpracę z
gen. Panfiłowem, na co gen.
Anders oświadcza, że szła ona
zgodnie, ale gen. Panfiłow
niewiele mógł zdziałać).

Anders: Teraz, gdy Pan
Prezydent obiecał usunąć
trudności, wierzę, że formowanie
armii zostało należycie
rozwiązane.

Stalin: Żałuję bardzo, że się
z Panem przedtem nie widziałem.

Anders: Nie jest moją winą, że
nie zostałem przez Pana
Prezydenta wezwany.

Stalin: Bardzo chętnie będę
chciał się z Panem widywać.

Anders: Panie Prezydencie,
gotów jestem w każdej chwili
stawić się na Pana wezwanie.

Rozmowa trwała ok. dwie i pół
godziny.

Notatki spisane pod dyktando
gen. Andersa, według notatek
sporządzonych przez ambasadora
Kota.

Podaję wszystkie dokumenty bez
najmniejszych poprawek czy
zmian. Nie opuszczam też słów
wypowiedzianych zarówno przez
siebie jak przez innych, które
być może były niepotrzebne. Do
nich zaliczam rzuconą mimochodem
przez gen. Sikorskiego
nieoględną wzmiankę o Francji.
Gen. Sikorski bywał porywczy w
wypowiadaniu opinii i nieraz sam
później żałował, że coś
powiedział. Znaliśmy wszyscy
stały i duży sentyment gen.
Sikorskiego dla Francji i
Francuzów, pomawiano go nawet o
zaślepienie w tym kierunku,
więc i to jego powiedzenie, może
właśnie dla uchylenia tego
zarzutu, było niewątpliwie tylko
doraźnym skrótem myśli w
podnieceniu rozmową. Ale replika
Stalina świadczy wymownie, jak
dalece elastyczni są politycy
sowieccy, umiejąc w lot wyzyskać
propagandowo najdrobniejszą
bodaj okazję. Stalin wyraża się
z uznaniem o Francji i
Francuzach w okresie, gdy
prowadzi rokowania z gen. De
Gaulle'm. A tam sam Stalin i
propaganda sowiecka zimą
19398#1940 sekundowali
propagandzie hitlerowskiej,
mówiąc o Francuzach nieomal w
ten sam sposób, jako o zgniłej i
zdegenerowanej rasie.

Następnego dnia odbyła się
narada w sztabie sowieckim w
sprawach czysto wojskowych:
tworzenia armii, jej uzbrojenia,
przeniesienia do rejonów
południowego Kazachstanu w
warunki bardziej sprzyjające
organizacji i szkoleniu. W
naradzie brali udział ze strony
sowieckiej gen. Panfiłow, Żukow
i mjr Sosinskij, a ze strony
polskiej, obok mnie, gen.
Bohusz_szyszko i płk Okulicki.

Gen. Sikorski wygłosił
przemówienie przez radio z
Moskwy.

Wieczorem tego samego dnia
Stalin przyjmował obiadem na
Kremlu gen. Sikorskiego i
towarzyszących mu członków
delegacji polskiej. W czasie
obiadu odbyła się znamienna
rozmowa między gen. Sikorskim a
Stalinem. Podaję ją w tekście
spisanym bezpośrednio następnego
dnia, poprawionym i uzupełnionym
odręcznie ołówkiem przez gen.
Sikorskiego.

Sikorski: Kiedy postawiłem
wczoraj wniosek o przeniesienie
całej Armii Polskiej w celu
formowania do Persji,
przypuszczałem, iż nie chcecie
mieć naprawdę silnej Armii
Polskiej. Co do tego przyznaję,
że się myliłem. Chodziło mi o
stworzenie takich warunków, aby
jak najprędzej mogła powstać.

Stalin: To mnie obraziło, nie
wierzyliście w naszą dobrą wolę.

Sikorski: Ale ja także byłem
urażony tym, że nie chcecie
wypuścić z Czerwonej Armii i
batalionów pracy wszystkich
obywateli polskich, wziętych
przez was z ziem okupowanych w
1939 r.

Stalin: Przecież ich
wypuszczamy.

Anders: Dopiero zaczęto
zwalniać trochę z tych
batalionów, ale tylko samych
Polaków. Natomiast zawiadomiono
nas oficjalnie, że Białorusinów,
Ukraińców i Żydów zwalniać się
nie będzie, a wszakże oni byli i
faktycznie nie przestali być
obywatelami polskimi, boście
unieważnili wszystkie umowy z
Niemcami.

Stalin: Co wam po
Białorusinach, Ukraińcach i
Żydach. Wam są potrzebni Polacy,
to najlepsi żołnierze.

Sikorski: Nie myślę o
ludziach, tych można wymienić na
Polaków - obywateli sowieckich,
ale nie mogę z punktu widzenia
zasadniczego przyjąć sugestii o
płynności granic
Rzeczypospolitej. Ci, co w r.
1939 byli obywatelami polskimi,
obywatelami polskimi pozostali.
Nie można siłą stwarzać faktów
dokonanych. Tego nikt na
Zachodzie nie uzna.

Stalin: Oni wzięli udział w
głosowaniu i stali się
obywatelami sowieckimi.

Anders: Ale nie zrobili tego
dobrowolnie, a jeżeli chodzi o
Białorusinów, to czuli się
Polakami i byli dobrymi
żołnierzami podczas wojny r.
1939.

Sikorski: Powiedział Pan
wczoraj, że świat by się śmiał,
gdyby całe wojsko polskie wyszło
z Rosji. To ja teraz odpowiem,
że świat by się śmiał, gdybym
podjął dyskusję na temat granic
z r. 1939 i uznania faktów
stworzonych siłą podczas wojny.

Stalin: Nie będziemy na pewno
kłócili się o granice.

Sikorski: Czy nie mówiliście
sami, że np. Lwów to polskie
miasto?

Stalin: Tak, ale będziecie się
musieli o nie kłócić z
Ukraińcami.

Anders: Dużo Ukraińców było i
jest germanofilami, dlatego
mieliśmy, a i wy potem także,
dużo kłopotu.

Stalin: Tak, ale to byli wasi
Ukraińcy, nie nasi. My ich
wspólnie zniszczymy.

Sikorski: Nie chodzi mi o
Ukraińców, ale o terytorium.

Stalin: Powinniśmy ustalić
nasze wspólne granice sami i
wcześniej przed konferencją
pokojową, gdy tylko wojsko
polskie ruszy do boju.
Powinniśmy przestać na ten temat
rozmawiać. Bądźcie spokojni, nie
skrzywdzimy was.

Sikorski: Granice roku 1939
nie mogą być kwestionowane. Pan
Premier pozwoli, że wrócę
jeszcze do tej kwestii.

Stalin: Bardzo proszę. Bardzo
chętnie.

Znamienne było, że gdy gen.
Sikorski mówił dobitnie o
nienaruszalności obszaru
Rzeczypospolitej, Stalin
usiłował wbić klin rozróżnieniem
między polskimi a niepolskimi
mieszkańcami ziem wschodnich.
Ale gen. Sikorski nie podjął
rozmowy w duchu tego
rozróżnienia i trwał przy
pojęciu obszaru i granic
Rzeczypospolitej. Sianie waśni
pomiędzy Polakami i Ukraińcami
było, jak wiadomo, od XIX w.
umiłowanym sposobem Wiednia, a
później Berlina. Ale także
polityka rosyjska, zwłaszcza
sowiecka, podobnie i nawet
mocniej niż dawna polityka
carska, polegała na wbijaniu
klina między poszczególne
narodowości nie tylko na terenie
Związku Sowieckiego, ale we
wszystkich państwach
przylegających do Związku,
przede wszystkim zaś między
Ukraińców i Polaków.

Pod koniec obiadu wzniesiono
liczne toasty, które rozpoczął
komisarz Mołotow toastem na
cześć gen. Sikorskiego. Stalin
wygłosił dłuższe przemówienie,
jak się wówczas zdawało,
uderzająco przychylne dla
Polski. Podkreślił, że Polska
powinna być wielka i potężna. W
dalszym ciągu oświadczył:

- Dwukrotnie zdobywaliście
ongi Moskwę. Rosjanie
kilkakrotnie byli w Warszawie.
Biliśmy się ciągle ze sobą. Czas
skończyć bójkę między Polakami a
Rosjanami (Pora konczat' draku
mieżdu Poliakami i Russkimi).

Mówił o wspólnym wysiłku i
walce z Niemcami aż do
zwycięskiego końca. Zakończył
życzeniem wspólnego zwycięstwa
nad napastnikiem niemieckim. Po
obiedzie toczyła się rozmowa
towarzyska w przyjacielskim
nastroju.

Stalin opowiadał o swoim
pobycie w Polsce przed rokiem
1914; udał się tam z misją do
Lenina, mieszkającego pod
Zakopanem. Na jednej ze stacji
już za granicą wszedł do
restauracji dworcowej i zamówił
obiad. Pociąg odchodził
niebawem, toteż z
niecierpliwością obserwował jak
podawano obiad sąsiadom po obu
jego stronach. Następnie
zauważył, jak podawano obiad
osobom, które po nim weszły do
restauracji. Tuż przed odejściem
pociągu kelner postawił przed
nim talerz gorącej zupy.
Oburzony wyraźną szykaną Stalin,
wówczas młody i porywczy,
wywrócił talerz z zupą na stół i
wyszedł z restauracji. Gdy
opowiadał potem o szykanach
kelnera Leninowi, ten zapytał go
od razu:

- Po jakiemu zamówiłeś obiad?

- Oczywiście po rosyjsku -
odpowiedział Stalin.

- To się nie dziw - wyjaśnił
mu Lenin - że cię tak
potraktowali. Polacy doznali
tylu krzywd od Rosji, że się za
to odwzajemniają, gdzie tylko
mogą.

Innym razem Stalin przekradał
się do Lenina przez zieloną
granicę. Nieszczęśliwym zbiegiem
okoliczności, osoby, które miały
mu przejście granicy ułatwić,
zawiodły. Znalazł się sam w
obcym, pogranicznym mieście,
zwracając uwagę swoim
charakterystycznym wyglądem.
Kilku Żydów zaproponowało mu
usługi.

- Ale ja - mówił Stalin - do
tych Żydów zaufania nie miałem.
Widziałem po ich minach, że za
pieniądze gotowi byli oddać mnie
żandarmom rosyjskim. Wreszcie
znalazłem Polaka, któremu
uczciwie z twarzy patrzyło i
jemu powierzyłem sprawę.

I zwracając się do siedzącego
obok płk. Okulickiego, Stalin
dodał:

- Pan mi go przypomina. Pan
bardzo do niego podobny.

Ten obcy Polak bezinteresownie
dał mu schronienie, nakarmił go,
a następnie przeprowadził przez
granicę.

Następnie zaproszono nas do
kina, gdzie w czasie
wyświetlania filmu wojennego
Stalin prowadził pogodną,
chwilami nawet serdeczną rozmowę
z gen. Sikorskim i ze mną.

Zapytywano mnie później
często, jakie wrażenie robił
Stalin, jak wygląda i jak się
zachowuje. Stalin jest
niewielkiego wzrostu, krępy,
dość szeroki w barach, robi
wrażenie silnie zbudowanego
mężczyzny. Uwagę zwraca duża
głowa, gęste czarne brwi,
czarne, mocno przyprószone
siwizną wąsy i włosy krótko
przystrzyżone. Ale przede
wszystkim uderzają oczy: czarne,
matowe i zimne. Nawet kiedy się
śmieje, oczy nie śmieją się
nigdy. Poza tym wysuwa się na
pierwszy plan (czego nie widać
na fotografiach) bardzo duży
wschodni nos. Ruchy ma
nadzwyczaj opanowane, raczej
kocie. Mówi tylko po rosyjsku z
dość silnym akcentem kaukaskim,
spokojnie, rozważnie. Widać, że
się liczy z każdym słowem. Bije
od niego ogromne poczucie
władzy. W okresie, kiedy go
widziałem, ubierał się zawsze w
popielate ubranie, kurtkę kroju
półwojskowego z wykładanym
kołnierzem, zapiętą pod szyją na
guziki kościane, spodnie
wsunięte w długie, czarne,
mięciutkie buty typu rosyjskiego
w harmonijkę. To ubranie
odróżniało go od otoczenia,
które albo nosiło mundury
wojskowe, albo typowe dla Rosji
cywilne ubrania granatowe.
Zawsze był bardzo uprzejmy.
Oczywiście odbijał dodatnio od
jąkającego się Mołotowa, z
wiecznie złą twarzą.

Poza Stalinem i MOłotowem,
który robił honory domu, na
przyjęciu byli obecni komisarze:
Beria, admirał Kuzniecow,
Mikojan, Kaganowicz oraz, o ile
pamiętam, Malenkow, Szczerbakow,
Żdanow, Żukow i zastępca szefa
sztabu Wasilewski. Większość z
nich w wieku zaledwie ok. 50
lat, chociaż od wielu lat
pełnili swoje funkcje. Każdy z
osobna był zawsze niesłychanie
pewny siebie i pełen energii,
ale w obecności Stalina wszyscy,
nie wyłączając Mołotowa, byli
zupełnie mali. Odczuwało się, że
gotowi są do wszystkiego na
każde jego skinienie.

Po zakończeniu przedstawienia
przeszliśmy do innego gmachu,
tam podpisano wspólne
oświadczenie, zwane potem
deklaracją Stalin_sikorski z 4
grudnia 1941:

"Rząd Rzeczypospolitej
Polskiej i Rząd Związku
Sowieckiego, ożywione duchem
przyjaznej zgody i
współdziałania w walce,
oświadczają co następuje:

1) Niemiecki imperializm
hitlerowski jest najgorszym
wrogiem ludzkości. Żaden
kompromis z nim nie jest
możliwy. Oba państwa wspólnie z
Wielką Brytanią i innymi
sojusznikami, przy poparciu
Stanów Zjednoczonych Ameryki
Północnej będą prowadziły wojnę
aż do zupełnego zwycięstwa i
ostatecznego zniszczenia
niemieckich najeźdźców.

2) Wypełniając układ zawarty
30 lipca 1941 oba rządy udzielą
sobie nawzajem pełnej pomocy
wojskowej w czasie trwania
wojny, a siły zbrojne
Rzeczypospolitej na obszarze
Związku Sowieckiego walczyć będą
przeciwko niemieckim rabusiom
ramię przy ramieniu z wojskami
sowieckimi.

W dobie pokoju stosunki między
obu państwami oparte będą na
zasadach zgodnej sąsiedzkiej
współpracy, przyjaźni i
wzajemnego rzetelnego
przestrzegania przyjętych przez
obie strony zobowiązań.

Po zwycięskim zakończeniu
wojny i należytym ukaraniu
zbrodniarzy niemieckich,
zadaniem państw sprzymierzonych
będzie zapewnienie trwałego i
sprawiedliwego pokoju.

Zadanie to może być osiągnięte
tylko na drodze nowej
organizacji stosunków
międzynarodowych, opartej na
zjednoczeniu krajów
demokratycznych i trwałym
sojuszu.

Poszanowanie prawa
międzynarodowego poparte
zbiorową siłą zbrojną wszystkich
państw sprzymierzonych, powinno
być czynnikiem decydującym przy
budowie takiej organizacji.

Tylko w tych warunkach Europa,
zniszczona przez barbarzyńców
niemieckich, może być odbudowana
i może uzyskać gwarancję, że
katastrofa, spowodowana przez
hitlerowców nigdy się nie
powtórzy.

Podpisano: w imieniu Rządu
Rzeczypospolitej Polskiej -
Sikorski; w imieniu Rządu
Związku Sowieckiego - Stalin.
Moskwa 4 grudnia 1941".

Na pożegnanie Stalin
przypomniał gen. Sikorskiemu
swoje zaproszenie, oczekując
powtórnego przybycia jego do
Moskwy oraz zapowiedział
zwiedzenie wówczas odcinka
frontu pod Moskwą.

Podczas naszego pobytu w
Moskwie, przynajmniej
kilkanaście razy dziennie, a
szczególnie późnym wieczorem i w
nocy, różne kobiety telefonowały
niby przez pomyłkę, starając się
nawiązać rozmowę i proponowały
przyjście do pokoju. Był to
znany chwyt tamtejszy.
Uprzedziłem gen. Sikorskiego, że
musimy być bardzo ostrożni w
rozmowach prowadzonych w pokoju,
gdyż wiedziałem, że wszędzie
założono podsłuchy. Najlepszym
sposobem przeszkadzania w
podsłuchu było uderzanie
łyżeczką o szklankę przy
rozmowie prowadzonej półgłosem.





Generał Sikorski

wśród wojska





5 grudnia wróciliśmy do
Kujbyszewa. Gen. Sikorski
zaziębił się i przeleżał kilka
dni. Dopiero 10 grudnia mógł
rozpocząć objazd obozów
wojskowych. Drogę odbywaliśmy
pociągiem oddanym do
rozporządzenia gen. Sikorskiemu;
zajmował on w nim salonkę
pochodzącą jeszcze z carskich
czasów. Z władz sowieckich
towarzyszyli nam m.in.
wicekomisarz Wyszyński, gen.
Żukow i zastępca szefa sztabu
gen. Panfiłow. Objazd obejmował
Buzułuk, Tockoje i Tatiszczewo;
potem z lotniska w Saratowie
gen. Sikorski miał odlecieć do
Teheranu.

W Buzułuku odbyła się akademia
na cześć gościa, a po zwiedzeniu
ośrodków wojskowych zebrano się
w sztabie armii na wspólnej
kolacji. W czasie kolacji
wygłoszono wiele przemówień.
Całkowicie wiernopoddańczym
przemówieniem w stosunku do
Rosji Sowieckiej wyróżnił się
dowódca batalionu czeskiego płk
Svoboda. Obecni byli także
brytyjski mjr Cazalet i kilku
wyższych oficerów amerykańskich.
W Tocku i Tatiszczewie gen.
Sikorski był na nabożeństwach,
przyjmował defilady wojska,
częściowo już ubranego w
nadesłane mundury angielskie,
wygłaszał dłuższe przemówienia,
zwiedzał namioty i rozmawiał z
żołnierzami.

Po odjeździe z Tatiszczewa
nocowaliśmy w Saratowie. Na
drugi dzień rano odbyła się
rozmowa gen. Sikorskiego z gen.
Żukowem w sprawie organizacji
wywiadu w Polsce. Nie byłem
obecny na początku tej rozmowy.
Ponieważ gen. Sikorski nie znał
rosyjskiego, a gen. Żukow
polskiego, zaszło jakieś
nieporozumienie, które
spowodowało sprostowania władz
sowieckich. Z Saratowa
odlecieliśmy do Teheranu. Na
lotnisku gen. Sikorskiego żegnał
uroczyście garnizon saratowski
i dostojnicy sowieccy z
Wyszyńskim, Panfiłowem i Żukowem
na czele.

W Teheranie gen. Sikorski
odbył rozmowę z szachem perskim,
który miał mu proponować
odstąpienie uzbrojenia
niemieckiego znajdującego się
pod kontrolą sojuszników. Gen.
Sikorski przyjął na konferencji
przedstawicieli prasy, z którymi
podzielił się swoimi wrażeniami
z pobytu w Rosji i oświadczył,
że Polaków wypuszczono z więzień
i łagrów, przy czym nic nie
wspomniał o ogromnej ilości
zaginionych oficerów. Propaganda
sowiecka wyzyskała ten wywiad i
rozgłosiła go po całym świecie,
co wprowadziło w błąd, niestety
na bardzo długo, szeroką opinię
publiczną.

Gen. Sikorski opuścił Rosję
nastrojony optymistycznie co do
dalszego rozwoju stosunków
polsko_sowieckich. Widział
objawy niepomyślne i irytował
się szeregiem posunięć władz
sowieckich, ale jednocześnie
uznawał siłę czynników
kierujących Rosją, a w
szczególności Stalina. Tym
bardziej, że podczas jego pobytu
w Zssr Niemcy ponieśli
porażki pod Moskwą i Rostowem.

Gen. Sikorski mając
niewątpliwie wielkie zdolności
polityczne i znając doskonale
Zachód, gdzie cieszył się
wielkim uznaniem czołowych
osobistości, nie miał
sposobności bezpośredniego
zapoznania się z Rosją w ogóle i
z przeobrażeniami, które
nastąpiły w Związku Sowieckim.
Nie znał języka rosyjskiego,
obcy mu był bezmiar perfidii
sowieckiej. Oczywiście ludzie
pokroju Kota, Ksawerego
Prószyńskiego, itp. odmalowywali
mu fałszywy obraz
rzeczywistości. Na tym podłożu,
pomimo mej przyjaźni z gen.
Sikorskim, już od pierwszego
spotkania zaczęły się między
nami zarysowywać różnice w
ocenie polityki sowieckiej i
położenia wojska polskiego w
Rosji. W otoczeniu gen.
Sikorskiego stale pracowano nad
budzeniem nieufności do mnie;
doprowadziło to do zasadniczych
starć, wyrównanych ostatecznie
dopiero tuż przed tragiczną
śmiercią gen. Sikorskiego.







Umowa a rzeczywistość





Położenie wojska polskiego w
Rosji Sowieckiej było ponure.
Jasny promień, który oderwał
umysły żołnierzy od przykrości
codziennego życia, stanowiło
przystąpienie Stanów
Zjednoczonych do wojny 8 grudnia
1941. Przypominano o piśmie
Prezydenta Roosevelta do
Prezydenta Rzeczypospolitej z 5
lipca 1941, w którym oddawał
hołd walczącej Polsce, nazywając
ją natchnieniem nie tylko dla
narodu Stanów Zjednoczonych,
lecz dla wszystkich ludów
miłujących pokój. W końcu
stycznia 1942 radio amerykańskie
podało orędzie Prezydenta
Roosevelta do narodu polskiego
znane pod nazwą "Prezydent wie".
Orędzie to zostało
rozpowszechnione w ulotkach, a
ludzie w łachmanach, wynędzniali
z głodu, klęcząc na śniegu i
mrozie dziękowali Bogu, pełni
wiary i zaufania do potężnych
sojuszników.

Nabierałem coraz bardziej
przekonania, że władze sowieckie
nieszczerze przystępują do
tworzenia Armii Polskiej, a
utrudnienia na każdym kroku były
tego dowodem. Mieliśmy
bezustannie powtarzające się
wiadomości, że tysięczne rzesze
zatrzymywano w więzieniach i
łagrach oraz że nie wykonano
uczciwie tzw. amnestii.
Uważałem, że należało ratować
ludzi z północnych i wschodnich
części Rosji i przesuwać, pomimo
wszelkich trudności żołnierzy i
ludność cywilną na południe.
Widziałem już wtedy jedyny
ratunek w wyjściu zza żelaznego
kordonu przez Persję. Innego
zdania był prof. Kot, który
przeszkadzał w wykonaniu tego
planu i który ponosi niemałą
odpowiedzialność za
powstrzymywanie tych przesunięć.
Po powrocie do Kujbyszewa i
Buzułuka starałem się wprowadzić
w życie umowę zawartą na Kremlu.
Natrafiłem na wielkie trudności.
Wymarsz oddziałów na południe
opóźniał się. Mrozy dochodziły
do 52) C, przy srogich
śnieżycach i wichrach.

Ludzie nieraz zamarzali w
namiotach, gdyż brakowało
najbardziej prymitywnych
urządzeń. Najstraszniejsze było
położenie tych, co ze wszystkich
krańców bezbrzeżnej Rosji
dopiero docierali do naszych
oddziałów. Znajdowali się w
stanie ostatecznego wyczerpania
fizycznego. Chorzy, wynędzniali,
bez ubrania. Pomimo naszych
protestów bolszewicy nie
pozwalali transportom
zatrzymywać się na stacjach w
pobliżu rozlokowania wojska i
wysyłali je bez żadnego
zaopatrzenia na południe. Na
każdej stacji z wagonów
wyciągano trupy pomarłych z
głodu, chorób i nędzy. Nazywało
się to, że jadą na południe,
dokąd i tak przyjdzie wojsko.
Tymczasem w rzeczywistości
wysyłano ich koleją do
Turkiestanu, a stąd barkami
wzdłuż rzeki Amu_darii na
roboty. Mało kto z wielu tysięcy
wysłanych tam ludzi wrócił żywy.

Wreszcie, w początku roku
1942, przyszła decyzja
przeniesienia wojska polskiego
na południe. Sformowane z
wielkim trudem dowództwa, jako
zawiązki przyszłych jednostek
wojskowych, wyjeżdżały na
wyznaczone tereny celem
zbierania ludzi. Sztab armii
umieszczono w Jungi_jul, co
znaczy Nowa Droga, w okolicy
Taszkientu i rzeczywiście
stamtąd rozpoczęliśmy nową
drogę... poprzez kraje Bliskiego
Wschodu. Dywizje rozrzucono na
olbrzymiej przestrzeni. Zaczął
się tłumny dopływ ludzi.
Mieliśmy angielskie mundury i
bieliznę; okazały się one
bezcenne, gdyż wszyscy zjawiali
się w łachmanach i schorowani do
ostatecznych granic. Szerzyły
się choroby, a wobec olbrzymiej
ilości wszy w Rosji, przede
wszystkim tyfus plamisty.
Lekarze nasi i siostry wykazali
wiele poświęcenia, ratując ludzi
od śmierci, w fatalnych
warunkach, przy zupełnym braku
lekarstw, pomieszczeń, bielizny
i odpowiedniego wyżywienia.
Wielu, szczególnie dzieci,
umierało.

Władze sowieckie coraz
bardziej utrudniały przyjazd
ciągnących z północy do wojska.
Całe transporty wyrzucano na
stepach bez żadnego
zaopatrzenia. Trzeba sobie zdać
sprawę, że w Rosji nie było
możliwości kupowania żywności i
jeżeli ktoÍś nie otrzymywał
przyznanej mu racji, po prostu
marł z głodu. Czasami tylko
można było wymienić na żywność
części ubrania lub bielizny, ale
po dwu latach niewoli prawie
nikt nie posiadał już nic do
wymiany.

W tym okresie zaznaczyło się
coraz silniejsze przenikanie
władz sowieckich do naszego
życia wewnętrznego. Wielu ludzi
wychodzących z obozu nie wracało
i ginęło bez śladu, tak jak to
się w ogóle dzieje w Rosji
Sowieckiej. Zdarzało się, że
NKWD porywało ludzi nawet z
naszych obozów. Protestowałem
energicznie, ale pomimo
oficjalnych obietnic, iż wypadki
takie się nie powtórzą, trwało
to nadal bez przerwy do naszego
wyjazdu.

Jeszcze w Buzułuku zupełnie
przypadkowo wykryliśmy podsłuchy
w budynkach dowództwa armii.
Okazało się, że nawet w moim
gabinecie było kilka aparatów w
ścianach i w suficie. Druty
prowadziły na zewnątrz do małego
domku strzeżonego przez
żołnierzy sowieckich. Protest
mój spowodował przyjazd komisji
z Moskwy, która po długich
badaniach wyjaśniła, że były to
jeszcze stare podsłuchy z
czasów, kiedy w Buzułuku
kwaterowały różne instytucje
cywilne. Rzecz prosta nie było w
tym cienia prawdy, choćby
dlatego, że aparaty były
zupełnie nowe. Dziwiliśmy się,
dlaczego władze sowieckie
opóźniają wyjazd sztabu do
Jungi_jul. Twierdzono, że
pomieszczenia nie były gotowe.
Nauczeni starym doświadczeniem
po przyjeździe zbadaliśmy
dokładnie budynek; inżynierowie
znaleźli cały system podsłuchowy
świeżo założony we wszystkich
prawie pokojach. Druty
prowadziły na strych i dalej w
pole do budynku poczty
sowieckiej. Przewody
przecięliśmy, przy czym
zabroniłem powiadamiać o tym
władze sowieckie. Już na drugi
dzień zauważyłem niepokój u
oficerów NKWD. Chcieli dać
robotników do uporządkowania
strychu, który ich zdaniem nie
był jeszcze wykończony.
Odpowiedzieliśmy, że strych
doprowadzili do porządku nasi
żołnierze. Przyłapaliśmy kilku
agentów sowieckich, którzy w
nocy starali się tam dostać.

Jeszcze przed przejazdem armii
z Buzułuka do Jungi_jul wysłany
tam ppłk Rudnicki zameldował, że
władze sowieckie kategorycznie
sprzeciwiły się przyjmowaniu do
wojska mniejszości narodowych i
że wydały odpowiednie instrukcje
komisjom poborowym. Stanowisko
to potwierdziło pismo gen.
Panfiłowa z 24 czerwca 1942.
Interweniowałem w tej sprawie
energicznie. Widać było, że
bolszewicy postanowili uważać za
obywateli sowieckich wszystkich
obywateli polskich z wyjątkiem
rdzennych Polaków. Nie mogliśmy
się zgodzić z takim postawieniem
sprawy, gdyż umowa z 30 lipca
1941 mówiła wyraźnie o obowiązku
zwolnienia wszystkich obywateli
polskich.

Pomimo tych trudności ludzie
napływali stale. Obietnice
Stalina wyposażenia dwóch
dywizji w broń nie zostały
dotrzymane. Broń miała tylko 5.
dywizja, i to znacznie poniżej
stanu etatowego, tj. tylko tę
część broni, którą otrzymaliśmy
jesienią 1941; do końca było to
wszystko.

Tymczasem władze sowieckie
zaczęły naciskać, aby wysłać na
front poszczególne dywizje.
Przyjechał gen. Żukow, badając
początkowo moje zapatrywania, a
wreszcie występując z wyraźną
propozycją wysłania na front,
jako pierwszej, 5. dywizji.
Podkreślił, że będzie miało
kapitalne znaczenie polityczne,
jeżeli żołnierz polski zacznie
się bić obok żołnierza
sowieckiego. Przyznawałem mu
słuszność, ale tylko pod
warunkiem, że pójdzie cała armia
oraz że żołnierz będzie przedtem
jako tako odżywiony, uzbrojony i
wyszkolony. Nie zgadzałem się na
wysłanie poszczególnych dywizji
uzasadniając, że nikt ich na
świecie, a tym bardziej w Polsce
nie dostrzeże. W dodatku
żołnierze byli fizycznie
wyniszczeni a racje żywnościowe
tak małe, że nie pozwalały na
normalne szkolenie. Nie mogłem
użyć argumentu - o czym zresztą
bolszewicy wiedzieli - że z
naszych racji żołnierskich
utrzymywaliśmy przy życiu wiele
dzieci i kobiet ściągających w
pobliże obozu. Oświadczyłem, że
jeśli wbrew memu stanowisku gen.
Sikorski wyda rozkaz wysłania
dywizji na front, sam ze
względów moralnych obejmę nad
nią dowództwo.

4 lutego 1942 wysłałem depeszę
do gen. Sikorskiego, prosząc o
decyzję. Miałem pewne obawy,
gdyż wiedziałem, że gen.
Sikorski przedtem jeszcze za
pośrednictwem ambasadora
brytyjskiego Sir Stafforda
Crippsa wysuwał myśl, aby dwie
dywizje chociażby nie uzbrojone
poszły na Kaukaz, w celu obrony
zagłębia naftowego. Z prawdziwą
ulgą dostałem przeto odpowiedź
gen. Sikorskiego z 7 lutego, że
podziela on całkowicie moje
stanowisko, zgodne zresztą z
umową polsko_sowiecką,
stwierdzającą, że wojska polskie
nie będą użyte na froncie w
rozproszeniu, lecz jedynie w
całości. Gen. Żukow i gen.
Panfiłow przyjęli odpowiedź gen.
Sikorskiego z dużym
niezadowoleniem.





Drobne kłopoty





W tym czasie wynikła sprawa
ppłk. Berlinga. Od gen.
Boruty_Spiechowicza otrzymałem
depeszę, wysłaną już z
miejscowości Dżałał_abad,
nowego miejsca postoju 5.
Dywizji Piechoty. Gen. Boruta
prosił o natychmiastowe zabranie
z dywizji i ukaranie ppłk.
Berlinga za wysoce niewłaściwe
zachowanie się w stosunku do
dowódcy dywizji. Sprawa była o
tyle niejasna, że w swoim czasie
gen. Boruta usilnie domagał się
mianowania ppłk. Berlinga szefem
sztabu swojej dywizji. Zgodziłem
się wtedy na to niechętnie, ze
względu na postawę ppłk.
Berlinga wobec władz sowieckich.
Wspomniałem już, że ppłk Berling
jeszcze w okresie przyjaźni
sowiecko_niemieckiej zgłaszał
się na służbę do Armii
Czerwonej. Nasze ciężkie
położenie polityczne w Rosji
Sowieckiej nie pozwoliło na krok
najodpowiedniejszy: na
natychmiastowe usunięcie. W
czasie raportu ppłk Berling
stwierdził, że jego
nieporozumienia z gen. Borutą
były natury osobistej. Ukarałem
go aresztem domowym i
przeniosłem na stanowisko
dowódcy bazy w Krasnowodsku,
skąd zresztą później, w sierpniu
1942, zdezerterował, kradnąc
powierzone sobie dokumenty i
papiery. Ppłk Berling wiedział o
nurtującym mnie ciągle niepokoju
i o moich wysiłkach, aby
odnaleźć 11.000 zaginionych
oficerów. Zupełnie
nieoczekiwanie zaproponował mi,
że zajmie się tą sprawą pod
warunkiem awansowania go na
stopień generała. Odrzuciłem
jego propozycję. Czułem
instynktownie, że jest to
posunięcie uplanowane przez
władze sowieckie, że oczywiście
mowy nie ma o szukaniu przez
Berlinga oficerów, że chodzi
tylko o mianowanie Berlinga
generałem właśnie przez
prawowite władze polskie.
Dezercja jego utwierdziła mnie w
tym przekonaniu. W dwa lata
później ppłk Berling został
generałem Armii Czerwonej z
nominacji Stalina.





Brak żywności i broni:

porozumienie ze Stalinem





Koło 10 marca 1942 otrzymałem
zawiadomienie od gen. Chrulewa,
który był dowódcą zaopatrzenia
Armii Czerwonej, że od 20 marca
ilość ogólna racji żywnościowych
Armii Polskiej zostanie
zmniejszona do 26.000. Równało
się to całkowitej katastrofie,
gdyż miałem wtedy w szeregach
blisko 70.000 ludzi. Jak już
nadmieniłem, żołnierze
odejmowali sobie od ust, aby
utrzymać przy życiu kobiety i
dzieci. Racja sowiecka, jaką
wtedy otrzymywaliśmy,
reprezentowała pod względem
kalorii około jednej trzeciej
wartości racji angielskiej.
Jedyną moją rezerwą była pewna
ilość żywności przysłanej z
Wielkiej Brytanii. Ale to była
żelazna rezerwa. Przed Armią
Polską stanęło widmo głodu.
Musiałem zaprotestować
natychmiast i to jak najbardziej
stanowczo przeciwko temu
niesłychanemu zarządzeniu.
Zwróciłem się do Stalina
bezpośrednio. W odpowiedzi
przyszła depesza następującej
treści:

"Otrzymałem obydwie depesze
Pana o położeniu żywnościowym
waszej armii i o zarządzeniu
gen. Chrulewa. Zbadawszy
wszystkie materiały doszedłem do
wniosku, że sprawa wyżywienia
Czerwonej Armii skomplikowała
się w związku z napadem Japonii
na Anglię i Stany Zjednoczone.
Wojna na Dalekim Wschodzie
doprowadziła do tego, że Japonia
nie zgadza się na przewóz zboża
do Zssr na okrętach
amerykańskich, a nasz własny
tonaż jest ograniczony.
Liczyliśmy, że otrzymamy z
Ameryki ponad 1.000.000 ton
pszenicy, a otrzymamy 100.000
ton. Z tego powodu powstała
konieczność zrewidowania planu
zaopatrzenia armii na korzyść
dywizji walczących, z
uszczerbkiem dla dywizji nie
walczących. Pomimo to z dużymi
trudnościami wywalczyłem
zachowanie dzisiejszego poziomu
zaopatrzenia Armii Polskiej w
Zssr do 20 marca. Po tej
dacie trzeba będzie zmniejszyć
liczbę racji dla Armii Polskiej
co najmniej do 30.000. Jeżeli
uważa Pan za pożyteczne, może
Pan przyjechać do Moskwy. Z
przyjemnością wysłucham Pana.
Stalin."

Znałem zbyt dobrze stosunki
sowieckie i wiedziałem, że
STalin zawsze robi z siebie "bon
papa". Jeżeli prosi o przyjazd,
coś się za tym kryje. W Związku
Sowieckim wszystko jest
"planowane".

Natychmiast po otrzymaniu
depeszy wyleciałem w
towarzystwie szefa sztabu płk.
Okulickiego do Moskwy, gdzie 18
marca 1942 o #/17#30 odbyła się
rozmowa ze Stalinem w obecności
Mołotowa i sekretarza. Treść
rozmowy ze względu na jej
wyjątkowe znaczenie przytaczam
dosłownie, według protokołu płk.
Okulickiego, przejrzanego przeze
mnie. Jak zwykle tekstu
sowieckiego nie otrzymaliśmy.

Stalin: Przybył Pan do mnie,
by się dowiedzieć, dlaczego
ilość racji dla Armii Polskiej
została zmniejszona? Odpowiem
całkiem szczerze. Widzi Pan, w
październiku, wtedy kiedy był
Harriman i Beaverbrook,
umówiliśmy się z Ameryką, że
będzie nam dostarczała
miesięcznie 200.000 ton zboża.
Do tego czasu powinniśmy byli
dostać z tego źródła 1.000.000
ton pszenicy, a do końca lipca
1942 - 1.800.000 ton. Na tym
oparty był plan zaopatrzenia
naszej armii w żywność. Zboże
miało być dostarczone
amerykańskimi statkami, bo nasz
własny tonaż jest ograniczony. W
rezultacie mamy tyle, ile kot
napłakał. Nikogo nie winię, ale
dotychczas otrzymaliśmy zaledwie
60.000 ton. Nasze statki
Japończycy przepuszczają, ale
amerykańskie, które płyną bez
konwoju, topią. Zatopili już
cztery. Wojna z Japonią
pomieszała karty. Amerykanie nie
mogą nam dostarczyć zboża. Z
tego powodu zostaliśmy zmuszeni
do rozformowania jednostek
tyłowych i terytorialnych, co
pan może sprawdzić na miejscu,
by zapewnić żywność jednostkom
frontowym, które się biją
dobrze. Zmniejszyliśmy też
znacznie kawalerię. Dowóz furażu
jest bardzo ciężki. Z tego
wynikło rozporządzenie gen.
Chrulewa, że do 20 marca
będziecie otrzymywali żywność na
pełny stan, a od tego terminu
tylko 40.000 racji. Nie
chciałbym, by mówili, że
sowieccy ludzie nie dotrzymują
przyrzeczeń, ale dopóki nie
zmienią się warunki, wasza armia
musi się ograniczyć do trzech
dywizji i pułku zapasowego.

Anders: Ja to wszystko
rozumiem i dlatego przyjechałem,
bo przekonany jestem, że z tego
położenia musi być jakieś
wyjście. Po telegramie gen.
Chrulewa, przed depeszą Pana
Prezydenta, nikomu nic nie
mówiłem. Po depeszy Pana
Prezydenta zawiadomiłem gen.
Sikorskiego: w odpowiedzi
doniósł o skierowaniu do mnie
2.000.000 racji. Dzisiejszy stan
armii wynosi 75.000_#78.000
ludzi, nie mogę przecież
pozwolić, by nadwyżka zmarła z
głodu. Widzę takie wyjście:
dajcie nam żywność na pełny stan
do czasu, dopóki nie otrzymamy
żywności angielskiej. W tej
sprawie chcę lecieć do Londynu.
Gen. Sikorski zgadza się na to i
pragnie, bym zjawił się tam
możliwie szybko. W tej chwili
leci on do Waszyngtonu,
prawdopodobnie będzie tam
omawiał sprawę zaopatrzenia
naszej armii w Zssr. Chcę
zrobić coś dla Polski, szukam
najlepszego rozwiązania. Uważam,
że należy zapobiec rozproszeniu
naszego wysiłku zbrojnego i
dlatego dążę, by na terenie
Zssr powstała Armia Polska
możliwie silna.

Stalin: Czy materiał, jaki
zgłasza się do wojska, jest
dobry? Czy jest Pan z niego
zadowolony?

Anders: Tak. Przeciętnie jest
to materiał zupełnie dobry pod
względem moralnym - wszyscy chcą
się bić z Niemcami - fizycznie
bardzo wyczerpany, ale szybko
przychodzi do siebie. W obecnej
fazie nęka nas epidemia tyfusu.
Liczę na element ze
strojbatalionów i z armii
rosyjskiej. To są młode
roczniki.

Stalin: A wie Pan, że w Polsce
szaleje tyfus? U nas nie powinno
go być. Mydła mamy dość i
powinniśmy go szybko zwalczyć.
Ile dywizji ma Pan
zorganizowanych?

Anders: Sześć, z tym, że nie
we wszystkich są pełne stany, o
pełnych stanach dwie, ale
pozostałe będą szybko gotowe, to
tylko kwestia zgłoszenia się
ludzi, bo aparat dowodzenia
gotowy.

Stalin: Czy to możliwe?
Szkoda! W tej sytuacji możecie
mieć tylko 3 dywizje - korpus.
Jeślibyście mogli dostać pomoc z
Ameryki w wyżywieniu waszej
armii, wtedy będzie można
powiększyć.

Anders: Gen. Sikorski właśnie
wyleciał do Ameryki. Jestem
przekonany, że zrobi wszystko co
można, żeby tę pomoc otrzymać.

Stalin: Transport żywności
jest możliwy tylko przez Anglię.
Amerykanie wysyłają statki bez
konwoju i Japończycy je topią.
Angielskie statki idą z konwojem
i wszystkie punktualnie
przychodzą. W tej sprawie
zwróciłem się do Roosevelta, ale
nie odpowiedział na moją
propozycję. Jeśli Anglicy nie
dostarczą żywności swoimi
środkami, transport amerykański
może zawieść.

Anders: Ta żywność, o której
wspomniałem, 2.000.000 racji
przyrzeczonych przez gen.
Sikorskiego, przyjdzie na pewno
przez Iran. Nie wiem jedynie
dokładnie kiedy. Jestem pewny,
że przyjdzie i dalsza.

Stalin: W takim razie dam wam
żywność na 40.000 ludzi.

Anders: A co zrobić z resztą?

Stalin: A może reszta pójdzie
do pracy w kołchozach?

Anders: To niemożliwe. Wszyscy
obywatele polscy, zdolni do
armii, powinni się w niej
znaleźć. Wiedzą oni dokładnie o
porozumieniu Pana Prezydenta z
gen. Sikorskim i o przyrzeczeniu
Pana. Ze względu na ducha armii
nie można do tego dopuścić,
zresztą w kołchozach nie ma
żywności i ci, którzy tam są,
też głodują.

Stalin: Obecnie Armia Polska z
otrzymywanej żywności karmi
ludność cywilną. Nie uważam tego
za nic złego. Rozumiem, że
ludności tej trzeba pomóc.

Anders: Przyznaję, że tak
było. Polska ludność cywilna
znajduje się w takim stanie, że
musimy jej pomagać nawet kosztem
racji wojskowych. Inicjatywa
wyszła od samych żołnierzy.

Stalin: Nie można dopuścić do
zmniejszenia racji żołnierskich,
tym bardziej że otrzymuje pan
materiał wyczerpany fizycznie.

Anders: Już zabroniłem tego
rozkazem.

Stalin: No cóż, inaczej nie
mogę zrobić. Dostaniecie 44.000
racji, to wam wystarczy na 3
dywizje i pułk zapasowy. Na
zorganizowanie i wyszkolenie
będziecie mieli dość czasu. Nie
naciskamy was, byście poszli na
front. Rozumiem, że lepsze
będzie dla was pójście na front,
gdy podejdziemy bliżej granic
Polski. Powinniście mieć ten
zaszczyt, by pierwsi wkroczyć na
ziemię Polski.

Anders: W takim razie, jeśli
inaczej nie można, resztę należy
wysłać do Persji.

Stalin: Zgoda. U nas zostanie
waszych żołnierzy 44.000, reszta
będzie ewakuowana. Inaczej nie
można. Będą mówili i mówią, że
myśmy was nabrali. Ja wiem, że
to nie wy, wojskowi, ale np.
wasz Kot o tym tak mówi
postronnym i inni także wiele
niepochlebnych rzeczy
rozpuszczają pod naszym adresem.
Jeśliby nie wojna z Japonią, nie
byłoby tego, o czym teraz
mówimy. My, sowieccy ludzie,
zwykliśmy dotrzymywać tego, do
czego się zobowiązaliśmy.

Okulicki: A czy nie jest
możliwe, byście dali żywność na
pełny stan do czasu, dopóki nie
dadzą nam jej Anglicy? To by nie
trwało może zbyt długo.

Stalin: Niemożliwe, nie mamy
żywności. Frontowych racji
zmniejszyć nie możemy. Niemcy
wygłodzili nasz kraj. Weszliśmy
teraz do rejonu, który był
zajęty przez dłuższy czas i na
zasoby miejscowe nie możemy
liczyć. Przeciwnie, musimy
karmić ludność cywilną, którą
Niemcy ograbili, każde 1000 ton
żywności ma dla nas duże
znaczenie i dlatego nie możemy
wam dać więcej. Dziś decyduję
44.000 racji.

Anders: Jest to dla mnie zawód
bardzo bolesny.

Stalin: Inaczej być nie może.
Białoruś, gdzie teraz przeniosła
się wojna, obgryźli Niemcy do
cna. Armii trzeba dać wszystko.
Armia, która się bije, nie może
głodować. Więcej niż 44.000
racji nie możemy dać.

Anders: Jak zrobić, by tych
ludzi, dla których nie ma
żywności, wysłać do Persji
możliwie szybko. Tego nie można
zrobić w ciągu kilku dni. A
trzeba ich przecież do czasu
wysłania karmić.

Mołotow: Ile w tej chwili
macie ludzi?

Anders: Ostatnie dane z 8
marca ok. 66.000, codziennie
przybywa 1000_#1500 ludzi, tak
że dziś może być już 80.000.
Liczba ta stale się zwiększa i
będzie się zwiększała. W tej
chwili zasadniczym zagadnieniem
jest sprawa szybkiej ewakuacji
do Persji. Należy zorganizować
bazę w Krasnowodsku, na którą
dotychczas nie uzyskałem zgody i
może w Aszchabadzie.

Stalin: Ile żywności mogą wam
dać Anglicy dla ewakuowanych?

Anders: Na początek 27.000
racji na 7 dni, z tym że żywność
tę trzeba przewieźć z Pahlevi do
Krasnowodska.

Stalin (każe się połączyć z
gen. Chrulewem): Gdzie jesteście
umieszczeni? Czy nie ma tam
malarii?

Anders: Jesteśmy na terenie
Uzbekistanu, południowej części
Kazachstanu i północnej części
republiki kirgiskiej. W tej
chwili jest epidemia tyfusu
plamistego. Malaria, tyfus
brzuszny i dyzenteria pojawiają
się w późniejszym okresie.
Środki zaradcze przedsięwzięto.

Stalin: Jak z uzbrojeniem?

Anders (wręcza wykaz, który
STalin uważnie przegląda. Dzwoni
gen. Chrulew).

Stalin (przy telefonie pyta):
Ile racji otrzymuje Armia
Polska? (Po odpowiedzi gen.
Chrulewa wraca.) Do końca marca
przedłużyliśmy termin wydawania
żywności na cały stan. (Po
zajęciu miejsca za stołem.)
Która dywizja uzbrojona?

Anders: Była uzbrojona 5.
dywizja, teraz broń jej jest
rozrzucona między wszystkie
jednostki dla szkolenia.

(Mołotow pyta gen. Andersa,
jakie są numery dywizji).

Stalin: Myśmy zmienili etat
naszych dywizji. Powiększyliśmy
je i wzmocnili ogniowo. Zamiast
16. armat dajemy 20 i 12 haubic.
Zwiększyliśmy ilość ludzi w
kompaniach. Ogólny stan 12.700.
Jakie armaty dostaliście?

Okulicki (podaje wykaz broni,
wskazuje na pozycje armat i
mówi): Wzoru r. 1939.

Stalin: Bardzo dobra broń,
donośność 147km, może być
użyta jako przeciwpancerna. Duża
szybkość początkowa. (Przegląda
wykaz broni.) A druga dywizja
nie otrzymała broni?

Anders: Nie. Pomimo waszego
przyrzeczenia i pomimo moich
wielokrotnych interwencji, od
czasu odwiedzin gen. Sikorskiego
nie otrzymaliśmy nic.

Stalin: Macie rację, myśmy wam
przyrzekli. Na drugą dywizję
trzeba zaraz dać broń.
Wytwarzamy bardzo dużo - 330.000
karabinów miesięcznie i to nie
wystarcza. (Jeszcze raz
przegląda wykaz broni.) Czy
trzecia dywizja jest już
sformowana?

Anders: Tak. Cztery nowo
powstałe dywizje prawie gotowe.
Organizacja dowództw i kadr
ukończona. Stan liczebny w tych
dywizjach, gdy wyjeżdżałem, był
niepewny, ale się szybko
powiększają.

Stalin: Czy macie numery tych
dywizji?

Anders: Tak. Od 5 do 10.

Mołotow: Ile wyjdzie wam
dywizji z 44.000?

Anders: Tego nie wiem. Zależy
to od etatu. Jeśli dywizje będą
miały etaty, jak Pan Prezydent
mówił, to 3 - i niewiele
zostanie na pułk zapasowy i
jednostki pozadywizyjne.

Stalin: Powinno wystarczyć na
3 dywizje i pułk zapasowy. Czy
macie oddziały lotnicze?

Anders: Tak. Lotnicy
zgrupowani są w jednym miejscu i
już dawno gotowi do ewakuacji.

Stalin: Chcecie ich ewakuować?

Anders: W myśl umowy z gen.
Sikorskim zarówno oni, jak
marynarze mieli być ewakuowani,
ponadto 25.000 ludzi.

Stalin: Dokąd pojadą lotnicy?

Anders: Do Anglii, gdzie będą
mieli dobre warunki szkolenia.

Stalin: Południową czy
północną drogą?

Anders: Południową, przez
Persję. Już dawno są gotowi do
ewakuacji, która mimo mych
ciągłych starań nie może ruszyć.

Stalin: Czy to my
przeszkadzamy w wysłaniu tych
lotników do Anglii?

Anders: Nie wiem z jakich
powodów nie zgodzono się
dotychczas na ewakuację. To
tylko od was zależy. Mogli oni
być wysłani już dawno.

Stalin: Dlaczego? Czy Pan
zwracał się w tej sprawie do
Panfiłowa?

Anders: Tak. Wielokrotnie.
Uzyskałem nawet przyrzeczenie,
ale w rezultacie nic nie
zrobiono. Świeżo odmówiono mi
zgody na zorganizowanie bazy w
Krasnowodsku.

Stalin: Lotnicy będą
ewakuowani. Narkomindieł ma to
zaraz zrobić. (Zapisuje w
notatniku).

Mołotow: Będzie zrobione.

Anders: Dla szybkiego
załatwienia formalności trzeba
by wyznaczyć upoważnionego
przedstawiciela u nas na
miejscu, bo inaczej sprawa
będzie się przeciągała i nic nie
osiągniemy.

Stalin: Słusznie,
przedstawiciel zostanie wysłany.
Myślę, że gen. Żukow byłby
najlepszy. Gdzie jest Żukow?

Mołotow: Jest na miejscu w
Moskwie.

Stalin: Miał przecież być na
południu.

Anders: Był u mnie cały czas,
ale kilka dni temu wrócił do
Moskwy. Współpracuje z nami od
początku i zrobi na pewno
wszystko, by nam dopomóc.

Stalin: Jakie macie jeszcze
potrzeby?

Anders: Pierwsze i
najpilniejsze to zorganizowanie
ewakuacji, a więc Krasnowodsk,
by można zaraz wysłać tych, dla
których nie ma racji.

Stalin: Dobrze, to będzie
zrobione. Jeszcze coś?

Anders: Druga sprawa bardzo
pilna, to wysłanie szoferów i
potrzebnego personelu do
Teheranu po odbiór samochodów i
znajdującego się tam sprzętu.

Stalin (zapisuje): Jeszcze
coś?

Anders: Techniczne warunki
ewakuacji uzgodnię z gen.
Żukowem. W związku z wytworzonym
położeniem powinienem możliwie
szybko znaleźć się w Londynie,
proszę o samolot do Kairu i
ewentualny przydział do mnie
waszego przedstawiciela, może
kogoś z upoważnionych do
formowania Armii Polskiej.

Stalin (zapisuje): Na co wam
potrzebny Rosjanin? W Londynie
powiedzą, że posłaliśmy z panem
opiekuna z Czeki. Oni tam na to
tak patrzą i może pan mieć z
tego tytułu więcej przykrości
niż korzyści.

Anders: Ja się tego nie
obawiam, trzeba omówić całą
sprawę ewakuacji, zaopatrzenia,
itp. z angielskim sztabem
głównym.

Stalin (przerywając): No
dobrze, ale co tam pomoże
Rosjanin?

Anders: Tam nie, ale w
powrotnej drodze może okazać
dużą pomoc w Teheranie, jeżeli
będzie miał pełnomocnictwa.

Stalin (zapisuje): Tak,
ewakuacja przez Krasnowodsk może
nie wystarczyć, można będzie
urządzić z Aszchabadu na
Meszched drogą lądową (idzie do
mapy, potem szuka atlasu w
bibliotece, żąda mapy). Nasze
wojska wam w tym pomogą, oni
znają tamtejsze warunki;
(zupełnie nieoczekiwanie):
Wątpię, czy wam Anglicy dadzą
jakiekolwiek uzbrojenie.

Anders: Już dają (podaje wykaz
pierwszego transportu broni
angielskiej).

(Stalin bierze wykaz,
studiuje, coś zapisuje.)

Mołotow: To idzie przez Iran?

Anders: Tak. Ten transport
jest już w drodze i powinien
nadejść w krótkim czasie. W
Iranie czeka dla mnie materiał
sanitarny do uruchomienia
szpitali. Prócz tego na terenie
Iranu jest znaczna ilość broni
armii irańskiej, którą by można
łatwo i szybko do nas przesunąć,
jeślibyście się na to zgodzili.

Stalin (zapisuje): Ja się temu
nie sprzeciwiam, ale tam
przeważnie były tylko karabiny i
część myśmy już wzięli. (Pyta
Mołotowa.)

Mołotow: Tak - 100.000
karabinów.

Anders: Według moich
wiadomości było tam od 250.000
do 350.000 karabinów, a ponadto
broń maszynowa, artyleria
przeciwlotnicza i małe działa
przeciwpancerne. (Wyciąga notes
i chce podać ilość.)

Stalin: Tego myśmy nie
zabierali - i to można wam dać.

Anders: Ta cała broń jest na
amunicję niemiecką, prócz tego
na pewno macie dużo zdobycznej
broni niemieckiej. Nasz żołnierz
zna tę broń znakomicie, można by
więc czasowo użyć jej do
szkolenia, nim otrzymamy broń
angielską.

Stalin (zapisuje): Jest to
zupełnie możliwe. (Chwila
przerwy i zupełnie
nieoczekiwanie): Dużo Polaków
służy w sztabach u Niemców jako
tłumacze.

Anders: W każdym środowisku i
w każdym narodzie jest pewna
część mało wartościowa. U was
także są tacy. (Stalin
potakuje). Z tego nie można
jednak wyciągać ogólnych
wniosków. My z takimi robimy
porządek. (Stalin potakuje.
Przynoszą mapę, Stalin studiuje,
wszyscy zbierają się wokół
mapy.)

Stalin: Wzdłuż Morza
Kaspijskiego jest droga
(pokazuje na mapie), z której
również można dobrze skorzystać.

Anders: Ja tej drogi nie znam,
wiem tylko o drodze przez
Meszched. (Powrót od mapy na
miejsca.) W pierwszych dniach
kwietnia, gdy tylko wróci gen.
Sikorski, chciałbym być w
Londynie. Sprawa bardzo pilna.

Stalin: Dać panu samolot do
Kairu? (Zapisuje). Dobrze. Czy
to już wszystko?

Anders: Proszę, by oddano
Armii Polskiej Polaków ze
strojbatalionów i z armii
sowieckiej, zgodnie z
przyrzeczeniem Pana Prezydenta.

Stalin: Możemy ich oddać, ale
trzeba ich przecież karmić, a wy
nie macie żywności.

Anders: Tam jest doskonały
młody materiał żołnierski.
Najmocniejszych zostawię u
siebie w ramach 44.000, a resztę
wyewakuuję.

Stalin (zapisuje): Dobrze,
oddamy ich.

Anders: Prócz tego dużo
jeszcze naszych ludzi znajduje
się w więzieniach i obozach
pracy. Stale zgłaszają się
wypuszczeni w ostatnich czasach.
Do tego czasu nie zjawili się
oficerowie wywiezieni z
Kozielska, Starobielska i
Ostaszkowa. Powinni być na pewno
u was. Zebraliśmy o nich
dodatkowe dane (wręcza dwie
listy, które zabiera Mołotow).
Gdzie oni mogli się podziać?
Mamy ślady ich pobytu nad
Kołymą.

Stalin: Wydałem już wszystkie
rozkazy, by ich zwolnić. Mówią
nawet, że są na Ziemi Franciszka
Józefa, a tam przecież nie ma
nikogo. Nie wiem gdzie są. Na co
mam ich trzymać? Być może, że
znajdują się w obozach na
terenach, które zajęli Niemcy,
rozbiegli się.

Okulicki: Niemożliwe, o tym
byśmy wiedzieli.

Stalin: Myśmy zatrzymali tylko
tych Polaków, którzy są
szpiegami na służbie
niemieckiej. Wypuściliśmy nawet
takich, którzy potem przeszli do
Niemców, jak np. Kozłowski.

Anders: Kozłowskiego skazał
sąd polowy na karę śmierci,
wyrok zatwierdziłem i będzie na
pewno wykonany, może nawet przez
naszych ludzi w Kraju.

Stalin: Gdzie jest Beck?

Anders: Internowany w Rumunii.

Stalin: No, jemu Niemcy nie
zrobią krzywdy, to ich
przyjaciel. A gdzie Śmigły?

Anders: Według wiadomości z
Kraju znajduje się w Warszawie,
podobno ciężko chory na angina
pectoris.

Stalin: Ukrywa się chyba?

Anders: Naturalnie.

Stalin: No, Śmigły_rydz
niezły dowódca, w r. 1920 dobrze
dowodził na Ukrainie.

Anders: Tak, ale w tej wojnie
jako Naczelny Wódz już po kilku
dniach wypuścił cugle z ręki.

Stalin: Przyczyną waszej
klęski było to, żeście nie mieli
dobrego wywiadu.

Anders: To nieprawda, wywiad
mieliśmy zupełnie dobry,
wiadomości były bardzo dokładne,
tylko nie umiano z nich
skorzystać. Ja, stojąc przed
rozpoczęciem wojny na granicy
Prus Wschodnich wiedziałem
dokładnie, co jest naprzeciw
mnie. Tak samo wiedziano
dokładnie o koncentracji
niemieckiej na Słowacji.

Stalin: No tak. Dla was wywiad
na terenie Niemiec nie powinien
być trudny. Jest tam przecież
dużo Polaków.

Anders: Słusznie, mnie np.
dostarczali wiadomości Mazurzy z
Prus Wschodnich.

Stalin: Mazurzy trzymają się
jeszcze? To bardzo dobrze.

Anders: Tak, trzymają się
bardzo dobrze i na pewno
wytrzymają do końca. Jeszcze
jedno. Gen. Sikorski polecił mi
donieść Panu Prezydentowi, że
spalenie olbrzymich magazynów
ciepłej odzieży w Poznaniu,
zebranej z całej Rzeszy na progu
zimy, przysłużyło się chyba
poważnie sprawie.

Stalin: To nieźle.

Anders: Gen. Sikorski miał 15
marca wylecieć do Waszyngtonu,
żąda on od Churchilla i
Roosevelta poważniejszej akcji
na froncie zachodnim. Uważa, że
stworzenie jednej dywizji
pancernej w roku 1942 jest
korzystniejsze niż pięciu w roku
1943. Wszystko z naszej strony
świadczy o przyjaznym stosunku
do Zssr.

Stalin: Hitler, to zaciekły
wróg całego słowiaństwa. On się
boi Słowian. (Zupełnie
niespodziewanie i oderwanie):
Nasz lotnik Lewoniewski, bohater
Zssr, wspaniały typ, uparcie,
mimo odradzania i odmawiania,
dążył do celu. Gdy zginął,
posłaliśmy jego matce pieniądze.
Chcieliśmy postawić jego pomnik
w miejscu urodzenia.

Okulicki: Brat jego, nasz
bardzo dobry lotnik, również
zginął.

Stalin: Tak, wiem o tym.

Anders: Dawniej kawaleria była
najważniejszym rodzajem broni,
szczególnie u nas husaria, która
dziś oddała swe skrzydła
lotnikom, a pancerze czołgom,
ale pozostał duch dawnej
kawalerii. Słowianie zaś są
szczególnie uzdolnieni do
lotnictwa. Wasi lotnicy są
przecież znakomici, a nasi
zajmują pierwsze miejsce w
Anglii.

Stalin: Tak, ma Pan rację.
Kawalerię wszędzie cechuje
wspaniały duch. Czy macie
jeszcze co?

Okulicki: Czasu na
przeprowadzenie ewakuacji
zostało bardzo niewiele.
Najlepiej przeprowadzić ją przez
bazę Krasnowodsk. Trzeba jednak
zarządzenia wydać natychmiast,
inaczej może się to przeciągnąć,
a żywność skończy się 31 marca.

Stalin: Słusznie, trzeba się z
tym pospieszyć, wydam
odpowiednie rozkazy.

Anders: Sprawy techniczne, by
nie zabierać czasu Panu
Prezydentowi, omówię z gen.
Panfiłowem, jeśli go Pan
Prezydent do ich załatwienia
upoważni.

Stalin: Dobrze, te sprawy
będzie załatwiał Panfiłow.

Anders: Pan Prezydent pozwoli,
że podsumuję naszą rozmowę.
(Stalin potakuje.) A więc możemy
liczyć, że cała nasza nadwyżka,
dla której nie ma żywności,
będzie szybko ewakuowana na
teren Persji.

Stalin: Tak.

Anders: W związku z ewakuacją
i ograniczoną do 44.000 ludzi
armią pobór nie zostanie
wstrzymany i Polacy ze
strojbatalionów i armii
rosyjskiej zostaną zwolnieni i
skierowani do Armii Polskiej.

Stalin: Tak.

Anders: Możemy liczyć na broń
znajdującą się na terenie
Persji. Przeciwko temu nie macie
żadnych zastrzeżeń i mogę to
oświadczyć gen. Sikorskiemu i
Anglikom?

Stalin: Tak, żadnych
zastrzeżeń.

Anders: W sprawie mego odlotu
do Londynu mogę liczyć na
samolot sowiecki do Kairu i z
powrotem?

Stalin: Tak, samolot każę Panu
dostarczyć, ale z Panem nie
poślę nikogo, bo u was są
ludzie, którzy nam nie wierzą i
powiedzieliby, że Czeka posyła
swego kontrolera.

Anders: Zdanie głupich ludzi,
którzy są wszędzie, nie obchodzi
mnie, ważna jest konkretna
praca, sądziłem, że wasz
przedstawiciel może mi dużo
pomóc w Teheranie.

Stalin: To nie tylko
przeciętnie głupi ludzie u was
tak mówią, świeżo przewodniczący
Rady Narodowej, Grabski napisał
przeciw nam bardzo nieprzyjemny
artykuł.

Okulicki: Dzisiaj nasze
marzenia, by tu stworzyć
możliwie silną armię i prostą
drogą - walcząc - iść do wolnej
ojczyzny, rozwiały się.

Stalin: Trudno, inaczej nie
można. Gdyby nie Japończycy,
moglibyście to zrobić, my
dotrzymujemy tego co
przyrzekamy. Zmiana nie z naszej
winy.

Anders: My chcemy, żeby
uderzenie nasze było silne.
Tylko wtedy odniesie ono pełny
skutek nie tylko wśród naszych
żołnierzy, ale przede wszystkim
w Kraju. Być może uda się
zorganizować część w Iranie,
która potem razem z tym co
zostanie w Zssr poszłaby na
front.

Stalin (potakując): Wtedy
dostaniecie racje, jak wszystkie
nasze dywizje frontowe.

Anders: My chcemy pierwsi
wejść na teren Polski, wiemy, że
to nasz obowiązek wobec ojczyzny
i że tam czekają na nas z
niecierpliwością nasi bracia. W
tej chwili po decyzji Pana
Prezydenta główną sprawą jest
ewakuacja, która powinna się
rozpocząć jak najszybciej.

Stalin: Tak jest. Każę
sprawdzić warunki transportu
kolejowego, morskiego i warunki
wojskowe i wydam odpowiednie
rozkazy. Kiedy Pan odlatuje?

Anders: Jutro mi się pewno nie
uda. Będę mówił z gen.
Panfiłowem. A pojutrze chcę
wylecieć.

Stalin: To już chyba wszystko.
(WStaje, żegna się podaniem
ręki, gen. Andersowi
kilkakrotnie ściska dłoń). Życzę
wam powodzenia. (Mołotow żegna
się bardzo przyjaźnie).

Koniec rozmowy o #/19#00.

Zastanawiałem się, dlaczego
Stalin tak stosunkowo łatwo
zgodził się na mój wniosek. Była
to tak zasadnicza i wyjątkowa
decyzja w życiu Związku
Sowieckiego, że mogłem ją sobie
objaśnić jedynie trudnościami,
jakie wówczas przeżywały Sowiety
przed spodziewaną ofensywą
niemiecką. Co prawda Stalin
żegnając się zastrzegł, że musi
zebrać Radę Komisarzy Ludowych w
celu zatwierdzenia jego
postanowienia, ale wydaje mi
się, że to był zwyczajny bluff,
bo w 20 minut po moim przybyciu
do hotelu otrzymałem
zawiadomienie, że wszystko jest
formalnie załatwione. Możliwe,
że rada odbyła się już przed
moją rozmową ze Stalinem.





Pierwsza ewakuacja





Władze sowieckie przystąpiły
niezwykle energicznie do
urzeczywistnienia postanowień
uzgodnionych ze Stalinem.
Natychmiast z Moskwy wysłałem
depeszę do sztabu zawiadamiającą
o zapadłych decyzjach, a władze
sowieckie wydały zarządzenia co
do organizacji transportów
ewakuacyjnych. Na usilne moje
żądanie zgodzono się na
dołączenie części kobiet i
dzieci tak, że ogólna liczba
ewakuowanych miała wynosić
40.000 ludzi. Transporty miały
odchodzić koleją do
Krasnowodska, a stamtąd statkami
do Pahlevi.

Podczas pobytu w Moskwie
zetknąłem się ze świeżo
przybyłym ambasadorem brytyjskim
Sir Archibaldem Clarke'em.
Powiadomiłem go o rozmowie ze
Stalinem i zarządzeniu
częściowej ewakuacji. Mówiłem mu
również o moim locie do Londynu.

Wracając do Jungi_jul
zatrzymałem się w Kujbyszewie,
gdzie przedstawiłem prof. Kotowi
decyzje zapadłe w Moskwie. Był
tym zupełnie oszołomiony. Gdy
dopytywał się ciągle o szczegóły
rozmowy, powiedziałem mu, że
Stalin zwrócił mi uwagę, iż
różni nasi ludzie prowadzą w
Rosji antysowieckie rozmowy, że
odpowiedziałem mu, iż różni są
durnie, nie tylko u nas, ale i w
Związku Sowieckim, i że
usłyszałem: "Tak, ale rozmowy
prowadził nie zwykły dureń (nie
obyknowiennyj durak), bo
ambasador Kot". (To wyznanie
Stalina pominięto w protokole).

- Znalazłem się w bardzo
przykrym położeniu -
powiedziałem prof. Kotowi -
kiedy Stalin wypowiedział te
słowa.

Reakcja prof. Kota była
zupełnie nieoczekiwana:

- Jak to, Stalin to mówił, a
pan generał nie wziął mnie w
obronę? Kto to mógł podsunąć
Stalinowi? Przecież ani Norweg,
ani Szwed, bo to porządni
ludzie. Już wiem! To na pewno
Czech Fierlinger. A uprzedzali
mnie, że to świnia i komunista.

Po powrocie do Jungi_jul
wydałem potrzebne zarządzenia.
Musiałem i przy tej sposobności
stoczyć walkę z władzami
sowieckimi, które chciały przede
wszystkim wysłać już dawniej
zorganizowane i lepsze
jednostki. Mając ciągle nadzieję
dalszego dopływu ludzi, którzy
pomimo wszystkich trudności
stale choć w małych ilościach
się zjawiali, uważałem za
słuszne wysłanie świeżo
formujących się dywizji, które
składały się z ludzi najbardziej
wynędzniałych, z więzień i
łagrów. Wolałem zostać w Rosji
Sowieckiej z tym, co
przedstawiało już pewną siłę i
odporność.

Wysłałem ekipę oficerów do
Pahlevi z naczelnym lekarzem
gen. Szareckim i płk. Okulickim
na czele, w celu zorganizowania
przejazdu i przyjęcia ludzi.
Wszedłem w styczność z naszym
dowództwem wojsk na Bliskim
Wschodzie celem zorganizowania
pomocy w porozumieniu z władzami
brytyjskimi; z pierwszą grupą
oficerów wyjechał ppłk Hulls,
brytyjski oficer łącznikowy przy
Armii Polskiej w Zssr.

26 marca 1942 otrzymałem
zupełnie nieoczekiwanie
następującą depeszę od prof.
Kota:

"Wiadomość o ewakuacji osób
cywilnych wraz z wojskiem już
rozeszła się i spowoduje
gwałtowny napływ ludności z
północy oraz nieopanowane ruchy
na południe. Proszę Pana
Generała o wydanie zarządzeń, by
ewakuacja była przeprowadzona
jak najbardziej dyskretnie, by
możliwie zahamować rozszerzanie
się tej wiadomości. Kot."

Z największym trudem udało mi
się przekonać władze sowieckie o
potrzebie dołączenia do
transportów ewakuacyjnych także
ludności cywilnej, kobiet i
dzieci. Wiedziałem, że jest to
dla nich jedyny ratunek przed
śmiercią głodową. Żołnierz nie
dojadał, dzieląc się swoimi
marnymi racjami żywnościowymi z
ludnością polską, która masowo
garnęła się pod opiekuńcze
skrzydła wojska, widząc tam
jedyny dla siebie ratunek.
Ludzie marli w ośrodkach
przejściowych i zapasowych
setkami i tysiącami. Wydałem
zarządzenia dołączania do
transportów wojskowych każdego
Polaka, który się zgłosi.
Poleciłem dołączyć sierocińce i
ochronki dla dzieci. Ewakuację,
jak już wspomniałem,
przeprowadzały władze sowieckie
z dużym pośpiechem. Wielu
Polaków nie mogło dotrzeć do
punktów wyjazdowych. Ambasador
Kot chciał dyskretnie zapobiec
rozszerzaniu się tej wiadomości.
Było to jakieś potworne
nieporozumienie, wynikłe z
zupełnego niezrozumienia
rzeczywistości sowieckiej.

Następnego dnia otrzymałem
depeszę z Londynu, podpisaną w
czasie nieobecności gen.
Sikorskiego, który przebywał w
Ameryce, przez szefa sztabu gen.
Klimeckiego, treści
następującej:

"Władze brytyjskie zostały
zaalarmowane wiadomością, że do
ewakuowanych transportów
wojskowych dołączono rodziny,
których plan ewakuacji nie
obejmuje. Ze względu na
trudności aprowizacyjne w Iranie
trzeba dalsze wysyłanie rodzin
bezwzględnie wstrzymać, aż do
ewentualnego uzyskania zgody
władz brytyjskich, by nie
hamować, względnie nie
ograniczać ewakuacji wojskowej.
Ile osób z rodzin już
wyewakuowano i ile jeszcze Pan
Generał chce ewakuować?"

Transporty odchodzą z
regularnością co do minuty.
Ewakuacja ma być dokonana w
ciągu tygodnia. Kto nie wyjedzie
w tym czasie, traci bezpowrotnie
nadzieję na wydostanie się z
Rosji Sowieckiej. Mam czekać na
ewentualne uzyskanie zgody władz
brytyjskich! Tego samego dnia
otrzymuję następne dwie depesze
tej samej treści od gen.
Klimeckiego i ambasadora Kota z
kategorycznym żądaniem
wstrzymania ewakuacji rodzin i z
obietnicą, że może w
przyszłości, po zakończeniu
ewakuacji wojska, będziemy mogli
powrócić do tej sprawy. Nie mam
czasu na interwencje i
wyjaśnienia. Albo ratuję ludność
cywilną, albo pozostawiam ją
swemu losowi. Jeżeliby nawet w
Iranie miała wymrzeć część
ludzi, tutaj na pewno wymrą
wszyscy. Biorę całkowitą
odpowiedzialność. Nie cofam
wydanych zarządzeń i rozkazów.


Do Londynu





W dwa dni później wyleciałem
samolotem sowieckim do Teheranu,
skąd po nawiązaniu kontaktu z
władzami brytyjskimi i omówieniu
zagadnień ewakuacyjnych z
dowódcami polskimi w dalszą
drogę do Kairu. Stwierdziłem
najdalej posuniętą życzliwość i
uczynność Brytyjczyków.
Odlatujemy przy bardzo złej
pogodzie. Loty wstrzymane
zarówno przez angielskie, jak
sowieckie władze portowe, ale
mój samolot nie podlega kontroli
startowej. Długo krążymy w
kotlinie teherańskiej, aby
uzyskać wysokość. Pasma górskie,
nad którymi przelot trwa kilka
godzin, dochodzą do wysokości
50007m. Samolot nie może się
wznieść wiele wyżej. Wbijamy się
w gęste chmury. Ledwie widać
skrzydła. Lecimy półtorej
godziny. Radiooperator sowiecki
wychodzi z kabiny i melduje
silne oblodzenie samolotu oraz
utratę wysokości. Czeka na
decyzję. Zapytuję, ile pozostało
przelotu nad górami. Odpowiada,
że jesteśmy w połowie drogi,
dodaje, że niebezpieczeństwo
jest poważne i że nie chcąc mnie
budzić (bo zasnąłem), powracają
i proszą o zgodę na tę decyzję.
Nie było rady. Straciliśmy jeden
dzień.

Następnego dnia przy pięknej
pogodzie lecieliśmy nad tymi
samymi górami. Samolot nasz po
przylocie do Kairu wzbudził
sensację. Był to bodaj pierwszy
samolot z czerwoną gwiazdą,
który wylądował na ziemi
egipskiej. Kair zrobił na mnie
niezapomniane wrażenie. Śliczne
miasto przy wiosennej,
słonecznej pogodzie, zwykły
ruch, jak w czasie pokoju, no i
nie ma NKWD. Właściwie dopiero
tutaj poczułem się prawdziwie na
swobodzie i dlatego może do dziś
dnia tak bardzo lubię Kair.

Poznałem w rozmowach
przedstawicieli władz
brytyjskich: ministra stanu na
Bliski Wschód Caseya i dowódcę
wojsk gen. Auchinlecka.

Dalsza moja podróż była
bardziej skomplikowana, niż
przypuszczałem. W towarzystwie
płk. Hullsa i adiutanta
wyleciałem wodnopłatowcem wzdłuż
Nilu do Chartumu, gdzie gościł
nas tamtejszy gubernator
brytyjski. Poznałem tam brata
króla greckiego i syna premiera
Churchilla, Randolpha.

Dalej lecieliśmy na południe w
kierunku Jeziora Wiktorii, a
potem przez Stanleyville,
Leopoldville, Złote Wybrzeże do
Lagos. Z powodu uszkodzenia
samolotu musiałem czekać tydzień
na odlot do Wielkiej Brytanii.
Podróż z Lagos odbyłem
olbrzymim,
kilkudziesięciomiejscowym
wodnopłatowcem, którym jechali
m.in. były ambasador brytyjski w
Moskwie Sir Stafford Cripps oraz
gen. Kopański, dowódca Brygady
Karpackiej walczącej w Libii.

Po jednodniowym pobycie w
Lizbonie, gdzie spotkałem
starych znajomych, m.in. posła
hr. Józefa Potockiego z żoną i
wiele osób z kolonii polskiej,
polecieliśmy do Irlandii, a
stamtąd do Londynu.

W dzień przyjazdu byłem na
obiedzie urządzonym dla mnie
przez gen. Sikorskiego. W ślad
za depeszą, którą wysłałem
jeszcze z Rosji, poinformowałem
go o ostatnich wydarzeniach.
Gen. Sikorski przyjął mnie
serdecznie.

Po raz pierwszy zetknąłem się
z Churchillem, który zadał mi
szereg pytań dotyczących Rosji
Sowieckiej; interesował się
także stanem wojska polskiego.
Wyraziłem zdanie, że należy całe
wojsko polskie wydostać z Rosji
i skoncentrować na Bliskim
Wschodzie.

Kiedy następnie opowiadałem
ppłk. Hullsowi o odwiedzinach u
Churchilla, zapytał, czy
poczęstowano mnie cygarem.
Odpowiedziałem, że tak, ale że
podziękowałem, ponieważ palę
wyłącznie papierosy.

- A to szkoda, że pan generał
nie wziął jednak cygara, miałbym
raz w życiu cygaro od samego
Churchilla.

Złożyłem wizytę szefowi sztabu
imperialnego Sir Alanowi
Brooke'owi. Interesował się tym
samym co Churchill, zapytywał
przede wszystkim o Rosję
Sowiecką i jej możliwości w
wojnie z Niemcami. Złożyłem
również wizytę księciu Kentu.
Poznałem delegata ministra
amerykańskiego Harrimana i wiele
wybitnych osobistości wojskowych
i cywilnych.

Poznałem też Majskiego i
Bogomołowa. Zmuszony nawet byłem
poświęcić im sporo czasu, choć z
góry wiedziałem, co każdy z nich
powie. Były to bodaj jedyne
nudne rozmowy w Londynie,
pozbawione swobodnej szczerości,
nie wnoszące nic nowego.

23 kwietnia odbyła się u gen.
Sikorskiego odprawa dowódców, na
której zostałem udekorowany
Virtuti Militari klasy 4. za
działalność bojową we wrześniu
1939.

Zgodnie z życzeniem gen.
Sikorskiego wyjechałem do
Szkocji, gdzie od 24 do 26
kwietnia odwiedzałem oddziały
polskie. Spotkałem tam wielu
starych znajomych i przyjaciół.
Z prawdziwym wzruszeniem witałem
się z uczestnikami ostatnich
moich walk w Polsce, mjr.
Zgorzelskim, Koszutskim i z
tymi, którzy żegnali mnie w
szpitalu, gdy mieli się
przedzierać na Zachód.
Zobaczyłem nasze doskonale się
prezentujące oddziały
zmotoryzowane oraz
spadochronowe. Odwiedziłem
naszych bohaterskich lotników,
którzy na czele z Dywizjonem 303
tak walnie przyczynili się do
zwycięstwa w bitwie o Brytanię.

Po powrocie ze Szkocji, 27
kwietnia odbyła się następna
odprawa dowódców pod
przewodnictwem gen. Sikorskiego.
Zastanawiano się nad ogólnym
położeniem wojskowym i udziałem
wojsk polskich w walkach. Na
czoło wysunęły się sprawy
organizacji wielkich polskich
jednostek w Szkocji, Zssr i
na Bliskim Wschodzie oraz
lotnictwa, marynarzy i brygady
spadochronowej.

Przed samym wyjazdem z Londynu
odbyłem kilkugodzinną rozmowę z
gen. Sikorskim. Wskutek
wysuwanych od r. 1942 roszczeń
do ziem polskich wiara jego w
dobrą wolę Kremla była już mocno
zachwiana.

Uzasadniałem koniecność jak
najspieszniejszego wyciągnięcia
ludzi z Rosji Sowieckiej i
użycia wszelkich możliwych
nacisków dyplomatycznych, póki
Rosja jest słaba i ciągle
zagrożona przez Niemcy.

Gen. Sikorski zaproponował mi
pozostanie w Londynie lub
objęcie dowództwa na Bliskim
Wschodzie. Wyjaśniłem, że jest
to niemożliwe, że wobec
warunków, które się wytworzyły w
Rosji Sowieckiej, muszę
dokończyć to, co zacząłem.
Znałem osobiście wszystkich
członków rządu sowieckiego,
wielu wybitnych wojskowych i
oficerów NKWD, a przede
wszystkim orientowałem się w
psychice sowieckiej. Wreszcie
ludzie nasi, pozostali w Rosji,
przywykli widzieć we mnie
kierownika i słusznie mogliby
uważać, że porzuciłem ich w
ciężkich chwilach. Niezależnie
od tego co się stanie, muszę
wracać do moich żołnierzy.

Gen. Sikorski zgodził się z
moim stanowiskiem i upoważnił
mnie do starań, mających na celu
wyprowadzenie największej liczby
ludzi z Rosji a dla podkreślenia
łączności między wojskiem, które
już było na Bliskim Wschodzie i
tym, które pozostało w Rosji
Sowieckiej, mianował mnie
jednocześnie inspektorem na
Bliskim Wschodzie.

Omawiając ciężkie położenie
wojskowo_polityczne wyraziłem
przekonanie, że przyszła
ofensywa na Europę powinna pójść
przez Bałkany, co by było,
zdaniem moim, najkorzystniejsze
dla sprawy polskiej, bo
wprowadziłoby w chwili klęski
Niemiec na obszar Polski siły
państw zachodnich i polskie.
Dlatego też uważałem, że
należało całe wojsko polskie
skupić i przygotować do
przyszłych działań na Bliskim
Wschodzie. Proponowałem, aby
gen. Sikorski wystarał się o
przesunięcie lotnictwa oraz
wojska ze Szkocji i sam stanął
na czele Armii Polskiej.
Wydawało mi się, że gen.
Sikorski dość przychylnie odnosi
się do moich rozważań, ale nie
dał wyraźnej odpowiedzi
twierdząc, że na razie jego
pobyt w Londynie jest konieczny.

Prosiłem gen. Sikorskiego o
przeciwstawienie się, gdzie
tylko można, fałszywej
propagandzie sowieckiej w
sprawie tzw. drugiego frontu.
Pierwszy front zdaniem moim był
w r. 1939 w Polsce. Ten sam
front przeniósł się następnie w
r. 1940 do Danii i Norwegii, a
potem do Holandii, Belgii i
Francji. Do tego frontu należała
też Wielka Brytania w bitwie o
Anglię, wreszcie Jugosławia i
Grecja. Dla sojuszników i dla
nas właśnie front sowiecki był
drugim frontem, powstałym
wyłącznie wskutek nieporozumień
między dawnymi sprzymierzeńcami,
Rosją i Niemcami. Propaganda
sowiecka rozmyślnie, dla
dalekosiężnych celów
politycznych urabiała opinię, że
dopiero wojna niemiecko_sowiecka
stworzyła pierwszy front w Rosji
Sowieckiej. Ta nieścisłość nazwy
przyjęła się szeroko i nawet
gen. Sikorski w Moskwie
oświadczył Stalinowi, że jest
orędownikiem stworzenia jak
najszybciej drugiego frontu.
Gen. Sikorski zgodził się z moim
rozumowaniem, ale jednocześnie
oświadczył, że położenie
polityczne wymaga dopominania
się o stworzenie frontu na
zachodzie lądu europejskiego, a
nazwa jest rzeczą drugorzędną.

W rezultacie, po długiej
szczerej rozmowie, rozstałem się
z gen. Sikorskim jak najlepiej.

W kilka dni później wyruszyłem
w podróż powrotną zmienioną
trasą. W pierwszym etapie
dolecieliśmy do Gibraltaru,
gdzie przyjął mnie zastępc
gubernatora brytyjskiego (Lord
Gort był już na Malcie).
Widziałem intensywną pracę nad
nowoczesnymi umocnieniami tej
fortecy. Od razu rzucał się w
oczy ogrom świeżo wykonanych
robót. Ale zdałem sobie sprawę,
że gdyby Niemcy zaatakowali
Gibraltar od strony Hiszpanii w
r. 1939, 1940, a nawet 1941,
forteca nie była w tym okresie
odpowiednio przygotowana do
obrony.

Trasa nasza prowadziła dalej
przez Maltę, gdzie w nocy na
znacznej wysokości musieliśmy
krążyć nad wyspą, gdyż właśnie
odbywał się jeden z nalotów
nieprzyjacielskich. Widzieliśmy
z góry ogień dział
przeciwlotniczych i zarazem
wybuch bomb na ziemi. Nalot
trwał krótko i mogliśmy lądować
celem uzupełnienia benzyny.
Dalszy lot do Kairu odbył się
bez przeszkód.

W Kairze 20 maja odbyła się
długa narada z gen.
Auchinleckiem, a następnie z
dowódcą sił lotniczych. Obie
rozmowy dotyczyły organizacji
wojsk polskich na Bliskim
Wschodzie w związku z napływem
oddziałów polskich ewakuowanych
z Rosji Sowieckiej.

Dalszą podróż do Teheranu
mieliśmy odbywać samolotem
brytyjskim, gdyż sowiecki nie
mógł tak długo czekać i powrócił
do Zssr. Załoga tego
samolotu, składająca się z
pięciu oficerów sowieckich, była
przez cały czas podróży pod
ścisłą kontrolą agenta NKWD,
który występował w charakterze
korespondenta Tass.

Opieka ta była tak dokładna,
że zaraz po wylądowaniu w
Kairze, gdy lotników sowieckich
umieszczono w jednym z lepszych
hoteli, otrzymali polecenie
przeniesienia łóżek ze
wszystkich pięciu wynajętych
pokoi do jednego, w którym spali
razem z... korespondentem
Tass.

W Kairze spotkałem gen. Mac
Farlane'a, który przyjeżdżał w
celu objęcia stanowiska
gubernatora Gibraltaru.

Przed samym odlotem przyłączył
się do nas major amerykański
Henry Szymański, wyznaczony na
oficera łącznikowego do Zssr.
Był to Amerykanin pochodzenia
polskiego, mówiący bez wprawy po
polsku. Po krótkim czasie mówił
zupełnie dobrze. Po przylocie
do Teheranu złożyłem wizytę
szachowi, któremu podziękowałem
za życzliwość, z jaką władze i
naród perski przyjęły naszą
ludność cywilną i żołnierzy. Na
ulicach Teheranu można było już
spotkać grupki Polaków. Kiedy
pytałem, jakie jest ich
najsilniejsze przeżycie w nowych
warunkach, wszyscy odpowiadali,
że po latach ciągłej zmory
poczucie, że są na wolności.

Zachowam zawsze wdzięczność
dla oficerów brytyjskich, którzy
w trudnych warunkach robili
wszystko, by pomóc Polakom, a
szczególnie wdzięczny pozostanę
za opiekę nad dziećmi.

Po kilku dniach samolotem
sowieckim wyleciałem w drogę
powrotną przez Baku do
Taszkientu. Władze sowieckie w
Teheranie odmówiły wizy
wjazdowej mjr. Szymańskiemu. Po
wielkich trudach ambasador
sowiecki dał wizę ppłk.
Hullsowi. Był on bardzo oddany
sprawie polskiej i przy tym znał
dobrze zagadnienie rosyjskie.
Udało nam się zaskoczyć władze
sowieckie w Baku, gdzie ppłk
Hulls miał przesiąść się do
samolotu udającego się do
Kujbyszewa; pozostał z nami i w
ten sposób dostał się do Armii
Polskiej w Zssr. Samolotem
naszym lecieli do Kujbyszewa
ambasadorowie brytyjscy z
Teheranu i Ankary, wezwani do
Moskwy. Bawiło mnie zachowanie
się władz sowieckich w Baku,
które rozmyślnie ostentacyjnie i
uroczyście witały mnie jako
generała polskiego, a bardzo
skromnie i chłodno ambasadorów
Wielkiej Brytanii.

Do Jungi_jul przyjechałem
wieczorem. Polacy wiedzieli, że
decydują się ważne sprawy.
Witały mnie tłumy żołnierzy,
kobiet i dzieci, Obawiali się,
że do nich nie wrócę.





Coraz ciężej w Rosji





Zastałem niełatwy stan rzeczy.
NKWD wtrącało się coraz bardziej
do naszych spraw. Doznawaliśmy
szykan na każdym kroku. Broni
nie dostarczano, braki w
dostawie żywności wzrastały. Na
dobitkę rozpoczęła się malaria.
Ludzie przychodzili w stanie
wyczerpania, zupełnie
nieodporni, tak, że śmierć
zbierała bogate żniwo. Władze
sowieckie coraz bardziej
tamowały przyjazd ludzi z
północy na południe. Nadchodziły
wiadomości, że tysiące Polaków
przetrzymywano w łagrach i w
więzieniach. O zaginionych
oficerach w dalszym ciągu nie
było żadnych wiadomości.
Natomiast coraz uporczywiej
krążyły pogłoski o zbiorowym ich
rozstrzelaniu, a także o
potopieniu w Morzu Białym.

Nabierałem całkowitej
pewności, że pozostanie w Rosji
Sowieckiej musi skończyć się dla
wszystkich Polaków zupełną
zagładą. 8 czerwca wysłałem do
gen. Sikorskiego depeszę w tym
duchu. Otrzymałem druzgoczącą
odpowiedź z 12 czerwca, że
"wojsko dla wyższych celów
politycznych musi pozostać w
Zssr".

Rozumowałem, że jeśli nawet
teraz, gdy Rosja znajduje się w
trudnych warunkach wojskowych i
Niemcy stale są w ofensywie,
która ciągle jeszcze grozi
klęską Związkowi, władze
sowieckie w tak nieprzychylny
sposób odnoszą się do nas,
Polaków, cóż dopiero będzie,
kiedy szczęście w działaniach
wojennych odwróci się od
Niemców? Kierownicy polityki
sowieckiej, całe Politbiuro,
cały rząd sowiecki, to byli
identycznie ci sami ludzie,
którzy zawarli przyjaźń z
Niemcami i ustami Mołotowa
wyrażali radość, że Polska,
"bękart traktatu wersalskiego",
przestała istnieć na zawsze.
Byli to ci sami, którzy
spowodowali niespotykane w
historii cierpienia milionowych
rzesz ludności polskiej i
zniszczyli wiele setek tysięcy
istnień ludzkich. Podobnie
postępowali zresztą ze swoją
ludnością. Obliczaliśmy w
przybliżeniu, na zasadzie rozmów
z ludźmi zwalnianymi z łagrów,
że ogólna liczba ludności
pozbawionej wolności w łagrach i
w więzieniach waha się od 17 do
20 milionów. Na ogół nigdy
nikogo nie zwalniano z wyjątkiem
kryminalistów, których wysyłano
na front. W niektórych łagrach
śmiertelność dochodziła do 80% w
ciągu roku.

Kierując się tymi przesłankami
przyszedłem do przekonania, że
należy wyprowadzić i uratować co
się da z ludności polskiej
pozostałej przy życiu.
Prowadziłem długie rozmowy z
dowódcami wojsk sowieckich i
NKWD, starając się ich
przekonać, że w interesie Rosji
jest, aby Armia Polska znalazła
się na Bliskim Wschodzie.
Napisałem ocenę położenia i
przez gen. Żukowa przesłałem
Stalinowi.

Byliśmy uzależnieni od władz
sowieckich. Prof. Kot, odnosząc
się z reguły wrogo do kół
wojskowych, przeszkadzał nam we
wszystkim i przypuszczam, że
musiał zupełnie mylnie
informować gen. Sikorskiego. W
chwili gdy zaczęły się
aresztowania delegatów, co zdało
na łaskę i niełaskę sowiecką
setki tysięcy ludzi, stracił do
reszty głowę i oświadczył, że
jest chory i że będzie musiał
wyjechać. Nie czekając przybycia
nowego ambasadora, Tadeusza
Romera, w lipcu 1942 opuścił
Kujbyszew udając się z
najbliższym otoczeniem do
Teheranu. Chwilowo prowadzenie
spraw polskich przejął radca
Henryk Sokolnicki. Niewiele mógł
zrobić, zwłaszcza że rozmowy
ambasadora Kota z Wyszyńskim nie
dały żadnego wyniku.

Ponawiałem w dalszym ciągu bez
przerwy naciski na władze
sowieckie, celem uzyskania zgody
na wyjście wojska do Iranu.

W stosunkach sowieckich
niesłychanym wydarzeniem była
zgoda na przyjazd do Armii
Polskiej w Zssr biskupa
polowego Gawliny. Stało się to
oczywiście wyłącznie ze względu
na położenie wojskowo_polityczne
Związku Sowieckiego. Kremlowi
zależało na wykazaniu STanom
Zjednoczonym i Wielkiej
Brytanii, że w Zssr istnieje
wolność religii. Zdumienie
jednak ogarnęło nie tylko tych
obywateli sowieckich, którzy
widzieli ks. biskupa
odprawiającego mszę polową w
szatach liturgicznych, ale nawet
wielu wojskowych i enkawudystów.
Prawda, że w czasie mszy
polowych urzędnicy NKWD i
"seksoty", tj. zwyczajni tajni
agenci, węszyli dookoła i
odganiali miejscową ludność,
lecz ludność przychodziła
tłumnie i widząc żołnierzy bez
nakrycia głowy, sama powoli
zdejmowała czapki. Dla naszych
żołnierzy było to wstrząsające
przeżycie: do niedawna nie wolno
im się było modlić, a teraz
przydzieleni do Armii Polskiej
generałowie i pułkownicy NKWD
słuchają Mszy św. z odkrytymi
głowami.

Ks. biskup Gawlina przebywał
dłuższy czas w Zssr z
wojskiem, a po ewakuacji do
Iranu towarzyszył nam do Iraku.
Tam już swobodnie mógł mówić o
losie Polaków w Rosji Sowieckiej
i bez ogródek piętnować Związek
Sowiecki jako państwo totalizmu,
ucisku i niesprawiedliwości.
Podnosił nadal ludzi na duchu,
wzmacniał wiarę w Boga i Jego
sprawiedliwość. Dlatego tak
silnie atakowała go potem
propaganda sowiecka, szczególnie
za książkę, którą napisał po
swoim powrocie z Rosji
Sowieckiej.

Tak się dziwnie złożyło, że
ostatnie miesiące pobytu w
Zssr wojsko spędziło w
Uzbekistanie. Widziałem na
własne oczy ślady straszliwej i
krwawej likwidacji powstania
Turkmenów i Uzbeków przez
Budionnego. Do dziś dnia stoją
nie zabudowane miasteczka i
wsie. Ludność wspomina o setkach
tysięcy zabitych i milionach
wywiezionych do obozów
koncentracyjnych. Jedynie części
młodzieży udało się przedrzeć do
Afganistanu. Podczas mego pobytu
odczułem wyraźnie wrogi stosunek
ludności cywilnej do r~egime'u.
To było też na pewno przyczyną,
że co noc odbywały się tam
aresztowania i wywożenia na
północ. Kiedy odwiedziłem
Samarkandę i uprzytomniłem
sobie, że tutaj mieszkał i tędy
szła droga Dżyngis_chana,
musiałem niestety stwierdzić, że
nowy Dżyngis_chan, sięgający
rozlegle i daleko z Moskwy, jest
znacznie okrutniejszy.

Podczas pobytu w Jungi_jul
otrzymałem od Stalina dwa konie
i codziennie na nich jeździłem.
Był to jedyny sposób uniknięcia
opieki NKWD. Często
przejeżdżałem koło obozów
koncentracyjnych, gdzie
widziałem tysiące ludzi w
łachmanach i w takich samych
warunkach, w jakich do niedawna
przebywali nasi żołnierze.
Straże NKWD, widząc mnie konno w
furażerce i długich butach były
przekonane, że to wyższy oficer
NKWD bada teren. Do głowy nie
mogło im przyjść, żeby kto inny
w Rosji Sowieckiej mógł się
swobodnie poruszać konno po
okolicy. Podczas jednej z
dalszych przejażdżek natknąłem
się na obóz, w którym wszyscy
byli w mundurach. Przyjrzawszy
się bliżej stwierdziłem, że byli
to oficerowie sowieccy. Jak
zwykle po aresztowaniu nie mieli
już odznak wojskowych, lecz
ślady ich pozostały na
kołnierzach. Widziałem wielu
generałów i pułkowników, a
najmłodszą rangą, jaką
dostrzegłem, była ranga majora.
Po powrocie z przejażdżki
zapytałem pułkownika NKWD
Wołkowyskiego, co to znaczy.
Otrzymałem odpowiedź, że są to
hitlerowcy i tchórze; było ich z
półtora tysiąca. Na drugi dzień
ten sam pułkownik zawiadomił
mnie, że Moskwa prosi
telefonicznie, bym zaniechał
wycieczek w tamte okolice.

W Jungi_jul siłą rzeczy wielu
żołnierzy weszło w stosunki z
ludnością miejscową. Nie było to
łatwe, gdyż ilość
funkcjonariuszy NKWD znacznie
wzmocniono, a ludność miejscowa
wiedziała, co ją czeka za
utrzymywanie bliższych stosunków
z wojskiem polskim. Jednakowoż
kąpiele w rzece i cudowne noce
zrobiły swoje. Tym bardziej, że
w Jungi_jul było dużo robotnic
w fabryce marmolady, która
istniała już w r. 1910.
Robotników władze traktowały
okropnie. Wielu zwracało się do
żołnierzy o żywność. Okazało
się, że otrzymywali teoretycznie
codzienną rację chleba 6007g i
właściwie nic więcej, tak
zresztą jak w całej Rosji. Ale
bardzo często chleb nie
dochodził i wtedy przez dwa lub
trzy dni ludzie dosłownie
głodowali. Utrzymywali się przy
życiu gotując zupę z liści, w
najlepszym wypadku jedli
kradzione owoce. Kiedy chleb
znowu się pojawiał, nigdy nie
zwracano im przydziału za
zaległe dni. Mówiono po prostu:
"Jakoś przeżyliście dotąd, to
wam teraz nie trzeba". W ten
sposób postępowano z robotnikami
w całym Zssr.





Ostateczna ewakuacja





W Kujbyszewie 7 lipca 1942
odbyłem rozmowę z Sir
Archibaldem Clarkiem. Oświadczył
mi, że był zaskoczony propozycją
przeniesienia Wojska Polskiego
na Bliski Wschód, gdyż przedtem
nie miał w tej sprawie żadnych
poleceń od swego rządu, ale w
rezultacie przyjął to z
zadowoleniem. W czasie rozmowy
przyszła depesza od rządu
brytyjskiego, aby zwrócił się do
rządu sowieckiego o pozwolenie
na ewakuację rodzin wojskowych i
dzieci oraz o natychmiastowe
wszczęcie dalszej rekrutacji do
wojska polskiego. Nalegałem
usilnie, by w sprawie ewakuacji
ludności cywilnej wywrzeć
najsilniejszy nacisk na władze
sowieckie, gdyż żołnierze
pozostawiwszy swoje rodziny pod
groźbą śmierci głodowej, nie
będą mieli spokoju potrzebnego
do znoszenia dalszych trudów
wojennych. Prosiłem w dalszym
ciągu o wywieranie ciągłego
nacisku na władze sowieckie w
sprawie polskiej, na co
ambasador odpowiedział, że
Anglicy do tej pory wywierali
mały nacisk, gdyż rząd polski o
to nie prosił i koła brytyjskie
zrozumiały, że woli on prowadzić
rozmowy bezpośrednio z władzami
sowieckimi. Rozmowa zakończyła
się obietnicą przedstawienia w
najbliższym czasie całego
zagadnienia rządowi
brytyjskiemu.

Po powrocie z Kujbyszewa na
lotnisku w Taszkiencie w nocy z
7 na 8 lipca podpułkownik NKWD
Tiszkow zawiadomił mnie, że rząd
sowiecki zgodził się na
wyprowadzenie Armii Polskiej z
Zssr do Iranu. Pismo brzmiało
jak następuje (przekład z
rosyjskiego):

"Z Moskwy nr 26518#1224.
Doręczyć niezwłocznie. Pilne.
Rządowe. Jungi_jul. Dowódca
Armii Polskiej w Zssr gen.
dyw. W. A. Anders. Rząd Zssr
zgadza się uczynić zadość
staraniom dowódcy Armii Polskiej
w Zssr gen. dyw. Andersa o
ewakuację oddziałów polskich z
Zssr na teren Bliskiego
Wschodu i nie ma zamiaru
stawiania jakichkolwiek
przeszkód w natychmiastowym
urzeczywistnieniu ewakuacji.
Pełnomocnik Rady Komisarzy
Ludowych Zssr do spraw Armii
Polskiej w Zssr, major
bezpieczeństwa państwowego (_)
Żukow".

Po wielu żmudnych wysiłkach
uzyskałem więc zgodę władz
Zssr na ewakuację i wyjazd
70000 Polaków z Rosji
Sowieckiej. Nie zgodziłem się na
wyłączenie z tej liczby tych
Ukraińców, Białorusinów i Żydów,
którzy już byli w szeregach
wojska. Władze NKWD robiły
ogromne trudności, szczególnie
Żydom, którzy chcieli wyjechać
jako rodziny wojskowe. Perfidia
sowiecka uwydatniła się w pełni
w przeprowadzeniu tej sprawy.
Żydów informowano, że władze
polskie nie zgadzają się na ich
wyjazd, a jednocześnie wojsko
otrzymało stanowczy nakaz
niedopuszczania Żydów do
transportów. 3 sierpnia odbyłem
naradę z przedstawicielami Żydów
i wyjaśniłem im sytuację.
Powiadomiłem ich, że rząd
sowiecki zgodził się na wyjazd
rodzin jedynie tych Żydów,
którzy pełnią czynną służbę w
szeregach wojska polskiego.
Zresztą nastąpiło to wyłącznie
wskutek mojej interwencji. Na
wyjazd innych obywateli
narodowości żydowskiej rząd
sowiecki się nie zgodził, nie
czyniąc pod tym względem żadnych
wyjątków. Poruszam tę sprawę,
gdyż bolszewicy, a za nimi
niektóre koła żydowskie
skorzystały z tej okazji, by
piętnować "antysemityzm polski".
Zachowałem szereg listów od
rabinów, działaczy i obywateli
żydowskich, dziękujących mi za
uratowanie im życia przez
wywiezienie z Rosji Sowieckiej.
Przeszło 4000 Żydów opuściło
wraz z Armią Polską Związek
Sowiecki.

Władze sowieckie wzięły się
bardzo energicznie do
przeprowadzenia ewakuacji.
Została ona powierzona ponownie
gen. Żukowowi z pełnomocnictwami
dyktatorskimi. Wysłano szereg
zestawów pociągów na południe i
wyznaczono niezmiernie krótki
termin dwóch tygodni na
wykonanie ewakuacji. Znając
nieład na kolejach sowieckich
wyraziłem wątpliwość czy uda się
tego terminu dotrzymać.
Otrzymałem odpowiedź, że sprawa
jest w rękach NKWD, a więc
terminy muszą być dotrzymane bez
względu na ofiary, a
doświadczenie pierwszej
ewakuacji z marca potwierdzało
to zapewnienie.

Po długich rokowaniach udało
mi się uzyskać zgodę na
pozostawienie ówczesnego mego
szefa sztabu gen.
Bohusza_szyszko na czele
placówki likwidacyjnej.
Pozostawiając gen.
Bohusza_szyszko dłużej w
Zssr, miałem na myśli nie
tylko likwidację i
uporządkowanie naszych spraw po
wyjściu armii, ale dosyłanie
ludzi, którzy jeszcze nie mogli
opuścić szpitali oraz tych,
którzy wyjechali na poszukiwanie
swoich rodzin. Chodziło także o
to, aby móc dać opiekę nowo
przybyłym, stale napływającym
pomimo drakońskich środków NKWD.
Wreszcie przypuszczałem, że bieg
wypadków polityczno_wojskowych
może zagrać na naszą korzyść,
gdyż Niemcy szli na Stalingrad i
Kaukaz. Wydawało się, że nacisk
sojuszników zachodnich w tej
chwili może wywrzeć pewien
skutek u władz sowieckich.

Po załatwieniu tych spraw
wróciłem do Jungi_jul i
przystąpiłem do organizacji
ewakuacji. Objechałem wszystkie
oddziały i ośrodki wojskowe, by
podtrzymać ludzi na duchu i na
miejscu omówić z dowódcami
sposób wywiezienia ludności
cywilnej. Była to sprawa bardzo
trudna wobec stanowiska władz
sowieckich, które nie szły mi na
rękę. Stan zdrowotny ludzi był
zły. Gdyby nie racje rezerwowe z
Wielkiej Brytanii, nie udałoby
się utrzymać wielu ludzi przy
życiu do chwili ewakuacji.
Szczególnie ciężko było w
ośrodku zapasowym w Guzar oraz w
7. dywizji w Kermine. Ciężko też
było w Szachriziab w rejonie 6.
dywizji, gdzie najwięcej szalała
malaria. Byłem we wszystkich
szpitalach; nawet ciężko chorzy
błagali o wywiezienie ze Związku
Sowieckiego.

Transporty zaczęły ruszać.
Wzmocniłem nasze bazy w
Krasnowodsku, gdzie niestety
dowódcą był ppłk Berling oraz w
Aszchabadzie.





Z Churchillem w Moskwie





12 sierpnia otrzymałem
depeszę, wzywającą mnie do
Moskwy, celem spotkania
wysokiego gościa. Domyśliłem
się, że musi to być Churchill;
jak wiedziałem z radia, był on
tam oczekiwany. Wyleciałem
natychmiast. Churchill był już w
Moskwie i odbywał długie rozmowy
na Kremlu. 13 sierpnia 1942
powiadomiono mnie, że wieczorem
przylatują: gen. Wavell i szef
sztabu imperialnego Sir Alan
Brooke. Udałem się na lotnisko,
gdzie wraz z ówczesnym szefem
sztabu Czerwonej Armii,
marszałkiem Szaposznikowem i
wieloma innymi generałami
sowieckimi oczekiwałem przybycia
gości. Samolot się spóźnił, więc
przez godzinę rozmawiałem z
marszałkiem Szaposznikowem,
który był oficerem sztabu
generalnego jeszcze w
poprzedniej wojnie.
Wstrzemięźliwy w wypowiedziach,
gdy rozpocząłem rozmowę o
stosunkach polsko_sowieckich, a
w szczególności o położeniu
Polaków w Rosji Sowieckiej,
chętnie mówił o działaniach
wojennych, nie ukrywając
ciężkiego położenia pod
Stalingradem i na Kaukazie.

Obydwu generałów brytyjskich
umieszczono w hotelu "National",
gdzie i ja mieszkałem. 14
sierpnia miałem możność
przedyskutowania naszych spraw i
kłopotów, niechęci władz
sowieckich do oddania nam
wszystkich naszych ludzi oraz
nowych zagadnień, które się
wyłonią po przybyciu na Bliski
Wschód. Jak się zdaje,
generałowie byli przejęci
położeniem Rosji Sowieckiej.

15 sierpnia odbyłem rozmowę z
francuskim ministrem pełnomocnym
Garreau.

Tego samego dnia otrzymałem
zaproszenie na wieczór do
premiera Churchilla. Z
zachowaniem tajemnicy dokąd
jadę, nawet przede mną,
zawieziono mnie do willi Stalina
pod Moskwą. Była ona otoczona
zasiekami z drutu kolczastego,
chroniły ją podwójne posterunki
warty NKWD. Przyjazd Churchilla
opóźniał się w związku z naradą
u Stalina, ostatnią w czasie
jego pobytu, toteż nie czekając
na jego powrót zjedliśmy obiad w
towarzystwie ambasadora
brytyjskiego Sir Archibalda
Clarke_kerra, sekretarza stanu
Cadogana i szefa wojskowego
gabinetu premiera Churchilla.
Dopiero o Á00 nad ranem
Ájechał Churchill bardzo
Áwolony z przebiegu
Áerencji. W rozmowie ze mną
Áchill wypytywał się o
Áżenie wojskowe, szczególnie
Áresując się walkami pod
Áingradem i na Kaukazie.
Áem tylko pobieżnie
Ádstawić sprawy polskie.
Ác spóźnionej pory i
Ásnego odlotu Churchill
Átał mnie, czy mogę razem z
Álecieć do Kairu. Było to
Áożliwe, gdyż musiałem w
Ábie wydać wszystkie
Áądzenia ewakuacyjne.
Áliliśmy więc, że natychmiast
Áałatwieniu ewakuacji wylecę
Áeheranu, a stamtąd do Kairu
Áozmowę z premierem
Áyjskim.

Áowrocie do hotelu zdążyłem
Áo umyć się i przebrać i o
Á. #/4#30 wyjechałem na
Áisko, by pożegnać
Átującego premiera.
Áchilla żegnano z wielką
Áałością. Na czele
Áojników sowieckich
Áępował Mołotow. Asystę
Áowiła kompania honorowa
Áizonu moskiewskiego. Przy
Ágnaniu premier brytyjski
Ácze raz przypomniał, że
Ákuje mego przylotu do Kairu.

Áierpnia o #/6#00 rano
Áciałem do JungiÁŔ_Á, gdzie
Án. Bohuszem_szyszką oraz z
Á Żukowem i z miejscowymi
Ázami sowieckimi omówiłem
Átę spraw związanych z
Áuacją.



Á

Ásji na BÁŔlÁ Wschód

Á



Áierpnia, samolotem
Áeckim wyleciałem z
Ákientu do Teheranu.
Árałowie i władze sowieckie
Áały mnie w sposób godny. W
Áe po zwolnieniu mnie z
Áienia starano się na każdym
Áu podkreślić, że zajmuję
Áególne stanowisko. Być może
Ázom sowieckim chodziło o
Ánanie sobie mnie, wiedziały
Áem dobrze, że znam dokładnie
Ádnienia rosyjskie i że
Ázę się zaufaniem Polaków.
Áz temu dał gen. Żukow, który
Ád samym odlotem zapytał mnie
Ásobności, jakie jest moje
Áie o Rosji Sowieckiej i czy
Ázywiście nie widzę w Związku
Áeckim także dobrych stron.
Áwiedziałem, że widzę
Ániałą organizację NKWD i
Á, z jaką zostały wzięte w
Ági różne narodowości Rosji
Áeckiej. Dodałem, że nie jest
Ágodne z tym, co my na
Áodzie nazywamy wolnością
Áwieka. Gen. Żukow wskazał
Ákie osiągnięcia w rozwoju
Ámysłu i w zagospodarowaniu
Ázymich obszarów Syberii,
Áe dotychczas leżały
Ágiem. Przyznałem, że są to
Ákie osiągnięcia, ale kosztem
Á wielkich ofiar w ludziach.
Ágnałem się z nim serdecznie,
Á - mimo że był to człowiek
Áowicie oddany r~egime'owi
Áeckiemu - wyróżniał się
Áawnością postępowania i jego
Ágii zawdzięczam sprawność
Áewakuacji; dzięki niemu
Áde wszystkim zdołałem
Ástać z więzień i łagrów
Áe tysięcy ludzi, którzy
Ádopodobnie nigdy by już nie
Áali wolności.

Ácieliśmy do AszÁŔcÁdu,
Áe samolot uzupełnił paliwo,
Á zdążyłem wydać ostatnie
Ácenia dowódcy bazy. Długo
Ásiliśmy się w górę, by
Áać wysokości dla przelotu
Áwysoko piętrzącymi się
Áami górskimi na granicy
Áskiej.

Ázczam Rosję Sowiecką, a w
Ách moich dźwięczy piosenka
Áa wszystkim, którzy przeszli
Ászliwe łagry rosyjskie.
Áenką tą rozbrzmiewają
Ástkie megafony i
Árzmiewać będą nadal co dzień
Ásnym rankiem dla 20 milionów
Áolników, kiedy głodni i
Ádzniali, wypędzani są na
Átę dla wielkości Związku
Áeckiego:



"Áoka strana moja rodnaja,@
Áo w niej poliej, liesow i
ÁÁ ja drugoj takoj strany
Áznaju,@ gdie tak wolno
Áit czełowiek!"@

Ázległy jest mój kraj
ÁinnyÁŔ,Áżo w nim pól, lasów
Áek.@ Nie znam drugiej takiej
Ány,@ gdzie człowiek tak
Áodnie oddycha!)"@



Á

ÁstawiamyÁŔ

Ásji tajemnicę

Á



Ászość oficerów polskich,
Áów wziętych do niewoli przez
Áwoną Armię wkraczającą do
Áki we wrześniu 1939
Áeziono do Rosji i
Ászczono w trzech obozach: w
Áelsku na wschód od
Áeńska, w Starobielsku w
Áiżu Charkowa, w Ostaszkowie
Ábliżu Kalinina. W początku
Á znajdowały się w tych
Áach następujące ilości
Áów: w Kozielsku około 5000
Ái, w tym ok. 4500 oficerów;
Áarobielsku ok. 3920 ludziÁŔ,Árawie Ácznie oficerów (ok.
Áosób cywilnych; podchorążych
Áorążych); w Ostaszkowie ok.
Á osób, w tym ok. 380
Áerów, poza tym
Áficerowie, żołnierze ochrony
Áanicza, księża,
Ácjonariusze sądowi.

Áżej wyszczególnionych
Ád 15000 jeńców odnalazło się
Ámowie polsko_sowieckiej z 30
Áa tylko ok. 400 jeńców
Áionych przedtem w Griazowcu.

Áistorycznej wyprawie"
Áeckiego komisarza korpusu
Áwnikowa, ogłoszonej w piśmie
Ásnaja Zwiezda" z 17 września
Á, czytamy:

Áiągu od 27 do 28 września
Áiały pewnej dywizji
Álerii przy współdziałaniu
Ázji pancernej okrążyły i
Áwidowały grupę gen. Andersa
Áółnoc od miasteczka
Árodka. Grupa ta, licząca w
Áczasie do 3000 szabel i 12
Áł, miała zamiar wymknąć się
Áiec na Węgry. Rezultatem
Áy było wzięcie do niewoli z
Á tysiąca żołnierzy i dużej
Áci zdobyczy wojennej, w tym
Áział. Tylko niewielkiej
Átce Polaków udało się
Ábić w okolice Przemyśla,
Áe zatrzymały ich nasze
Áiały. Przy tym wzięci byli
Á Anders i gen. Plisowski, 3
Áowników i ponad 50 innych
Áerów".

Áerdzam, że przy tworzeniu
Ái Polskiej w ÁŔZssrÁÂodnalazłem w jedynym wówczas
Áie polskich oficerów_jeńców,
Áw Griazowcu, tylko 3.
Áerów z oddziałów, którymi
Ádziłem w Polsce. Od nich
Áedziałem się, że wielu
Áerów, moich podkomendnych
Ádowało się do wiosny 1940 w
Áobielsku. Zdziwiony tak małą
Ábą oficerów, którzy się
Ásili do tworzącej się Armii
Ákiej, zwracałem się do władz
Áeckich. Otrzymałem
Ákajającą odpowiedź, że
Áscy się odnajdą.

Áficerów z Griazowca
Áedziałem się, że obozy
Áelsk, Starobielsk i
Ászków zlikwidowano wiosną
Á, a jeńców z tych obozów
Áżono grupami w nieznanym
Áunku. Od tego też czasu
Áła się ich korespondencja z
Áinami. Jedynie ok. 400
Áerów z tych trzech obozów
Ászczono w obozie Pawliszczew
Á a następnie w czerwcu 1940
Áwieziono do Griazowca.

Áarę jak czas upływał, a
Á z zaginionych się nie
Álazł, początkowe zdziwienie
Áęło się zamieniać w
Áokój. Tym energiczniej
Árweniowałem osobiście u
Áz sowieckich na wszystkich
Áeblach do najwyższych
Áznie. Podobnie interweniował
Ásador Kot. Rząd polski
Áosował szereg not do rządu
Áeckiego z prośbą o
Áśnienie losu zaginionych.
Árwencje te były poparte
Áami imiennymi, które udało
Ázebrać od współtowarzyszy
Ánionych. Wszystkie te
Áłki pozostały bez skutku.
Áze sowieckie nie udzieliły
Áej konkretnej odpowiedzi na
Ánie, co się stało z
Ánionymi jeńcami polskimi.

Áąłem podejmować starania
Áłasną rękę. Rozesłałem ludzi
Áoszukiwanie po całej Rosji.
Ázy innymi wyznaczyłem do tej
Ámiernie trudnej sprawy rtm.
Áfa Czapskiego, który sam był
Ázednio jeńcem w
Áobielsku. Niestety, i jego
Áanne poszukiwania nie dały
Áych wyników. Rtm. Czapski
Áł później na ten temat
Áżkę pt. "Wspomnienia
Áobielskie".

Áodły również próby
Áedzenia się czegoś o losie
Ánionych od Polaków, którzy
Ábywali do tworzącej się
Ái Polskiej ze wszystkich
Án Rosji.

Ám tym coraz bardziej
Áepokojony. Ze strony władz
Áeckich milczenie albo
Áęty. A tymczasem zaczęły
Áwiać się różne straszliwe
Ápuszczenia co do losu
Ánionych. Zaczęły krążyć
Áki, że zostali oni
Áezieni na wyspy północne za
Á polarny, potopieni w Morzu
Áym, itp.

Áem było, że o żadnym z
Á00 zaginionych jeńców nie
Á od wiosny 1940
Áejkolwiek wiadomości i
Ágo, ale to dosłownie nikogo
Áudało się odnaleźć.

Áero wiosna 1943 miała
Áonić straszliwą tajemnicę
Átu, który usłyszał grozą
Ád przejmujące słowo: Katyń.



Á

Áunek ludzi... i sumienia

Á



Ázczam Rosję Sowiecką i
Áę sobie sprawę, że zaczyna
Ádla nas wszystkich nowy
Áział życia.

Ánas wszystkich? A ilu nas
Á? Niespełna 115ÁŔ.Áopuściło
Áecnie opuszcza Związek
Áecki. Będą oni ludźmi
Áymi i podejmą dalszą walkę
Áną o wolność. A reszta z
Ászło półtoramilionowej
Ázy wywiezionych i
Ázionych? Obliczaliśmy według
Áwozdań, że przeszło połowa
Ánie żyje, a kości ich
Áiane są po wszystkich tzw.
Áblikach sowieckich. Dla tych
Ázy ptrzeżyli, raz stał się
Ái zabłysła im nadzieja
Áości latem 1941, a po naszym
Áździe zapadnie znowu żelazna
Áona. A jeszcze setki tysięcy
Ástały w Rosji.

Ábyło inne wyjście? Czy
Áa było i należało postąpić
Ázej? Nie miałem i nie mam
Áych wątpliwości. Dość
Átrzeć na te 115ÁŔ.Áludzi
Áodzących - starych, młodych,
Áci, zdrowych i chorych,
Áciowo umierających z
Áeńczenia. Gdy ich zapytać,
Áznajdzie się ani jednego,
Áawdę ani jednego, który by
Áodpowiedział: Bóg nas
Áował z domu niewoli. Nie ma
Ájednego, który by nie
Áklinał katów i oprawców, bo
Áudzie poznali dobrze, od
Á, od strony codziennej
Ázywistości, od prawdy życia
Áime sowiecki. Poznali cały
Áz i obłudę Sowietów, gdzie
Á5 lat ludność utrzymywana
Á za pomocą oświadczeń
Ádowych, prasy i radia także
Ádowego (bo innych nie ma) w
Ákonaniu, że wyzysk rzesz
Áujących na całym świecie, a
Áególnie w Ameryce i w
Ákiej Brytanii, przypomina
Áorsze czasy pańszczyzny i że
Ách krajach "zgniłego
Átalistycznego zachodu"
Áje taka nędza, iż życie w
Ázku Sowieckim jest
Ádziwym rajem. Ale oni sami
Áłasnej skórze ten raj
Áali, przebyli więzienia
Áeckie i łagry, widzieli z
Áka nędzę robotnika i chłopa,
Ákonali się o potwornej
Áoli i nędzy zwykłego
Áwieka. Ileż razy słyszy się
Áie: "Ach, gdybyż komuniści z
Áodu zechcieli przyjechać,
Áby na dwa do trzech
Áięcy, ale nie do Moskwy,
Á by naprawdę zobaczyć życie
Áeckie, byliby wyleczeni tak
Ákomuniści, którzy
Ájechali z Austrii i
Ápanii, ale którzy nigdy już
Ánie powiedzą, bo prawie
Áscy poginęli w łagrach i
Áieniach".

Trzeba sobie raz jeszcze
przypomnieć i wyraźnie
uświadomić, że w sojuszu
niemiecko_sowieckim, a następnie
po okupacji Polski przez oba
sprzymierzone totalizmy, sprawa
Polski została w ich
zamierzeniach całkowicie
zamknięta wyrokiem zagłady
ostatecznej, w znaczeniu nie
tylko państwowym, lecz także
zniszczenia najbardziej
żywotnych sił narodu polskiego.
W tym celu, jak Niemcy tak
Rosjanie, przeprowadzili
aresztowania i zsyłki przeszło
półtoramilionowej rzeszy
Polaków, z góry skazanych na
zniszczenie. Istotnie, pod
koniec 1941 połowa z nich nie
żyła, a wiele setek tysięcy nie
przetrzymałoby następnej zimy.
Rosja Sowiecka wywiozła z Polski
jako jeńców kilkanaście tysięcy
oficerów i setki tysięcy
szeregowych. Olbrzymią większość
szeregowych wysłano do łagrów i
obozów. Oficerów umieszczono w
obozach, z których największymi
były Kozielsk, Starobielsk i
Ostaszków. Skazując ogół na
zagładę po wielu zabiegach
wybrano spośród nich kilkunastu,
odosobniono w stosunkowo dobrych
warunkach i zaczęto ich urabiać
politycznie na agentów oddanych
Moskwie. Mimo jednak dużych
wysiłków liczba przeszkolonych
nie przekroczyła dwudziestu, do
czasu kiedy Niemcy uderzyli na
swego sojusznika.

Uderzenie Niemiec na Rosję
spowodowało i umożliwiło
zawarcie umowy
polsko_sowieckiej. Jednym z
zasadniczych jej postanowień
było powstanie Armii Polskiej w
Zssr. Bardzo niekorzystna dla
Związku Sowieckiego, a w tym
czasie nawet gorzej niż
niekorzystna sytuacja
wojskowo_polityczna zmusiła
Związek Sowiecki do powierzenia
organizacji armii samym Polakom.
Dla pewności umieszczono ją
jednak w głębi państwa w okręgu
Buzułuku nad Wołgą. Moskale nie
przewidzieli siły żywotnej i
odpornej Polaków i byli
zaskoczeni twardą postawą
"łagierników", ich wiarą w
odzyskanie niepodległej Polski i
głęboką religijnością. Szybko
zdali sobie sprawę, że nie
osiągnęli celu i że ta armia nie
stanie się armią komunistyczną.
Wstrzymali więc dopływ dalszych
ochotników i uzbrojenia,
obcinali ilość racji
żywnościowych. Zależało im
jednak na dobrych stosunkach ze
sprzymierzeńcami zachodnimi, a
przede wszystkim na pomocy od
nich. Nie mogąc postąpić tak jak
postąpili w Katyniu, chcieli
zagadnienie Armii Polskiej
rozładować przez wysłanie
kolejno poszczególnych dywizji,
nawet nie uzbrojonych, na front,
by tam stopniały. Wobec mego
stanowczego sprzeciwu zamysł ten
został udaremniony. Nie
pozostawało im nic innego, niż
zgodzić się na przejście już
utworzonych oddziałów polskich
do Iranu. Zgodzono się tylko
dlatego, że wskutek trudnego
położenia Sowietów w tym czasie
nie mogły sobie one pozwolić na
rozbicie i zagładę tej grupy,
zwłaszcza wobec twardej i
nieustępliwej postawy żołnierza
polskiego. Natychmiast po
wyjściu naszej armii z Rosji
Sowieckiej, Kreml przystąpił do
tworzenia nowej Armii Polskiej,
ale już pod kierownictwem
rosyjskim i komunistycznym.
Odbywało się to pod egidą tzw.
Związku Patriotów Polskich.
Radiostacji rosyjskiej z obsługą
w języku polskim nadano dla
pozorów i wprowadzenia w błąd
Polaków na całym świecie, imię
bohatera narodowego Polski,
Kościuszki.

Dalszy przebieg wydarzeń
wykazał wyraźnie, że wyjście z
Rosji było możliwe jedynie w r.
1942, że w kilka miesięcy
później nie doszłoby to do
skutku i że żołnierze polscy
wróciliby do łagrów.





Na Bliskim Wschodzie







Depesza generała Sikorskiego





19 sierpnia 1942 wylądowałem w
Teheranie. Brytyjskie władze
wojskowe zawiadomiły mnie, że
mogę o świcie wylecieć do Kairu,
gdzie miałem się spotkać z
Churchillem. O #/11#00 w nocy,
gdy kończyłem rozmowę z prof.
Kotem, który po wyjeździe z
Rosji zatrzymał się na dłużej na
Bliskim Wschodzie, otrzymałem
depeszę od gen. Sikorskiego z
poleceniem wstrzymania odlotu do
Kairu. Depesza ta była
odpowiedzią na moją depeszę
wysłaną jeszcze z Rosji, w
której donosiłem, że ani
Amerykanie ani Anglicy sprawy
polskiej na Kremlu nie
poruszyli, że nie byli do tego
przygotowani i że nie było to w
ich planie. Nie mogłem
zrozumieć, o co właściwie gen.
Sikorskiemu chodziło; wydawało
mi się, że jeżeli mam możność
omówienia spraw polskich z
Churchillem, nie wolno mi tego
zaniedbać. Przedstawiłem to
telegraficznie gen. Sikorskiemu
i następnego dnia o świcie
wyleciałem.





Churchill,

generał Wilson,

generał Alexander





22 sierpnia 1942 w Ambasadzie
Brytyjskiej w Kairze odbyłem
naradę z Churchillem w obecności
gen. Wilsona i płk. Jacoba. Płk
Jacob sporządził z niej
następujący protokół:

"Premier Churchill oświadczył,
że przestudiował dokumenty
dotyczące organizacji Polskich
Sił Zbrojnych i że przekazał je
szefowi sztabu imperialnego i
gen. Wilsonowi. Jeżeli dobrze
zrozumiał, gen. Anders nie jest
upoważniony do rozważania tych
spraw szczegółowo.

Gen. Anders potwierdza, że tak
jest.

Premier oświadczył, że na ogół
poglądy władz brytyjskich
zgadzają się całkowicie z
poglądem gen. Andersa co do ram
organizacyjnych, lecz uważa, że
będzie najlepiej, jeżeli
ostateczne uzgodnienie tej
sprawy nastąpi z gen. Sikorskim
w Londynie. Zamierzano
początkowo umieścić Polskie Siły
Zbrojne w północnym Iranie.
Obecnie rozrasta się tam 10.
Armia, która wchodzi pod
dowództwo gen. Wilsona.

Gen. Anders zaznaczył, że jak
sądzi, istnieje możliwość
przedarcia się Niemców przez
Kaukaz i że uderzenie w tym
kierunku jest prawdopodobniejsze
niż gdzie indziej. Premier
powiedział, że pogląd gen.
Andersa nie wydaje mu się
słuszny. Ma nadzieję, że zarówno
łańcuchy górskie jak i Wołga
będą utrzymane aż do nadejścia
zimy. Uwzględnia jednak punkt
widzenia gen. Andersa, oparty na
jego doświadczeniu i dostosuje
do niego swoje posunięcia.

Gen. Anders wyraził
zadowolenie, że będzie walczył
ze swoim wojskiem pod dowództwem
gen. Wilsona.

Premier oświadczył, że
osobiście zrobi wszystko, by
wojsko polskie jak najszybciej
otrzymało uzbrojenie i
wyposażenie.

Następnie omawiano rozpaczliwe
położenie obywateli polskich w
Rosji Sowieckiej, trudności
ambasady polskiej w stosunkach z
rządem sowieckim, dalszą
rekrutację Polaków z Rosji.

Gen. Anders wręczył premierowi
w tej sprawie memoriał.

Premier podkreślił, że
chciałby wyprowadzić jak
największą ilość Polaków z Rosji
Sowieckiej celem wzmocnienia
Armii Polskiej i że rozważy, co
będzie mógł w tym kierunku
uczynić. Zastrzega sobie
wybranie odpowiedniej chwili do
przedstawienia sprawy Stalinowi.
Rosjanie są obecnie w trudnym
położeniu i mają uzasadnione
pretensje, że Zachód jest
bezczynny. Pomyślna sposobność
przedstawienia tej sprawy
Stalinowi może niedługo powstać.
Premier sądzi również, że byłoby
bardzo dobrze pozyskać
współdziałanie w tej sprawie
Prezydenta Roosevelta i że się
tym zajmie.

Gen. Anders zwrócił uwagę na
zaginięcie wielkiej ilości
najlepszych zawodowych oficerów
polskich, którzy byli uwięzieni
w Rosji Sowieckiej. Nie zdołał
uzyskać do tej pory żadnych o
nich wiadomości. Uwydatnił
ważność ewakuacji dzieci z Rosji
Sowieckiej, bo nie ma nadziei,
aby przetrzymały jeszcze jedną
zimę.

Premier oświadczył, że wydał
rozkazy, by kobiety i dzieci
wyjeżdżające z Rosji były
przyjęte razem z wojskiem.
przypuszcza, że jest możliwe, iż
Rosjanie nie chcieli wypuścić
oficerów polskich w obawie przed
rozpowszechnieniem wiadomości o
ich przeżyciach.

Gen. Anders stwierdził, że
jest bardzo zadowolony ze
sposobu, w jaki Polacy są
traktowani po opuszczeniu Rosji
Sowieckiej. Uważa za konieczne
poczynienie wszystkich możliwych
wysiłków, celem zapewnienia
zwolnienia pozostałych. Poglądy
Stalina w tej sprawie uważa za
najbardziej nielogiczne. Stalin
odmawia dalszej rekrutacji,
ponieważ rząd polski nie użył
Armii Polskiej na froncie
rosyjskim, choć w tym samym
czasie utrudniał uzbrojenie
wojska wbrew uprzednim
zobowiązaniom i ograniczył racje
żywności do 26.000; dopiero
wskutek osobistej interwencji
gen. Andersa zwiększył je do
44.000. Nie ma poczucia honoru i
sprawiedliwości w Rosji
Sowieckiej; nie ma ani jednego
człowieka, którego słowu można
by wierzyć.

Premier z naciskiem zwrócił
uwagę, że publiczne wyrażanie
takich poglądów byłoby bardzo
niebezpieczne i że nic dobrego
nie może wyniknąć z antagonizmu
do Rosjan.

Gen. Anders oświadczył, że
całkowicie zdaje sobie sprawę z
położenia i że wydał rozkazy do
wojska - które także to rozumie
- niemówienia niczego, co by
uwłaczało Rosjanom. Ze swej
strony usiłował z pewnym
powodzeniem nawiązać poprawne
stosunki z Rosjanami,
szczególnie w okresie
poprzedzającym ewakuację.

Premier oświadczył, że ma
nadzieję, iż gen. Anders będąc
obecnie w rozporządzeniu gen.
Wilsona, zgodnie z nim wyda
potrzebne zarządzenia. Wierzy,
że żołnierze polscy wystawią
sobie dobre świadectwo. Polacy w
Wielkiej Brytanii pokazali swoją
wartość. Jeden z dywizjonów
wysunął się na czoło lotnictwa
myśliwskiego.

Gen. Wilson powiedział, że
gen. Anders uda się z powrotem
do północnego Iranu, by wydać
zarządzenia w związku z
przyjazdem wojska, a następnie
przybędzie do Bagdadu, gdzie
gen. Wilson rozpocznie niebawem
organizację swojego sztabu.

W zakończeniu premier
oświadczył, że wierzy w
powstanie po wojnie Polski
silnej i szczęśliwej".

Oczywiście protokół
przedstawiał tylko skrót całej
rozmowy. Byłem zmartwiony
uwagami premiera o Rosji
Sowieckiej, które nie wróżyły
należytego nacisku w sprawach
Polski. Na konferencji tej
poznałem gen. Wilsona.
Dowiedziałem się, że został
mianowany dowódcą wojsk
brytyjskich w Iranie i Iraku, z
siedzibą w Bagdadzie. Od samego
początku zrobił na mnie jak
najlepsze wrażenie; potem
przekonałem się, że jest nie
tylko wybitnym dowódcą i
żołnierzem, ale mądrym,
serdecznym i szlachetnym
człowiekiem. Zawsze zachowam dla
niego wdzięczność za cenne rady
i wskazówki oraz za życzliwy
stosunek do mnie i do wojska
polskiego.

Tegoż dnia złożyłem wizytę
dowódcy na Bliskim Wschodzie
gen. Alexandrowi i przedstawiłem
mu nasze położenie.

W Afryce zaszły w tym czasie
poważne zdarzenia. Wojska
niemieckie pod dowództwem Rommla
zdobyły Tobruk i stanęły przed
Aleksandrią i Kairem. Zdaje mi
się, że ciągle jeszcze za mało
jest znana rola gen. Auchinlecka
w tym przełomowym okresie.
Wspaniały ten żołnierz wykonał
najtrudniejsze w moim pojęciu
zadanie, gdy obejmując osobiście
dowództwo pobitych wojsk zdołał
zatrzymać nieprzyjaciela w
ostatniej chwili przed
katastrofą. Trzeba sobie zdać
sprawę, że zdobycie przez
Niemców Aleksandrii, Kairu oraz
Suezu nie tylko uniemożliwiałoby
zorganizowanie ofensywy
afrykańskiej, ale faktycznie
zamknęłoby dla sojuszników Morze
Śródziemne, ułatwiając Niemcom,
którzy prowadzili ofensywę na
Kaukaz, opanowanie Bliskiego
Wschodu.

Gen. Alexander ujmował swoim
spokojnym sposobem bycia i
prostotą. Położył wielkie
zasługi w przygotowaniu w tak
bardzo trudnych warunkach bitwy
pod El Alamein, którą później
tak znakomicie wygrał gen.
Montgomery.

Skorzystałem z pobytu w
Egipcie, by odwiedzić Pułk
Ułanów Karpackich, który
zajmował odcinek niedaleko od
Kairu.





Pahlevi - Teheran





Wracając do Teheranu
obejrzałem dokładnie nowe
miejsce postoju Armii Polskiej w
Iraku. Przez Bagdad dojechałem
do Quizil Ribat i Khanakain.
Znalazłem się w zupełnie nowych
dla siebie warunkach. Szalony
upał, brak wody, pustynia. Tu
miał wyrosnąć w niedalekiej
przyszłości las namiotów i miało
się rozpocząć nowe nasze życie
wojenne.

Wracałem do Teheranu przez
Kermanszach i Hamadan. Po drodze
spotykałem już kolumny
samochodów z naszymi
żołnierzami. Ledwie mogłem ich
poznać w olbrzymich
australijskich kapeluszach, w
koszulach i szortach. W tych
niezwykłych strojach wyglądali
niemal obco, ale roześmiane oczy
i wesołe śpiewy dowodziły, z
jaką otuchą idą na nowe życie i
z jaką radością zapominają o
koszmarnych latach swego pobytu
w Rosji Sowieckiej.

Po przybyciu do Teheranu
dowiedziałem się, że prof. Kot
był w Pahlevi. Wyczuł niechęć
żołnierzy i ludności cywilnej do
siebie, toteż bawił bardzo
krótko, ale widziałem, że jest
poruszony do głębi postawą
Polaków przybyłych z Rosji
Sowieckiej i to było
najprawdopodobniej przyczyną,
dla której w depeszy do gen.
Sikorskiego z 20 sierpnia
donosił co następuje:

"Wstrzymanie się Churchilla i
Harrimana od poruszenia choćby
jednym słowem naszych spraw
zostało przez Rosjan natychmiast
wyczute jako wyparcie się nas
przez Anglosasów...

Zakaz podróży do Kairu odczuł
Anders boleśnie. Niepodobna się
było do niego zastosować. Jeżeli
Churchill wezwał go do Moskwy
dla omówienia spraw Bliskiego
Wschodu i rozmowę przesunął na
20 bm. do Kairu, a po niego
samolot przysłał tutaj, jakże
można by wytłumaczyć odmowę tej
podróży...

...mam pewność, że Anders
energią i talentem dowódczym
przerasta wszystkich innych
tutaj o kilka głów i że wojsko z
Zssr nie uznałoby nad sobą
dowództwa innego przynajmniej w
obecnym stadium, gdzie wszyscy
byli świadkami niesłychanych
trudów i wysiłków Andersa. Zdaje
się, że Churchill i Brooke i
inni jednak patrzą tylko na
niego jako na rzeczywistego
dowódcę Polskich Sił Zbrojnych i
z jego właśnie zdaniem liczyć
się będą. To zresztą okaże już
dzień jutrzejszy. Interes naszej
sprawy na Wschodzie wymaga, aby
tu nie było żadnych przesileń a
nawet zadrażnień..."

28 sierpnia wyjechałem do
Pahlevi, gdzie zwiedziłem obozy
żołnierzy i ludności cywilnej.
ByłeM świadkiem przybywania
świeżych transportów z
Krasnowodska. Z największą
troską patrzyłem na wychudłych
na szczapy ludzi, na wynędzniałe
dzieci. Prawie u wszystkich
rzucały się w oczy ślady
przebytej cyngi.

Wróciłem z Pahlevi
najpiękniejszą drogą jaką w
życiu widziałem. Początkowo
biegnie ona wybrzeżem Morza
Kaspijskiego wzdłuż szeroko
uprawnych pól. Stopniowo wznosi
się wąwozami coraz wyżej,
przecinając gęste lasy, by
wreszcie osiągnąć najwyższe
pasmo górskie, gdzie wśród
przepaści wije się zygzakiem na
ogromnej wysokości. W jednym
miejscu prowadzi przez długi
tunel wybity w skale. Jest
otwarta dla ruchu tylko w ciągu
pięciu miesięcy w roku, gdyż
śniegi i zaspy, lawiny i roztopy
czynią ją niezdatną do użytku
już wczesną jesienią i jeszcze w
późnych miesiącach wiosennych.

Po powrocie do Teheranu
musiałem się zająć najgorliwiej
szpitalami i obozami dla
ludności cywilnej. Największym
nieszczęściem był często
beznadziejny stan zdrowia
przybywających. Nieraz już po
przybyciu do Teheranu ludzie
umierali wskutek wycieńczenia i
długotrwałego głodu podczas
dwuletniego pobytu w Rosji
Sowieckiej. W ciągu kilku
tygodni las przeszło tysiąca
krzyży pokrył cmentarz polski w
Teheranie. Zmarł także mój
adiutant i serdeczny przyjaciel
sprzed wojny, por. Zygmunt
Kostkiewicz, którego cudem udało
mi się wydostać z łagrów
sowieckich.

Prof. Kot jak zwykle
przysparzał wielu trudności i
kłopotów rozpolitykowaniem i
ciągłym jątrzeniem wśród
ludności cywilnej. Nie
dopuszczany do spraw wojska,
brał odwet utrudniając
prawidłową organizację
wychodźstwa, ale za jedno musimy
mu być wdzięczni. Kiedy
zapoznałem go z rozpoczętym
zbieraniem materiałów z Rosji
Sowieckiej o warunkach, w jakich
przebywała tam nasza ludność,
prof. Kot nie tylko nie
oponował, ale sam się do tej
pracy zapalił i wystąpił z
szeregiem projektów
usprawniających gromadzenie
materiałów. Przy jego wydatnej
pracy stworzyłem biuro
dokumentów, zbierając relacje od
Polaków, którzy przeszli łagry i
więzienia sowieckie. Materiały
te zostały potem wyzyskane w
szeregu opracowań i wydawnictw.

W tym czasie przybył do
Teheranu szef sztabu gen.
Klimecki. Omówiłem z nim
dokładnie projektowaną przez
gen. Sikorskiego organizację
wojska. Nie we wszystkim
zgadzałem się z tym projektem.
Przede wszystkim uważałem, że
należy jak najdłużej utrzymać
nazwę Armii Polskiej, gdyż
wzmacniało to naszą pozycję na
świecie, podtrzymywało ducha w
walczącym kraju, wprowadzało w
błąd wywiad niemiecki i wreszcie
nie dopuszczało jakby
ostatecznego zatrzaśnięcia
drzwi, za którymi pozostały
wielotysięczne rzesze polskie,
zatrzymane przez rząd sowiecki
bezprawiem i siłą. Po wymianie
szeregu depesz przyszła
odpowiedź od gen. Sikorskiego z
8 września:

"Akceptuję proponowane przez
Pana Generała zmiany w
organizacji, w szczególności
utrzymanie nazwy Armii".

Po otrzymaniu tej depeszy
wydałem rozkaz do żołnierzy, w
którym podkreśliłem, że
zaczynamy teraz drugi etap pracy
żołnierskiej: mamy się stać
nowoczesnym wojskiem, aby jak
najszybciej z bronią w ręku
wziąć udział w walce z naszym
odwiecznym wrogiem: wobec
połączenia sił zbrojnych
przybyłych z Zssr i Bliskiego
Wschodu musimy się scementować w
jedną bryłę dla wywalczenia
wolnej, wielkiej i szczęśliwej
Polski.

Tymczasem oddziały
przejeżdżały z Pahlevi do nowego
rejonu koncentracji w Iraku.
Łudziłem się ciągle, że
Rosjanie, którzy byli w ciężkiej
opresji pod Stalingradem, zgodzą
się na wypuszczenie pewnej
ilości naszych żołnierzy.
Niestety, gen. Bohusz_szyszko,
który pozostał jeszcze w
Jungi_jul jako dowódca rzutu
likwidacyjnego otrzymał rozkaz
zakończenia prac i wyjazdu do
Iranu. Czas jakiś pozostawał
jeszcze w Aszchabadzie dowódca
tamtejszej bazy ppłk Edward
Perkowicz, lecz i jego wkrótce
zmuszono do wyjazdu.

Już wówczas rząd sowiecki
przystąpił do akcji na wielką
skalę. Stworzył tzw. Związek
Patriotów Polskich, w którego
skład weszli m.in. żona
komisarza sowieckiego
Korniejczuka Wanda Wasilewska
oraz były ppłk Berling. Jak już
wspominałem, powstała także
silna radiostacja nazwana
imieniem Kościuszki, która
zaczęła rozsiewać kłamstwa i
oszczerstwa, proponując już
wtedy wyraźnie ideę Polski
całkowicie zależnej od Rosji
Sowieckiej. Żołnierze Armii
Polskiej na Bliskim Wschodzie,
znając rzeczywistość sowiecką,
słuchali tych audycji z odrazą i
przyjmowali je drwinami.

W Teheranie byłem przyjęty
przez szacha perskiego.
Szachinszach Mohammed Reza
Pahlevi Khan, młody i niezwykle
ujmujący człowiek dobrze
orientował się w sytuacji
światowej. Stosunki nasze były
serdeczne. Wraz z nim wziąłem
udział w niezwykłym polowaniu w
górach na rzadkie zwierzęta
ibexy. Pomimo że jestem
wytrawnym jeźdźcem, już w
pierwszych minutach galopowania
po stokach górskich poczułem się
dość nieswojo. Kamienie usuwały
się spod kopyt końskich, i każde
potknięcie groziło upadkiem w
kilkunastometrową przepaść.
Konie jednak były doskonale do
tych polowań przygotowane, tak
że po pewnym czasie nabrałem
pewności. Szach jeździł
niezwykle śmiało i strzelał
znakomicie. Zabiliśmy kilka
ibexów.

Spotkałem w Teheranie dwóch
znajomych Persów, wielkich
przyjaciół Polski, byłego posła
w Warszawie Bahadora i gen.
Diahambani, młodszego mego
kolegę z okresu studiów w Paryżu
w Ecole Sup~erieure de Guerre.
Utrzymywałem stałą styczność z
posłem brytyjskim Bullardem i z
posłem amerykańskim Dreyfusem.
Byłem na śniadaniu u ambasadora
sowieckiego Smirnowa.
Przedstawił mi się także szef
misji brytyjskiej przy Armii
Polskiej brygadier Way; bystry,
ruchliwy, zaprzyjaźnił się
szybko z nami.

W Teheranie oczekiwał mnie
major amerykański, Szymański.
Jak już wspomniałem, miał on
jechać do Rosji, ale nie
otrzymał zgody na wyjazd. Od tej
chwili jako oficer łącznikowy
przy Armii Polskiej na
Wschodzie, a następnie przy 2.
Korpusie we Włoszech towarzyszył
nam cały czas.

Spotkałem się 15 września z
kontrkandydatem Roosevelta w
wyborach, Willkie'em, który
odbywał wówczas swą słynną
podróż na Bliski Wschód, do
Rosji i do Chin. Dopytywał się
oczywiście gorliwie o Rosję.
Przestrzegłszy go, że w Rosji
powiedzą i pokażą mu tylko to,
co będą chcieli, zbudziłem w nim
czujność. Widziałem jednak
wyraźnie, że jechał tam w
nastroju dostosowanym do celu, a
celem było, niezależnie od
czegokolwiek, ułożenie jak
najlepszych stosunków z Rosją
lub raczej wywołanie w świecie
wrażenia, że taki jest wynik
podróży.

Nie trzymały się mnie
podarunki otrzymane w Rosji
Sowieckiej. Samochód ofiarowany
mi jeszcze w Moskwie przez
Stalina ofiarowałem Armii
Polskiej; przetrzymał on wiele
lat w służbie wojska polskiego
pod dowództwem brytyjskim. Dwa
konie wierzchowe, które dostałem
w Jungi_jul, przyjechały do
Iraku, gdzie oddałem je lotnikom
Raf w Habanija koło Bagdadu.
Wyproszony przeze mnie od NKWD
jeszcze w Jungi_jul skrzypek
pochodzenia żydowskiego,
nazwiskiem Brij, również
zwany... podarunkiem dla mnie,
zdezerterował w Palestynie.





Tworzymy wojsko w Iraku





We wrześniu wyjechałem do
Iraku do nowego miejsca postoju
sztabu armii. Był to Quizil
Ribat. Kilka domków, a właściwie
prymitywnych ścian, otoczonych
morzem namiotów. Upał
straszliwy.

Okazało się niestety, że wielu
ludzi nosiło w sobie zarodki
malarii nabytej w Rosji
Sowieckiej. Przyszła epidemia
tej groźnej choroby. Przy pomocy
doświadczonych lekarzy
brytyjskich lekarze polscy
rozpoczęli z nią walkę. Walka ta
trwała długie miesiące, ale
ostatecznie skończyła się
wygraną.

Ciekawe, że żołnierze nie
skarżyli się ani na choroby, ani
na pustynię, ani na upały.
Narzekali tylko, że broń i
sprzęt przychodzą zbyt powoli i
że nie mogą się należycie
szkolić. Był to przedmiot
ustawicznych gorzkich żartów w
rozmowach i nawet w programach
widowisk żołnierskich.

Odwiedzałem kilkakrotnie Kair
w sprawach organizacji wojska.
Widziałem przygotowania do
ofensywy afrykańskiej i z
napięciem oczekiwałem uderzenia,
które miało zasłynąć w świecie i
w historii jako bitwa pod El
Alamein. Ten pierwszy manewr
zaczepny sojuszników,
przechodząc z powodzenia w
powodzenie musiał nadszarpnąć
ducha dowództwa wojsk
niemieckich pod Stalingradem i
na Kaukazie. Gdyby nie
zwycięstwo pod El Alamein i
lądowanie wojsk amerykańskich w
Afryce Północno_zachodniej -
dwie wspaniałe operacje
przeprowadzone w wielkim stylu -
Rosja Sowiecka znalazłaby się w
ciężkiej sytuacji. W ogóle wojna
w Rosji wyglądałaby zupełnie
inaczej, gdyby nie pomoc na
olbrzymią skalę Stanów
Zjednoczonych i Wielkiej
Brytanii w materiale i broni.
Charakterystyczne, że już po
roku Rosjanie starali się pomoc
tę zbagatelizować.

W Bagdadzie byłem kilkakrotnie
u regenta Iraku emira Abdullaha.
Po wypowiedzeniu wojny państwom
osi przez Irak, minister spraw
zagranicznych Iraku powiadomił
charg~e d'affaires
Rzeczypospolitej Henryka
Malhomme, że wobec konieczności
zjednoczenia wysiłku
sprzymierzonych rząd Iraku
postanowił przyznać Armii
Polskiej na czas jej pobytu te
same przywileje, z których na
mocy umowy premiera Iraku z
Wielką Brytanią korzystała armia
brytyjska.

Nawiązałem także serdeczne
stosunki z ambasadorem
brytyjskim Cornwallisem.

W czasie pierwszego pobytu w
Kairze w sierpniu 1942 poznałem
brytyjskiego ministra stanu na
Bliski Wschód, Caseya. Stosunki
z nim ułożyły się najbardziej
przyjacielsko. W październiku
odwiedził on Armię Polską w
Quizil Ribat. Przedstawiłem mu
wtedy sprawę Polaków pozostałych
w Rosji Sowieckiej i prosiłem o
interwencję. Armia Polska
zrobiła na nim jak najlepsze
wrażenie, nietrudno też było mi
użyć argumentu, że prawie każdy
z żołnierzy, na których minister
Casey patrzył, pozostawił kogoś
z najbliższych w Rosji
Sowieckiej. Jak wspaniale
wpłynęłaby na tych żołnierzy
wiadomość, że ich rodziny będą
się mogły z nimi połączyć. Gdy
odwiedziłem Caseya w Kairze 23
listopada, oświadczył, że po
powrocie z Quizil Ribat zwrócił
się do Churchilla w sprawie
Polaków pozostałych w Rosji.
Niestety, otrzymał odpowiedź, że
okoliczności nie sprzyjają
interwencji brytyjskiej u rządu
sowieckiego. Obiecał, że nie
zaniedba tej sprawy i że będzie
o niej Churchillowi przypominał.
Prosił o przesłanie wszystkich
danych związanych z tą sprawą. W
końcu grudnia 1943 Caseya
odwołano z jego dotychczasowego
stanowiska i mianowano
gubernatorem Bengalu. Otrzymałem
wówczas od niego list, w którym
wyrażał podziw dla Armii
Polskiej na Bliskim Wschodzie i
nadzieję, że po zwycięskiej
walce wojsko to wróci do swojego
kraju. W zakończeniu dodał:
"Kilka państw cierpiało w tej
wojnie podobnie jak Polska -
żadne nie wzbudziły większego
podziwu męstwem i wytrwałością".

Gen. Wilson po przybyciu do
Bagdadu w październiku 1942
odwiedził nasze oddziały i
dzięki jego energii mogliśmy
szybko przystąpić do organizacji
i uzbrojenia naszej armii.

Broń zaczęła stopniowo
napływać. Rozpoczęło się usilne
szkolenie. Oficerowie i
szeregowi wzięli się do pracy z
olbrzymim zapałem. Trudności
były bardzo duże. Nowy sprzęt
wojenny. Główny wysiłek musiał
być podjęty na rzecz
zmotoryzowania wojska. Na
pierwszy plan wysunęła się
sprawa wyszkolenia około 20000
kierowców. Niełatwe to zadanie
zostało wykonane.

Obsady oficerskie były
niekompletne. Musiałem zwolnić
do tzw. drugiej grupy, tj.
oficerów bez przydziału,
przeszło 1000 oficerów, którzy
ze względu na wiek i warunki
fizyczne już się do wojska
nowoczesnego nie nadawali.
Najlepszy element oficerski
zginął bez śladu w Rosji
Sowieckiej. Z dużą radością
powitałem przeto przybycie
większej grupy oficerów z
Wielkiej Brytanii, których
przydzielił do naszej armii gen.
Sikorski. Przybył z nimi także
mój najmłodszy brat, któremu
udało się uciec z niewoli
niemieckiej i przez Karpaty,
Węgry i Francję dotrzeć do
Wielkiej Brytanii.

Nowa organizacja pociągnęła
konieczność zmiany na naczelnych
stanowiskach. Gen. Bronisław
Rakowski przeszedł na stanowisko
szefa sztabu. Dowództwo 5.
Kresowej Dywizji Piechoty objął
gen. Bohusz_Szyszko. Dywizja ta
została sformowana z dawnej 5.
Dywizji Piechoty przybyłej z
Rosji, która utworzyła Brygadę
Wileńską i z dawnej 6. Dywizji
Piechoty, która utworzyła
Brygadę Lwowską.

Z Wielkiej Brytanii przybył
także gen. Gustaw Paszkiewicz.
Gen. Sikorski chciał, aby objął
on dowództwo 5. Kresowej Dywizji
Piechoty. Znając gen.
Paszkiewicza od bardzo dawna
byłem temu stanowczo przeciwny.
Gen. Paszkiewicz miał chlubną
kartę w wojnie bolszewickiej
1919_#1920. Pod moimi rozkazami
walczył w roku 1926 w czasie
przewrotu majowego. Ze względów
wyłącznie oportunistycznych
ogłosił później w sanacyjnej
"Gazecie Polskiej" niesmaczny
artykuł, w którym wyrzekał się
całkowicie swojej poprzedniej
ideologii i starał się zaskarbić
sobie łaski ówczesnych czynników
rządzących w Polsce, przez co
stracił szacunek dawnych
przyjaciół i oczywiście nie
zyskał go u nowych. Od tego
czasu nastąpiło całkowite
rozluźnienie naszych osobistych
stosunków. We wrześniu 1939 gen.
Paszkiewicz opuścił walczącą 12
Dywizję Piechoty, której był
dowódcą i wyjechał do Rumunii.
Gen. Sikorski pod wpływem mojej
opinii ustąpił od zamiaru
powierzenia mu dywizji, wymógł
jednak, aby objął on dowództwo
Brygady Pancernej. Zaznaczyłem,
że wypowiem się w sprawie tej
nominacji po zapoznaniu się z
wynikami jego pracy.

Z Palestyny przybyła 3.
Dywizja Strzelców Karpackich.
Powstała ona z Brygady
Karpackiej, która pod dowództwem
gen. Stanisława Kopańskiego tak
wspaniale walczyła w Libii i
Tobruku, a następnie została
uzupełniona żołnierzami, którzy
wyszli z Rosji Sowieckiej w
pierwszej ewakuacji. Razem z
dywizją przybył także zasłużony
w bojach w Libii Pułk Ułanów
Karpackich pod dowództwem mojego
przyjaciela mjr. Władysława
Bobińskiego. Jego doświadczeniu
i energii oraz pomocy kadry tego
pułku zawdzięczaliśmy szybkie
wyszkolenie dwóch pozostałych
pancernych pułków
rozpoznawczych: 12. Ułanów
Podolskich i 15. Ułanów
Poznańskich.

Praca wojskowa posuwała się
raźno naprzód. Znając
usposobienie żołnierza byłem
pewny, że stworzymy dobrą
jednostkę wojskową. Musiałem się
zgodzić na wysłanie 3500
najlepszych żołnierzy do
lotnictwa do Wielkiej Brytanii.
Mimo że była to dla nas duża
strata, chętnie ponieśliśmy tę
ofiarę, gdyż każdy Polak był
dumny z czynów lotnictwa
polskiego w Wielkiej Brytanii.

Dowództwa i sztaby brały
udział w grach wojennych
zorganizowanych przez gen.
Wilsona. W pracy tej pomagali
nam wydajnie gen. Baillon i
kwatermistrz gen. Selby.





Pustynia i złe wieści





Krótkie chwile wolne wśród
intensywnego szkolenia
spędzaliśmy na polowaniach, tak
niezwykle urozmaiconych w tym
kraju. Olbrzymie stada kuropatw,
dzikich kaczek i gęsi, obok
dzików, gazeli, a nawet dropi i
lampartów, dawały aż nadmiar
wyboru myśliwemu. Obfitość
zwierzyny była tak wielka, że
kiedyś w ciągu jednego dnia
miałem na rozkładzie 17
kuropatw, 3 kaczki, 3 zające,
dzika, a wieczorem 7 lisów i 2
wilki. Koło Khanakin była
rzeźnia dla całej armii. Odpadki
z niej wyrzucano na pustynię.
Zbierały się tam stada szakali,
sępów, hien i lisów, które
zupełnie nie bały się ludzi.
Przy każdym wywożeniu odpadków
powstawały dzikie walki o
pierwszeństwo w zdobyciu kąska.
Najzacieklejsze utarczki toczyły
między sobą olbrzymiej wielkości
sępy z szakalami. Późnym
wieczorem i nocą migotały
tysiące ślepi drapieżników i
rozlegał się przejmujący chichot
szakali.

Skorpiony, tarantule, falangi
i czarne wdowy, które dostawały
się do namiotów, trzeba było
zwalczać przy pomocy środków
ochronnych.

Walkę z komarem malarycznym
prowadzono według wskazówek
wybitnych lekarzy brytyjskich,
specjalistów w tej dziedzinie.
Moskitiery, długie spodnie i
opuszczone rękawy koszuli po
zachodzie słońca, maści i
rozpylania stanowiły obronę
przed tą plagą.

Stosunki polsko_sowieckie
rozwijały się niekorzystnie. Po
powstaniu Związku Patriotów
Polskich Rosja dążyła do jak
największego rozluźnienia
styczności z uznanym przez nią
poprzednio rządem gen.
Sikorskiego. Z Kraju nadchodziły
wiadomości o działalności
agentów i organizacji
sowieckich, które nie zwalczały
Niemców, natomiast
przygotowywały grunt dla
Czerwonej Armii i władzy
sowieckiej.

Z listów i depesz gen.
Sikorskiego wnioskowałem, że
rozumiał on perfidną grę
sowiecką. W nocie z października
1942 złożonej przez ambasadora
Bogomołowa ministrowi Edwardowi
Raczyńskiemu, której odpis
przesłał mi ówczesny ambasador
Polski w Moskwie, Tadeusz Romer,
rząd sowiecki uzasadniał odmowę
zgody na dalszy pobór Polaków w
Zssr do wojska polskiego. 2
grudnia 1942 przesłałem na ręce
gen. Sikorskiego obszerny
memoriał, w którym przedstawiłem
istotny stan rzeczy. Głównym
argumentem było oskarżenie rządu
Rzeczypospolitej i dowódcy Armii
Polskiej w Zssr o świadomą i
nieuzasadnioną odmowę
skierowania jednostek polskich
na front sowiecko_niemiecki, co
w rozumieniu sowieckim oznaczało
niewykonanie umowy wojskowej z
14 sierpnia 1941. Rzecz prosta,
twierdzenie to nie odpowiadało
prawdzie. Stwierdziłem stałe
ograniczanie liczebności Armii
Polskiej w Zssr, ukrywanie
rzeczywistej ilości Polaków
wywiezionych do Rosji, tendencję
wysyłania na front
poszczególnych nie uzbrojonych
dywizji, dobrowolną zgodę władz
sowieckich na ewakuację Polaków
z Rosji w depeszy pełnomocnika
rządu sowieckiego z lipca 1942.

Wielokrotnie prowadziłem na
ten temat rozmowy z gen.
Wilsonem, a w szczególności
upominałem się o Polaków
pozostałych w Rosji. Utkwiła mi
zwłaszcza w pamięci rozmowa,
którą odbyłem z nim w lutym
1943, gdy otrzymałem depeszę od
gen. Sikorskiego, że rząd
sowiecki wystosował 16 stycznia
1943 notę do rządu polskiego w
Londynie, zawiadamiając iż
wszyscy Polacy przebywający w
Związku Sowieckim, którzy
pochodzą z obszarów zajętych
przez Sowiety, będą odtąd
uważani za obywateli sowieckich.
Oświadczyłem, że chociaż nie
jest to sprawa, którą powinni
zajmować się dowódcy wojskowi,
jednak w tym wypadku ma ona tak
bezpośredni wpływ na ducha
wojska, że muszę ją poruszyć.
Gen. Wilson w sposób prosty
wyraził pogląd, że powinienem
powiadomoć o całym zagadnieniu
wszystkich oficerów i
jednocześnie podać do ich
wiadomości, że sprawę załatwia
rząd polski w Londynie, a on ze
swej strony wobec
niebezpieczeństwa możliwego
wzburzenia żołnierzy zadepeszuje
do War Office i do ministra
stanu na Bliskim Wschodzie z
prośbą o przyśpieszenie
interwencji rządów Wielkiej
Brytanii i Stanów Zjednoczonych.

Niestety, wszystkie starania -
nie wiadomo mi zresztą, jakimi
szły torami - nie dały żadnego
wyniku. Rząd Sowiecki
jednostronną decyzją, wbrew
wszelkim prawom, wbrew
najbardziej prymitywnej
sprawiedliwości odebrał
obywatelstwo setkom tysięcy
Polaków zatrzymanych w Związku
Sowieckim. Był to dla nas
okrutny cios. W Rosji pozostali
nasi najbliżsi krewni i koledzy.
Pozostali w większości na
niechybną zgubę.





Zaostrzony zatarg z Rosją





Rosja Sowiecka przestała się
liczyć nie tylko z Polską, ale
także z Wielką Brytanią i
Ameryką. Niezmiernie oględna i
unikająca zatargu polityka
naszego rządu w stosunku do
Związku Sowieckiego nie wpłynęła
na ustaloną z góry politykę
Rosji. Żołnierz się burzył.
Swoim prostym zmysłem odczuwał
prawdę. Ja czułem tak samo jak
moi żołnierze. Po długiej walce
wewnętrznej zdecydowałem się o
tych naszych największych
troskach powiadomić zarówno gen.
Sikorskiego, jak Prezydenta
Rzeczypospolitej, Raczkiewicza.

Do gen. Sikorskiego pisałem 18
grudnia 1942:

"Przeżywamy teraz najcięższe
chwile, jakie mogą spotkać
żołnierza i obywatela. Bijemy
się o Polskę bez przerwy od
1939. Dziś wreszcie w czwartym
roku wojny widzimy jasno, że
nasz wróg odwieczny słabnie.
Cały świat czuje, że Niemcy będą
pobite, ale w sercach straszliwy
niepokój, bo czujemy, że
zwycięstwo Bolszewii to
śmiertelne niebezpieczeństwo dla
Polski. Wszystkie ich kolejne
czyny są tego dowodem. Ostatni
akt jednostronnego zerwania
paktu z nami nie tylko jest
zapowiedzią śmierci wszystkich
naszych pozostałych w Zssr,
ale zabraniem nam połowy
Polski...

Jest dla nas jasne, że Sowiety
oszukały nas - to musi być
wszędzie powiedziane. To musi
być zadokumentowane jak
najmocniejszym aktem wobec
całego świata i Polski.
Powszechna opinia jest, że rząd
nasz powinien podać się
demonstracyjnie do dymisji.
Uważamy, że właśnie ze względu
na osobę Pana Generała, tak
znaną w Wielkiej Brytanii i
Stanach Zjednoczonych, jedynie
to może zrobić należyte
wrażenie... Uważam za swój
obowiązek zameldować to Panu
Generałowi, gdyż wszyscy mają to
w duszy..."

Do Prezydenta Raczkiewicza
napisałem znacznie obszerniej.
Przedstawiłem chronologicznie
rozmowy, fakty i dokumenty z
okresu pobytu Polskich Sił
Zbrojnych w Zssr. Na
zakończenie scharakteryzowałem
nastroje w Armii Polskiej na
Bliskim Wschodzie:

"...zgodnie z życzeniem
Naczelnego Wodza wydałem rozkaz
do wojska i przestrzegałem, aby
nie prowadzić nie tylko żadnej
akcji antysowieckiej, ale nie
opowiadać o swoich tak
straszliwie ciężkich
przeżyciach. Z podziwu godną
dyscypliną żołnierze zastosowali
się do tego. Nie chciano niczym
utrudniać sprawy i zaszkodzić
naszym najbliższym, którzy w tak
ciężkich warunkach pozostali w
Zssr.

W całym wojsku i wśród
ludności cywilnej panuje więcej
niż podniecenie. Omówiłem na
odprawach, wydałem odnośne
rozkazy i dzięki zaufaniu, które
mają do mnie ludzie, jest spokój
i zrozumienie całej powagi
sytuacji. Jest straszliwa
nienawiść do Sowietów. Orientują
się, że dziś, kiedy Rosja trzyma
dwie trzecie sił niemieckich na
swoim froncie, nie można
oczekiwać zdecydowanych
wystąpień Wielkiej Brytanii i
Stanów Zjednoczonych w tej
sprawie, ale panuje ogólne
przekonanie, że rząd nasz od
początku źle postawił sprawę w
Rosji, nie wysłał odpowiedniego
człowieka na ambasadora i dziś
nie dość energicznie występuje w
sprawie polskiej.

Stąd też ogólne mniemanie, że
dla sprawy Polski rząd powinien
z trzaskiem ustąpić i ułatwić
przez to pracę nowym ludziom...

Uratować choć część naszych
rodzin i ludzi w Rosji możemy
wyłącznie przez zagrożenie
jedynym atutem jaki mamy:
zapowiedzią otwarcia oczu
światu, czym naprawdę jest
Bolszewia, jak łamała wszystkie
umowy, w jaki sposób planowo
zniszczyła całą polskość na
kresach, jak dziś na razie
stawia sprawę przynależności
Polski po Bug, Państw Bałtyckich
i Besarabii, dając wyraźnie
przedsmak tego, co czeka Polskę,
a nawet Europę w razie ich
zwycięskiego marszu. Tego obecny
rząd, który stawiał i stawia na
przyjaźń z Rosją, zrobić nie
potrafi, to muszą zrobić nowi
ludzie, którzy w tej sprawie nie
byli zaangażowani.

Ogromna większość wśród nas ma
swoje rodziny w Kraju. Chcemy je
jeszcze zobaczyć, a wiemy
doskonale, że po wkroczeniu
bolszewików do Polski nie
ujrzymy ich nigdy. To muszą
zrobić nasi wielcy sojusznicy, a
wyjaśnić im to jest naszym
zadaniem".

Gen. Sikorski, rozumiejąc
powagę położenia i zdając sobie
sprawę z gry sowieckiej przysłał
w odpowiedzi dwa pisma, z 15
marca i 17 marca 1943, w których
uzasadniał stanowisko rządu
podając jednocześnie odpis
swoich pism skierowanych 10
marca do Prezydenta Roosevelta i
premiera Churchilla. W obu
d~emarches do anglosaskich mężów
stanu gen. Sikorski poruszył
sprawę stosunków
polsko_sowieckich i żądał
należytego poparcia Polski przez
Wielką Brytanię i Stany
Zjednoczone. W liście do
Prezydenta Roosevelta gen.
Sikorski pisał:

"Dziękuję Panu Prezydentowi
bardzo za message przysłany pod
moim adresem za pośrednictwem
naszego ambasadora.

Rząd polski i ja cenimy sobie
niezwykle wysoko opinię Pana
Prezydenta i jesteśmy gotowi
zrobić wszystko, by nie dopuścić
do zerwania stosunków z Rosją
Sowiecką. Musimy atoli po
drugiej stronie znaleźć wreszcie
dobrą wolę i echo. A tymczasem,
jak Panu Prezydentowi wiadomo,
sytuacja pogorszyła się wielce
po moim powrocie ze Stanów. Rząd
mój i ja pragniemy wyjaśnić
Panu, w jak trudnym położeniu
stawiają nas ostatnie
oświadczenia rosyjskie. Wymaga
się od nas bowiem, abyśmy
walczyli u boku Rosji w chwili,
gdy równocześnie rości sobie ona
pretensje do połowy naszych ziem
i jednej trzeciej naszego narodu
i gdy w samej nocie z 16
stycznia staje już z powrotem na
linii Ribbentrop_mołotow...

Pozwalam sobie w związku z tym
wysunąć myśl, aby Rządy Stanów
Zjednoczonych oraz Wielkiej
Brytanii zechciały bądź
publicznie, bądź w notach do
Narodów Zjednoczonych
potwierdzić zasadę nieuznawania
przez nie żadnych faktów
dokonanych po 1 września 1939 na
terytoriach państw okupowanych,
wchodzących w skład Narodów
Zjednoczonych..."

W liście do premiera
Churchilla z tegoż dnia gen.
Sikorski zwrócił uwagę na
niepokojące głosy pism
londyńskich i kończył słowami:

"...zwracam się do Pana
Premiera z najgorętszym apelem,
aby spowodował radykalną zmianę
linii postępowania odpowiednich
departamentów, która by
pokazała, że Rząd Brytyjski po
wielkich i skutecznych wysiłkach
nad zorganizowaniem i
kierowaniem swoich potężnych
zasobów, nie ma zamiaru nawrócić
do polityki ustępstw (stosowanej
w dobie Monachium), przynoszącej
szkodę najbardziej lojalnemu
przyjacielowi i sprzymierzeńcowi
Wielkiej Brytanii..."

Stanowisko swoje jako premier
ujął gen. Sikorski w liście do
mnie w sposób następujący:

"Nie jest lekki ciężar, który
spoczywa na mych barkach, jako
szefa rządu na wygnaniu. Misja
to najtrudniejsza i najbardziej
odpowiedzialna, a często
najboleśniejsza... Decyzja,
którą mi Pan Generał sugeruje,
jakkolwiek osobiście niezmiernie
wygodna, byłaby z mej strony
aktem najwyższej
nieodpowiedzialności, byłaby
gestem rozpaczy zwróconym
przeciw aliantom.

Współpracując z Wielką
Brytanią i Stanami Zjednoczonymi
i stawiając uczciwie, lecz mocno
wobec nich nasze sprawy,
zjednujemy sobie coraz głębsze i
coraz wszechstronniejsze
zrozumienie naszych spraw przez
kierujących tymi mocarstwami
mężów stanu i zacieśniamy stale
łączącą nas solidarność, nie
tylko wobec Niemiec, lecz także
w stosunku do Rosji...

Jeśli jednak brak Panu
Generałowi niezbędnych elementów
do oceny naszego położenia na
terenie międzynarodowym i
naszych w tej dziedzinie
możliwości, to aż nazbyt dobrze
jest mu znana sytuacja Polaków w
Zssr. Zerwanie z Rosją byłoby
bezwzględnym wyrokiem śmierci
dla setek tysięcy tych, a w tym
tysięcy rodzin żołnierskich,
które tam pozostały...

Sytuacja z Rosją jest
niezmiernie trudna, począwszy od
niemiecko_rosyjskiego paktu
rozbiorowego... Zbyt zaś wiele
zależy obecnie od państw
anglosaskich i mego osobistego w
tym kraju autorytetu, ażeby mi
wolno było ryzykować jego utratę
i zachwianie opinii polskiej w
tych społeczeństwach.

Obecna faza wojny nie jest
jeszcze ostatnia. Polskie Siły
Zbrojne, a przede wszystkim
Armia Polska uformowana w Rosji,
będą miały jeszcze wielką rolę
do odegrania".

Było to w przededniu zwrotu na
jeszcze gorsze w stosunkach
polsko_rosyjskich.

Stosunki z prof. Kotem, który
ciągle jeszcze jako minister
przebywał na Bliskim Wschodzie,
stawały się coraz przykrzejsze.
Nieszczery i obłudny, snujący i
knujący ciągle intrygi, mącił
ustawicznie na wszystkie strony.
W rozmowach prywatnych,
szczególnie w wojsku, podkreślał
swoją nieufność do polityki
Rosji Sowieckiej, ale
jednocześnie widać było, że
imponuje mu totalizm sowiecki.
Wreszcie w marcu 1943 opuścił
Bliski Wschód, by wejść w skład
rządu polskiego w Londynie.





Katyń





Rozgłośnie niemieckie doniosły
13 kwietnia 1943 o odkryciu
dokonanym w Katyniu na obszarach
rosyjskich, zajętych przez
wojska niemieckie:

"Na podstawie wskazań
okolicznej ludności cywilnej
spod Smoleńska niemieckie władze
wojskowe odkryły pod Kozimi
Górami (koło Katynia) masowe
groby oficerów polskich... W
odkrytym grobie o wymiarach 28
na 167m, leżały zwłoki w 12.
warstwach twarzami w dół, ręce
związane do tyłu, w pełnym
umundurowaniu... Na podstawie
dochodzeń prowadzonych przez
wojskowe władze niemieckie wśród
tamtejszej ludności cywilnej
stwierdzono, że oficerowie ci
przewiezieni zostali z obozów
jeńców i obozów internowanych
transportami kolejowymi... Z
obdukcji zwłok wynika, że każdy
z oficerów został zastrzelony
strzałem rewolwerowym w tył
czaszki".

Dla mnie, który przez okrągły
rok starałem się bezskutecznie
wydostać od władz sowieckich
wiadomość o kilkunastu tysiącach
naszych jeńców, przeważnie
oficerów z Kozielska,
Starobielska i Ostaszkowa, było
rzeczą jasną, że Niemcy w tym
wypadku powiedzieli prawdę.
Utwierdził mnie w tym
przekonaniu sowiecki komunikat
radiowy z 15 kwietnia 1943:

"W ciągu ubiegłych dwóch,
trzech dni oszczercy Goebbelsa
rozpowszechniali podłe wymysły
utrzymując, iż władze sowieckie
dokonały masowego rozstrzelania
polskich oficerów wiosną 1940 w
okolicach Smoleńska. Wymyślając
tę potworność szubrawcy
niemiecko_faszystowscy nie
wahają się przed najbardziej
bezwstydnymi i nikczemnymi
kłamstwami, starając się pokryć
zbrodnie, które - jak to obecnie
stało się oczywiste - dokonane
były przez nich samych.

Niemiecko_faszystowskie
doniesienia w tej sprawie nie
pozostawiają żadnych wątpliwości
co do tragicznego losu byłych
polskich jeńców wojennych,
którzy byli zatrudnieni na
robotach budowlanych w r. 1941 w
okolicach na zachód od Smoleńska
i którzy wraz z wielu poddanymi
sowieckimi, zamieszkałymi w
okolicach Smoleńska, wpadli w
ręce oprawców
niemiecko_faszystowskich w lecie
1941, po wycofaniu się wojsk
sowieckich z okręgu
Smoleńska..."

Dlaczego takiej odpowiedzi
rząd sowiecki nie udzielił
polskim czynnikom oficjalnym w
ciągu rocznych na ten temat
rokowań? Gdyby jeńcy nasi
zostali naprawdę zagarnięci
przez postępującą ofensywę
niemiecką w lecie 1941, nie
byłoby żadnego powodu do
ukrywania tego faktu przed nami.
Jasne było, że zbrodnię katyńską
popełnili bolszewicy.

Byliśmy przygotowani na
najgorsze, wiedzieliśmy, że
kolegów naszych spotkało
nieszczęście, ale wiadomość, że
zostali w tak haniebny sposób
wymordowani, wzburzyła nas do
ostateczności.

Historia nie znała takiej
zbrodni. Wysłałem depeszę do
gen. Sikorskiego i otrzymałem
odpowiedź, że rząd nasz
natychmiast poruszy tę sprawę.
Myślę, znając umysłowość
sowiecką, że rozgrywka
dyplomatyczna mogła być
przeprowadzona lepiej i
skuteczniej, ale oczywiście
zwrócenie się rządu polskiego do
Międzynarodowego Czerwonego
Krzyża było aż nadto zrozumiałe.

W komunikacie ministra obrony
narodowej gen. Mariana Kukiela
czytamy: "Wobec obfitych i
szczegółowych informacji
niemieckich o odnalezieniu wielu
tysięcy zwłok oficerów polskich
pod Smoleńskiem i kategorycznego
twierdzenia, że zostali oni
wymordowani przez organy
sowieckie wiosną 1940, zachodzi
konieczność zbadania
odnalezionych grobów masowych i
sprawdzenia przytoczonych faktów
przez właściwą instytucję
międzynarodową, jaką są władze
Międzynarodowego Czerwonego
Krzyża. Rząd polski podejmuje
kroki w stosunku do tej
instytucji o wysłanie delegacji
na miejsce, na którym miała się
dokonać rzeź polskich jeńców
wojennych".

Zwrócenie się rządu polskiego
do Międzynarodowego Czerwonego
Krzyża rząd sowiecki uznał za
wystarczający powód do zerwania
stosunków z Polską. Było to,
rzecz prosta, wyzyskanie
pierwszego lepszego pretekstu,
gdyż od dawna zaznaczała się
niechęć Sowietów do współpracy z
Polską. W nocie z 25 kwietnia
rząd sowiecki oskarżył rząd
polski o współudział z Hitlerem
w kampanii związanej z
odnalezieniem zwłok polskich
oficerów pod Smoleńskiem, z
czego wyciągnął wnioski:

"Wszystkie te okoliczności
zmuszają rząd sowiecki do
uznania, że obecny Rząd Polski
przez wejście na drogę
porozumienia z rządem Hitlera
faktycznie przestał kontynuować
sojusznicze stosunki ze
Związkiem Sowieckim i zajął
wobec niego wrogą postawę.

Wobec tego Rząd Sowiecki
postanowił zerwać stosunki z
Rządem Polskim".

Rząd sowiecki zrzucił maskę. Z
głęboką troską patrzyliśmy w
przyszłość. Widzieliśmy jasno,
że musimy wziąć udział w walce z
Niemcami aż do zwycięstwa, które
będzie równoznaczne ze
zwycięstwem Rosji Sowieckiej. A
Rosja już określiła się wyraźnie
jako wróg Polski całej, wolnej i
niepodległej i zupełnie jawnie
sięgała i po polskie Wilno, i po
polski Lwów, który nigdy do niej
nie należał.

Pomimo to byłem nadal
przeświadczony, że losy Polski
są związane z Wielką Brytanią i
Stanami Zjednoczonymi.
Wierzyłem, że zwycięstwo będzie
osiągnięte i że sojusznicy nie
pozwolą skrzywdzić narodu
polskiego. Tę wiarę dzieliłem z
podległymi mi oficerami i
żołnierzami, z którymi łączyły
mnie najlepsze stosunki,
wzajemne zaufanie i prawdziwa
przyjaźń.





Tym gorliwiej tworzymy wojsko





Praca nad wyszkoleniem
wojskowym wzmagała się coraz
bardziej. W maju wojska przeszły
do rejonów Kirkuk_mossul. Tu w
dogodniejszych warunkach
rozpoczęły się ćwiczenia
zakrojone na znacznie większą
skalę.

W tym okresie wielokrotnie
wylatywałem dla załatwienia
spraw służbowych do Egiptu i
Palestyny. Jeden z moich
przelotów omal nie skończył się
katastrofą. W drodze z Iraku do
Palestyny dostaliśmy się w burzę
i straciliśmy wiele czasu na
odszukanie właściwego kierunku
lotu. Jeden silnik stanął
zupełnie wskutek wyczerpania się
benzyny, w drugim pozostała
zaledwie jej resztka. Uratowała
nas przytomność umysłu wyjątkowo
doświadczonego pilota polskiego,
chor. Szubki, który z prawdziwym
artyzmem lądował na skrawku pola
tuż przed gajem pomarańczowym. W
tej podróży towarzyszyli mi dwaj
oficerowie brytyjscy, ppłk Hobbs
i ppłk Hulis.

Wypadki w Afryce pociągnęły za
sobą zmiany osobowe w
dowództwach. 8. Armia gen.
Montgomery'ego posuwała się
naprzód przez Libię. Gen.
Alexander został zastępcą gen.
Eisenhowera. Dowództwo Bliskiego
Wschodu objął gen. Wilson. Na
jego miejsce przyszedł gen.
Pownall. Z tego okresu datuje
się moja przyjaźń z gen.
Beaumont_nesbittem, który jako
szef oficerów łącznikowych na
Bliskim Wschodzie często
odwiedzał nasze wojsko i
okazywał nam dużo przychylności,
a w wielu wypadkach wydatną
pomoc. Wojsko intensywnie i z
dnia na dzień ćwiczyło.
Niektórych oddziałów użyto do
zabezpieczenia rafinerii w
Kirkuku i Mossulu.

Zapowiedzianą wizytę gen.
Sikorskiego w Iraku poprzedził
przyjazd gen. Klimeckiego, szefa
sztabu, który zaraz po świętach
wielkanocnych jeszcze przed
widzeniem się ze mną spotkał się
z gen. Pownallem. Gen. Pownall
wyraził nadzieję, że wojsko
będzie gotowe do walki na 1
lipca 1943. Poruszono sprawę
organizacji, która zdaniem gen.
Pownalla musiała być całkowicie
dostosowana do organizacji
brytajskiej i przedyskutowano
zagadnienie stosunków
polsko_sowieckich i ich wpływ na
stan duchowy wojska.

28 kwietnia wezwano mnie do
gen. Pownalla na naradę. Już
przedtem omawiałem z nim obok
spraw wojskowych propagandę
komunistyczną w Iranie oraz w
mniejszym stopniu w Iraku,
zwracając uwagę na szereg
wydawnictw bolszewickich, które
ukazywały się także w języku
polskim. W czasie konferencji
poruszałem sprawę stosunków
polsko_sowieckich. Wzburzenie w
wojsku, które narastało od
wyjścia z Rosji wobec niepewnego
losu pozostałych tam
najbliższych, spotęgowane
następnie mordem katyńskim,
doszło do szczytu napięcia, gdy
rząd sowiecki zerwał stosunki
dyplomatyczne z rządem polskim.
Wszystkie te sprawy musiały mieć
bezpośredni wpływ na to, co
żołnierz robił i myślał.
Zdawałem sobie sprawę, że wojsko
czeka na mój głos. Nie mogłem
milczeć. Wydałem rozkaz, w
którym podkreśliłem, że Rosja
jednostronnym aktem politycznym
zerwała stosunki dyplomatyczne z
rządem polskim. Nie umniejszy to
w niczym naszej woli zwycięstwa
w walce z tysiącletnim wrogiem
narodu polskiego, Niemcami. Mam
głęboką wiarę, że zwrócenie się
rządu polskiego do rządów
sprzymierzonych o obronę
nienaruszalności naszych granic
zostanie w pełni zrozumiane
przez Wielką Brytanię i Stany
Zjednoczone i że nasze prawa do
żołnierzy, rodzin i dzieci
pozostałych w Rosji Sowieckiej
nie zostaną podważone. Musimy
utrzyma naszą postawę żołnierską
w pełni powagi, spokoju i
godności.

Bez ogródek przedstawiłem
nasze stanowisko gen.
Pownallowi.





Ostatnie odwiedziny

generała Sikorskiego





27 maja 1943 powitałem w
Kairze gen. Sikorskiego, któremu
towarzyszyła córka, ppłk
Cazalet, kilku oficerów i
sekretarz Adam Kułakowski. W
otoczeniu brakowało po raz
pierwszy dr. Retingera. Na
lotnisku obecni byli brytyjski
minister stanu na Bliski Wschód
Casey, gen. Beaumont_nesbitt
oraz szereg przedstawicieli
władz brytyjskich i polskich.

Już w pierwszych rozmowach,
które przeprowadziłem z gen.
Sikorskim po wylądowaniu i w
dniu następnym, wyczułem, że
generała nieprzychylnie
nastrojono (prof. Kot był w
Londynie od dwu miesięcy) do
stanu rzeczy na Bliskim
Wschodzie. Twierdził, że
otrzymał w Londynie wiadomości
przestrzegające go przed
przyjazdem do Armii Polskiej na
Wschodzie, gdzie rzekomo
przygotowano na niego zamach, że
wojsko jest niezdyscyplinowane,
rozpolitykowane, i że nie robi
postępów w wyszkoleniu. Na dowód
przedstawił skierowaną przeciwko
niemu ulotkę, o której autorstwo
posądzał rtm. Jerzego
Klimkowskiego. Wyjaśniłem gen.
Sikorskiemu, że to, co mu
mówiono, nie odpowiada
rzeczywistości, że gdy będzie
wśród wojska, sam się najlepiej
zorientuje w jego nastrojach, że
włos mu z głowy nie spadnie w
czasie pobytu wśród Armii
Polskiej na Wschodzie. Gen.
Sikorski uspokoił się, jak już
nieraz się zdarzało natychmiast
i całkowicie, i nastrój rozmowy
stał się szczery i serdeczny. W
rozmowach brał często udział
ambasador Romer, który po
zerwaniu stosunków z Polską
przez Rosję Sowiecką okrężną
drogą wracał z Kujbyszewa do
Londynu. Przy wszystkich
zetknięciach w Kairze, zarówno
urzędowych jak na przyjęciach,
gen. Sikorski mocno podkreślał
polską rację stanu wobec
sytuacji ogólnej, a zwłaszcza
wobec Rosji Sowieckiej.

Wyleciałem nieco wcześniej do
Kirkuku, aby przygotować
spotkanie i powitanie Naczelnego
Wodza w wojsku. Na lotnisku
spotkał go jako oddział honorowy
15. Pułk Ułanów Poznańskich.
Patrzyłem na gen. Sikorskiego i
obserwowałem wrażenie, jakie
zrobiła na nim żołnierska
prezencja, dyscyplina i
przemarsz oddziału. Generał dał
wyraz wielkiemu zadowoleniu i
zwracając się w mojej obecności
do dowódcy pułku rtm. Kiedacza
powiedział:

- Wyglądacie i maszerujecie
jak gwardia, jestem przekonany,
że tak samo będziecie się bić.

- Ku chwale Ojczyzny -
brzmiała odpowiedź dowódcy pułku
i to właściwie była odpowiedź
całego wojska na Bliskim
Wschodzie.

Pobyt Naczelnego Wodza
ułożyłem w ten sposób, aby mógł
odwiedzić wszystkie oddziały i
jak najwięcej stykać się z
żołnierzami różnych szczebli. Po
kilku dniach pobytu gen.
Sikorski wysłał do Prezydenta
Rzeczypospolitej depeszę treści
następującej:

"Po przeprowadzeniu pierwszych
inspekcji w wojsku pragnę
poinformować Pana Prezydenta, że
stwierdziłem z zadowoleniem
wśród żołnierzy patriotyzm jak
najgorętszy, zdecydowaną wolę
walki i oddanie bezwzględne
sprawie polskiej. Proszę przyjąć
wyrazy oddania".

Prezydent odpowiedział:

"Dziękuję za szczególnie miłe
wiadomości. Żałuję, że nie mam
możności przeżywać razem z Panem
Generałem radosnych chwil
spotkania z dzielną Armią na
Wschodzie".

10 czerwca gen. Sikorski
urządził odprawę dla wszystkich
starszych oficerów, podczas
której naświetlił obok spraw
organizacyjnych i osobowych
także położenie polityczne i
poczynania rządu polskiego. W
zakończeniu gen. Sikorski
powiedział:

- Przypomnę, że w niedawnym
trudnym dla nas okresie, od dnia
otrzymania noty rządu
sowieckiego w sprawie
obywatelstwa do dnia zerwania
przez Sowiety stosunków
dyplomatycznych z Polską, rząd
polski nie cofnął się w czasie
rokowań ani na krok ze swego
zasadniczego stanowiska w
sprawie granic wschodnich, które
są dla nas równoznaczne z
granicami traktatu ryskiego, ani
też w sprawie obywatelstwa
polskiego, które jest
obywatelstwem takim, jakim było
1 września 1939. Rokowania
zmierzające do wyłączenia jako
przedmiotu sporu tej kategorii
obywateli, do których sam rząd
sowiecki nie zdołał utrzymać
swych pretensji, były na
najlepszej drodze w chwili,
kiedy Sowiety zerwały z nami
stosunki. Mimo tego co zaszło,
mimo trudności, jakie mamy do
pokonania w ratowaniu naszych
rodaków, starania nasze o
ewakuację przynajmniej rodzin
wojskowych i sierot oraz
półsierot nie ustają ani na
chwilę. Za formalnym
pośrednictwem rządu
australijskiego, który objął
obronę naszych interesów, sprawa
ta jest na niezłej drodze, przy
życzliwym dla nas stosunku rządu
brytyjskiego i amerykańskiego.

Były pewne różnice zdań między
gen. Sikorskim a mną co do
organizacji naszego wojska na
Bliskim Wschodzie i moich
kompetencji jako dowódcy armii.
Na ten temat odbyły się rozmowy
z gen. Pownallem a następnie ze
mną. Gen. Pownall przesłał gen.
Sikorskiemu swoją opinię, która
była identyczna z moją. W
rezultacie gen. Sikorski zgodził
się z opinią gen. Pownalla i
moją, i na piśmie dał mi swoją
instrukcję:

"Polecam Panu Generałowi
przedstawić mi jeszcze przed
moim wyjazdem z Kairu projekt
zarządzeń wykonawczych
związanych z nakazaną
reorganizacją armii. Za podstawę
należy wziąć projekt uzgodniony
z gen. Pownallem, uwzględniając
wytyczne następujące... Pan
Generał, pełniąc funkcję dowódcy
armii w stosunku do całości
wojsk na Bliskim Wschodzie aż do
chwili zaangażowania Korpusu,
kieruje jego przygotowaniem... Z
chwilą osiągnięcia przez Korpus
gotowości bojowej i wejścia w
skład wyższego związku
operacyjnego, przewiduję objęcie
dowództwa Korpusu bezpośrednio
przez Pana Generała... Gen.
Sikorski zgodził się z projektem
przedstawionych mu decyzji w
najbardziej zasadniczych
sprawach. Projekt ten zawierał
punkty:

1) podległość dowódcy Armii
Polskiej na Wschodzie;

2) organizacja armii i
dowództw;

3) nominacja dowódców;

4) awanse oficerskie;

5) uprawnienia sądowe;

6) przenoszenie oficerów z
Armii Polskiej na Wschodzie do
Anglii i odwrotnie.

Decyzje, które zapadły w
dniach od 14 do 17 czerwca 1943
wyrównały wszystkie różnice w
naszych poglądach na organizację
wojska na Bliskim Wschodzie.
Armia Polska na Wschodzie
dostała jednolitą organizację w
okresie dla niej najważniejszym.
Naczelny Wódz wyrażając zgodę na
wszystkie moje propozycje dawał
mi najsilniejsze poparcie w
chwilach poprzedzających wejście
wojska do akcji bojowej.
Przytoczone dokumenty i przebieg
wydarzeń od chwili przylotu gen.
Sikorskiego na Bliski Wschód są,
jak sądzę, najlepszą odpowiedzią
dla wszystkich tych, którzy
później podkreślali różnicę zdań
między mną a gen. Sikorskim. Nie
mam zamiaru ukrywać, że istniały
różnice w zapatrywaniach naszych
na sprawy wojskowe i polityczne,
zwłaszcza w stosunku do Rosji
Sowieckiej. Nieraz były znaczne,
a więc i dyskusje nie zawsze
wypadały pogodnie. Charakter
pracy gen. Sikorskiego jako
premiera i Naczelnego Wodza
wymagał stałej jego obecności w
Londynie. Ja, dowodząc Armią
Polską w Zssr, a później na
Bliskim Wschodzie, musiałem być
stale z wojskiem. Dzieliły nas
wielkie odległości. Wskutek tego
zetknięcia osobiste, które
najlepiej sprzyjały całkowitemu
porozumieniu wobec jednolitości
dążeń, były rzadkie. Było to
wyzyskiwane przez intrygantów
pokroju prof. Kota do siania
między nami niezgody.

Po załatwieniu spraw
organizacji wojska
dyskutowaliśmy sprawy osobowe.
Gen. Sikorski odstąpił od
pierwotnego planu daleko idących
zmian. Odwołano jednak do
Londynu gen. Michała
Tokarzewskiego_karaszewicza,
który w czasie pobytu w Rosji
wykazał świetną postawę ideową.
Sformował on 6. Dywizję
Piechoty. Do Londynu
przeniesiono także płk.
Okulickiego, który zgłosił się
na wyjazd do pracy podziemnej w
Kraju. Natomiast nie udało mi
się usunąć gen. Paszkiewicza z
dowództwa Brygady Pancernej,
pomimo że miałem przeciwko niemu
poważne zarzuty, jak
niewystarczające przygotowanie
podlegającej mu jednostki
bojowej, nieobliczalne i
niedorzeczne wystąpienia
antysowieckie w okolicznościach
zupełnie nieodpowiednich, a
wreszcie kompleks niższości
wobec oficerów brytyjskich, co
nie licowało z godnością
generała polskiego. Gen.
Sikorski doskonale zdawał sobie
sprawę z niskiego poziomu
inteligencji i wykształcenia
gen. Paszkiewicza, miał jednak
pewnego rodzaju słabość do
niego, datującą się jeszcze z
dawnych czasów. Chociaż
opowiadał mi, że później w
okresie gdy był w niełasce w
Polsce, szczególnie przed samą
wojną, gen. Paszkiewicz nie
poznawał go przy spotkaniach,
ale mimo to nalegał, żeby
jeszcze jakiś czas wypróbować go
na zajmowanym stanowisku.

Prowadziłem z gen. Sikorskim
wielogodzinne rozmowy na temat
spraw politycznych. Oczywiście
na czoło wysuwały się stosunki z
Rosją Sowiecką. Przekonywałem
go, że z Rosją Sowiecką można
utrzymywać stosunki przyjazne,
ale tylko koniunkturalne,
natomiast nie można na nich nic
budować, a tym bardziej wierzyć
i ufać. Gen. Sikorski w tym
okresie całkowicie to rozumiał,
ale ciągle jeszcze nurtowało w
nim przeświadczenie, że
sojusznicy zdołają wywrzeć
odpowiedni nacisk na władze
sowieckie. Miałem wrażenie, że
gen. Sikorski bolał nad
obracającym się wniwecz
porozumieniem polsko_sowieckim.

W tym czasie wyjaśniliśmy w
naszych rozmowach słuszność i
konieczność wyjścia z Rosji
Sowieckiej zorganizowanego tam
wojska; gen. Sikorski przyznał,
że był to najbardziej realny i
pozytywny rezultat umowy
polsko_sowieckiej.

17 czerwca 1943 gen. Sikorski
wyleciał do Bejrutu, umawiając
się ze mną, że 1 lipca będę go
oczekiwał w Kairze, przed jego
powrotem do Anglii. W Bejrucie
23 czerwca gen. Sikorski zwołał
konferencję kierowników placówek
dyplomatycznych na Bliskim
Wschodzie. W czasie tej
konferencji wygłosił
przemówienie polityczne, które
zawierało wiele akcentów z
rozmów prowadzonych poprzednio w
Kirkuku. Oto niektóre wyjątki:

"Znaczenie i wartość samego
układu ocenił w sensie dla
siebie negatywnym sam Stalin,
decydując się na zwolnienie
Rosji Sowieckiej z wynikających
z tego układu zobowiązań.
Zorientował się on bowiem w
pewnym momencie, że układ ten,
wzmocniony przez deklarację
rządu brytyjskiego, przekreśla
rozbiór Polski równocześnie z
unieważnieniem traktatów
niemiecko_sowieckich.

...a poza tym podpisanie
układu dało również inne
olbrzymie rezultaty. Pozwoliło
rządowi wyrwać z Rosji
Sowieckiej sto kilkadziesiąt
tysięcy żołnierzy polskich.
Dzięki temu mogliśmy rozbudować
lotnictwo i marynarkę wojenną
oraz stworzyć silną armię
lądową. Dziś Polskie Siły
Zbrojne stoją ciągle na
pierwszym miejscu wśród
sprzymierzonych narodów...

...idea federacji państw w
Europie Środkowowschodniej,
której myśl pierwszy rzucił Rząd
Polski w r. 1939, będzie przez
nas realizowana nadal, bez
względu na obecne trudności. Nie
jest to bowiem polityka
koniunkturalna, ale polityka
zgodna z życiowymi potrzebami
państw średnich i mniejszych...

...stać również musimy mocno
na gruncie jedności
sprzymierzonych. W jej ramach
tylko zapewnić możemy pełny
sukces sprawie polskiej.
Podkreśla to w swym liście
przekazanym drogą lotniczą do
Bejrutu Prezydent Roosevelt.
Daje w nim wyraz wielkiego
zaniepokojenia, z jakim śledził
rozwój stosunków
polsko_sowieckich. Uczyni
wszystko, by doprowadzić do
przywrócenia pełnej jedności
Narodów Zjednoczonych, opartej
na sprawiedliwości i dobrej
woli. Oba te warunki skierowane
są oczywiście pod adresem Rosji,
gdyż nam jednej i drugiej nie
brak. Prezydent Roosevelt wyraża
w swym piśmie uznanie dla
polityki Rządu Polskiego, z
którym pragnie kontynuować jak
najbliższą współpracę. na tym
samym stanowisku stoją premier
Churchill i minister Eden, który
przed moim wyjazdem z Londynu
zapatrywał się optymistycznie na
dalszy rozwój stosunków
polsko_sowieckich, nie
wyłączając możliwości ich
wznowienia w krótkim czasie.
Ostatnio zmienił swój pogląd o
tyle, że termin załatwienia tych
spraw określa na mniej więcej
trzy miesiące.

Jako dowód dobrej woli ze
strony Sowietów Stany
Zjednoczone i Wielka Brytania
żądają od rządu Zssr
spełnienia czterech warunków,
wysuniętych przez Rząd Polski, a
mianowicie:

1) zwolnienie i ewakuacja
rodzin żołnierzy Polskich Sił
Zbrojnych, obejmując tym
żądaniem zarówno żołnierzy
znajdujących się na emigracji,
jak tych, którzy walczą w Kraju
czy też znajdują się w obozach
dla jeńców;

2) ewakuacja dzieci i sierot
polskich;

3) kontynuowanie opieki nad
ludnością pozostałą w Rosji;

4) zwolnienie i ewakuacja
wszystkich mężczyzn zdolnych do
noszenia broni.

Ponadto Anglicy dorzucili
jeszcze punkt 5. o nawiązaniu
stosunków dyplomatycznych.

W tej chwili inicjatywa nie
leży w naszych rękach.
Ograniczamy się do zachowania
umiaru i spokoju, by nie zrobić
niczego, co mogłoby utrudnić
wspólną interwencję Stanów
Zjednoczonych i Wielkiej
Brytanii, jaka w tej chwili, jak
to doniósł minister Raczyński,
jest w toku... Dzisiaj Rosja
zależy w olbrzymiej mierze od
dostaw brytyjskich, a w
szczególności amerykańskich.
Zwracając na ten atut uwagę w
rozmowach z brytyjskimi i
amerykańskimi mężami stanu,
stwierdziłem dobrą koniunkturę
dla interwencji w Moskwie tych
mocarstw na rzecz naszych
postulatów. Ta interwencja
obecnie jest w toku...

Ponowne nasze spotkanie 28
czerwca 1943 w Kairze było
bardzo serdeczne, i w ciągu
dwóch tam spędzonych dni
omówiliśmy ostatecznie wszystkie
sprawy wojskowe i dalszą
najściślejszą współpracę.
Usłyszałem wtedy z ust gen.
Sikorskiego, iż przyszedł do
przekonania, że Rosja Sowiecka
nie dotrzymuje żadnych umów i
zobowiązań, że widać wyraźnie,
iż cele jej polityki są krańcowo
rozbieżne z celami polityki
polskiej, i że jedyną naszą
nadzieją po zwycięstwie nad
Niemcami są nasi sojusznicy,
Stany Zjednoczone i Wielka
Brytania. Ma głęboką wiarę, że
państwa te nam pomogą i wywrą
należyty wpływ na Rosję
Sowiecką. Stwierdził, że ma w
tym względzie konkretne
obietnice od Churchilla i Edena.

Poruszyłem jeszcze raz sprawę
połączenia naszych wojsk na
Bliskim Wschodzie, gdyż ciągle
sądziłem, że przyszła ofensywa
sojusznicza wyjdzie od południa
na Włochy i Bałkany. Użycie
naszych sił zbrojnych widziałem
właśnie w kierunku na Bałkany.
Byłem głęboko przekonany, że
będzie to miało najbardziej
dodatnie rezultaty polityczne i
wojskowe. Namawiałem gorąco gen.
Sikorskiego, by sam objął
naczelne dowództwo połączonych
wojsk polskich. Argumentowałem,
że dla sprawy polskiej kierunek
ten będzie miał rozstrzygające
znaczenie. Wydawało mi się, że
gen. Sikorski zaczął się
skłaniać ku tej koncepcji.
Rozmowy nasze, prowadzone w
atmosferze wzajemnego zaufania,
niejednokrotnie przechodziły na
sprawy dotychczas drażliwe. Gen.
Sikorski stwierdził, że wśród
jego otoczenia są ludzie, którzy
źle mu doradzali i że z tego
wynikło wiele nieporozumień.
Doszedł do przekonania, że
działalność prof. Kota w rządzie
była niesłychanie szkodliwa.
Obiecał, że po powrocie do
Londynu przeprowadzi natychmiast
rekonstrukcję rządu, usunie
kilku ministrów, a przede
wszystkim Kota.

Ucieszyła mnie wiadomość, że
pełnomocnikiem rządu
Rzeczypospolitej na Wschodzie
został mianowany ostatni nasz
ambasador w Rosji Sowieckiej,
Romer.

W tym czasie gen. Sikorski w
porozumieniu ze mną wysłał 3
lipca następujące pismo do gen
Kopańskiego:

"Przewiduję powołanie w
niedalekiej przyszłości Pana
Generała na stanowisko szefa
sztabu Naczelnego Wodza, a
powierzenie dowództwa
prowadzonej przez Pana Generała
wzorowo 3. Dywizji gen.
Klimeckiemu. Zmianę tę
uzależniam od woli wyrażonej
przez Pana Generała. Proszę
zatem nadesłać mi swą odpowiedź
do Londynu w drodze przez
dowódcę armii".

Na propozycję tę gen. Kopański
odpowiedział 5 lipca:

"1) Propozycję Pana Generała
uważam za wyróżnienie i bardzo
cenny dla mnie dowód zaufania.

2) Mimo to proszę Pana
Generała o pozostawienie mnie na
stanowisku dowódcy 3. Dywizji
Strzelców Karpackich, motywując
swą prośbę jak następuje: a)
przeszłością i bardzo głębokim
uczuciem związany jestem z
dywizją; b) byłoby mi bardzo
ciężko moralnie opuścić dywizję
przed przejściem jej przez
działanie bojowe; c) łatwiej mi
było odejść przed przeszło
rokiem, gdy Sbsk zakończyła
swoje istnienie, niż obecnie,
gdy Dsk jest gotowa do
działań".

Odpowiedź ta nie doszła już do
rąk gen. Sikorskiego.

Przez cały czas pobytu w
Kairze gen. Sikorski wykazywał
jak największą życzliwość dla
wszystkich naszych poczynań na
Bliskim Wschodzie. Cieszyło mnie
to ogromnie, gdyż byłem
przekonany, że dalsza nasza
współpraca będzie jak
najbardziej zgodna.
Niespodziewanie zachorowałem na
malarię. W przeddzień odlotu
gen. Sikorskiego musiałem się z
nim pożegnać, gdyż gorączka
dochodziła do 41/0 C. Nie mogłem
odprowadzić gen. Sikorskiego na
lotnisko. Gen. Sikorski tuż
przed wsiadaniem do samolotu
napisał do mnie na pożegnanie na
kartce wyrwanej z notatnika:

"3. 7. 43. Anders, Gen dyw.,
Dca armii. Życzę Panu Gen.
szybkiego powrotu do pełni sił i
jak najskuteczniejszej dla Pol.
Armii pracy. - Sikorski, gen.
broni".

Tego samego dnia wyleciałem z
powrotem do Kirkuku; byłem chory
i chciałem jak najprędzej wrócić
do wojska.

5 lipca 1943 zostaliśmy do
głębi poruszeni wiadomością o
tragedii w Gibraltarze. Całe
wojsko było przygnębione.
Osobiście odczułem śmierć
Naczelnego Wodza niezmiernie
silnie. Byłem przekonany, że
gen. Sikorski właśnie w tym
okresie wykazałby najdalej idącą
ostrożność wobec Rosji
Sowieckiej, a zdawałem sobie
doskonale sprawę, że żaden z
Polaków nie miał u sojuszników
takiego autorytetu, jak gen.
Sikorski. Wiedzieliśmy, że w
stosunku do gen. Sikorskiego
najwyżsi kierownicy Wielkiej
Brytanii i Stanów Zjednoczonych
zaciągnęli daleko idące
zobowiązania. Przypuszczam, że
gdyby nie katastrofa w
Gibraltarze, sprawa polska w
dalszym przebiegu wojny
kształtowałaby się inaczej.





Zmiany w Londynie





Choroba moja była ciężka i
trzymała mnie w łóżku. Z wielkim
żalem musiałem zrezygnować z
wyjazdu do Londynu na pogrzeb
Naczelnego Wodza. Wysłałem
delegację, która miała w imieniu
Armii Polskiej na Wschodzie
złożyć wieniec oraz przedstawić
Prezydentowi Raczkiewiczowi
przebieg ostatnich rozmów i
decyzji gen. Sikorskiego.

W obawie, by tragicznej
śmierci gen. Sikorskiego nie
wyzyskali prof. Kot i grupa
związanych z nim polityków, do
których nie mieliśmy zaufania
oraz by pozytywne osiągnięcia
ostatniej inspekcji Naczelnego
Wodza w Armii Polskiej na
Wschodzie nie poszły na marne,
przesłałem Prezydentowi obszerny
meldunek, w którym dałem wyraz
naszym poglądom na spodziewaną
rekonstrukcję rządu oraz depeszę
wyrażającą je w skrócie:

"Wobec powstałej sytuacji
melduję Panu Prezydentowi w
imieniu własnym i podległej mi
armii, że stoimy przy Nim
twardo, tak jak pisałem przez
płk. Wiśniowskiego. Mamy
najgłębszą wiarę, że w chwili,
gdy sprawy Polski stoją źle i
chodzi o być albo nie być naszej
Ojczyzny, znajdzie Pan Prezydent
siły, aby powołać do
kierownictwa sprawami Polski
ludzi dzielnych, uczciwych i
posiadających zaufanie narodu, a
odsunąć definitywnie tych,
którzy w tak ciężkich dla Polski
czasach mają na oku tylko
korzyści partyjne lub osobiste.
Wierzymy również, że nastąpi
nareszcie rozdział dowodzenia
wojskiem od kierownictwa
polityką, tak niezbędny dla
zdrowia i siły Armii. Melduję
jednocześnie, że aż do
zdecydowania tego inaczej przez
Pana Prezydenta będę wykonywał
wyłącznie tylko Jego rozkazy".

14 lipca dowiedzieliśmy się
przez radio o stworzeniu nowego
rządu z premierem Stanisławem
Mikołajczykiem na czele. Byłem
całkowicie zaskoczony i
zaniepokojony składem rządu.
Nazwiska Mikołajczyka, Jana
Stańczyka i LUdwika Grosfelda, a
przede wszystkim prof. Kota nie
wzbudzały zaufania. Natomiast z
wielką ulgą przyjęliśmy
mianowanie Naczelnym Wodzem gen.
broni, Kazimierza Sosnkowskiego.
Romer został ministrem spraw
zagranicznych, na jego miejsce
na ministra stanu do spraw
Bliskiego Wschodu wyznaczono
Henryka Strasburgera. Delegacja
armii po powrocie z pogrzebu
gen. Sikorskiego poinformowała
nas, że także na Polakach w
Wielkiej Brytanii skład nowego
rządu wywarł złe wrażenie.

W odpowiedzi na moje pismo i
depeszę otrzymałem od Prezydenta
następujący list z 26 lipca:

"Drogi Generale, korzystam z
okazji, by podziękować Panu za
wypowiedziane myśli i nadesłane
mi serdeczne słowa. Zbliżenie
się dowodzonej przez Pana Armii
do terenów działań wojennych
przyśpiesza chwilę, gdy stanie
ona do walki o wolność i całość
Ojczyzny i na ręce Pana Generała
składam dla niej życzenia, by
jak najprędzej umęczony Kraj
mógł znowu ujrzeć na swej ziemi
okrytych laurami zwycięstwa
swych obrońców. Niech przesłana
Panu dla Armii naszej na Bliskim
Wschodzie fotografia moja będzie
dowodem, że najlepsze myśli moje
towarzyszą i zawsze towarzyszyć
będą żołnierzowi w jego ciężkich
trudach i bojach. Uścisk dłoni
przyjazny".

Według zalecenia lekarzy
musiałem wskutek wyczerpania
atakami wyjechać na kilka
tygodni w góry. Na odpoczynek
wybrałem miejscowość Brumanna.
Powróciłem tam szybko do
zdrowia.





Wojsko gotowe





W czasie mojego pobytu w
Brumanna zaszły duże zmiany na
naczelnych stanowiskach w
Polskich Siłach Zbrojnych. Gen.
Kopański został szefem sztabu
Naczelnego Wodza, jako następca
zabitego wraz z gen Sikorskim
gen. Klimeckiego. Moim zastępcą
na stanowisku dowódcy Korpusu -
gen Bohusz_szyszko, szefem
sztabu Korpusu - płk Wiśniowski,
który od Moskwy był jednym z
moich najbliższych
współpracowników. Dowódcą 3.
dywizji - gen. Bronisław Duch,
który dowodził poprzednio 1.
Dywizją Grenadierów we Francji.
Dowódcą 5. dywizji - płk Sulik,
mój były współtowarzysz w celi
na Łubiance. Na moją prośbę
Naczelny Wódz odwołał gen.
Paszkiewicza do Anglii. Na jego
miejsce dowódcą brygady czołgów
został gen. Rakowski.

Wojsko ćwiczyło się nadal i
pomimo trudności klimatycznych
robiło duże postępy w
wyszkoleniu. Rozpoczęta w
październiku 1942 ofensywa 8.
Armii pod El Alamein
doprowadziła w maju 1943 do
całkowitego wyparcia Niemców z
Afryki. W czerwcu skapitulowała
atakowana z powietrza
Pantelleria. W lipcu oddziały
amerykańskie i brytyjskie
wylądowały na Sycylii.

Znając gotowość bojową Korpusu
i biorąc pod uwagę położenie
polityczno_wojskowe nie byłem
zaskoczony pismem gen. Wilsona z
22 lipca 1943, w którym m.in.
donosił:

"Obecnie, gdy przesunięcie
Armii Polskiej na Bliski Wschód
zostało ostatecznie zdecydowane,
korzystam z okazji, by zapewnić
pana, jak ogromnie się cieszę,
że wasze doskonałe wojsko będę
miał ponownie pod swoim
dowództwem. Przesunięcie to jest
oczywiście niezbędnym wstępem do
operacyjnego zadania... Dokładny
rodzaj tego zadania musi być
jeszcze ustalony. W każdym razie
zapewniłem władze wojskowe w
Anglii, że według mej oceny
Korpus będzie w zupełności
gotowy do każdego zadania
operacyjnego po 1 stycznia
1944..."

W związku z tą decyzją dywizje
przechodziły kolejno
przeszkolenie w górzystych
miejscowościach Syrii. Korpus
wszedł pod dowództwo 9. Armii i
rozpoczął przemarsz do
Palestyny. Dowódcy 9. Armii gen.
Holmesowi zawdzięczam wiele
cennych wskazówek w ostatecznym
doszkoleniu Korpusu. Dowództwo
Korpusu stanęło pod Gazą w tzw.
Kilo 89. Był to jeden z wielu
obozów wojskowych, które
pokrywały cały Bliski Wschód.
Baraki, namioty, piasek.

We wrześniu odbyły się wielkie
manewry całego Korpusu.
"Zdobywaliśmy" wówczas górę
Synaj, Nazaret i wiele innych
miejscowości, tak dobrze znanych
z Pisma św. Manewry te,
prowadzone przez gen. Holmesa w
obecności gen. Wilsona wykazały,
że 2. Korpus Polski jest w
zupełnej gotowości do walki z
Niemcami.

Po przyjeździe do Palestyny
poznałem wysokiego komisarza
Palestyny i Transjordanii Mac
Michaela i byłem kilkakrotnie
jego gościem.

W Palestynie zaczęły się
tłumne dezercje żołnierzy
żydowskiego pochodzenia,
zaagitowanych przez organizacje
żydowskie. Ponad 3000 Żydów
opuściło szeregi korpusu. Około
1000 pozostało i brało udział w
późniejszych walkach. Dezercje
tak wielkiej ilości Żydów,
częściowo dobrze wyszkolonych,
spowodowały znaczne luki w
oddziałach. Nie zezwoliłem na
poszukiwanie dezerterów i ani
jeden dezerter nie został przez
nas aresztowany. Postanowiłem
nie stosować wobec mniejszości
narodowych ściśle ustawy o
powszechnym obowiązku służby
wojskowej dla wszystkich
obywateli polskich poza Krajem.
Nie chciałem mieć pod dowództwem
żołnierzy, którzy bić się nie
chcą. Uprzedziłem władze
brytyjskie, że mogą mieć
trudności z tak wielką liczbą
dezerterów żydowskich. Nie
omyliłem się, gdyż o ile mi
wiadomo, na czele akcji
terrorystycznej w Palestynie
stał dezerter z 2. Korpusu,
kapral 5. Dywizji Piechoty,
Begin. Po zajęciu Sycylii w
połowie sierpnia 1943 wojska
brytyjskie i amerykańskie
lądowały na kontynencie Europy
we Włoszech w czwartą rocznicę
przystąpienia Wielkiej Brytanii
do wojny, tj. 3 września 1943.
Bezpośrednio potem nastąpiła
kapitulacja Włoch, lądowanie w
Salerno i zajęcie Neapolu 30
września przez wojska 5. Armii
Amerykańskiej. Po zakończeniu
manewrów w Palestynie odbyłem
naradę z gen. Holmesem, który
oświadczył mi, że zapadła
decyzja wysłania 3. Dywizji
Strzelców Karpackich
niezwłocznie do Włoch. Zająłem
stanowisko, że Korpus jest zbyt
mały, by go rozdrabniać.
Zrobiłoby to najgorsze wrażenie
na wojsku, gdyby częściami, a
nie całe weszło do boju. Gen.
Holmes zgodził się z tym
stanowiskiem. Do Włoch wysłano
4. Dywizję Hinduską.





Generał Sosnkowski

w Drugim Korpusie





Z Londynu dochodziły
wiadomości o zatargu między
rządem premiera Mikołajczyka a
gen. Sosnkowskim. Premier
Mikołajczyk w swoim projekcie
zmiany dekretu o organizacji
naczelnych władz wojskowych w
czasie wojny z 27 maja 1942
dążył w rzeczywistości do
zniesienia stanowiska Naczelnego
Wodza, czy też do odebrania mu
najistotniejszych uprawnień.
Gen. Sosnkowski w swoim piśmie z
8 września do premiera odrzucił
propozycję zmiany dekretu.
Jednak sprawa ta nie została
ostatecznie załatwiona i
niejednokrotnie w różnej formie
była wznawiana.

12 lipca 1943 gen. Sosnkowski
przyleciał do Kairu. Przyjazd
jego opóźnił się znacznie
wskutek zmiany pocczątkowego
programu i narad w Algierze z
gen. Eisenhowerem i z gen.
Alexandrem w dniach od 6 do 10
listopada. Jadąc ze mną z
lotniska, gen. Sosnkowski
powiadomił mnie o możliwości
reorganizacji Korpusu. Zmiany
miały iść w kierunku stworzenia
jednej dywizji piechoty i
jednostki pancernej w sile
najwyżej dywizji.

13 listopada 1943 odbyła się
narada, w której ze strony
brytyjskiej brali udział gen.
Wilson i gen. Beaumont_nesbitt,
ze strony polskiej Naczelny
Wódz, ja i ppłk Bobiński. Już w
czasie tej pierwszej rozmowy
gen. Wilson przeciwstawił się
reorganizacji Korpusu,
oświadczył nadto, że jest
przeciwny wysłaniu z Korpusu
kilku tysięcy ludzi do lotnictwa
w Anglii, gdyż jego zdaniem
utrudniłoby to przyszłe
działania Korpusu.

Po przybyciu do Kilo 89, gen.
Sosnkowski zwołał odprawę
starszych oficerów, na której
poruszył sprawę reorganizacji
Korpusu, tak jak mi o tym
poprzednio wspomniał.

Byłem temu przeciwny dla
następująych powodów:

1) Korpus powinien składać
się najmniej z dwóch dywizji
piechoty;

2) Korpus, w którego skład
wchodzi tylko jedna dywizja
piechoty, nie otrzyma nigdy
samodzielnego zadania;

3) organizacja dywizji
pancernej wymaga przynajmniej
kilkumiesięcznego dalszego
szkolenia, co nie pozwoliłoby
Korpusowi wejść do walki jako
całość.

4) Korpus jest jednostką już
zorganizowaną i, jak wykazały
ostatnie manewry, przeszkoloną.
Niezależnie od tej sprawy
wypowiedziałem się przeciwko
oddaniu dalszych kilku tysięcy
ludzi z Korpusu do Wielkiej
Brytanii, gdyż osłabiłoby to
Korpus w przededniu wejścia do
akcji.

Plan mój był prosty. Uważałem,
że Korpus powinien wejść do
walki z Niemcami jak najszybciej
i w jak największej sile. Będzie
to najlepsza odpowiedź na
propagandę sowiecką, głoszącą,
iż Polacy nie chcieli się bić z
Niemcami i że dlatego wyszli z
Rosji. Byłoby to zarazem
najsilniejszym podkreśleniem
woli dalszej walki Polaków u
boku sojuszników. Korpus był
liczebnie największą jednostką
Polskich Sił Zbrojnych.

Po długiej dyskusji gen.
Sosnkowski zgodził się z tym
poglądem i napisał 17 listopada
list w tym duchu do gen.
Wilsona. Z listem tym wyleciałem
do Kairu celem bezpośrednich
rozmów. Na naradzie, która
odbyła się tego samego dnia,
gen. Wilson tak sformułował
swoje stanowisko:

- Po naradzie z gen.
Sosnkowskim 13 listopada 1943,
mając wrażenie, że gen.
Alexander proponował
reorganizację Korpusu Polskiego,
wysłałem od siebie depeszę do
War Office i do szefa sztabu
imperialnego, że wojsko polskie,
w pełni przygotowane do walki,
ożywione jest najlepszym duchem
i że nie wolno tych atutów
zmarnować przez opóźnianie
wymarszu. Nowa reorganizacja
podważyłaby ducha...

W dalszym ciągu oświadczył, że
organizacja dywizji pancernej
trwałaby około pięciu miesięcy.
Przyjął do wiadomości zmianę
decyzji Naczelnego Wodza w
sprawie wyjazdu kilku tysięcy
żołnierzy do Wielkiej Brytanii.

Towarzyszyłem gen.
Sosnkowskiemu przy inspekcji
oddziałów Korpusu. Wyraził on
najwyższe uznanie dla wojska.
Podkreślił je w depeszy do
Prezydenta, na którą dostał
odpowiedź treści następującej:

"Morale i bojowa gotowość
Armii Polskiej na Wschodzie, o
której Pan Generał mi donosi,
budzi we mnie uczucie szczerej
radości. Proszę o przekazanie
Apw przed odjazdem mych
najgorętszych życzeń na
oczekujący ją okres walk
prowadzonych do ostatecznego, da
Bóg, już niedalekiego
zwycięstwa".

7 grudnia 1943 odbyło się
ponowne spotkanie gen.
Sosnkowskiego z gen. Wilsonem;
nie było już mowy o
reorganizacji Korpusu i
skasowaniu jednej dywizji
piechoty, natomiast ustalono
daty przejazdu Korpusu z
Bliskiego Wschodu do Włoch. Jako
pierwsza miała się załadować 3.
Dywizja Strzelców Karpackich 15
grudnia 1943, następnie od 15
stycznia 1944 jednostki
pozadywizyjne i 5. Kresowa
Dywizja Piechoty, wreszcie w
końcu lutego 1944 Brygada
Czołgów.

W tym czasie odbywały się w
Kairze konferencje Churchilla po
jego powrocie z Teheranu. Gen.
Sosnkowski i ja byliśmy u gen.
Alana Brooke'a. Żadnych
zasadniczych rozmów nie
przeprowadzono.

Na zakończenie pobytu
towarzyszyłem gen. Sosnkowskiemu
do Aleksandrii, gdzie
odwiedziliśmy stojące w porcie
kontrtorpedowce polskie
"Krakowiak" i "Kujawiak". 12
grudnia gen. Sosnkowski odleciał
do Londynu.





Do Włoch!





Szybko rozpoczęły się
przygotowania do wyjazdu do
Włoch. Uzyskałem zgodę na
wysłanie tam grupy oficerów,
celem zaznajomienia się z
warunkami. Wojsko przechodziło
do Egiptu. Sztab Korpusu
umieszczono w Qassasin.

Święta Bożego Narodzenia
spędziłem jeszcze w Palestynie.
Tysiące żołnierzy było wraz ze
mną na pasterce w Betlejem.
Przed wyjazdem odwiedziłem
szkoły junaków i junaczek, które
pozostawały na czas walk Korpusu
na Bliskim Wschodzie. Nowy rok
zastał nas już w Egipcie w
obozie Qassasin.

W połowie grudnia odpłynęła do
Włoch 3. Dywizja Strzelców
Karpackich. Część oddziałów
płynęła na polskim statku
"Batory". W konwoju były polskie
kontrtorpedowce i łodzie
podwodne.

Z frontu włoskiego nadeszły w
drugiej połowie stycznia
wiadomości o silnym oporze
niemieckim, na który natrafiła
5. Armia Amerykańska koło
Cassino. 22 stycznia 1944
sojusznicy wylądowali koło Anzio
i Nettuno.

Głównodowodzącym
śródziemnomorskiego terenu
operacyjnego był gen. Wilson;
podlegał mu front włoski pod
dowództwem gen. Alexandra z 5.
Armią Amerykańską gen. Clarka i
8. Armią Brytyjską gen. Leese,
dalej wojska na Bliskim
Wschodzie pod dowództwem gen.
Pageta, wreszcie wojska w Afryce
Południowej pod dowództwem gen.
Gale'a.

30 stycznia 1944 wyleciałem z
Kairu do Algieru, aby przed
przybyciem do Włoch omówić
szereg spraw z gen. Wilsonem.
Jak zawsze tak i tym razem gen.
Wilson najprzychylniej odniósł
się do moich projektów. Był to
dowódca wybitny nie tylko
umysłem, lecz także charakterem.
Kiedy nie mogłem uzgodnić
szeregu spraw z jego szefem
sztabu, gen. Wilson uciął krótko
przedstawiane mu trudności:
"Moja wola i mój rozkaz". Przede
wszystkim troszczył się on o
uzupełnienie Korpusu na wypadek
strat w walkach. Odpowiedziałem
mu, że uzupełnienia dla nas
napłyną z frontu. Nie mamy za
sobą kraju, który by mógł dawać
rezerwy, ale wiemy, że wszyscy
Polacy - zwłaszcza wcieleni
przymusowo do armii niemieckiej
- będą dążyli do naszych
szeregów na pierwszą wieść, że
wojsko polskie walczy na
kontynencie. Gen. Wilson zgodził
się na stworzenie odrębnych
obozów dla tych Polaków, którzy
wzięci do niewoli z oddziałami
niemieckimi, po przesegregowaniu
przez nas, zechcą ochotniczo
wstąpić do wojska polskiego.
Pomimo całej życzliwości gen.
Wilsona wyczuwałem, że nie
bardzo wierzy, aby znaczne
uzupełnienia mogły w ten sposób
dołączyć do Korpusu, gdyż tego
niezwykłego stanu rzeczy nie
mógł zrozumieć tak jak my
rozumieliśmy niezawodnie. Na
zakończenie gen. Wilson podał mi
do wiadomości, że Korpus wejdzie
w skład 8. Armii Brytyjskiej.

W Algierze zetknąłem się po
raz pierwszy z oddziałami
amerykańskimi. Podziwiałem nie
tylko wspaniały wygląd fizyczny
żołnierzy, ale także najwyższej
jakości umundurowanie i
ekwipunek.

6 lutego odleciałem do Włoch.

Okres pobytu na Bliskim
Wschodzie został wyzyskany jak
najbardziej wydajnie dla
wyszkolenia i zorganizowania
Korpusu, który powstał z ludzi
wydobytych w stanie opłakanym z
kaźni rosyjskich. Wyszliśmy
zwycięsko z walki z malarią.
Ciężkie warunki klimatyczne nie
odbiły się zbyt ujemnie na
kondycji fizycznej żołnierza.
Wojsko było odkarmione, dość
dobrze wyszkolone, dyscyplina
stała na wysokim poziomie,
ponadto żołnierz pragnął walki.
Czuł instynktownie, że oczy
wszystkich Polaków na świecie, a
przede wszystkim w Kraju, są na
niego zwrócone. Mieliśmy się bić
po raz pierwszy na obczyźnie, w
składzie wielkiej jednostki o
znaczeniu operacyjnym.

Przygniatało nas wszystkich
ciężkie położenie polityczne.
Terror niemiecki w Polsce szalał
coraz gwałtowniej w miarę
odchodzenia Niemców na zachód.
Bolszewicy wkroczyli w granice
Polski i posuwali się w kierunku
Lwowa i Wilna. Prasa i radio,
jak i urzędowe oświadczenia
sowieckie nie pozostawiały
żadnych złudzeń, iż Sowiety
uważają za swoje te tereny
polskie, które im przypadły w
sojuszu z Niemcami w r. 1939.
Nie było oczywiście mowy o linii
Ribbentrop_mołotow, natomiast
powrócono do określenia tej
samej prawie linii z czasów
wojny polsko_sowieckiej r. 1920
mylną nazwą tzw. linii Curzona.
Zdawaliśmy sobie wszyscy sprawę
z nowego nieszczęścia, które
spotyka Polskę. Pamiętaliśmy
postępowanie bolszewików i NKWD
na tych ziemiach w latach
1939_#1941. Postanowienia,
zapadłe w Teheranie w grudniu
1943 nie były wtedy jeszcze
ujawnione. Ale wytworzył się
nastrój obaw, że porozumienie
czymś okupiono. Niepokój
wzbudziła wiadomość, że
Prezydent Roosevelt nie mieszkał
podczas konferencji teherańskiej
w ambasadzie amerykańskiej, lecz
w ambasadzie sowieckiej wraz ze
Stalinem.

Zdawałem sobie już wtedy
sprawę, że akcja przez Bałkany,
o której stale myślałem, została
zaniechana, gdyż nie było widać
żadnych przygotowań w tym
kierunku; przeciwnie,
wyczuwałem, że właściwa
koncentracja wysiłku zbrojnego
odbywała się na terenie Wielkiej
Brytanii. Kierunek na Bałkany
nie tylko wydawał się
najkorzystniejszy w wojnie z
Niemcami, ale można było w ten
sposób przeszkodzić Rosji w
zagarnięciu państw Europy
Środkowowschodniej, a przede
wszystkim bałkańskich. Nie
wiadomo mi dlaczego zaniechano
tego kierunku, ale jestem
przekonany, że dużą rolę musiała
tu odegrać wola Stalina, który
doskonale zdawał sobie sprawę,
jakie znaczenie mogłoby to mieć
na dalszą metę. Jasne było dla
mnie, że sojusznikom chodziło o
szybkie zakończenie wojny z
Niemcami i że żyli ciągle w
obawie, że Rosja może zawrzeć z
Niemcami osobny pokój. Możliwe,
że obawiano się także
zastosowania zapowiadanej przez
Niemców "tajnej broni", użytej
później w postaci V_#1 i V_#2
przeciw Anglii.

Zrobiłem wszystko co możliwe,
by umocnić w żołnierzach wiarę w
sojuszników. Wierzyłem, że
wkroczenie Rosji Sowieckiej na
tereny polskie jest przejściowe.
Uważałem, że Stany Zjednoczone i
Wielka Brytania po wygraniu
wojny nigdy nie pozwolą na nowy
rozbiór Polski, która pierwsza
chwyciła za broń w obronie
wolności, sprawiedliwości i
demokracji. Nie wierzyłem, aby
nasi sojusznicy pozwolili na
oddanie Polski pod władzę Rosji
Sowieckiej, która wspomagała
Hitlera aż do czasu, kiedy na
nią uderzył. Rosja Sowiecka
znalazła się w obozie
sojuszniczym, ratując się przed
napaścią niemiecką. Polska
wzięła na siebie pierwsze
uderzenie Niemców, miała ścisły
sojusz z Wielką Brytanią i
Francją i niewątpliwie swoją
klęską wojskową przeciw niemal
wszystkim siłom Niemiec okupiła
możność przygotowania obrony
przez sojuszników zachodnich.
Uważałem, że musimy zdobyć się
na największy wysiłek, aby
przyspieszyć ostateczne
zwycięstwo nad Niemcami.
Żołnierz miał do mnie zaufanie.
Dodawało mi to bodźca do
przezwyciężania trudności, które
nas czekały.





Walki

Drugiego Korpusu Polskiego

we Włoszech







Pierwsze rozmowy





6 lutego 1944 ląduję w
Neapolu.

Jestem we Włoszech. Dowodzę
Korpusem w sile blisko 50.000
ludzi. Ziemia ta nie jest obca
naszemu wojsku. Historia się
powtarza. Wszak stąd wyruszył
Dąbrowski na czele legionów w
marszu do Polski. Tutaj już raz,
przed 150 laty, w okresie wojen
napoleońskich, bił się nasz
żołnierz o wolność Polski. Tutaj
powstała pieśń żołnierska
"Marsz, marsz, Dąbrowski, z
ziemi włoskiej do Polski",
późniejszy hymn narodowy
"Jeszcze Polska nie zginęła".

Słoneczna Italia przywitała
mnie chłodem, deszczem i
śniegiem. Neapol wywarł na mnie
przygnębiające wrażenie. Na
każdym kroku ślady bombardowań.
Ruiny domów szczególnie w
dzielnicy portowej. Głód i nędza
ludności. Gromady żebrzących
dzieci.

Po dwu dniach udałem się
samolotem do Bari, a stamtąd
samochodem do Mottoli. Do rejonu
tego przybywały oddziały Korpusu
z Egiptu, wyładowywane w porcie
Taranto. 3. Dywizja Strzelców
Karpackich została już
przesunięta na front nad rzekę
Sangro. Oddziały 5. Kresowej
Dywizji Piechoty zaczęły się
wyładowywać w porcie. Sztab
Korpusu zastałem w Mottoli. 10
lutego wyjechałem do Vasto, by
zameldować się u dowódcy 8.
Armii gen. Leese, który w
kampanii afrykańskiej dowodził
30. Korpusem. Przed przybyciem
wojsk polskich do Włoch odszedł
gen. Montgomery, zwycięski
dowódca 8. Armii, powołany do
Wielkiej Brytanii. Zła pogoda,
zniszczenia na drogach oraz
wielki ruch kolumn wojskowych
opóźniały podróż. Dotarłem do
gen. Leese dopiero 11 lutego w
Agnone. Tam po raz pierwszy
zobaczyłem tzw. karawan. Jest to
duży samochód, w którym
urządzono mały pokoik. Tapczan
do spania, stolik do pracy,
sztalugi do map, szafa na
ubranie, umywalka stanowiły całe
urządzenie. Niebawem
przydzielono mi podobny karawan;
służył mi za mieszkanie przez
cały okres walk we Włoszech.

Rozmowa moja z gen. Leese,
którego dopiero tam poznałem,
dotyczyła przede wszystkim spraw
organizacyjnych, rozmieszczenia
i gotowości Korpusu.
Przedstawiłem rezultaty
ostatnich moich rozmów z gen.
Wilsonem w Algierze. Niestety,
musiałem poruszyć jak zwykle
drażliwe, ale nieuniknione
sprawy polityczne na tle
stosunków polsko_sowieckich.
Chodziło mi o stanowisko gazety
polowej "8th Army News", która,
jak zresztą ogromna większość
prasy sojuszniczej w tym
okresie, podawała fałszywe
wiadomości antypolskie i w ogóle
reprezentowała, zapewne z dobrą
wiarą, ale na pewno z mniej
dobrych źródeł, sowiecki punkt
widzenia. Podniosłem, że
żołnierz 2. Korpusu,
rozpoczynając walkę, nie może w
piśmie armii, w której szeregach
walczy, czytać twierdzeń i ocen
odczuwanych jako oszczerstwo pod
swoim adresem. Oświetliłem gen.
Leese szczególną sytuację 2.
Korpusu, złożonego w
przeważającej części z
żołnierzy, którzy wyszli z Rosji
Sowieckiej. Gen. Leese przyjął
moje uwagi do wiadomości, ale
nie odczuwał jeszcze wówczas
tragicznego położenia żołnierza
polskiego. Świadczy o tym
depesza, która w parę dni
później nadeszła od niego:

"...Od czasu naszego
ostatniego spotkania w Agnone
przemyślałem dokładnie
zapatrywania, które Pan Generał
w czasie tego spotkania wyraził
na temat obecnych zagadnień
polskich. Muszę jako dowódca
armii wytknąć Panu Generałowi
jego stanowisko i wskazać, że
niepożądane jest, aby dowódca
Korpusu wypowiadał publicznie,
zwłaszcza dzisiaj, jakiekolwiek
poglądy na rozgrywające się
wydarzenia polityczne".

Dopiero z biegiem czasu, po
bliższym poznaniu i w
braterstwie broni te pierwsze
zadrażnienia całkowicie się
zatarły.

Na zakończenie rozmowy gen.
Leese przedstawił mi na tle
ogólnej sytuacji operacyjnej
frontu włoskiego zadania 8.
Armii. Nie były one łatwe. Wtedy
padła po raz pierwszy z ust
bezpośredniego mego przełożonego
w dowództwie nazwa miejscowości
Cassino jako najtrudniejszej
przeszkody w pochodzie. Nie
przypuszczałem wówczas, że nazwa
ta w przyszłości tak ściśle
będzie związana z działaniami 2.
Korpusu.

Jaki był stan rzeczy wojskowy?

Celem działań wojsk
sprzymierzonych na froncie
włoskim było zdobycie Rzymu.
Warunki terenowe wybitnie
sprzyjały obronie niemieckiej.
Nieliczne szlaki komunikacyjne z
południa do Rzymu prowadzą przez
teren o charakterze górskim, w
dużej części wysokogórskim,
szczególnie na północ od rzeki
Sangro. Jedyny wydajny kierunek
operacyjny w dolinie rzeki Liri
był zamknięty przez silnie
umocniony bastion Monte Cassino.
Sojusznicze dowództwo frontu
włoskiego skierowało od początku
stycznia 1944 główny wysiłek w
tym kierunku natarcia.

Stosunek sił sojuszniczych do
niemieckich na froncie włoskim
był w owym czasie prawie
wyrównany jeżeli chodzi o
dywizje: 24 sojusznicze na 23
"osi". Przewaga sprzymierzonych
ujawniała się w artylerii i
czołgach, a przede wszystkim w
lotnictwie. Dywizje niemieckie
były etatowo mniejsze od
sprzymierzonych. Ale za to
Niemcy, będąc w obronie, mieli
do rozporządzenia wspaniale
nadający się do tego teren,
który umacniali według wszelkich
zasad nowoczesnej sztuki
wojennej. Przeprowadzali także
niszczenie dróg i przepraw na
niespotykaną dotąd skalę. Mieli
ogromne ilości min
najróżniejszego rodzaju, co
utrudniało i opóźniało działania
nawet poszczególnych patroli.

Pierwsze próby przełamania
niemieckiej linii obronnej nie
dały poważniejszych wyników.
Styczniowe natarcie 2. Korpusu
Amerykańskiego w rejonie Cassino
i prawie jednoczesne lądowanie w
rejonie Anzio_Nettuno,
jakkolwiek początkowo uwieńczone
powodzeniem, nie osiągnęły
zamierzonego celu operacyjnego -
otwarcia drogi do Rzymu.

Zarówno te działania jak
ponawiane później natarcia w
rejonie Cassino wiązały
większość sił niemieckich na
zachodnim skrzydle frontu. Z 14.
wielkich jednostek niemieckich,
które były w bezpośredniej
styczności z oddziałami
sprzymierzonych, tylko dwie
broniły frontu od Ortona do
Alfedena (linia rzeki Sangro) na
przestrzeni około 57km, gdy
reszta, tj. 12 wielkich
jednostek, działała na
południowo_zachodnim odcinku
frontu długości ok. 607km i na
przyczółku Anzio. Po stronie
sprzymierzonych operowały dwie
armie: 5. Armia Amerykańska w
zachodniej i 8. Armia Brytyjska
we wschodniej części półwyspu.

Front 8. Armii obejmował
odcinek od Morza Adriatyckiego
na południe od Ortona poprzez
Lanciano, Cassoli i dalej wzdłuż
rzeki Sangro do źródeł rzeki
Rapido. W początkach lutego
front ten obsadzały: w pasie
nadbrzeżnym nad Adriatykiem
jednostki 1. Korpusu
Kanadyjskiego, a mianowicie 1.
Kanadyjska Dywizja Piechoty, 8.
Dywizja Hinduska, 2. Brygada
Spadochronowa i 5. Kanadyjska
Dywizja Pancerna; na odcinku
górskim nad rzeką Sangro
jednostki 13. Korpusu
Brytyjskiego, 78. Dywizja
Piechoty i 1. Motorowa Grupa
Włoska. Punkt ciężkości działań
8. Armii leżał w obszarze
nadmorskim w rejonie
Orsogna_guardiagrelle.

Drugą podróż, znacznie
dłuższą, musiałem odbyć
samolotem i samochodem do
Caserty do dowództwa 15. grupy
armii na spotkanie z gen.
Alexandrem, dowódcą
sojuszniczych sił
śródziemnomorskich i z jego
szefem sztabu, gen. Hardingem.
Dowództwo mieściło się we
wspaniałym pałacu królewskim. Na
naradzie 13 lutego przedstawiłem
gen. Alexandrowi stan
przesunięcia Korpusu z Egiptu do
Włoch, przejęcie odcinka frontu,
opóźnienie w przybyciu sprzętu
spowodowane złą organizacją
transportów morskich. Potem
przeszedłem do najważniejszej
sprawy uzupełnień Korpusu. Była
to wielka troska wszystkich
dotychczasowych dowódców
brytyjskich z gen. Wilsonem na
czele. Korpus nie miał rezerw i
uzupełnień. Rozumowałem prosto:
uzupełnienia nadejdą do nas z
naprzeciwka, z frontu, gdyż
Polacy siłą zabrani do wojska
niemieckiego, będą korzystali z
każdej sposobności, by uciec do
nas albo się poddać. Na początku
prosiłem gen. Alexandra o
stworzenie obozów ochotników
spośród jeńców polskich lub
zbiegłych z szeregów armii
niemieckiej podczas
dotychczasowej kampanii
włoskiej. Wiedziałem, że tą
drogą uda się wybrać wielu
żołnierzy, którzy zasilą szeregi
początkowo dywizji zapasowej, a
po dokładnej segregacji i
przeszkoleniu zostaną wcieleni
do Korpusu. Gen. Alexander
zdecydował:

1) Polacy, jeńcy wojenni,
zostaną przeniesieni do
oddzielnych obozów;

2) przejdą badanie i ci, co
się nadają, zostaną odesłani do
7. Dywizji Zapasowej na Bliskim
Wschodzie;

3) tam też zostaną przesłani
wszyscy jeńcy polscy z Algieru;

4) po przesunięciu 7. Dywizji
Zapasowej do Włoch zapadnie
postanowienie o dalszym ich
użyciu.

Następnego dnia odwiedziłem w
Presencano gen. Marka Clarka,
dowódcę 5. Armii Amerykańskiej.
Gen. Mark Clark i szef jego
sztabu gen. Gruenther zajęci
byli wówczas akcją zmierzającą
do zdobycia rejonu Cassino.
Wracałem przez Neapol do
Mottoli, a stamtąd do
Vinchiaturo, nowego miejsca
postoju pierwszego rzutu sztabu
Korpusu. Komunikacja była
utrudniona z powodu wielkich
zamieci i opadów śnieżnych.





Cień Teheranu





A tymczasem wojska sowieckie
posuwały się w głąb Polski.
Treść i brzmienie oświadczeń
sowieckich nie pozostawiały
wątpliwości, że rząd sowiecki
uważa zajmowane tereny za swoje.
Prasa i radio sowieckie
rozpętały zakrojoną na szeroką
skalę propagandę w tym duchu.

Nie byliśmy tym zdziwieni,
gdyż wszystkie dotychczasowe
doświadczenia w stosunkach
polsko_sowieckich nakazywały
tego oczekiwać. Próby
przywrócenia polsko_sowieckich
stosunków dyplomatycznych
zostały rozbite przez Rosję
stawianiem warunków niemożliwych
do przyjęcia dla strony
polskiej, jak żądanie zmian w
rządzie polskim i uznania tzw.
linii Curzona jako wschodniej
granicy polskiej. Próby
pośrednictwa ze strony Stanów
Zjednoczonych zostały przez
Rosję odrzucone.

Natomiast zaniepokoiła nas
zmiana stanowiska naszych
sojuszników anglosaskich. W
prasie brytyjskiej i
amerykańskiej wszystkich odcieni
politycznych od początku 1944
zaczęły ukazywać się artykuły
zmierzające do nadwątlenia
niezłomnego stanowiska rządu
polskiego w Londynie w sprawie
wschodniej granicy Polski. Tzw.
linia Curzona znalazła nagle w
Wielkiej Brytanii i Stanach
Zjednoczonych szerokie rzesze
zwolenników, którzy uznali ją za
podstawę przyszłej granicy
polsko_sowieckiej. Drugie
żądanie sowieckie - zmiany
składu rządu polskiego w
Londynie na "przyjazny dla Rosji
Sowieckiej" - było na razie
przez prasę odrzucane. Natężenie
propagandy sowieckiej w
połączeniu ze stanowiskiem prasy
anglosaskiej nie wróżyło nic
dobrego. Skąpe wiadomości od
naszego rządu w Londynie w
połączeniu z dużym
zaniepokojeniem w Kraju zmusiły
mnie do zajęcia wyraźnej postawy
w imieniu Korpusu. Miałem
całkowite zaufanie do Naczelnego
Wodza gen. Sosnkowskiego i
znałem jego twarde stanowisko w
sprawie nienaruszalności granic
Rzeczypospolitej; 17 lutego 1944
przekazałem mu przez gen.
Bohusza_Szyszko następującą
opinię:

"Jeżeli chodzi o nasze granice
wschodnie, stanowisko nasze było
i jest najzupełniej zdecydowane:
nikt nie ma prawa handlować
honorem i godnością Polski...
Nikt lepiej od nas nie rozumie,
co znaczy najmniejsze ustępstwo
bolszewikom".

22 lutego 1944 Churchill na
posiedzeniu Izby Gmin wygłosił
wielkie przemówienie polityczne,
w którym sprawa Polski zajmowała
miejsce poczesne. Było to już
najbardziej urzędowe
potwierdzenie ustępstw na rzecz
Rosji Sowieckiej kosztem Polski.
Oto wyjątki:

"Los narodu polskiego zajmuje
naczelne miejsce w myślach i
polityce rządu i parlamentu
brytyjskiego. Z przyjemnością
usłyszałem od marszałka Stalina,
że i on uważa za niezbędne
stworzenie i utrzymanie silnej i
niepodległej Polski jako jednego
z czołowych mocarstw w
Europie... Nie gwarantowaliśmy
nigdy żadnej określonej linii
granicznej Polski. NIe
wyrażaliśmy zgody na okupację
Wilna przez Polskę w r. 1920,
brytyjskie poglądy w r. 1919
znalazły wyraz w tzw. linii
Curzona... Odczuwam głęboką
sympatię dla Polaków, ale mam
również zrozumienie dla
stanowiska Rosji. Oswobodzenie
Polski może być obecnie
osiągnięte przez armie rosyjskie
po poniesieniu przez nie
milionowych ofiar przy złamaniu
niemieckiej potęgi wojskowej.
Nie mam wrażenia, by żądania
Rosji zabezpieczenia jej granic
zachodnich wykraczały poza obręb
tego co jest rozsądne i
sprawiedliwe... Marszałek Stalin
i ja osiągnęliśmy zgodę, by
Polska uzyskała odszkodowanie
kosztem Niemiec, zarówno na
północy jak na zachodzie..."

Był to dla nas nowy cios. Mowa
Churchilla zawierała
oświadczenie groźne dla
najistotniejszych interesów
Polski. Po raz pierwszy znalazła
się wzmianka, że poglądy
brytyjskie na polską granicę
wschodnią reprezentowała tzw.
linia Curzona, która jednak w
rzeczywistości nigdy nie była
pojmowana jako linia graniczna,
lecz wysunięta była w r. 1919
jako tymczasowa linia zarządu
polskiego z wyraźnym
zastrzeżeniem praw polskich
dalej na wschód, a w r. 1920
jako linia zawieszenia broni.
Nie było o niej mowy, kiedy w r.
1939 Wielka Brytania zawierała
sojusz z Polską. Nie poruszano
tej sprawy, kiedy walczyliśmy
samotnie w tym samym roku 1939.
Nie kwestionowano naszych granic
wschodnich, kiedy w r. 1940
żołnierz polski bił się we
Francji a lotnik polski nad
Londynem. Wzmianka, że Wielka
Brytania nigdy nie gwarantowała
żadnej określonej linii
granicznej Polski, kłóciła się z
tą niechybną prawdą, że
polsko_brytyjski układ
sojuszniczy z 25 sierpnia 1939
zawarty był na podstawie granic
ówczesnych. Przemówienie
Churchilla wywołało
przygnębienie wśród żołnierzy,
tym silniejsze, że większa część
miała swoje rodziny i domy na
wschód od tej linii. Zwołałem
odprawę starszych dowódców.
Odczuwaliśmy głęboko krzywdę,
która nas spotkała. Pierwszy raz
zaufanie do Wielkiej Brytanii
zostało poderwane i zachwiane.

Jasne jednak było dla mnie, że
musimy walczyć dalej, gdyż bez
pobicia Niemców nie będzie
Polski. Wierzyliśmy, że mamy do
czynienia z polityką, która z
biegiem czasu ulegnie zmianie. W
tej myśli wydałem rozkaz do
żołnierzy Korpusu. Do gen.
Sosnkowskiego wysłałem 25 lutego
depeszę, w której m.in. pisałem:

"...Nikt z żołnierzy Apw nie
dopuszcza myśli o odstąpieniu
choć piędzi ziemi polskiej
bolszewikom... Będziemy się bili
z całym poświęceniem z Niemcami,
ale uważamy bolszewików za
takich samych wrogów... Gdyby
bolszewicy naprawdę zostali
zwycięzcami i weszli do Europy,
żadne gwarancje nam nie pomogą.
Polska na długi okres czasu
przestanie istnieć, a naród
ulegnie zniszczeniu..."

W przeddzień największych
wysiłków żołnierza polskiego
sami sojusznicy podcinali w nim
wiarę w rzetelność sojuszu.

W połowie lutego rozgorzały
zaciekłe walki w rejonie
Cassino. Była to druga ofensywa
wojsk nowozelandzkich i
hinduskich. Po ostrzeżeniu
sojuszniczym nastąpiło
bombardowanie lotnicze klasztoru
Benedyktynów na szczycie Monte
Cassino. Zniszczono budynki
klasztorne.

19 lutego w Vinchiaturo gen.
Leese, dowódca 8. Armii,
zawiadomił mnie, że użycie 2.
Korpusu w najbliższej
przyszłości zależne jest od
wyniku rozwijającej się obecnie
akcji w rejonie Cassino i że
dopiero w ciągu trzech tygodni
zapadnie ostateczna decyzja.

3 marca miałem możność
zwrócenia się w audycji radiowej
do rodaków w Polsce. Zdawałem
sobie sprawę, w jakich warunkach
będą odbierane te słowa, które
powiem. Wiedziałem, że rodacy w
Kraju potajemnie słuchając radia
narażają swe życie. Musiałem im
dodać otuchy do dalszej walki z
Niemcami, dlatego mówiłem:

"Dumni jesteśmy z chwały,
którą okrył się żołnierz polski
w nierównej walce w r. 1939,
kiedy w najcięższej chwili
otrzymał zdradziecki cios w
plecy. Dumni jesteśmy z naszych
lotników i marynarzy, którzy
jako sprzymierzeńcy Wielkiej
Brytanii bili się o Wyspy
Brytyjskie w krytycznych
chwilach r. 1940. Dumni jesteśmy
z postawy naszego żołnierza,
którego dzielność uznał cały
świat na polach Francji, w
fiordach Norwegii i piaskach
pustyni afrykańskiej. Ale przede
wszystkim z największą dumą i
wdzięcznością patrzymy na was,
na naród polski, który nie
złamał się i trwa mocno tyle lat
w obronie Polski.

W chwili gdy wojsko nasze
wstąpiło na stary szlak
dziejowy, kiedy Niemcy odczuwają
siłę naszego oręża, chcę was
zapewnić, że obowiązek nasz
żołnierski w walce o
niepodległość Polski spełnimy do
końca. Są wśród nas żołnierze
spod Tobruku i Gazali, żołnierze
spod Narviku, z pól Francji i
wreszcie ta ogromna większość,
która przeszła więzienia i obozy
karne na dalekiej północy.
Szliśmy przez tajgi i pustynie,
niszczeni przez mróz, choroby i
naszych wrogów.

Idziemy śladem legionów
Dąbrowskiego. Wiele mamy już
poza sobą i wiele goryczy może
nas jeszcze spotkać po drodze.
Będziemy się bili nieustępliwie
z Niemcami, bo wiemy wszyscy, że
bez pobicia Niemców nie będzie
Polski.

Nie dopuszczamy myśli, ażeby
jakikolwiek wróg mógł nam zabrać
choćby drobną część ziemi
polskiej.

Wierzymy, że nasi wielcy
sprzymierzeńcy i przyjaciele -
Wielka Brytania i Stany
Zjednoczone - których armie
walczą obok nas ramię przy
ramieniu, pomogą nam do
powstania Polski naprawdę wolnej
i niepodległej, japrawdę silnej
i wielkiej, mogącej dać
szczęście zbroczonemu dziś krwią
narodowi polskiemu.

Niech płynie do was poprzez
góry, rzeki i lasy nasz
żołnierski śpiew: "Jeszcze
Polska nie zginęła".

A Korpus właśnie wchodził w
ogień walk.





Działania nad rzeką Sangro





Pierwsze patrole na froncie,
pierwsze potyczki. Żołnierz
polski poznaje swoich towarzyszy
broni, żołnierzy brytyjskich,
amerykańskich, francuskich.
Przyjaźń na polu walki w obliczu
wroga rodzi się bardzo szybko,
jest trwała i serdeczna.
Powstaje na wszystkich
szczeblach od szeregowca do
dowódcy. Wspólnie przelana krew
wytwarza najsilniejsze więzy.

Koncentracja Korpusu na
terenie Włoch przeciągała się
przez czas dłuższy i jednostki
jego wkraczały na front w miarę
przybywania transportów.

W drugiej połowie stycznia
1944 we Włoszech znajdowała się
3. Dywizja Strzelców Karpackich
w rejonie Barletty oraz
większość oddziałów
pozadywizyjnych w rejonie
Mottola_taranto. Dowódca 8.
Armii wprowadził 3. Dywizję
Strzelców Karpackich na odcinek
obronny czasowo w ramach 13.
Korpusu Brytyjskiego. Od 13
lutego dowodzenie na tym odcinku
objął Korpus Polski. Odcinek 2.
Korpusu leżał na styku frontu 8.
i 5. Armii. Zadanie Korpusu było
następujące: zapewnienie
nierozerwalności frontu,
zabezpieczenie komunikacji
pomiędzy obu armiami, utrzymanie
linii wzgórz od Monte Curvale
poprzez Monte Caprara do Colle
Lettica, główny ciężar obrony po
obu stronach drogi
Isernia_alfedena. Już 25
stycznia dowódca 8. Armii
powierzył dywizji zadanie
zluzowania 78. Dywizji Piechoty
Brytyjskiej; luzowanie
przeciągnęło się znacznie dłużej
z powodu zasp śnieżnych, które
uniemożliwiły wszelki ruch
pojazdów mechanicznych na
drogach górskich i zakończyło
się dopiero 25 lutego.

5. Kresowa Dywizja Piechoty
zakończyła wyładowywać się 15
marca, lecz już na dwa dni
przedtem otrzymała rozkaz
zluzowania 2. Dywizji
Marokańskiej Korpusu
Francuskiego na odcinku od
Castel San Vincenzo po wzgórze
850 nad rzeką Rapido. Grupa
artylerii Korpusu miała zająć
miejsce trzech dywizjonów 13.
Brygady artylerii Amerykańskiej.
Jednocześnie 1. Włoska Grupa
Motorowa przeszła pod rozkazy 5.
Kresowej Dywizji Piechoty.
Zadanie Korpusu z chwilą wejścia
5. Dywizji na odcinek
sprowadzało się do osłony
skrzydeł, bliskich tyłów i
komunikacji 8. Armii na odcinku
około 607km.

Pas obrony Korpusu podzielono
na dwie części.

1) Odcinek północny zajmowała
3. Dywizja, wzmocniona 15.
Pułkiem Ułanów i dywizjonem
artylerii ciężkiej, z zadaniem
obrony na rzece Sangro od San
Angelo po Castel San Vincenzo.

2) Odcinek
południowo_zachodni powierzono
5. Dywizji, wzmocnionej przez 1.
Włoską Grupę Motorową, z
zadaniem obrony od Castel San
Vincenzo przez
południowo_wschodnie stoki
skupienia górskiego Monte
Marrone_Monte Mare do źródeł
rzeki Rapido.

Rdzeniem obrony miał być
grzbiet Monte Passero_Monte
Casala i dalej na wschód La
Falconara. Odwód Korpusu
stanowiły dwie brygady piechoty
i Karpacki Pułk Ułanów.

Pobyt 2. Korpusu nad rzeką
Sangro, w terenie górskim w
zimie, był dla naszego żołnierza
w dużej mierze okresem zaprawy.
Działalność bojowa polegała na
patrolowaniu i wypadach, nieraz
kilkudniowych, wystawiających na
próbę wytrzymałość żołnierza.
Dużą częÍść wysiłku poświęcono
pracy nad umocnieniami i
oczyszczaniem dróg. Zadymki
śnieżne, przeplatane pluchami i
mrozami, utrudniały komunikację
i często odcinały niektóre
ośrodki czy punkty oporu od
zaopatrzenia. Miarą siły opadów
śnieżnych nawet tam w
południowych Włoszech, ale w
górach, może być fakt zasypania
konwoju mulników w rejonie
Pescopennataro, przy czym część
tylko udało się uratować. Praca
nad umocnieniami polegała na
ulepszaniu stanowisk obronnych i
punktów obserwacyjnych, na
zakładaniu min, pułapek oraz
zabezpieczeniu przewodów
telefonicznych. Budowano również
schrony na posterunki dowodzenia
i centrale telefoniczne. Duży
wysiłek włożono w odbudowę dróg
i ulepszenie komunikacji.

Patrolowanie przy wsparciu
artylerii w krótkim czasie dało
przewagę nad nieprzyjacielem i
doprowadziło do zupełnego
opanowania międzypola, gdyż
Niemcy szybko osłabili swą
początkową aktywność.

Na odcinku 3. dywizji z
ciekawszych wydarzeń należy
wspomnieć wypad na stację
kolejową Alfedena, poprzedzony
kilkudniowym patrolowaniem z
bazy Montenero. Po przygotowaniu
zasadzki zniszczono niemieckie
urządzenia obronne, przy czym
nieprzyjaciel poniósł straty.
Większą liczbę jeńców wzięto
19_#20 lutego w działaniach na
Colle Bucci, połączonych z
odcięciem załogi w Gamberale.
Natarcie to prowadził ponownie
15. Pułk Ułanów w połowie
kwietnia w trudnych warunkach,
po pas w śniegu, wśród pól
minowych, niszcząc całkowicie
niemiecką placówkę.

Na odcinku 5. dywizji ze
względu na zwarte ugrupowanie i
bliskość stanowisk niemieckich
działalność rozpoznawcza na
przedpolu ożywiała się dopiero w
nocy, kiedy wysuwały się
podsłuchy i zasadzki, a małe
patrole starały się przeniknąć
ugrupowanie nieprzyjaciela i
wziąć jeńca. Jedno z większych
działań na tym odcinku wykonała
30 marca grupa włoska, zajmując
Batalionem Strzelców Alpejskich
Monte Marrone. Przeciwnatarcie
niemieckie odparto przy udziale
artylerii polskiej, ze znacznymi
dla Niemców stratami, a zdobyte
stanowiska utrzymano.

Straty Korpusu na odcinku
rzeki Sangro wynosiły 2.
oficerów i 36. szeregowych
zabitych, 18. oficerów i 199.
szeregowych rannych.

W połowie kwietnia Korpus
zluzowano: 3. dywizja odeszła do
rejonu Carpinone, a 5. dywizja -
pozostawiając włoską grupę
motorową na odcinku - pod
Venafro.





Wanda niemiecka





Gdy się Niemcy zorientowali,
że mają naprzeciw siebie
oddziały polskie, rozpoczęli
propagandę zmierzającą do
osłabienia ducha żołnierza
polskiego. Używali do tego celu
ulotek, audycji radiowych i
megafonów ustawianych w
pierwszej linii stanowisk.
Namawiano naszych żołnierzy do
przechodzenia na stronę
niemiecką, obiecując wolny
powrót do Polski, przy czym
ulotki miały służyć jako
przepustki przez linie
niemieckie. Radiostacja "Wanda"
nadawała codziennie w języku
polskim komunikaty, przemówienia
propagandowe i pieśni polskie z
płyt gramofonowych. Audycje
megafonowe kończyły się zawsze
zapowiedzią: "A teraz piosenka
dla gen. Andersa", po czym
puszczano płytę: "Umarł Maciek,
umarł...".

Nie byliśmy zaskoczeni tą
propagandą, gdyż jeszcze 2 marca
1944 otrzymaliśmy meldunek z
Kraju treści następującej: "W
Drukarni Narodowej w Krakowie
drukują Niemcy w wielkiej ilości
ulotki dla żołnierzy polskich we
Włoszech i należy się
spodziewać, że w najbliższych
dniach będą one tam masowo
zrzucane. Treść ich to
namawianie żołnierzy polskich do
zaprzestania walki u boku
Anglii, gdyż walka ta da
efektywną pomoc Sowietom, którzy
wymordowali w Katyniu tysiące
żołnierzy polskich, a dziś dążą
do opanowania i zniszczenia
zupełnego Polski. Każdemu
żołnierzowi polskiemu, który
przejdzie na stronę niemiecką,
F~uhrer gwarantuje zwolnienie z
niewoli i odesłanie do ojczyzny
z zapewnieniem godziwego
zatrudnienia."

Propaganda ta nic Niemcom nie
dała. Przez cały czas mieliśmy
na cały Korpus zaledwie 5.
dezerterów. Żołnierze doskonale
zdawali sobie sprawę z intencji
Niemców. Żartowali sobie,
nazywając radiostację "Wandą
niemiecką" w odróżnieniu od
"czerwonej Wandy", jak nazywali
sowiecką radiostację
"Kościuszki" od imienia Wandy
Wasilewskiej, głównej działaczki
tzw. Związku Patriotów Polskich
w Rosji, córki prawdziwego
patrioty Leona Wasilewskiego,
która została żoną
komunistycznego członka rządu
ukraińskiego Korniejczuka,
uzyskała Nagrodę Literacką im.
Stalina w Rosji i zagubiła tam
polskie tradycje rodzinne i
narodowe.

Uderzająca była dla nas
jedynie uporczywość tej
propagandy prowadzonej przez
cały czas walk we Włoszech.
Widocznie Niemcy przywiązywali
dużą wagę do walk 2. Korpusu.
Argumenty niemieckie zmieniały
się w zależności od położenia
politycznego i wojskowego. W
pierwszym okresie nawoływano do
powrotu do Kraju i zaprzestania
walki. W drugim atakowano
przywódców politycznych i
wojskowych. Wreszcie w trzecim,
w miarę posuwania się wojsk
sowieckich w głąb Polski,
ukazywano, jaki los czeka Polskę
i Polaków pod zaborem sowieckim.
Dopiero to mogło być
niebezpieczne, ponieważ uderzało
w najdrażliwsze struny serc;
żołnierz czuł, że tu zawarta
jest prawda, zbyt dobrze poznał
bolszewików podczas przymusowego
pobytu w Rosji.


Walki Drugiego Korpusu
Polskiego

we Włoszech (c.d.)







Goście





Kilkakrotnie przybywał do nas
gen. Leese. Wspólnie
objeżdżaliśmy odcinki frontu
zajęte przez Korpus.

W końcu lutego spotkałem się
po raz pierwszy z gen. Juin,
znakomitym dowódcą Francuskiego
Korpusu Ekspedycyjnego we
Włoszech. W kilka dni później
otrzymałem przez niego
zaproszenie do gen. de Gaulle'a,
który przybył do Włoch na
inspekcję Korpusu Francuskiego;
spotkaliśmy się 4 marca 1944 w
Calia Volturno.

15 marca wezwano mnie do
wysuniętego rzutu sztabu gen.
Leese koło Venafro. Przybyłem
nieco wcześniej. Gen. Leese nie
wrócił jeszcze z odcinka frontu.
Zauważyłem duże zamieszanie i
zniszczenie. Okazało się, że
klucz bombowców amerykańskich
zmylił cel i zbombardował
oddziały brytyjskie. Niestety,
były straty w ludziach. Po
powrocie gen. Leese z typową
flegmą angielską obchodził
miejsce bombardowania, oglądając
powywracane i spalone samochody
oraz zniszczone pomieszczenia
sztabu z własnym jego wozem
mieszkalnym na czele. Ten sam
klucz bombardował także przez
pomyłkę dowództwo Korpusu
Francuskiego oraz niektóre
oddziały polskie. Francuzi mieli
dość znnaczne straty w zabitych
i rannych, my wyszliśmy tym
razem stosunkowo cało.

Pod koniec marca dostałem
wiadomość z Londynu, że gen.
Sosnkowski zamierza odwiedzić
Korpus. Zwróciłem się do gen.
Alexandra o zaproszenie gen.
Sosnkowskiego. Przylot jego do
Neapolu nastąpił 26 marca 1944.





Zapowiedź Monte Cassino





23 marca przyjechał do mnie do
Vinchiaturo gen. Leese i
udzielił mi następujących
wiadomości.

Niemcy odparli ponowne
natarcie na miasto Cassino.
Wojska sojusznicze na przyczółku
Anzio znajdują się w trudnym
położeniu. Wobec tego
zdecydowano wielką ofensywę na
odcinku frontu włoskiego od
miasta Cassino do wybrzeża Morza
Tyrreńskiego. 8. Armia otrzymała
zadanie przełamania linii
Gustawa, której najsilniejszym
punktem są wzgórza Monte Cassino
oraz linii Hitlera, której
zawiasem jest Piedimonte. Dla 2.
Korpusu Polskiego przewidziano
najtrudniejsze zadanie zdobycia
w pierwszej fazie wzgórz Monte
Cassino, a następnie Piedimonte.

Była to dla mnie chwila
doniosła. Rozumiałem całą
trudność przyszłego zadania
Korpusu. Rozumiał ją także i nie
ukrywał gen. Leese. Zaciekłość
walk w mieście Cassino i na
wzgórzu klasztornym były już
wówczas dobrze znane. Mimo że
klasztor Monte Cassino był
bombardowany, mimo że oddziały i
czołgi sojusznicze dochodziły
przejściowo na sąsiednie
wzgórza, mimo że z miasta
Cassino zostały tylko gruzy,
Niemcy utrzymali ten punkt oporu
i nadal zamykali drogę do Rzymu.
Zdawałem sobie jednak sprawę, że
Korpus i na innym odcinku miałby
duże straty. Natomiast wykonanie
tego zadania ze względu na
rozgłos, jaki Monte Cassino
zyskało wówczas w świecie, mogło
mieć duże znaczenie dla sprawy
polskiej. Byłoby najlepszą
odpowiedzią na propagandę
sowiecką, która twierdziła, że
Polacy nie chcą się bić z
Niemcami. Podtrzymywałoby to na
duchu opór walczącego Kraju.
Przyniosłoby dużą chwałę orężowi
polskiemu. Oceniałem ryzyko
podjęcia tej walki, nieuniknione
straty oraz moją pełną
odpowiedzialność w razie
niepowodzenia. Po krótkim
namyśle oświadczyłem, że
podejmuję się tego trudnego
zadania. Jednocześnie prosiłem o
zgodę na jak najpoufniejsze
powiadomienie gen. Sosnkowskiego
po jego przybyciu do Włoch.

Towarzyszyłem gen.
Sosnkowskiemu podczas odwiedzin
u gen. Alexandra. Zapadła wtedy
decyzja włączenia kompanii
komandosów polskich, pod
dowództwem mjr. Władysława
Smrokowskiego, w skład 2.
Korpusu. Sprawa przerzutu broni
niemieckiej do Kraju nie mogła
być załatwiona, gdyż leżała w
kompetencjach War Office. Po
krótkiej wizycie u gen. Leese,
gen. Sosnkowski odwiedzał
kolejno polskie oddziały na
odcinkach frontu. W trudnym
terenie i wielokrotnie pod
ogniem artylerii i moździerzy
docierał do pierwszych linii
stanowisk bojowych.
Przedstawiłem gen. Sosnkowskiemu
zadanie Korpusu w zamierzonej
ofensywie sojuszniczej. Generał
odniósł się ujemnie do tego
planu. Twierdził, że straty będą
ogromne, a Monte Cassino nie
zdobędziemy.

- Pióropusz biały panu się śni
- powiedział mi wprost.
Uważałem, że zadanie jest
trudne, ale wykonalne. Gen.
Sosnkowski był zdania, że
natarcie sojusznicze powinno iść
poprzez góry, zostawiając Monte
Cassino za swym lewym skrzydłem.
Nie zgadzałem się z tym
poglądem. Otwarcie drogi do
Rzymu widziałem tak samo jak
gen. Alexander: tylko przez
zdobycie Monte Cassino.

10 kwietnia 1944 tuż przed
wyjazdem gen. Sosnkowskiego do
Londynu gościłem w Campobasso
wielu wyższych dowódców
sojuszniczych we Włoszech, z
gen. Alexandrem na czele.

Sztab Korpusu przesunięto w
pobliże miasta Cassino, skąd
gołym okiem można było widzieć,
gdy dymy walk opadły,
wyłaniające się na szczycie
ruiny klasztoru Benedyktynów.
Był to widok niezapomniany,
jeden z bardziej przykuwających,
jakie oglądałem w tej wojnie. W
nowym miejscu postoju odwiedził
nas 23 kwietnia gen. Wilson, a
następnego dnia gen. Alexander w
towarzystwie ministra stanu,
Harolda Macmillana. Gen.
amerykański Devers, zastępca
gen. Alexandra, inspekcjonował
oddziały polskie, które
przeprowadzały ćwiczenia bojowe
przed oczekującą nas walką. 4
maja 1944 przybył do nas włoski
następca tronu, ks. Umberto;
bawił on w tym czasie wśród
żołnierzy włoskich brygad gen.
Utili, które poprzednio
pozostawały pod moim dowództwem.
Ks. Umberto złożył życzenia dla
wojska polskiego z okazji 3
maja. W rozmowie ze mną podniósł
z uznaniem dobre stosunki
Polaków z wojskiem i ludnością
włoską.





Poprzednie walki o Cassino





Sprzymierzeni przeprowadzili
dwie kolejne ofensywy w celu
otwarcia sobie drogi do Rzymu.
Niemcy wybrali najdogodniejszą
pozycję obronną od Ortony nad
Adriatykiem przez Monte Cassino
do Minturno nad Morzem
Tyrreńskim. W tym miejscu
półwysep Apeniński zwęża się
najbardziej, sieć komunikacji
wiodących z południa na północ
oraz rokadowych jest bardzo
skąpa. Apeniny zajmują tu
znaczną część szerokości
półwyspu, zostawiając tylko
wąskie, łatwe do zamknięcia
przejścia wzdłuż wybrzeży
morskich. Jedynie dolina rzeki
Liri, leżąca między dwoma
kompleksami górskimi - na
południu Monti Arunci i na
północy Monte Cassino - ma
niezbędne warunki komunikacyjne
i terenowe do wprowadzenia
odpowiednich sił i rozwinięcia
całej potęgi technicznej, przede
wszystkim w broni pancernej i
artylerii. Wprawdzie rzeki
Rapido i Gari zamykają wstęp do
tej doliny, ale mogły być
sforsowane.

Ofensywę styczniową rozpoczęła
5. Armia Amerykańska,
wprowadzając do walki trzy
korpusy: 10. Korpus Amerykański
z zadaniem opanowania Monti
Arunci i wyjścia w dolinę Liri
od południa; 2. Korpus
Amerykański czołowo przez rzekę
Rapido; francuski korpus
ekspedycyjny w górach na prawym
skrzydle z zadaniem obejścia
umocnionych wzniesień Monte
Cassino od północy. Działania te
były połączone z lądowaniem
morskim sprzymierzonych pod
Anzio. Walki trwały od 20
stycznia do 14 lutego 1944.
Wprawdzie w pierwszej fazie 2.
Korpus Amerykański sforsował
Rapido, ale pod silnym ogniem z
bastionu Monte Cassino musiał
się wycofać ze znacznymi
stratami. W rejonie Monti Arunci
przeciwnatarcie czterech dywizji
niemieckich odrzucił 10. Korpus
Amerykański po ich początkowym
sukcesie. Nacierający na prawym
skrzydle z zamiarem obejścia
klasztoru, korpus francuski w
ciężkich walkach zdobył i
utrzymał wzgórze Castellone. W
drugiej fazie walki 2. Korpus
Amerykański, wyzyskując
powodzenie Francuzów, przeprawił
się przez Rapido na północ od
miasta Cassino, wzgórzami dotarł
w pobliże klasztoru Monte
Cassino, a częścią swoich sił
wdarł się od północy do miasta.
Wyczerpane oddziały francuskie i
amerykańskie zluzował Korpus
Nowozelandzki.

W walkach tych wystąpiło z
całą wyrazistością górujące
znaczenie węzła Monte Cassino.
Okazało się bowiem, że bez
zdobycia Monte Cassino nawet
włamanie się i pewne postępy w
dolinie Liri nie pozwalają ani
na dalsze posuwanie się w głąb,
ani nawet na utrzymanie się
dłużej w terenie. Piechota
pozostaje bez wsparcia, gdyż
podsuwanie artylerii i sprzętu
oraz zaopatrzenia uniemożliwia
nieprzyjaciel panujący nad tym
terenem z Monte Cassino.

Drugą bitwę sprzymierzonych, z
celem już wyraźnie zwężonym do
opanowania Monte Cassino,
przeprowadził w ramach 5. Armii
Amerykańskiej korpus
nowozelandzki, złożony z dwóch
doskonałych dywizji, wsławionych
w dotychczasowych walkach w
Afryce: 2. Nowozelandzkiej i 4.
Hinduskiej. Walki trwały od 15
lutego do 24 marca 1944. W
pierwszej fazie przy bardzo
silnym bombardowaniu klasztoru
Monte Cassino Dywizja Hinduska
opanowała przejściowo wzgórze
593. W drugiej fazie 7. Brygada
Hinduska, wzmocniona do 5
batalionów, uderzyła powtórnie
na wzgórze 593 i Colle
d'onufrio. Uderzenie to, w
którym brawurowo walczyły dwa
baony Gurków, odparto mimo
przejściowego zdobycia wzgórza
593 i wzgórza 444 w tzw. Dolinie
Śmierci. W tym czasie 2. Dywizja
Nowozelandzka ustanowiła
przyczółek na Gari i przejściowo
opanowała dworzec w mieście
Cassino. Po silnym bombardowaniu
Cassino Nowozelandczycy atakując
z północy opanowali 15 marca
prawie całe miasto Cassino i
wzgórze zamkowe. Dalsze natarcie
po wschodnich stokach Monte
Cassino, prowadzone przez 5.
Brygadę Hinduską, uwieńczył
wspaniały czyn Gurków: zdobyli
oni wzgórze Kata. Okazało się
jednak, że nawet zajęcie miasta
Cassino i dolnych stoków Monte
Cassino nie miało
rozstrzygającego znaczenia.

W tym stanie rzeczy 8. Armia
Brytyjska przejęła ten odcinek
od 5. Armii Amerykańskiej.

Przeciągające się działania
wystawiły groźnie na sztych
przyczółek Anzio; osamotniony, w
niekorzystnej sytuacji
terenowej, na odkrytej nizinie
nadmorskiej, nad którą Niemcy
całkowicie panowali obserwacją i
ogniem, bronił się wprawdzie
bohatersko, lecz ponosił duże
straty i groziło mu zepchnięcie
do morza.

Monte Cassino, o które
stoczyli boje waleczni synowie
pięciu narodów - Amerykanie,
Brytyjczycy, Francuzi,
Nowozelandczycy, Hindusi -
zwróciło na siebie oczy świata.

Mówili o nim jako o twierdzy
nie do zdobycia także Niemcy w
swoich komunikatach wojennych.





Przygotowania do natarcia

Drugiego Korpusu





Gdy decyzja już zapadła
należało zrobić wszystko, by jak
najlepiej wykonać zadanie i by
straty były jak najmniejsze. Nie
zmarnowano ani dnia. Jeszcze
Korpus był na odcinku obronnym
nad rzeką Sangro, gdy już
rozpoczęto wytężone
przygotowania.

Przede wszystkim rozpoznanie
terenu. Kolejno przeprowadzali
je wszyscy dowódcy i oficerowie
sztabów w swoim zakresie.
Rozpoznania ogólnego dokonałem 4
kwietnia 1944 z samolotu nad
całym węzłem Monte Cassino. Z
wielu wysuniętych punktów
obserwacyjnych przeprowadzałem
rozpoznanie naziemne.
Studiowanie map, fotografii
lotniczych, stołów plastycznych
pogłębiało rozpoznanie w terenie
i zastępowało je tam, dokąd
obserwacja nie sięgała.

Wyzyskano wszelkie
doświadczenia poprzedników.
Wielokrotnie odwiedzałem
bohaterskiego gen. Freyberga,
dowódcę wojsk nowozelandzkich,
który dowodził poprzednim
natarciem na Monte Cassino i
który dzielił się ze mną swoimi
spostrzeżeniami z przebytych
walk. Dużo informacji uzyskałem
także od gen. Keighthleya,
dowódcy 78. Brytyjskiej Dywizji
Piechoty.

W czasie od 8 do 17 kwietnia
oddziały 2. Korpusu Polskiego
zastąpił na odcinku obronnym 10.
Korpus Brytyjski, a już 22
kwietnia 2. Korpus Polski zaczął
obejmować odcinek przyszłego
natarcia na Monte Cassino,
zastępując znajdujące się tam
oddziały brytyjskie.

Co to jest Monte Cassino?

Górskie skupisko Monte Cassino
stanowiło wysunięty bastion w
niemieckiej pozycji obronnej,
tzw. linii Gustawa. Ten skalisty
i stromy masyw wyłania się z
doliny Rapido i Liri, dając
różnicę wysokości względnej
ponad 5007m, a w najwyższym
swym punkcie Monte Cairo
dochodzi do 16697m. Panuje on
całkowicie nad terenem i dostęp
doń od zachodu i południa doliną
Liri i Gari lub od wschodu
doliną Rapido znajdował się pod
doskonałą obserwacją i
skutecznym ogniem artylerii - i
to nie tylko samego węzła, ale i
z odcinków sąsiednich,
flankujących te doliny.

Pozycje własne, a tym samym
podstawy wyjściowe do natarcia
piechoty, leżały na wschodnich
stokach masywu. Aby się do nich
dostać, należało przekroczyć
dolinę Rapido o szerokości około
57km, co było możliwe tylko w
nocy.

Ten to masyw Monte Cassino o
rozmiarach 4_#67km szerokości
i około 87km długości, silnie
obronny z natury, Niemcy
należycie wyzyskali, a techniką
umocnień niebywale spotęgowali
jego obronność. Podstawą obrony
był wspaniały system ogni
wszystkich broni stromotorowych
i płaskotorowych, wzajemnie się
uzupełniających i flankujących,
o niesłychanej giętkości,
pozwalającej na wielkie
koncentracje ognia w dowolnym
punkcie. Natarcie na jakikolwiek
przedmiot w tym węźle wywoływało
automatycznie ognie flankujące z
wielu innych źródeł ogniowych. W
tym tkwiła główna siła obrony.

Doświadczenia Niemców z
dotychczasowych natarć
sprzymierzonych pogłębiły w nich
ocenę kluczowej wagi Monte
Cassino i dały wskazówki do
udoskonalenia umocnień i systemu
ogni.

W głębi pozycji niemieckich
ten umocniony masyw u stóp Monte
Cairo łączył się w drugą ryglową
linię obronną, zwaną linią
Hitlera lub Sengera. Zawiasem
łączącym linię Gustawa z linią
Hitlera było Piedimonte.
Miasteczko to, uczepione na
skalistym wzniesieniu, zbudowane
z kamienia, flankuje dolinę
rzeki Liri i panuje całkowicie
nad biegnącą niemal u jego stóp
główną drogą tej doliny, Via
Casalina. Niemcy zamienili
miasteczko w twierdzę,
umacniając niemal każdy budynek
i budując szereg schronów
betonowych dla dział i karabinów
maszynowych.

Obronę bastionu Monte Cassino,
nazwanego przez Niemców słupami
"bramy do Rzymu", powierzyło
dowództwo niemieckie 1. Dywizji
Strzelców Spadochronowych,
wzmocnionej batalionem 100.
Pułku Górskiego i 4. Baonem
Wysokogórskim. Oddziały
obsadzające masyw Monte Cassino
należały wyłącznie do wyborowego
wojska niemieckiego. 1. Dywizja
Strzelców Spadochronowych, która
do końca wojny, mimo strat jakie
poniosła, pozostała jedną z
najlepszych jednostek
niemieckich - podobnie jak i
inne oddziały niemieckie w Monte
Cassino - składała się prawie w
100% z ochotników dobranych pod
względem fizycznym i moralnym i,
rzecz prosta, znakomicie
wyszkolonych.

Z takim to przeciwnikiem i w
takim terenie miał walczyć
żołnierz 2. Korpusu Polskiego.
Miałem świadomość trudności
zadania, opartą na
doświadczeniach przeszło
dwumiesięcznych bezowocnych walk
poprzedników. Przy czym każda z
dywizji polskich składała się
tylko z dwóch brygad i to w
niepełnym stanie, podczas gdy
korpusy sprzymierzonych składały
się z pełnych dywizji
3_brygadowych, a nawet
4_brygadowych. Musiałem liczyć
się z tym, że duże straty mogą
Korpus na pewien czas wytrącić z
akcji bojowej.

Po rozpoznaniu i opracowaniu
podstawowego planu działań
niezwłocznie rozpoczęto
przygotowania w terenie.
Przyszła bitwa musiała być bitwą
materiału, o dużym natężeniu i
zużyciu przede wszystkim
amunicji i sprzętu bojowego.
Trzeba więc było zwieźć,
przenieść i ukryć w terenie na
całej głębokości obszaru
Korpusu, poczynając od przedniej
linii piechoty, wielkie ilości
amunicji, żywności, wody i
wszelkiego sprzętu potrzebnego
do życia i walki.

Dowóz zaopatrzenia był
ogromnie utrudniony, gdyż w
strefie przyfrontowej mieliśmy
tylko dwie górskie drogi, ledwie
przystosowane do ruchu, a i te
biegły na przestrzeni kilkunastu
kilometrów pod okiem i ogniem
nieprzyjaciela. Chodziło zaś nie
tylko o zabezpieczenie od
skutków ognia, ale i o ukrycie
zamiarów i wszelkich oznak
przygotowania natarcia na tym
kierunku. Zaopatrzenie płynące
do przedniej strefy walki
początkowo szło na samochodach
ciężarowych, kolejno było
przeładowywane na lekkie pojazdy
mechaniczne, potem na muły, aż
wreszcie na najtrudniejszych
górskich odcinkach, często pod
ogniem, przenosili je z wielkim
wysiłkiem i ofiarnością
żołnierze.

Oczywiście, znaczna część tej
drogi była do przebycia jedynie
w nocy i najzupełniej bez
świateł. Toteż, gdy tylko
ciemność zapadła, natychmiast
powstawał ożywiony ruch na
wszystkich drogach i ścieżkach
przyfrontowych i trwał do świtu.
Pomimo to straty były dość duże,
gdyż nieprzyjaciel stale kładł
na pewne miejsca i szlaki ognie
nękające. Kierowanie tym ruchem
wymagało zorganizowania osobnego
oddziału regulacji z dużą liczbą
placówek objętych siecią
łączności.

Wielki był wysiłek saperów,
którzy w tych warunkach musieli
przystosować zniszczone drogi
górskie do wzmożonego ruchu
samochodów, a nawet kręte i
strome ścieżki zamieniać w
drogi, po których szły
transporty o najróżnorodniejszym
ciągu do czołgów włącznie.

Oddziały łączności na tym
terenie, zaśmieconym całą masą
drutów pozostawionych przez
poprzedników, musiały zbudować
bogatą sieć połączeń własnych,
zakopując wiele kilometrów kabli
w ziemię, by uchronić je od
zerwania przez pociski.

Aby przedłużyć mrok nocy oraz
zaciemnić noce księżycowe,
trzeba było zastosować
zadymianie całej doliny rzeki
Rapido. Zadymianie to, połączone
z maskowaniem, ukrywało naszą
artylerię kierowaną przez gen.
Romana Odzierzyńskiego, dla
której przeważnie nie można było
znaleźć w odpowiedniej
odległości stanowisk
niedostępnych obserwacji
nieprzyjaciela. Wiele
pomysłowości i wysiłku włożono w
maskowanie wszystkiego, co tylko
mogło się znaleźć pod tą
obserwacją.

Dzięki zastosowaniu tych
wszystkich ostrożności i
sposobów ukrywających ruch,
pracę i wszelkie składy
materiałów udało się utrzymać
nieprzyjaciela w nieświadomości,
że czynione są przygotowania do
natarcia.

Tego ogromu pracy dokonano
dzięki organizacji i wielkiej
ofiarności, wysiłkowi i
gorliwości żołnierzy Korpusu.

By oszczędzić cennej krwi
żołnierza zarządziłem dla
oddziałów, przede wszystkim w
odwodzie, ćwiczenia dostosowane
do zadania, tj. walki w górach o
pozycję silnie ufortyfikowaną.
Przedmiotem wytężonego ćwiczenia
obok zaprawy górskiej było
wyszkolenie szturmowe w
zdobywaniu wszelkiego rodzaju
schronów bojowych. Szkolone też
były obsługi miotaczy ognia,
których 16 dostaliśmy przed samą
bitwą, oraz obsługi ciężkich
moździerzy 4,2_calowych.
Utrudnieniem w naszych
przygotowaniach do natarcia był
zakaz dokonywania wypadów i
zaczepnego patrolowania na
przedpolu, aby nie zdradzić
obecności 2. Korpusu Polskiego
na odcinku Monte Cassino.
Uniemożliwiało nam to dokonanie
rozpoznania obrony
nieprzyjaciela w tak trudnym dla
przyszłego natarcia i
obfitującym w nieoczekiwane
przeszkody terenie. Stało się to
później przyczyną wielu
niespodzianek i wielu nagle
wyłaniających się trudności.
Zdawano sobie sprawę z tej
niekorzyści taktycznej, ale
ważniejsze było zachowanie w
tajemnicy podziału sił i
przygotowań.





Plan uderzenia





Dowództwo frontu włoskiego
sprzymierzonych planowało
wiosenną ofensywę w r. 1944 w
następujący sposób.

Sprzymierzeni mieli natrzeć na
froncie od Monte Cairo do Morza
Tyrreńskiego z zadaniem
przełamania stanowisk obronnych
nieprzyjaciela i otworzenia
sobie drogi w głąb Włoch
środkowych. Termin wyruszenia
natarcia miał być jednoczesny
dla całego frontu.

Główny wysiłek miała wykonać
8. Armia, dążąc do "wyłamania
linii obronnych nieprzyjaciela w
dolinie rzeki Liri i posunięcia
się na Rzym".

5. Armia otrzymała zadanie
włamania się w dolinę rzeki Liri
przez masyw Monti Arunci oraz
działania wzdłuż drogi
nadmorskiej nr 7 na Minturno.

W ramach tego planu podzielono
zadania, jak następuje.

W 8. Armii: 2. Korpus Polski
ma "zdobyć Monte Cassino i
działać na Piedimonte"; 13.
Korpus Brytyjski ma sforsować
Gari i nacierać w dolinie Liri;
1. Korpus Kanadyjski ma być
wprowadzony w dolinę Liri za 13.
Korpusem; 10. Korpus Brytyjski,
mając zadanie obronne w odcinku
na północny wschód od Monte
Cairo, tj. w prawo od 2. Korpusu
Polskiego, na lewym skrzydle ma
pozorować natarcie w kierunku
Attina.

W 5. Armii: Korpus Francuski
ma działać na masyw Monti
Arunci, a następnie w górnym
biegu rzeki Liri; 2. Korpus
Amerykański ma działać wzdłuż
drogi nadmorskiej nr 7.

Po uzyskaniu powodzenia i
dojściu nacierających sił
głównych na odpowiednią wysokość
miał do tych działań zaczepnych
dołączyć 6. Korpus Amerykański z
przyczółka Anzio.

Początkowo zadanie postawione
2. Korpusowi Polskiemu przez
dowódcę 8. Armii było ujęte
ogólnie: "zdobyć Monte Cassino i
działać na Piedimonte". Znaczyło
to przełamanie niemieckiej linii
obronnej Gustawa przez zdobycie
umocnionego węzła Monte Cassino
oraz dalsze działanie na linię
obronną Hitlera, a ściślej na
zawias łączący te dwie linie,
tj. na Piedimonte. Dowódca 8.
Armii nie ograniczał Korpusu w
sposobie rozwiązania i wykonania
zadania.

Przedstawiłem dowódcy 8. Armii
plan działania Korpusu; plan ten
w całej rozciągłości został
przyjęty.

Przewidywałem przede wszystkim
przełamanie pozycji obronnej
powyżej Monte Cassino, bardziej
na północ, celem uzyskania
naprzód całkowitego odosobnienia
klasztoru, który miał być
zdobywany dopiero w następnej
fazie. Przedmiotem pierwszego
natarcia były główne bastiony
systemu obrony: wzgórze 593 i
Colle San Angelo. Opanowanie
Colle San Angelo miało
spowodować pełne odosobnienie
klasztoru, a także wgląd w
dolinę Liri, a więc na zaplecze
pozycji obronnej nieprzyjaciela
nad Gari i na jego komunikację.

Jednoczesne natarcie na oba
bastiony zmniejszało ich
wzajemne współdziałanie ogniowe
i rozpraszało odwody
nieprzyjaciela. Pozostałe
bastiony, bliski na południu
klasztor Monte Cassino i dalszy
na północy Passo Corno, miały
być stale obezwładnione ogniem i
oślepione pociskami dymnymi, aby
zmniejszyć ich wpływ na odcinek
natarcia. Szczupłość sił Korpusu
Polskiego zmuszała do użycia w
natarciu całości sił bez
pozostawienia jakichkolwiek
odwodów. Na odcinki obrony na
skrzydłach natarcia wprowadzono
spieszone pułki rozpoznawcze,
oswobadzając baony piechoty do
natarcia. Ze względu na wielkie
trudności terenu tylko niewielka
ilość czołgów, po szwadronie na
dywizję, mogła być wprowadzona
do walki - i to jedynie dzięki
saperom, którzy znacznie
poszerzyli i wydłużyli krętą
ścieżkę górską, zwaną później
Drogą Polskich Saperów.

Całość zadania Korpusu
podzieliłem między dwie dywizje
losując między nimi kierunki
działania w sposób następujący:

"5. Kresowa Dywizja Piechoty
pod dowództwem gen. Sulika:
opanować grzbiet Colle San
Angelo, wzgórze 575, 505, 452 i
447. Po opanowaniu niezwłocznie
zorganizować silną obronę,
zapewniającą własną obserwację i
możność działania ogniem w
dolinę rzeki Liri. Osłonić od
północy i zachodu działanie 3.
dywizji na klasztor. Osłonić
natarcie Korpusu przez
utrzymanie grzbietu Monte
Castellone";

"3. Dywizja Strzelców
Karpackich pod dowództwem gen.
Bronisława Ducha: natarciem
równoczesnym z 5. dywizją
opanować grzbiet 593_#569 i
Massa Albanetta, jako podstawę
do natarcia na klasztor Monte
Cassino. Następnie zdobyć
klasztor, uderzając na osi Massa
Albanetta - klasztor".

Dzień "D" ustalono dla całego
frontu na 11 maja 1944. Zgodnie
z planem baony przeznaczone do
natarcia wprowadzono do swych
rejonów wyjściowych na
wschodnich stokach kompleksu
Monte Cassino w nocy
bezpośrednio poprzedzającej
natarcie. Warunki, w jakich
znajdowały się oddziały na
stanowiskach obronnych i
wyjściowych do natarcia, były
bardzo trudne. Cały przyfrontowy
teren był dniem i nocą pod
ciężkim nękającym ogniem
artylerii i moździerzy
nieprzyjaciela. Żołnierz
przebywał w ukryciu z
prymitywnych składaków lub
dużych kamieni. O wkopaniu się w
skały nie było mowy. Od chwili
wprowadzenia natarcia byłem
ciągle w obawie, by
nieprzyjaciel nie wykrył
koncentracji i nie położył na
niej swych ogni.





Rozkazy





Podałem do wiadomości
wszystkich kompanii, baterii i
szwadronów rozkazy gen.
Alexandra, gen. Leese i mój.

Oto wyjątek z rozkazu gen.
Alexandra:

"...zmusiliście
nieprzyjaciela do ściągnięcia tu
do Włoch wielu najlepszych
dywizji, których bardzo
potrzebował, by powstrzymać
napór armii rosyjskiej ze
wschodu... Siły zbrojne
sprzymierzonych gotują się do
ostatecznej rozgrywki na morzu,
lądzie i w powietrzu, by
zniszczyć wroga na zawsze.

Na wschodzie i zachodzie, na
północy i południu, wszystko
jest gotowe do natychmiastowego
uderzenia, którego wynikiem
będzie ostateczne zniszczenie
hitleryzmu, wyzwolenie Europy i
pokój dla nas wszystkich. Nam tu
we Włoszech przypadł zaszczyt
wymierzenia wrogowi pierwszego
ciosu.

Zadaniem naszym jest zniszczyć
armię niemiecką we Włoszech.
Walka będzie ciężka i zażarta,
może długa, ale jesteście
żołnierzami najwyższej klasy,
którzy od przeszło roku idą od
zwycięstwa do zwycięstwa...
Idźcie do walki wierząc w
zwycięstwo. Niech Bóg ma was w
swej opiece i błogosławi wasz
oręż".

Rozkaz gen. Leese:

"Oczekują nas wielkie
zdarzenia.

Niemcy hitlerowskie są
okrążone przez sprzymierzonych.
Na wschodzie zwycięskie wojska
posuwają się naprzód, na
zachodzie wojska brytyjskie i
amerykańskie są skoncentrowane
do inwazji. Na południu 8. i 5.
Armia są gotowe do uderzenia...

Witamy z radością te dywizje,
które walczyć będą po raz
pierwszy w szeregach 8. Armii.

Zwracamy się szczególnie do
Korpusu Polskiego, który walczy
obecnie wspólnie z nami dla
odzyskania swej ukochanej
Ojczyzny...

Niech każdy wykona swój
obowiązek w boju, a zwycięstwo
będzie nasze.

Szczęść Boże!"

Rozkaz mój:

"Nadeszła chwila bitwy. Długo
czekaliśmy na odwet i zemstę nad
odwiecznym naszym wrogiem.

Obok nas walczyć będą dywizje
brytyjskie, amerykańskie,
kanadyjskie, nowozelandzkie,
walczyć będą Francuzi, Włosi
oraz dywizje hinduskie.

Zadanie, które nam przypadło,
rozsławi na caały świat imię
żołnierza polskiego.

W chwilach tych będą z nami
myśli i serca całego narodu...

Z wiarą w sprawiedliwość
Opatrzności Boskiej idziemy
naprzód ze świętym hasłem w
sercach naszych: Bóg, Honor i
Ojczyzna."





Bitwa





Był spookojny wieczór 11 maja.
O #/23#00 artyleria otworzyła
ogień i na całym froncie 8. i 5.
Armii rozpoczęła się ofensywa.

Przez pierwsze 40 minut
artyleria Korpusu wraz z
artylerią całej armii zwalczała
artylerię nieprzyjaciela. O
#/23#40 gros ognia przeniesiono
na stanowiska piechoty
nieprzyjaciela. O #/1#00 obie
dywizje polskie ruszyły do
natarcia. Piechota od samych
podstaw wyjściowych, od chwili
wyruszenia, szła w ogniu
artylerii i moździerzy
nieprzyjaciela, do którego w
miarę postępów dołączały się
ognie broni małokalibrowych.
Niemieckie ognie zaporowe były
przygotowane, wypróbowane i
ulepszane od wielu miesięcy.

Baony 1. Brygady Strzelców
Karpackich zdobyły bastion
wzgórza 593, podeszły pod
Gardziel w kierunku na Massa
Albanetta i walczyły o
wzgórze_skałę 569.

5. Wileńska Brygada Piechoty
wdarła się na grzbiet nazwany
Widmo. Zawzięta walka wręcz w
skalistym zarośniętym i
pogmatwanym terenie, najpierw w
ciemnościach nocnych, a potem za
dnia trwa do godzin
popołudniowych. Niewielkie
części baonów przedzierają się
na stoki następnego przedmiotu
natarcia, ale gros walczy na
Widmie.

Często oglądałem obrazy
przedstawiające słynne bitwy.
Wódz na wzniesieniu, z lunetą
przy oczach śledzi rozwój walki,
widzi postępy i przeszkody,
wspiera, zarządza, kieruje.
Dzisiaj patrzę na taki obraz
zupełnie tak samo, jak już od
dawna patrzyliśmy na rzeźby
starożytne ukazujące walki
sprzed kilku tysięcy lat.

Dzisiaj w ogóle bitwa nie
toczy się w zasięgu oka czy
lunety dowódcy, a już gdzie jak
gdzie, ale tam, na stokach Monte
Cassino, gdy nasz nacierający
żołnierz każdym niemal krokiem
wchodził w jakąś pułapkę, a
obrońcy niemieccy siedzieli jak
w zasadzce najstaranniej
przygotowanej i kilkakrotnie
wypróbowanej, bitwa była czymś
naprawdę niesamowitym.

Ciemności całkowite nocy i
dymu. Na kilka kroków nic nie
widać. Nawet żołnierze tej samej
drużyny w pochodzie lub próbie
pochodu naprzód, padając w ogniu
i zrywając się znowu po
wybuchach bliskich lub pośród
nich, tracą łączność, z biedą
się odnajdują, nie doliczają się
swego stanu. Od samego początku
padają zabici lub ranni, dowódcy
baonów, kompanii, plutonów, a
dowództwo obejmują kolejno
zastępcy i zastępcy zastępców.

Niewątpliwie i ta bitwa tworzy
całość, lecz tej całości nikt
nie widzi. A w tych osobliwych
warunkach każdy widzi jeszcze
mniej niż zazwyczaj nawet w
walkach dzisiejszych, gdyż nie
przebija wzrokiem nawet
najbliższej ciemności, która
jest jego główną, jakże jednak
niepewną, osłoną.

Na tę jednak nieuchwytną
całość ogólną składa się mnogość
przeżyć oddziałów, pododdziałów,
ba - nawet ludzi, już po prostu
nie jednostek wojskowych, lecz
ludzkich. Jest to rój drobnych
epopei. Niektóre z nich, nagle
ucięte śmiercią na miejscu, w
biegu naprzód lub w
przypadnięciu do ziemi w
wybuchu, zabrała ze sobą
tajemnica grobu. Niektóre,
wstrząsające wrażeniami już nie
z godziny na godzinę, ale z
minuty na minutę, stały się
strzępami wspomnień tej bitwy w
tysiącach serc żołnierskich. I z
nich wyłania się dopiero epopeja
całości. Ten podchód na wzgórze
593, na Gardziel i na Widmo, to
jedno pasmo woli, męstwa,
wysiłku i ofiary, którym razem
dano miano bohaterstwa.

Na żołnierza wali się lawina
pocisków wszystkich kalibrów ze
wszystkich kierunków. Wychodzi
szereg ostrych przeciwuderzeń
odwodów nieprzyjaciela z
ukrytych w pieczarach stanowisk,
przy doskonałym wsparciu jego
broni wstrzelanych w poprzednich
walkach. Wsparcie zaś
artyleryjskie własnej piechoty
na bliskie odległości było
niemożliwe ze względu na straty
w obserwatorach artylerii,
towarzyszących piechocie i
niszczenie sprzętu łączności
oraz wskutek zawiłych
nierówności terenu, w które
wgryzały się nasze grupy
szturmowe. Teraz ujawniły się
dotkliwe skutki braku
rozpoznania przed bitwą, co -
jak wspomniałem - było
wzbronione ze względu na
tajemnicę uderzenia.

Okazało się, że łatwiej było
zdobyć te przedmioty natarcia
niż je utrzymać. Oceniłem, że
nie ma widoków, by te same baony
mogły wykonać dalsze natarcie. A
pozostawienie ich na zdobytych
stanowiskach z każdą godziną
zwiększało straty.

Natychmiastowe wprowadzenie do
natarcia świeżych sił było
niemożliwe ze względu na bardzo
małą przepustowość dróg i
ścieżek dofrontowych oraz brak
miejsca na małym zapleczu pola
walki. Wydałem rozkazy
ściągnięcia walczących brygad do
stanowisk wyjściowych, a
następnie zastąpienia ich przez
świeże oddziały, które miały
dalej prowadzić natarcie.

Z przebiegu walki i natężenia
ognia nieprzyjaciela widać było,
że ognie własnej artylerii, tak
wydawało się potężne, nie
obezwładniły artylerii i
moździerzy nieprzyjaciela w
stopniu, który by ograniczył ich
działalność. Artyleria własna
nie mogła też zniszczyć i
obezwładnić stanowisk piechoty
nieprzyjaciela, które, jak się
teraz okazało, w większości
leżały na przeciwstoku i w
miejscach nieosiągalnych dla
naszych broni wsparcia.

Oddziały nasze odeszły na
podstawy wyjściowe wieczorem 12
maja, a niektóre dopiero w ciągu
13 maja.

Dowódca 8. Armii, gen. Leese,
przybył do mojej kwatery w
godzinach popołudniowych 12
maja. Ocenił on, że 2. Korpus
Polski swoją walką 12 maja
związał całkowicie na węźle
nieprzyjaciela Monte Cassino,
ściągnął ognie jego artylerii z
sąsiednich odcinków, zatrudnił
jego odwody. Tym bardziej, że z
biegiem wypadków w chwili
rozpoczęcia akcji przybyły
świeże bataliony 1. Dywizji
Spadochronowej dla zmiany.
Obsada więc była prawie
podwójna. Tym samym Korpus
spełnił swe zadanie w stosunku
do sił nacierających w dolinie
rzeki Liri, tj. 13. Korpusu
Brytyjskiego. Ułatwił mu bowiem
sforsowanie rzeki i uchwycenie
potrzebnych przyczółków, co daje
możność zbudowania przepraw,
przerzucenia przez rzekę
dalszych sił i sprzętu. Dowódca
8. Armii zatwierdził mój plan z
tym jednak, że termin następnego
natarcia uzależnił od
przerzucenia dalszych sił 13.
Korpusu i jego głębszego wdarcia
się w dolinę Liri, nie chce
bowiem narażać 2. Korpusu
Polskiego na odosobnioną walkę.

Czas między pierwszym a drugim
natarciem użyto na rozpoznawanie
nieprzyjaciela i na
przygotowanie samego natarcia.
Przez cały ten okres
nieprzyjaciela stale trzymano w
napięciu ogniem, wypadami i
patrolowaniem. W każdej chwili
mógł oczekiwać natarcia.

W tym czasie 13. Korpus
Brytyjski czynił dalsze postępy
w dolinie rzeki Liri. 16 maja
1944 dowódca 8. Armii przyszedł
do przekonania, że walki obu
korpusów mogą być tak uzgodnione
w czasie i przestrzeni, iż
uniemożliwi to nieprzyjacielowi
grę odwodów i manewrowanie
ogniem artylerii. Termin
następnego natarcia wyznaczono
na godzinę siódmą 17 maja.

Do natarcia tego ruszyły
świeże baony obu dywizji,
podciągnięte uprzednio na masyw
i przygotowane do walki.
Zasadniczy plan natarcia
pozostał bez zmiany.
Uwzględniono wiadomości o
nieprzyjacielu, jego
ugrupowaniu, sposobie reakcji,
oraz wysnuto wnioski z
poczynionych doświadczeń. Baony
ruszyły do natarcia tuż za
ogniem własnej artylerii, bez
oglądania się na straty od min i
pułapek. Dążyły do jak
najszybszego przeskoczenia
znanych już zapór ogniowych
nieprzyjaciela. W tym dniu
Korpus Polski zdobył grzbiet
Widmo, wzgórze San Angelo, z
wyjątkiem jego północnej części
oraz wzgórze 593 i Gardziel. Na
tym wyczerpały się możliwości
pierwszego dnia. Walki trwały
dalej, pomimo dużych strat po
obu stronach, stan rzeczy nie
zmienił się, rosło tylko
wyczerpanie. Na następny dzień
przygotowano dalsze natarcie
przede wszystkim na San Angelo,
tj. w kierunku działania 5.
Kresowej Dywizji Piechoty.
Trzeba było wprowadzić ponownie
baony, które brały udział w
natarciu 12 maja i których stan
liczebny był bardzo mały. Użyto
do walki kompanię komandosów,
część 15. Pułku Ułanów
ściągniętej z odcinka obrony
oraz dwóch improwizowanych
małych baonów złożonych z obsług
pułku przeciwpancernego,
kierowców samochodowych,
warsztatowców itd.

Oceniłem, że nieprzyjaciel
jest w stanie wyczerpania
równym, a może nawet większym
niż nasz i że wystarczy w dniu
następnym wykonać uderzenie
nawet dużo słabsze od
poprzednich, aby uzyskać
ostateczny sukces. Była to
chwila kryzysu bitwy, kiedy obie
strony całkowicie wyczerpane
leżą naprzeciw siebie, zdawałoby
się, niezdolne do wysiłku.
Zwycięża wtedy silniejszy wolą,
ten co zdobędzie się na
ostateczne uderzenie.

Relacje dowódców niemieckich
potwierdzają w zupełności
słuszność tej oceny; płk Heckel,
szef oddziału operacyjnego
niemieckiej 16. Dywizji
Strzelców Spadochronowych,
pisze:

"...także kiedy w dolinie Liri
czołgi nieprzyjaciela stały już
przed ryglem Sengera (Hitlera),
dywizja zamierzała pierwotnie
utrzymać możliwie długo
stanowiska na odcinku górskim.
Nieprzyjaciel powinien był być
przez walkę w górach
dostatecznie osłabiony, by po
odrzuceniu dywizji na rygiel
Sengera spodziewane jego
natarcie, szczególnie na
Piedimonte, straciło siłę
przebojową. Siła wszystkich
natarć na górskim froncie
dywizji wykazała jednak, że
wbrew oczekiwaniom napór natarć
nieprzyjaciela nie tylko nie
osłabł, lecz przeciwnie, zdawało
się, że się wzmaga.
Nieprzyjaciel miał dostateczne
siły, aby utrzymać na poziomie
siłę swych natarć, podczas gdy
dywizja wskutek położenia w
dolinie Liri nie mogła podeprzeć
swego frontu górskiego świeżymi
siłami. Stosunek zużycia sił
nacierającego i obrońcy zaczął
się obracać na niekorzyść
obrońcy. Nie chcąc wziąć na
siebie niebezpieczeństwa
przełamania frontu górskiego,
dywizja musiała zdecydować się
teraz na wycofanie swych sił na
rygiel Sengera."

18 maja rano ponowne natarcie
na odcinku 3. Dywizji Strzeldów
Karpackich miało szybki wynik
pomyślny, gdyż, jak
przewidywałem, nieprzyjaciel
pozostawiwszy osłonę, wycofał w
ciągu nocy większość sił.

O #/10#20 patrol 12. Pułku
Ułanów zatknął sztandar
biało_czerwony na gruzach Monte
Cassino. Twierdza niemiecka
zagradzająca drogę do Rzymu,
padła. Zwycięstwo osiągnięto
dzięki męstwu żołnierza
polskiego i wspólnemu wysiłkowi
wojsk sprzymierzonych. W godzinę
później przybył do sztabu 2.
Korpusu gen. Leese i pierwszy
wyraził żołnierskie uznanie dla
waleczności Polaków. Za jego
zgodą poleciłem zatknąć
brytyjski Union Jack obok
polskiego sztandaru na ruinach
opactwa.

W godzinach popołudniowych 18
maja nawiązano bezpośrednią
łączność z oddziałami
brytyjskimi, działającymi w
dolinie Liri. Na odcinku 5.
dywizji zacięte walki trwały do
samego wieczora, a dopiero 19
maja rano oczyszczono
ostatecznie wzgórze 575.
Nieprzyjaciel pobity na masywie
Monte Cassino, wycofał się na
linię Hitlera.

Jakżeż straszliwy widok
przedstawiało pobojowisko.
Naprzód zwały nie wystrzelonej
amunicji wszelkiego kalibru i
każdej broni. Wzdłuż ścieżki
górskiej - bunkry, schrony,
wysunięte punkty opatrunkowe.
Białe taśmy wytyczają
rozminowaną drogę. Gdzieniegdzie
stosy min. Trupy żołnierzy
polskich i niemieckich, czasem
splecione w ostatnim śmiertelnym
zwarciu. Powietrze przesycone
wyziewami rozkładających się
zwłok. Dalej czołgi, niektóre
wywrócone z zerwanymi
gąsienicami, inne tak jakby
miały ruszyć dalej do natarcia,
polskie i amerykańskie z
poprzednich walk, wszystkie
zwrócone lufami ku klasztorowi.
Zbocza wzgórz, zwłaszcza od
strony mniejszego natężenia
ognia, tonęły w powodzi
czerwonych maków. Z dębowego
gaju tzw. Doliny Śmierci zostały
tylko okaleczone kikuty drzew
bez jednego choćby liścia,
przeważnie bez gałęzi, gęsto
nabite żelazem. Na wzgórzach lej
obok leja, krater obok krateru,
po bombach i granatach. Wśród
nich walające się strzępy
mundurów, porozrzucane hełmy
sojusznicze i niemieckie,
karabiny ręczne i maszynowe,
granaty ręczne, skrzynki
amunicyjne, zwoje drutów
kolczastych i pułapki minowe na
każdym kroku. Wszystko świadczy
o zażartości boju.

A potem ruiny klasztoru. Z
daleka rysuje się zachodnia
ściana, jedyna ocalała, na
której powiewają sztandary. W
kotlinie zrównana z ziemią
wioska Colle d'Onufrio. Na
przeciwległym wzgórzu tzw. Domek
Doktora. Z klasztoru zostały
ogromne stosy gruzów i zwalisk.
Gdzieniegdzie sterczą
porozbijane kolumny, w
szczątkach leżą marmurowe
posągi. Obok rozwalonego dzwonu
niewybuchły pocisk największego
kalibru. Przez rozwalone mury i
sklepienia widać resztki
malowideł, zniszczone mozaiki i
freski. W ocalałym narożniku
kilka pomieszczeń ziało zaduchem
rozkładających się trupów
niemieckich, które w nawale
ognia nie mogły być usunięte i
leżały w skrzyniach razem z
granatami. Bezcenne dzieła
sztuki, rzeźby, obrazy i książki
w pyle i opadłym tynku
pomieszane ze sprzętem wojennym.
Huragan ognia i żelastwa szalał
nad tą piękną okolicą górską i
ze wspaniałego klasztoru
pozostawił gruzy i zgliszcza.

Od wschodu gruzy nagle się
urywają. Na stromym zboczu
widoczne resztki serpentyn
drogi. Poniżej wzgórze Kata. Na
nim zniszczona podpora kolejki
linowej. Tam załamało się
czołowe natarcie Hindusów.
Jeszcze niżej ruiny zameczku. U
stóp w dolinie zrównane z ziemią
miasto Cassino. Leje, kratery i
wyrwy, częściowo wypełnione wodą
rozlanej rzeki Rapido, pokrywały
całą dolinę. Wśród nich prosta
jak strzała droga do Neapolu.

Bitwa jednak nie jest
skończona. 13. Korpus Brytyjski
i 1. Korpus Kanadyjski weszły w
styczność z linią Hitlera. 13.
korpus działający na prawym
skrzydle musiał wstrzymać swój
pochód z powodu flankujących
ogni z miasteczka Piedimonte,
położonego na wzgórzu i zbiegu
linii Gustawa i Hitlera.
Miasteczko to nieprzyjaciel
zamienił w twierdzę. Powyżej
trzymał jeszcze Pizzo Corno i
Monte Cairo, szczyty terenowe
trudno dostępne, umocnione i
bronione przez 4. Baon
Wysokogórski. Aby więc ułatwić i
umożliwić 13. Korpusowi
Brytyjskiemu dalsze działanie w
dolinie rzeki Liri, 2. Korpus
Polski przystąpił do natarcia na
tę część pozycji obronnej
nieprzyjaciela. Straty i
wyczerpanie w bitwie o Monte
Cassino czyniły to zadanie
bardzo trudnym, gdyż wszystkie
oddziały Korpusu brały już
udział w walce. Trzeba więc było
zorganizować doraźne
zgrupowania, wybierając do nich
jednostki stosunkowo mniej
strudzone. Zadanie zdobycia
Pizzo Corno i Monte Cairo
powierzono dowódcy 6. Brygady
Piechoty, który trzymał
dotychczas odcinek obronny,
przylegający na północy do
stoków tych wzgórz. Załogę tej
obrony stanowiły spieszone pułki
rozpoznawcze Karpacki i 15.
Ułanów Poznańskich. Zadanie
zdobycia Pizzo Corno otrzymał
Karpacki Pułk Ułanów, wsparty
ogniem 6. Pułku Artylerii
Lekkiej oraz artylerią ciężką
Korpusu. Ze względu na duże
różnice wysokości oraz
kamieniste i strome podejścia,
nie dające schronienia ani przed
obserwacją, ani przed ogniem
nieprzyjaciela, to bardzo trudne
zadanie wymagało dużego wysiłku
fizycznego.

19 maja 1944 Karpacki Pułk
Ułanów rozpoczął działania,
posuwając się niemal od chwili
wyruszenia w ogniu artylerii
nieprzyjaciela i rozbrajając po
drodze pola minowe. U podnóży
Pizzo Corno na wzgórzu 893 pułk
natknął się na zaporę ogniową
wszystkich broni nieprzyjaciela
i stoczył gwałtowną walkę
ogniową, a następnie zdobył
szturmem wzgórze 893. Równolegle
szwadron 15. Pułku Ułanów
stoczył walkę o południowe stoki
wzgórza 893, która doprowadziła
do połączenia ze szwadronem
Karpackiego Pułku Ułanów. Pułk
karpacki został zastąpiony przez
15. Pułk Ułanów, którzy 20 maja
ponawia dalsze natarcia, a 21
opanowuje ostatecznie całe Pizzo
Corno oraz szczyt Monte Cairo.

Równocześnie rozwijało się
główne działanie na Piedimonte.
Do działania tego utworzono
osobne zgrupowanie, złożone z 6.
Pułku Pancernego, 18. Baonu
Strzelców Lwowskich, 5. Baonu
Strzelców Karpackich, szwadronu
12. Pułku Ułanów, kompanii
ochrony sztabu Korpusu, 9. Pułku
Artylerii Lekkiej, baterii dział
samobieżnych. Wsparcie ogniowe
stanowiły 10. i 11. Pułk
Artylerii Ciężkiej. Zadaniem
tego zgrupowania było:

"...opanować Piedimonte,
ubezpieczyć prawe skrzydło 13.
korpusu w rejonie Villa San
Lucia_Piedimonte."

Zgrupowanie to, pod dowództwem
ppłk. Bobińskiego, w czasie od
20 do 25 maja wykonało cztery
natarcia na Piedimonte, w
których główną rolę odegrały
przede wszystkim śmiałe i pełne
inicjatywy działania czołgów. W
terenie zupełnie nie
sprzyjającym użyciu czołgów,
oddziały pancerne wykazały
wielką brawurę i dokonały
prawdziwego czynu wojennego przy
wdarciu się do miasta po
stromych serpentynach
okalających górę.

Niemców całkowicie zaskoczono.
Brak piechoty w odpowiedniej
ilości - gdyż użyte baony
liczyły zaledwie 28% stanu
bojowego i były przemęczone
bitwą o Monte Cassino - nie
pozwolił na oczyszczenie
miasteczka i zdobycie sąsiednich
wzgórz. Nieprzyjaciel zdołał
wprowadzić swoje odwody i walka
ciągnęła się przez następnych
kilka dni, doprowadzając
ostatecznie do zdobycia
Piedimonte 25 maja 1944.

Walki o dużym natężeniu i
ponawiane raz po raz natarcia i
wypady w połączeniu z silnym
ogniem własnej artylerii
związały całkowicie
nieprzyjaciela broniącego rygla,
jakim było Piedimonte w stosunku
do drogi nr 6 (Via Casalina) i
doliny rzeki Liri. Tym samym
działanie 13. Korpusu mogło
rozwijać się w dolinie rzeki
Liri bez przeszkód ze strony
Piedimonte, a o to właśnie
chodziło ze względu na całość
akcji 8. Armii. Ostateczne zaś
zdobycie przez nas Piedimonte
otworzyło całkowicie drogę nr 6
jako główną arterię
komunikacyjną.

Na tym zostały zakończone
walki 2. Korpusu Polskiego o
Monte Cassino i Piedimonte: 28
maja oddziały zaczęły schodzić z
krwawego pobojowiska.

Straty 2. Korpusu Polskiego w
tej bitwie wynosiły: zabitych 72
oficerów, 788 podoficerów i
szeregowych; rannych 204
oficerów, 2618 podoficerów i
szeregowych. Łączne straty w
zabitych, rannych i zaginionych,
281 oficerów, 3503 podoficerów i
szeregowych.





Po zwycięstwie





18 maja meldowałem Naczelnemu
Wodzowi gen. Sosnkowskiemu:

"...Zwycięstwo dzięki
bohaterstwu żołnierza. Dowódcy
świecili przykładem...
Nadzwyczajne koleżeństwo z
korpusami brytyjskimi..."

W rozkazie wydanym tego samego
dnia zwracałem się do żołnierzy:

"...Zwycięstwo nasze
osiągnięte zostało wspaniałym
wysiłkiem i współdziałaniem obu
dywizji piechoty, oddziałów
czołgów, całej naszej artylerii,
saperów, łączności oraz
wszystkich pozostałych broni i
służb biorących udział w bitwie.

Całym sercem wdzięczni
jesteśmy naszym sprzymierzeńcom
Brytyjczykom i Amerykanom...

Oddaję hołd poległym naszym
bohaterom, których dusze stoją
dziś przed Najwyższym Sędzią, a
których ciała ku wiecznej
pamięci tego czynu spoczną na
cmentarzu polskim pod klasztorem
Monte Cassino.

Wyrażam moje najwyższe uznanie
żołnierzom wszystkich stopni za
ich bohaterstwo i niestrudzony
wysiłek w tym boju ku chwale
Ojczyzn".

Jak już wspominałem pierwszy
złożył nam wyrazy uznania gen.
Leese. Korespondentom
zagranicznym oświadczył:

- Cieszę się, że spotykam was
tutaj w dniu dzisiejszym. Chcę
wam powiedzieć, że zdobycie
Monte Cassino jest wyłącznym
dziełem Polaków. Cieszę się, że
jesteście tutaj w tak wielkim
dla Polski dniu historycznym
zdobycia klasztoru Monte Cassino
przez żołnierzy 2. Korpusu
Polskiego.

W kilka godzin później dowódca
8. Armii na moje zapytanie
telefoniczne, czy zgadza się na
budowę polskiego cmentarza
wojennego na górze klasztornej,
odpowiedział:

- Oczywiście.

Prezydent, Naczelny Wódz i
Premier Rządu Polskiego w
Londynie złożyli wyrazy uznania
dla 2. Korpusu. W trzech
depeszach prosiłem Naczelnego
Wodza, by przybył do Korpusu.

22 maja 1944 gen. Alexander
zawiadomił mnie:

"Otrzymałem depeszę od Jego
Królewskiej Mości, w której Król
poleca mi wyrazić Panu
Generałowi swoje
najserdeczniejsze gratulacje za
wyróżniający się udział Pana
Generała w osiągniętym obecnie
zwycięstwie. Donoszę Panu
Generałowi, że Jego Królewskiej
Mości sprawia dużą przyjemność
nadanie Panu Generałowi Orderu
Łaźni. Dodaję do moich
osobistych gratulacji życzenia
mojego sztabu w chwili tak
zasłużonego wyróżnienia".

Odpowiedziałem:

"Jestem głęboko wzruszony
depeszą Pana Generała z 22 maja
i zawartymi w niej gratulacjami.
Będę Panu Generałowi bardzo
wdzięczny za przekazanie Jego
Królewskiej Mości Jerzemu VI
mego szacunku i wdzięczności za
wielkie wyróżnienie, którego
dostąpiłem. Pragnę również
złożyć podziękowanie Jego
Królewskiej Mości za łaskawą
depeszę gratulacyjną dla Korpusu
Polskiego pod moim dowództwem;
została ona przyjęta przez nas z
największą dumą. Proszę zapewnić
Jego Królewską Mość o naszym
oddaniu wspólnej sprawie".

Dekoracji Orderem Łaźni w
imieniu Króla dokonał gen.
Alexander 25 maja w gaju
oliwkowym w pobliżu Monte
Cassino, w miejscu postoju
Korpusu. Na niewielkiej polanie
- poczty sztandarowe 5. Kresowej
Dywizji Piechoty i 3. Dywizji
Strzelców Karpackich, kompania
honorowa złożona z
przedstawicieli wszystkich
baonów obu dywizji, pluton
samochodów pancernych 8. Armii.

Przypinając mi insygnia orderu
gen. Alexander mówi:

- W imieniu Jego Królewskiej
Mości, Króla Wielkiej Brytanii
Jerzego VI, dekoruję Pana
Generała Orderem Łaźni.

Potem wygłasza następujące
przemówienie:

- Mój Król, nadając order
Łaźni gen. Andersowi, nadał go
dowódcy 2. Korpusu za Jego
wspaniałe dowodzenie i jako
wyraz uznania dla niezwykłego
męstwa, ofiarności i poświęcenia
żołnierza polskiego w bitwie o
Cassino.

- Był to wielki dzień sławy
dla Polski, kiedyście zdobyli tę
warowną fortecę, którą sami
Niemcy uważali za niemożliwą do
zdobycia.

- Była to pierwsza wielka
próba bitwy, którą przeszliście
w walce o twierdzę europejską.
Nie jest to tylko wspaniały
początek. Jest to drogowskaz na
przyszłość. Mogę wam to szczerze
i otwarcie powiedzieć.

- Żołnierze 2. Korpusu
Polskiego! Jeżeliby mi dano
wybierać między żołnierzami,
których bym chciał mieć pod
swoim dowództwem, wybrałbym was,
Polaków.

- Oddaję wam cześć.

Wydałem rozkaz do wszystkich
żołnierzy Korpusu:

"Uznanie Jego Królewskiej
Mości, Króla Wielkiej Brytanii
Jerzego VI, cenimy sobie
niezmiernie wysoko.

Odznaczenie otrzymane przeze
mnie jako waszego dowódcę, jest
wyrazem uznania dla wspaniałego
wysiłku bojowego, dla Polski.

Jest ono własnością wszystkich
żołnierzy 2. Korpusu".

Przyjechał książę Piemontu
Umberto. Złożył w imieniu króla
Wiktora Emanuela i swoim własnym
wyrazy podziwu i gratulacje dla
2. Korpusu z powodu zwycięstwa
pod Monte Cassino, zawiadamiając
jednocześnie, że król zgodził
się na budowę polskiego
cmentarza wojennego na Monte
Cassino.

Gen. Leese pisał w liście z 27
maja:

"Nim Pan Generał wyjedzie,
zależy mi bardzo na przesłaniu
słów osobistych gratulacji dla
Pana Generała i całego Korpusu
Polskiego za jego wspaniałe
dokonanie w obecnej bitwie, a w
szczególności z powodu zdobycia
Monte Cassino. Ten znakomity
czyn przejdzie, jestem tego
pewien, do historii jako potężne
dzieło oręża polskiego i będzie
zaliczony w naszej własnej
historii wojennej do
najwybitniejszych zwycięstw 8.
Armii...

Pan Generał jednak czuje, tak
samo jak i ja, że w tych
ciężkich walkach nie tylko
generałom, lecz ponad wszystko
wojskowym walczącym powinien być
oddany hołd. Dla mnie wartość
polskich żołnierzy w tych
straszliwych zmaganiach, ten
wspaniały sposób, w jaki
wytrzymali ciężki ogień
moździerzy i dział oraz
zawziętość przeciwnatarć były
zdumiewające. Duch walki w
natarciu był równie wspaniały.

Jako szczególny dowód
honorowego miejsca, które Korpus
Polski zajął w 8. Armii,
oficerowie i żołnierze Korpusu
Polskiego będą od dzisiaj nosili
na ramieniu odznakę 8. Armii,
tarczę krzyżowców. Z chwilą gdy
Pan Generał wyrazi na to zgodę,
wydam odpowiednie zarządzenia".

Gen. Mark Clark, dowódca 5.
Armii gratuluje z powodu wzięcia
klasztoru Monte Cassino przez
Korpus Polski.

"Utrata Monte Cassino - pisał
gen. Mark Clark - była potężnym
ciosem dla nieprzyjaciela i
symbolizuje załamanie się
pozycji obronnych, które trzymał
przez wszystkie miesiące
zimowe".

Były to wielkie dni 2.
Korpusu. Dni pełne chwały i
dumy. Chwile, w których wojsko
miało poczucie dobrze
spełnionego obowiązku
żołnierskiego. Brakowało nam w
tych chwilach Polski.
Walczyliśmy na obczyźnie.
Zwycięstwo było naszym udziałem,
lecz nie mogliśmy się z niego w
pełni radować. Czekaliśmy na
odzew z Kraju. I oto późno, 2
czerwca, nadeszła drogą przez
Londyn depesza:

"Żołnierze Armii Krajowej
oddają cześć poległym i żywym
uczestnikom zwycięskich walk o
Monte Cassino. Wasze boje pełne
chwały dodają nam mocy w naszej
uporczywej walce. Dowódca Armii
Krajowej, 24 maja 1944".

To była nasza najwyższa
nagroda za poniesione trudy.

5 czerwca gen. Leese wydał
rozkaz do 8. Armii:

"Pierwsza faza naszych
operacji została zakończona. Na
lewym skrzydle 5. Armia, po
zaciekłych walkach na wzgórzach
Albano, wchodzi do Rzymu. Na
prawym skrzydle 8. Armia
dokonała historycznego
przełamania linii Gustawa,
zdobycia Cassino i Monte
Cassino. Następnie sforsowała
linię Hitlera i w pościgu
rozbiła kilka dywizji
niemieckich, uniemożliwiając
nieprzyjacielowi reorganizację.
Obie armie wspólnie osiągnęły
wielkie zwycięstwo. Dziękuję wam
i składam gratulacje wszystkim.
Dokonaliście wielkiego dzieła.

Mamy obecnie przed sobą
zdezorganizowanego
nieprzyjaciela w ucieczce. Musi
on zyskać na czasie i starać się
opóźniać nasze postępy przez
uporczywą akcję niszczenia i
minowania przez tylne straże.
Musimy go ścigać nie dając mu
spokoju ani w dzień, ani w nocy.
Każda godzina, każdy Niemiec
zabity lub wzięty do niewoli
zbliża nas do chwili
rozgromienia armii niemieckiej
we Włoszech.

To jest nasz cel i ten cel
osiągniemy. To jest wkład 8.
Armii na rzecz drugiego frontu.
Dziękuję wam i życzę szczęścia
każdemu z was".

Takie było znaczenie tych
walk. Otwarcie drogi do Rzymu. 4
czerwca 1944 oddziały
sprzymierzonych wkraczały do
najstarszej stolicy Europy i
uwalniały siedzibę Ojca
Świętego.





Front adriatycki





22 maja 1944, gdy Korpus był
jeszcze w akcji w rejonie Monte
Cassino, gen. Leese zawiadomił
mnie, że w najbliższym czasie
Korpus przejdzie do rejonu
Campobasso na dłuższy odpoczynek
i reorganizację. W dalszym
planie jest użycie Korpusu nad
Adriatykiem, prawdopodobnie na
odcinku Ortony. W trzy dni
później gen. Leese przedstawił
mi dwie możliwości dalszego
użycia Korpusu. Pierwsza:
pozostanie sztabu Korpusu oraz
5. Dywizji pod dowództwem gen.
Mac Creery na dotychczasowym
odcinku, odesłanie zaś 3.
dywizji na tyły celem
reorganizacji. Druga: wycofanie
sztabu Korpusu i wszystkich
oddziałów na tyły, z wyjątkiem
5. dywizji, która czasowo miała
zostać jeszcze w linii w
składzie i pod dowództwem 19.
Korpusu. Przyjąłem drugą
propozycję.

Potem położenie uległo
zmianie. Na następnej naradzie
29 maja gen. Leese oświadczył,
że na froncie 8. Armii niezbędna
jest dywizja górska. Gen. Alan
Brooke, szef sztabu
imperialnego, nie może przysłać
obiecanej 52. Dywizji Górskiej.
Wobec tego zachodzi konieczność
przerzucenia 4. Dywizji
Hinduskiej, która przeszła
szkolenie górskie, z odcinka
adriatyckiego na środkowy
odcinek frontu. Jednocześnie 10.
Dywizja Hinduska, również z
odcinka adriatyckiego, ma
zastąpić korpus kanadyjski. 2.
Korpus Polski ma jak najszybciej
przejąć odcinek frontu
adriatyckiego, z którego odejdą
wymienione dywizje hinduskie.

Gen. Alexander zapytał mnie 2
czerwca, czy część oddziałów 2.
Korpusu mogłaby objąć odcinek
frontu adriatyckiego już 5
czerwca. Zaznaczył, że zluzowana
stamtąd 10. Dywizja Hinduska
była znaczną pomocą na rzymskim
odcinku frontu. Reorganizację
Korpusu Polskiego proponował
przeprowadzić na spokojniejszym
odcinku adriatyckim. Wyraziłem
zgodę na wprowadzenie trzech
pułków artylerii polowej na
dzień 5 czerwca oraz na możliwie
szybkie przejęcie odcinka przez
3. dywizję. Gen. Alexander
poruszył następnie sprawę
uzupełnień. Było to zawsze jedno
z najdrażliwszych zagadnień
Korpusu. Ze względu na straty
Korpusu w bitwie o Monte Cassino
i brak rezerw sztab brytyjski,
opierając się na swoich wzorach,
etatach i cyfrach proponował
ograniczyć Korpus Polski do
jednej dywizji piechoty
wzmocnionej oddziałami
pancernymi. Nie mogłem się na to
zgodzić. Uważałem, że Korpus
jest zawiązkiem przyszłej Armii
Polskiej i że powinien składać
się ze wszystkich rodzajów broni
i służb, aby mieć zdolność
samodzielnego działania. Byłem
przekonany, że uzupełnienia
nadejdą z... frontu, czyli że
napłyną do nas Polacy, siłą i
wbrew prawu wcieleni do armii
niemieckiej i organizacji Todta,
wykonywującej prace na zapleczu
frontu niemieckiego. Pogląd swój
przedstawiłem gen. Alexandrowi i
postawiłem sprawę zaufania do
mnie i do Korpusu.

- Jak dotychczas w niczym nie
zawiedliśmy - rzekłem - tak samo
w przyszłości wywiążemy się ze
wszystkich powziętych
zobowiązań.

Zyskałem zrozumienie i
poparcie gen. Alexandra, mimo że
miał on wątpliwości co do
przypływu uzupełnień z jeńców.

Tego samego dnia złożyłem
dłuższą wizytę królowi Wiktorowi
Emanuelowi w Ravello, a po
dwudniowym odpoczynku na Capri
wróciłem na dawne miejsce
postoju Korpusu do Campobasso,
skąd odchodziły już pierwsze
oddziały polskie nad Adriatyk.

Do 15 czerwca 3. Dywizja
Strzelców Karpackich zluzowała
pozostałe oddziały 10. Dywizji
Hinduskiej oraz 4. Dywizję
Hinduską, a 16 czerwca 12. Pułk
Ułanów ukończył luzowanie
brytyjskich pułków
rozpoznawczych w rejonie
Sulmona.

17 czerwca w godzinach rannych
objąłem dowodzenie nad całym
odcinkiem adriatyckim w rejonie
Pescara. Poza oddziałami
polskimi pod rozkazy Korpusu
weszły: dwa brytyjskie pułki
artylerii średniej, brytyjski
pułk pancerny, liczne brytyjskie
oddziały saperskie, łączności i
obrony przeciwlotniczej oraz
korpus włoski dowodzony przez
gen. Utili, w składzie 13 baonów
piechoty, dwu pułków artylerii
lekkiej, dyonu artylerii
ciężkiej, baonu saperów,
kompanii łączności. Oddziały
włoskie były bardzo źle
wyposażone, szczególnie w środki
mechaniczne, natomiast miały
pełne stany liczebne żołnierzy.





U Ojca Świętego





Ambasador Polski przy
Watykanie Kazimierz Pap~ee
powiadomił mnie 20 czerwca 1944,
że zostanę przyjęty na audiencji
prywatnej u Ojca Świętego.

Ojciec Święty przywitał mnie
serdecznie i wyraził radość z
powodu zdobycia Monte Cassino
przez wojsko polskie. Wiedział o
dobrych stosunkach między
żołnierzami polskimi a ludnością
włoską i szczerze się z tego
cieszył. Interesował się żywo
historią 2. Korpusu. Mówił z
najgorętszym uczuciem o narodzie
polskim, a jednocześnie nie
ukrywał wielkiego niepokoju o
jego przyszłość. Przy pożegnaniu
wręczył mi medal Defensor
Civitatis. Otrzymałem także
portret Ojca Świętego z odręczną
dedykacją.

Zwiedziłem Bazylikę i grób św.
Piotra oraz inne tak dobrze
znane mi z historii zabytki.
Złożyłem wizytę sekretarzowi
stanu kardynałowi Maglione,
byłemu nuncjuszowi apostolskiemu
w Warszawie kardynałowi Marmaggi
oraz nuncjuszowi papieskiemu
przy rządzie polskim prałatowi
Cortesi. Rozmowy oczywiście
dotyczyły głównie wojny, a
przede wszystkim spraw Polski i
stanowiska Rosji Sowieckiej.
Niestety, pobyt w Rzymie
musiałem skrócić i wracać do
wojska nad Adriatyk.





Zmiana zadania:

Na Anconę





Oddziały polskie, które weszły
na odcinek adriatycki i
zastąpiły jednostki brytyjskie,
przejęły również ich zadania.
Polegały one m.in. na
zabezpieczeniu rokady szosy
Pescara_popoli_aquila, która
była w odbudowie i miała służyć
do zaopatrywania prawego
skrzydła 8. Armii. Zadanie miało
więc być całkowicie bierne.

Tymczasem wkrótce po przybyciu
dowództwa 2. Korpusu nad
Adriatyk, jeszcze na kilkanaście
godzin przed formalnym objęciem
dowodzenia przeze mnie
otrzymałem z dowództwa frontu
rozkaz całkowicie zmieniający
dotychczasowe zadanie. Nowe
zadanie brzmiało: "2. Korpus
Polski ma ścigać jak najszybciej
nieprzyjaciela i uchwycić port
Ancona". Uwydatniał się pośredni
wpływ lądowania wojsk
sprzymierzonych w Normandii 6
czerwca 1944, w czwartą rocznicę
ewakuacji Dunkierki przez
Brytyjczyków. Z rozwoju ogólnego
położenia wojskowego wynikały
zmiany w planie dowództwa frontu
włoskiego. Uwydatniało się
również, że zaopatrywanie wojsk
sprzymierzonych, oddalających
się coraz bardziej od
południowych baz włoskich,
Taranto, Bari, Neapol, nie da
się z nich utrzymać w
przyszłości. Małe zaś porty
pomocnicze, jak np. port rybacki
w Pescara, nie mogą ich
zastąpić. Zjawia się przeto
konieczność posiadania na
północy dużych portów. Takimi
portami były Ancona nad
Adriatykiem i Livorno nad Morzem
Tyrreńskim.

Działanie na Ancone stawało
się więc niezbędnym etapem
operacyjnym, a przede wszystkim
kwatermistrzowskim, w ruchu 8.
Armii na północ. Przestawało zaś
być z pewnością tylko
wypełnieniem luki w pasie
nadmorskim. Świadczy o tym także
otrzymany wkrótce obszerniejszy
rozkaz, określający zadanie:

"Opanować i zapewnić otwarcie
portu Ancona, który stał się
niezbędny dla celów
gospodarczych".

Znaczenie obszaru
adriatyckiego dla poprawy
sytuacji służb
kwatermistrzowskich narastało
stopniowo. Osobiście byłem
całkowicie przekonany o dużym
operacyjnym znaczeniu tego
kierunku, jako wprowadzającego
na skrzydło frontu
nieprzyjaciela, a obchodzącego
wysokie grzbiety Apenin, które
zamykały wejście do doliny
Lombardii. Ta jednak zmiana
dotychczasowego zadania, które
miało być bierne i statyczne, na
wybitnie ruchome, była wówczas
dla 2. Korpusu niedogodna.
Korpus potrzebował wypoczynku i
reorganizacji. Środki
transportowe były przeciążone
zaopatrywaniem oddziałów
Korpusu, znajdujących się
jeszcze w rejonie
Campobasso_prata, odległym o
ok. 2507km oraz oddziałów
Korpusu na odcinku adriatyckim i
oddziałów Korpusu Włoskiego,
bardzo słabo - jak już
wspominałem - wyposażonego w
pojazdy mechaniczne, wreszcie
przewożeniem oddziałów z rejonu
Campobasso na odcinek
adriatycki. Obecnie miały
jeszcze podołać zadaniom pościgu
i walki.

Teren nowych działań sprzyjał
opóźniającym walkom
nieprzyjaciela. Pas nabrzeżny
między Adriatykiem a wschodnimi
stokami Apenin o szerokości
25_#407km, wzmocniony
większymi i mniejszymi
wzniesieniami, był poprzerzynany
poprzecznie do kierunku działań
licznymi dolinami rzek, które
stanowiły przeszkody dla ruchu.
Te naturalne zapory wyzyskiwał
nieprzyjaciel dla swoich pozycji
obronnych, niszcząc i minując
drogi, mosty i brody, nie
oszczędzając osiedli ludzkich.
Na dobitkę większość oddziałów
saperskich z tego odcinka była
przesunięta na odcinek rzymski,
a tymczasem trzeba było
odbudować zniszczone drogi i
mosty.

Siły nieprzyjaciela na tym
odcinku składały się z 278.
Dywizji Piechoty, pełnej i
ocenionej jako dobrej oraz
oddziałów 71. Dywizji Piechoty
przed naszym lewym skrzydłem.
Siły, jakie w pierwszej fazie
działań mógł wprowadzić Korpus,
były słabsze od sił
nieprzyjaciela. Nadto zaś
działaliśmy w całkowitym
odosobnieniu. Od sił 8. Armii
dzieliły nas pasma Apenin, a
prowadzące przez nie drogi
rokadowe były uszkodzone i
zamknięte dla ruchu. Na kierunku
adriatyckim odwodów
sprzymierzonych nie było.

Ugrupowanie oddziałów własnych
do działania:

- w pasie nadmorskim wzdłuż
drogi nr 16 wzmocniona 3.
Dywizja Strzelców Karpackich;

- po osi pomocniczej
Chienti_termo_ascoli_amandola
_macerata wydzielone oddziały
Korpusu Włoskiego z zadaniem
ubezpieczania 3. Dywizji od
zachodu;

- na naszym lewym skrzydle, w
górach, miały działać 12. Pułk
Ułanów Podolskich i Banda
Maiella, oddział kilkuset
ochotników włoskich pod
przewodem znanego adwokata,
dowodzony przez polskich
oficerów i podoficerów oraz
oficera brytyjskiego.

Ruch za nieprzyjacielem
rozpoczyna się 17 czerwca 1944.
3. Dywizja, działając dwiema
brygadami, po dwóch osiach
ruszyła naprzód tak szybko, jak
tylko pozwalały zniszczenia i
zaminowania. Po przekroczeniu
kilku przeszkód rzecznych, 21
czerwca nawiązuje styczność z
pozycją obronną nieprzyjaciela
nad Chienti. Próby zdobycia
przedmości z rozpędu nie dają
wyniku. Stwierdzono silną obsadę
nieprzyjaciela nad rzeką i w
głębi odwody gotowe do
przeciwnatarć. Zorganizowanie
zaopatrzenia, budowa dróg,
podciągnięcie oddziałów,
szczególnie włoskich,
maszerujących pieszo, trwa kilka
dni. Zanim oddziały nasze
osiągnęły gotowość do natarcia,
30 czerwca nieprzyjaciel,
dotychczas bardzo aktywny i
przeprowadzający szereg
przeciwnatarć, rozpoczyna
odwrót.

Obie polskie dywizje ruszają
natychmiast w pościg. Pomimo
dużych zniszczeń i zaminowania
dróg, oddziały pościgowe idą w
styczności z tylnymi strażami
nieprzyjaciela, staczając z nimi
walki. Po rozwinięciu naszych
oddziałów nieprzyjaciel zostaje
zepchnięty z przejściowej obrony
na rzece Potenza. Pościg trwa
dalej. Nie dajemy
nieprzyjacielowi czasu na
ukończenie przygotowań obrony na
rzece Musone, stanowiącej
ostatnią przeszkodę rzeczną
przed Anconą. Wieczorem 1 lipca
1944 nasze oddziały pościgowe
docierają do rzeki Musone,
miejscami przekraczają ją i
zabezpieczają brody.





Bitwa loretańska





nazajutrz rozpoczyna się bitwa
zwana loretańską od miasta
Loreto, przez które szedł
początkowo nasz główny wysiłek.
Celem jej było wyzyskanie
powodzenia oddziałów pościgowych
i stworzenie dogodnych warunków
do bitwy o Anconę przez
opanowanie górujących wzniesień
na północnym brzegu rzeki
Musone.

Na prawym skrzydle 3. Dywizja
Strzelców Karpackich, wsparta
przez gros sił 2. Brygady
Pancernej, dowodzonej przez gen.
Rakowskiego i Karpacki Pułk
Ułanów w ciężkich walkach
zdobywa kolejno Castelfidardo,
Osimo i całe pasmo wzniesień nad
doliną rzeki Musone. Na lewym
skrzydle 5. Kresowa Dywizja
Piechoty, działająca na szerokim
froncie, opanowuje obszar między
rzeczką Fiumicello a rzeką
Musone, dobija do Musone,
przekracza ją i zdobywa
przedmoście stanowiące podstawę
wyjściową do przyszłego
natarcia. Walczono zaciekle, a
przedmioty natarć przechodziły
niejednokrotnie z rąk do rąk.
Zaznaczyły się pewne trudności w
zaopatrzeniu w amunicję, ze
względu na jej duże zużycie w
walkach i znaczne odległości od
źródeł zaopatrywania. Przednie
oddziały Korpusu Włoskiego
podciągają stopniowo na wysokość
lewego skrzydła 5. dywizji i
zastępują jej baony na zdobytych
stanowiskach. Korpus Włoski
przeprowadza ograniczone
natarcie na Filotrano i po
ciężkiej walce zdobywa tę
miejscowość.

W końcowej fazie bitwy
szerokość frontu wynosiła około
607km.

Kończyliśmy tę bitwę 9 lipca,
dzierżąc dogodne podstawy do
rozstrzygającego działania na
Anconę i mając swobodę własnej
koncentracji i przegrupowań.

Postanawiam prowadzić bitwę o
Anconę według następującego
planu: prawe skrzydło na wprost
Ancony ma pozostać bierne,
pozorując działania zaczepne, na
lewym skrzydle grupa uderzeniowa
ma przełamać pozycje obronne
nieprzyjaciela i przeć ku morzu
na zachód od Ancony, grożąc
odcięciem sił nieprzyjaciela w
rejonie Ancony. Dla powodzenia
manewru należało naprzód zdobyć
grzbiet Monte della
Crescia_offanga, który panował
nad szlakiem grupy manewrowej.

Zarządzam następujące
ugrupowanie do natarcia:

- natarcie na Monte della
Crescia wykona 5. Wileńska
Brygada Piechoty, wzmocniona 3.
Baonem Strzelców Karpackich, 4.
Pułkiem Pancernym, wspierana
silnie artylerią;

- manewr wykona 2. Brygada
Pancerna, 5. Pułk Ułanów, 7.
Pułk Huzarów Brytyjskich, 6.
Lwowska Brygada Strzelców i
komandosi;

- wiązanie nieprzyjaciela na
prawym skrzydle wykona jedna
brygada 3. dywizji;

- osłonę lewego skrzydła
wykona Korpus Włoski,
przeprowadzając ograniczone
natarcie na skrzydle
przylegającym do polskiej grupy
manewrowej;

- odwód: jedna brygada 3.
dywizji początkowo za prawym
skrzydłem, w razie potrzeby
wspiera grupę manewrową.

Przegrupowanie przeprowadzamy
skrycie, by nieprzyjaciel nie
spostrzegł przerzucania
oddziałów pancernych z pasa
nadmorskiego na lewe skrzydło.





Wzięcie Ancony





Natarcie rusza rankiem 17
lipca 1944. Nieprzyjaciel
kładzie ognie zaporowe na pasie
nadmorskim, co oznacza, że nie
spostrzegł przesunięcia naszych
oddziałów pancernych.

5. Wileńska Brygada Piechoty z
3. Baonem Strzelców Karpackich
po ciężkiej całodziennej walce
zdobywa Monte Della Crescia i
rozszerza powodzenie, opanowując
Offangę.

2. Brygada Pancerna przekracza
w bród Musone i w zażartej walce
opanowuje kolejno Monte Torto,
grzbiet Croce di Sain Vincenzo,
Monte Bogo i o #/20#00
Polverigi. Jestem pewny, że
bitwa o Anconę została wygrana.

Przeprawienie się w bród przez
Musone i trudny teren na
północnym jej brzegu sprawiły,
że 6. Lwowska Brygada Piechoty,
idąc w ślad za 2. Brygadą
Pancerną dotarła do brzegu
morskiego dopiero w godzinach
popołudniowych 18 lipca, co
pozwoliło nieprzyjacielowi na
wycofanie części sił z rejonu
Ancony.

18 lipca o #/14 Karpacki Pułk
Ułanów wkracza do Ancony.

W dalszym pościgu za
nieprzyjacielem w ciągu 18 i 19
lipca oddziały nasze
przekraczają rzekę Essimo i
opanowują obszerne przedmoście.

Nieprzyjaciel został rozbity.
Poniósł ciężkie straty w
zabitych. Zdobyliśmy bardzo
wiele różnej broni i sprzętu.
Wzięto do niewoli 24 oficerów i
2552 szeregowych i podoficerów z
walczących oddziałów. Wyłapano
poza tym 351 osób rozproszonych
w terenie, z których większość
była już w ubraniach cywilnych.
Nasze straty były także poważne:
150 oficerów i 2000 szeregowych,
w tej liczbie 34 oficerów i 150
szeregowych poległych na polu
chwały.

Gen. Leese, dowódca 8. Armii,
w piśmie z 24 lipca 1944 pisze:

"Gdy pierwsza faza działań
zakończyła się tak pomyślnie
zdobyciem Ancony, przysyłam Panu
Generałowi i Korpusowi Polskiemu
podziękowanie i gratulacje 8.
Armii z powodu zwycięskiego
pościgu w ciągu ostatnich
tygodni.

Jest rzeczywiście wielkim
osiągnięciem posunąć się naprzód
o 75 mil wzdłuż wybrzeży
Adriatyku, zdobyć cenny port
Anconę, w czasie działań mocno
nadszarpnąć dwie niemieckie
dywizje i wziąć do niewoli
przeszło 3000 jeńców. Końcowe
szybkie zdobycie Ancony było
wynikiem doskonałego planu w
pomyśle i wykonaniu. Ruchowy
manewr Pana był znakomity. Był
on świetnie wspomagany przez
silny napór Karpackiego Pułku
Ułanów na wschodnim skrzydle,
przez co Niemcy zostali zmyleni
co do głównego kierunku
uderzenia.

Ancona w dużej mierze poprawi
nasze zaopatrzenie. Spodziewam
się, że będzie w pełni
uruchomiona w ciągu dwóch do
trzech tygodni. Będziemy mogli
przez nią dostarczać
zaopatrzenia zarówno dla Korpusu
Polskiego, jak i dla przyszłych
działań na północy, tak że jej
zdobycie może mieć doniosłe
znaczenie.

Myślę, że dowodzenie tymi tak
bardzo pomyślnymi działaniami i
dodanie tym sposobem świeżych
laurów orężowi polskiemu będzie
zawsze połączone dla Pana z
wielkim zadowoleniem. Wiara
Pana, którą głęboko podzielałem,
że Korpus Polski po stratach
poniesionych przy zwycięstwie na
Monte Cassino będzie tak szybko
gotowy do nowych działań, była
więcej niż usprawiedliwiona.

Pozwalam sobie przesyłając
Panu najlepsze życzenia złożyć
gratulacje z powodu świetnego
zorganizowania dwóch kolumn
pościgowych, które obecnie tak
szybko posuwają się naprzód".

Naczelny Wódz przyleciał do
Korpusu 16 lipca w przeddzień
bitwy o Anconę. Wiele godzin
przebywał na wysuniętym punkcie
dowodzenia. Kilkakrotnie
odwiedział walczące oddziały w
pierwszej linii.





Ze złotej księgi

Drugiego Korpusu





W zniszczonej Anconie na
stadionie wojskowym Naczelny
Wódz dekorował 23 lipca gen.
Alexandra i gen. Leese Krzyżem
Virtuti Militari 5. klasy. Po
tej uroczystości gen. Alexander
przypomniał mi rozmowę w
Casercie po bitwie o Monte
Cassino, podczas której
postawiłem sprawę zaufania. Gen.
Alexander podkreślił z
naciskiem, że żywi nie tylko
całkowite zaufanie do Korpusu,
ale także podziw dla jego
zwycięskich działań. W parę dni
później przysłał list, w którym
pisał:

"...była to dla mnie chwila
dumy, gdy otrzymałem z rąk
Naczelnego Wodza Pana tak
zaszczytne wyróżnienie w postaci
odznaczenia polskim Krzyżem
Virtuti Militari..."

23 lipca gen. Sosnkowski i ja
otrzymaliśmy zaproszenie do
wzięcia udziału w przyjęciu gen.
Collingwooda przez 8. Armię. Tym
generałem Collingwoodem był król
angielski Jerzy VI, który
przybył do żołnierzy włoskich. W
Perugii 26 lipca zostałem
przedstawiony Królowi i miałem
zaszczyt odbyć z nim krótką
rozmowę. Następnie, po
przeglądzie i defiladzie wojsk,
gościna w kwaterze polowej gen.
Alexandra, wieczorem obiad u
gen. Leese, dowódcy 8. Armii. W
czasie obiadu grała orkiestra 2.
Korpusu. Królowi podobała się
szczególnie melodia piosenki o
Lwowie "A gdybym się kiedyś
urodzić miał znów, to tylko we
Lwowie..." Gen. Alexander i gen.
Leese znali ją prawie na pamięć
z wielu odwiedzin Korpusu.
Śpiewaliśmy razem, król nucił.
Nuty i słowa (fonetycznie) tej
piosenki przesłałem później
Królowi dla przypomnienia tego
wieczoru.

28 lipca odbyła się
uroczystość błogosławieństwa
wojska polskiego przez Papieża
Piusa XII. Po uroczystości
Ojciec Święty przyjął naczelnego
Wodza na audiencji prywatnej.

31 lipca Naczelny Wódz
dekorował w Anconie Żołnierzy 2.
Korpusu Krzyżem Virtuti Militari
za walkę o Monte Cassino. Byłem
jednym z odznaczonych. Dziękując
gen. Sosnkowskiemu za przybycie
do 2. Korpusu, mówiłem:

"Na piersiach wielu żołnierzy
2. Korpusu zawiesiłeś przed
chwilą, Panie Generale,
najwyższe bojowe odznaczenie
polskie - Krzyż Virtuti
Militari. Stało się to w
chwilach tak niezmiernie
trudnych i ciężkich dla Polski,
kiedy hart ducha, moc charakteru
i czyny bojowe żołnierza
zdecydować muszą o losie i
przyszłości narodu... Ślubujemy
Ci, że nasz obowiązek żołnierski
wykonamy do końca i że będziemy
walczyli do ostatka o Polskę
wolną, silną i niepodległą".

1 sierpnia 1944 w Rzymie na
Piazza Venezia zostałem
dekorowany odznaczeniem
amerykańskim Legion of Merit.
Może przypadkiem, a może
właściwie dla podkreślenia, że
na tym placu z balkonu Palazzo
Venezia Mussolini wypowiedział
słowa: "Polonia e liquidata",
uroczystość była szczególnie
okazała. Kompanie honorowe:
amerykańska, brytyjska i polska
ustawiły się na placu. Obecni
byli prawie wszyscy dowódcy
sojuszniczy we Włoszech,
generałowie: Devers, Mark Clark,
Johnson, Gruenther, Lemnitzer,
Alexander, Leese, Robertson,
Beaumont_nesbitt oraz gen.
Sosnkowski. Gen Devers,
przypinając mi order Legion of
Merit, odczytał cytację
prezydenta Roosevelta:

"Władysław Anders, generał
dywizji Armii Polskiej, za
wyjątkowo godne uznania
zachowanie się, którym oddał
wybitne zasługi Stanom
Zjednoczonym i Narodom
Sprzymierzonym we Włoszech od
października 1943 do lipca 1944.
Jako generał dowodzący 2.
Korpusem Polskim gen. Anders
świetnie prowadził swoich
żołnierzy do ostatecznego
nieodpartego uderzenia, które
zostało uwieńczone wycofaniem
się armii niemieckiej z silnie
bronionego Cassino. Ten punkt
zaciekłego oporu został zdobyty,
gdy gen. Anders poprowadził
swoje oddziały w skoordynowanym
ataku sojuszniczym na kluczowe
pozycje nieprzyjacielskie, o
które zażarcie walczono.
Następnie w dalszej akcji na
wschodnim odcinku frontu
włoskiego, na wybrzeżu
adriatyckim, gen. Anders
poprowadził swych żołnierzy do
zdobycia ważnego portu Ancona.
Wybitne dowodzenie i zdolności
operacyjne wykazane przez gen.
Andersa, przyczyniły się walnie
do powodzenia wojsk
sojuszniczych w kampanii
włoskiej. Franklin D.
Roosevelt".





Troski od strony Rosji





Wieczorami w czasie bitwy, a
zwłaszcza po zdobyciu Ancony
gen. Sosnkowski dzielił się z
nami wiadomościami z Londynu.

Na przełomie 1943_#1944, gdy
2. Korpus Polski kończył
przygotowania i wchodził do
walki we Włoszech, cały nacisk
położono na zagadnienia ściśle
wojskowe. Okres walk, który
potem nastąpił, tak całkowicie
pochłonął wysiłek Korpusu, że
wiele wiadomości do nas w ogóle
nie docierało. Poza tym na
dociekania i roztrząsania
polityczne nikt u nas nie miał
ani głowy, ani czasu. Po bitwie
o Anconę, gdy pierwszy raz po
blisko trzech miesiącach
mieliśmy wytchnienie, gen.
Sosnkowski w długich rozmowach
przedstawił stan polityczny
sprawy polskiej. Nakreślił
rozwój wypadków od chwili
ostatnich swoich odwiedzin Armii
Polskiej na Bliskim Wschodzie,
wspomniał o znanych nam ogólnie
wydarzeniach ze stycznia i
lutego, uzupełnił wszystkie
wiadomości o rzeczach nam nie
znanych i tak powstał pełniejszy
obraz.

Trzy zagadnienia wysuwały się
na czoło rozmów, które
prowadziliśmy: stosunki
polsko_sowieckie, stanowisko
Wielkiej Brytanii i Stanów
Zjednoczonych w sprawie
polskiej, stan rzeczy w Kraju.

Groźba zawisła nad sprawami
Polski, nie tylko ze względu na
żądania Rosji, ale także już i
ze względu na ustępliwe
stanowisko Wielkiej Brytanii i
Stanów Zjednoczonych pod koniec
1943 i w początku 1944 roku.

Urzędowe doniesienia nie
zawierały na razie żadnych w tej
dziedzinie oświadczeń czy
zapowiedzi, ani po naradzie
trzech ministrów spraw
zagranicznych Cordell
Hull_eden_mołotow w Moskwie od
19 do 30 października 1943, ani
też po naradzie kierowników
rządów
Churchill_roosevelt_Stalin w
Teheranie od 28 listopada do 1
grudnia 1943. Co prawda, po
Teheranie, mimo bardzo krótkiego
i ogólnikowego doniesienia
urzędowego z 5 grudnia 1943 z
podpisami trzech uczestników o
uzyskanej całkowitej zgodzie,
nieurzędowe doniesienia
stwierdzały wielką wagę
powziętych postanowień wojennych
i politycznych, wraz z
dokładnymi już wówczas danymi o
zamierzonym rozgraniczeniu
trzech stref okupacji Niemiec,
co umieszczało całą Polskę,
podobnie jak całą Europę
Środkowowschodnią w zasięgu
władania rosyjskiego. Dopiero
jednak gdy Churchill, który po
naradzie w Teheranie zachorował
i leczył się na południu przez
półtora miesiąca z górą, wrócił
do Londynu 18 stycznia 1944,
niepokojące wiadomości o nacisku
na Polskę zaczęły się zagęszczać
i nabierać prężności. Stało się
tak tym bardziej, że właśnie od
stycznia 1944 wojska rosyjskie
wkroczyły, wypierając Niemców,
na obszar Polski i zaczęła się
wymiana oświadczeń polskich i
rosyjskich, mimo nieistnienia
stosunków dyplomatycznych, już
wyraźnie ujawniająca dążenie
Rosji do zaboru całej wschodniej
Polski, którą poprzednio
zagarnęła w układzie rozbiorczym
Ribbentrop_mołotow z 28
sierpnia 1939, uznanym jednak
przez nią samą za nieważny w
układzie z Polską z 30 lipca
1941.

Znaliśmy oczywiście tę wymianę
not ze stycznia 1944, gdyż były
one za każdym razem ogłaszane, a
treść ich wyglądała jak
następuje.

5 stycznia 1944, gdy nadeszła
pierwsza wiadomość o
przekroczeniu przez wojska
rosyjskie granicy Polski, rząd
polski w Londynie ogłosił
oświadczenie, w którym
stwierdził, że już w instrukcji
z 2 października 1943 polecił
podziemnym władzom krajowym
unikać starć z wojskami
sowieckimi, gdy wejdą do Polski
oraz dał wyraz przekonaniu, że
potrzebne jest porozumienie
polsko_rosyjskie.

11 stycznia rząd sowiecki
ogłosił odpowiedź, w której
oświadczył, że wschodni obszar
Polski, przyłączony do Rosji w
r. 1939, uważa za część Związku
Sowieckiego (przy czym dla
granicy tego obszaru, zamiast
nazwy linii Ribbentrop_mołotow,
wprowadził rozmyślnie fałszywą
nazwę linii Curzona), że Polska
natomiast powinna odzyskać dawne
ziemie na zachodzie zabrane
przez Niemcy oraz że Rosja chce
porozumienia z Polską, ale że
rząd polski w Londynie nie jest
zdolny do ustalenia przyjaznych
stosunków.

Wówczas rząd polski w
oświadczeniu z 14 stycznia 1944
zwrócił się do rządów
brytyjskiego i amerykańskiego o
podjęcie za ich pośrednictwem
rozmów między rządami polskim a
sowieckim z udziałem rządów
brytyjskiego i amerykańskiego na
temat całości istniejących
zagadnień, których załatwienie
doprowadzić powinno do
przyjaznej i trwałej współpracy
Polski i Związku Sowieckiego.

Rząd brytyjski i rząd
amerykański wyraziły gotowość
pośrednictwa, ale rząd sowiecki
nie zgodził się na takie rozmowy
ogłaszając 17 stycznia
oświadczenie, w którym z
powołaniem się na nieprzyjęcie
przez rząd polski tzw. linii
Curzona jako granicy
polsko_sowieckiej oraz na
poprzednie zerwanie stosunków
dyplomatycznych, uchyla się od
rokowań.

Jednocześnie rząd polski w
Londynie w nocie ambasadora
Raczyńskiego do ministra spraw
zagranicznych Edena z 16
stycznia, w związku z
wkroczeniem wojsk sowieckich na
obszar Polski zwrócił uwagę
rządu brytyjskiego na
konieczność zapewnienia polskiej
administracji Kraju przez władze
podziemne, delegata rządu i
dowódcę naczelnego Armii
Krajowej oraz wejścia do Polski
wraz z wojskami sowieckimi także
oddziałów polskich, brytyjskich
i amerykańskich i
natychmiastowego wyznaczenia
przedstawicieli Wielkiej
Brytanii i Stanów Zjednoczonych
przy rosyjskiej kwaterze
głównej. Taką samą notę wręczył
ambasador Jan Ciechanowski w
Waszyngtonie. Pozostało to bez
następstw.





Pierwsza próba Churchilla





Premier Churchill niezwłocznie
po powrocie do Anglii 20
stycznia 1944 w rozmowie z
premierem Mikołajczykiem,
ministrem Romerem i ambasadorem
Raczyńskim oświadczył, że rząd
brytyjski stoi na stanowisku
Polski silnej, niepodległej, w
granicach mniej więcej od tzw.
linii Curzona do linii Odry, z
tym że nastąpiłoby przesiedlenie
wszystkich Polaków ze wschodu do
Polski w nowych granicach oraz
wysiedlenie z Polski ok. 7
milionów Niemców. Wielka
Brytania byłaby zobowiązana do
obrony niepodległości Polski
przeciw Niemcom, lecz nie
przeciw Rosji. W razie ułożenia
stosunków na tej podstawie
nastąpiłaby wspólna gwarancja
Anglii, Sowietów, a może i
Stanów Zjednoczonych dotycząca
zachodnich granic Polski.
Churchill wyraził gotowość
przekazania tych warunków
telegraficznie Stalinowi, przy
czym zażądałby jednocześnie
uznania rządu polskiego, nie
mieszania się do wewnętrznych
spraw Polski oraz uzgodnienia z
rządem polskim akcji przeciw
Niemcom. Churchill zapytał, czy
rząd polski gotów jest rozpocząć
rozmowy z Sowietami przy
współudziale Anglii i Ameryki,
biorąc linię Curzona jako
podstawę wyjściową. Wyraził
jednocześnie przekonanie, że w
ramach rozmów z Sowietami można
by uratować dla Polski Lwów,
natomiast Wilno należy uznać za
stracone. W razie odrzucenia
przez Polskę tej propozycji
Wielka Brytania nie może brać
odpowiedzialności za dalszy
rozwój wypadków.

Premier Mikołajczyk
odpowiedział, że rząd polski nie
może przyjąć tzw. linii Curzona
jako warunku przedwstępnego, ale
gotów jest wszcząć rozmowy na
temat ewentualnej rewizji
granicy ustalonej w
polsko_rosyjskim układzie
pokojowym w Rydze w r. 1921.

Nastąpiły narady w rządzie
polskim w Londynie i 25 stycznia
1944 dokładnie przedstawiono
władzom polskim w Kraju
propozycje Churchilla celem
otrzymania ich opinii.

Jednocześnie rząd polski
skierował szereg zapytań do
rządu brytyjskiego i do rządu
Stanów Zjednoczonych.

Pytania, skierowane 23 t.m. do
rządu brytyjskiego, brzmiały jak
następuje:

"Co rząd brytyjski
przedsięweźmie w przypadku
porozumienia polsko_sowieckiego
by: zabezpieczyć niepodległość
Polski i niewtrącanie się do
wewnętrznych spraw Polski?

Czy zagwarantuje sprawowanie
należytej władzy i suwerenności
administracji państwowej z
chwilą uwolnienia spod okupacji
niemieckiej, udział polskich i
anglosaskich wojsk w zajmowaniu
polskich i przynależnych do
Niemiec terytoriów w czasie
działań wojennych oraz wycofanie
się wojsk sowieckich z chwilą
ustania działań wojennych?

Czy zagwarantuje razem z
Ameryką i Sowietami
niepodległość Polski w jej
nowych granicach, niezależność i
obronę przed każdym atakiem i
czy zapewni niewtrącanie się do
wewnętrznych spraw Polski?

Gdyby Ameryka tego nie
uczyniła, czy Wielka Brytania
uczyni to bez Ameryki?

Czy ochroni Polskę przed
żądaniem baz na jej terytorium w
przyszłości?

Czy Polska może być pewna, że
uzyska terytorium pomiędzy
granicą polsko_niemiecką z r.
1939 a linią Odry ze Śląskiem
opolskim, Gdańskiem i Prusami
Wschodnimi; że nastąpi to
równocześnie z ostatecznym
ustaleniem granicy wschodniej
Polski i że Wielka Brytania
zobowiąże się razem z Sowietami
i Ameryką we wspólnym dokumencie
zabezpieczyć Polskę na stałe od
odwetu niemieckiego; że tereny
przypadające Polsce zostaną
odłączone od Niemiec pierwszego
dnia zawieszenia broni; że
Wielka Brytania zagwarantuje
usunięcie i pomoże w usuwaniu
ludności niemieckiej z terenu
Polski i terenów włączonych?

Czy Wielka Brytania
zabezpieczy Polsce prawo opieki
nad obywatelami polskimi w Rosji
i powrót tych, którzy będą mieli
prawo powrotu do Polski?".

Rząd brytyjski dał 1 lutego
odpowiedź ogólnikową tej treści:

"Pytania rządu polskiego
dotyczą zagadnień, których
rozstrzygnięcie z natury rzeczy
nie leży jedynie w rękach rządu
brytyjskiego, lecz będzie
przedmiotem uzgodnionego
porozumienia między Wielką
Brytanią a innymi państwami,
oczywiście przy udziale Polski.
Rząd brytyjski jest przekonany,
że tego rodzaju porozumienie, w
którym by inne państwa
bezpośrednio zainteresowane w
pełni uczestniczyły, stanowiłoby
najlepszą rękojmię nie tylko dla
Polski, ale także dla
powszechnego utrzymania
bezpieczeństwa w całej Europie.
Zapytania szczegółowe są
związane z projektowanym
zwróceniem się do Stalina,
dotyczącym przywrócenia
legalności władz na
oswobodzonych terenach,
utrzymania siły i
niepodległości Polski po wojnie,
udzielenia gwarancji przed nową
napaścią na Polskę. Zanim jednak
rząd brytyjski odpowie
szczegółowo na pytania
skierowane do niego, zasięgnie
informacji u innych
zainteresowanych rządów, na
jakich podstawach może dojść do
skutku porozumienie
polsko_sowieckie."

Odpowiedź kończyła się
zapewnieniem, że rząd brytyjski
czyni wszystko, by do tego
porozumienia doszło.

Pytania skierowane do rządu
Stanów Zjednoczonych 26 stycznia
1944 z prośbą o przedstawienie
ich Prezydentowi Rooseveltowi,
brzmiały:

"1) Czy rząd Stanów
Zjednoczonych może zalecić
rozpoczęcie już teraz
zstatecznego załatwienia
zagadnień terytorialnych Europy?

2) Czy rząd Stanów
Zjednoczonych byłby gotów w
zasadzie uczestniczyć w
doprowadzeniu i zagwarantowaniu
takiego załatwienia?

3) Czy rząd Stanów
Zjednoczonych uważa za możliwe
poprzeć plan premiera
brytyjskiego i urzeczywistnienie
tego planu?"

Odpowiedź rządu Stanów
Zjednoczonych z 1 lutego 1944
roku brzmiała jak następuje:

"1) Znany jest pogląd Stanów
Zjednoczonych, że dyskutowanie w
toku działań wojennych o sprawie
wielu granic europejskich jest
szkodliwe. Pogląd ten nie
wyklucza jednak możliwości, by
dwa kraje mające wspólne
zagadnienia terytorialne szukały
rozwiązania w drodze obopólnego
porozumienia. Rząd amerykański
uznaje, że obecny rozwój
wypadków może czynić pożądanym
dla rządu polskiego podjęcie
starań o osiągnięcie
porozumienia terytorialnego bez
zwłoki.

2) Rząd amerykański gotów
byłby w zasadzie dopomóc rządowi
polskiemu do osiągnięcia
załatwienia spraw
terytorialnych, przez
zaofiarowanie swych usług rządom
polskiemu i sowieckiemu dla
ułatwienia im nawiązania
bezpośredniej dyskusji. Rząd
amerykański nie może jednak
zagwarantować ugody, która by
ewentualnie została osiągnięta.

3) Rząd amerykański gotów
jest poprzeć premiera
brytyjskiego Churchilla w jego
staraniach o wznowienie
stosunków polsko_sowieckich na
podstawie przyjacielskiego
rozwiązania wszystkich
istniejących trudności, ponownie
jednak podkreśla, że nie może
być mowy o jakichkolwiek
gwarancjach ze strony Stanów
Zjednoczonych."

6 lutego 1944 Churchill w
rozmowie z Mikołajczykiem i
Romerem, w obecności Edena,
zawiadomił o wstępnej wymianie
depesz ze Stalinem.

Churchill poruszył w swym
zwróceniu się do Stalina 28
stycznia 1944 następujące
punkty:

1) Polska mniej więcej od
linii Curzona do linii Odry.

2) Rosja zobowiąże się do
nieuznawania żadnego innego
rządu polskiego niż rząd w
Londynie. O zmianach i
rozszerzeniu może być mowa
dopiero po powrocie do Warszawy,
dokąd się uda Rząd i Naczelny
Wódz w chwili jej wyzwolenia.

3) Zapytał, czy Stalin gotów
jest podpisać gwarancję takiej
Polski i zapewnić prawo objęcia
przez władze polskie
administracji na obszarach
wyzwolonych na zachód od linii,
która została ustalona.

4) Czy pomoże usuwać Niemców
z Polski?

5) Czy zgodzi się na wymianę
ludności?

Stalin odpowiedział 3 lutego
1944:

1) Polska po wojnie będzie na
pewno wolna i niepodległa, tak
jak Czechosłowacja, a on nie
będzie próbował wpływania na
wybór przez każdy z tych krajów
ustroju i rządu.

2) Jeśliby Polska żądała
gwarancji od Rosji, będą one
udzielone.

3) Polska może liczyć na
pełną pomoc Rosji w wypędzaniu
Niemców.

4) Wszyscy Polacy będą mieli
swobodę opuszczania obszaru
poprzednio polskiego przyznanego
Rosji, a te same ułatwienia
stosować się będą do Ukraińców
znajdujących się obecnie na
zachód od linii Curzona.

5) Rząd polski będzie miał
prawo powrotu do Polski i
ustalenia rządu na szerokich
podstawach, który obejmie
administrację na uwolnionych
terenach.

6) Rząd polski musi
oświadczyć publicznie, że nie
uznaje linii ryskiej za
nienaruszalną i że gotów jest
podjąć dyskusję graniczną,
biorąc za podstawę linię
Curzona.

Nadto Stalin przypominał
Churchillowi, że żąda
przyłączenia Królewca do Rosji,
o czym dotąd nie powiadomiono
Polaków oraz przypomniał, że już
w maju 1943 po Katyniu dawano mu
nadzieję, iż skład rządu
polskiego ulegnie zmianie, a
obecnie gdy w dalszym ciągu tych
zmian żąda, robi mu się wymówki,
że miesza się do spraw polskich.

(Ostatnia wzmianka wskazuje,
że widocznie Brytyjczycy
wspominali przedstawicielom
Sowietów o możliwości zmian,
gdyż były takie sugestie z ich
strony w rozmowach z gen.
Sikorskim, ale ze strony
polskiej nie było o tym mowy).

Było rzeczą jasną, że pierwszą
i jedyną stanowczą sprawą w
stanowisku Stalina było
uzyskanie od rządu polskiego
zgody na zejście z gruntu prawa
w sprawie granicy
polsko_rosyjskiej. Wszystko inne
pozostawało w zakresie
ogólnikowych obietnic, których
znaczenie i wartość w wykonaniu
mogły być bardzo różne, zależnie
od tego jak Rosja będzie
pojmowała niepodległość Polski i
niezależność jej władz.
Doświadczenia zaś w tym
względzie były niezawodnie
odstraszające.

12 lutego 1944 Churchill
przekazał rządowi polskiemu
projekt swego dalszego zwrócenia
się do Stalina. Projekt ten
ustalał dokładnie i szczegółowo:

1) zgodę rządu polskiego na
tzw. linię Curzona z
pozostawieniem Wilna i Lwowa po
stronie sowieckiej jako podstawę
granicy wschodniej Polski;

2) zgodę rządu polskiego na
usunięcie ze stanowiska
Naczelnego Wodza gen.
Sosnkowskiego oraz ze składu
rządu ministrów Kukiela i Kota;

3) uznanie przez Rosję
całkowitej niepodległości Polski
na przyszłym obszarze,
powiększonym o część Prus
Wschodnich, Gdańsk, Górny Śląsk
i obszary aż do Odry.

Churchill oczekiwał
wypowiedzenia się rządu
polskiego w ciągu trzech dni i
oświadczył, że przyjęcie tego
rodzaju kompromisu z Rosją
stwarza dla rządu polskiego
jedyną szansę powrotu do Kraju.
Szansa ta może zniknąć, jeżeli
Sowiety stworzą fakty dokonane i
powołają inny rząd na terenie
Polski.

Rząd polski po obradach
odpowiedział 15 lutego dwiema
uchwałami:

"1) Rząd polski 14 stycznia
1944 oświadczył, że gotów jest
do podjęcia z rządem sowieckim
przy współudziale rządów
brytyjskiego i amerykańskiego
rozmów na temat całości
istniejących zagadnień. Tym
samym rząd polski nie wyłączył i
spraw granicznych z rozmów,
rozumiejąc, że dotyczyć one będą
granic Polski zarówno na
wschodzie, jak na zachodzie i
północy. Żądanie dyktowane przez
Sowiety, by rząd polski zgodził
się na linię Curzona jako na
przyszłą granicę
polsko_sowiecką, jest dla rządu
polskiego nie do przyjęcia.
Wynik rozmów w sprawie granic
będzie mógł być urzeczywistniony
dopiero po zakończeniu wojny.
Bezzwłocznie zaś już w toku
działań wojennych powinna być
uzgodniona z rządem polskim,
który w tej sprawie zasięgnie
opinii Kraju, linia demarkacyjna
przebiegająca na wschód od Wilna
i Lwowa. Na zachód od tej linii
administrację ziem uwolnionych
od okupacji niemieckiej przejmą
władze polskie, ziemie na wschód
od linii demarkacyjnej powinny
być administrowane przez
sowieckie władze wojskowe z
udziałem przedstawicieli innych
mocarstw zjednoczonych. Rząd
polski uważa za obowiązek
stwierdzić, że zamiar przyznania
części Prus Wschodnich wraz z
Królewcem Rosji Sowieckiej jest
sprzeczny z interesem państwa
polskiego i ogranicza dotkliwie
jego swobodny dostęp do morza.

2) Żadne zmiany osobowe w
składzie rządu Rzeczypospolitej
Polskiej i naczelnego dowództwa
Polskich Sił Zbrojnych nie mogą
być zależne od żądań obcego
państwa".

Jednocześnie w Kraju 15 lutego
1944 Rada Jedności Narodowej w
odpowiedzi na zapytania rządu w
Londynie uchwaliła co następuje:

"1) Zgadzamy się na
proponowane granice na zachodzie
i zobowiązanie do usunięcia
Niemców.

2) Nie zgadzamy się na
iunctim między granicami
zachodnimi a wschodnimi. Ziemie
zachodnie nie mogą być
ekwiwalentem; jest to tylko
zwrot ziem ongiś nam
zrabowanych.

3) Jesteśmy za podjęciem
rozmów przy udziale sojuszników
celem nawiązania stosunków
dyplomatycznych z Sowietami pod
warunkiem szanowania pełnej
naszej suwerenności i
niemieszania się do spraw
wewnętrznych.

4) Kategorycznie sprzeciwiamy
się podjęciu dyskusji z
Sowietami na temat rewizji
granic wschodnich w ogóle.
Stoimy na stanowisku
nienaruszalności granic
ustalonych w traktacie ryskim,
podpisanym też przez Republikę
Ukraińską, albowiem Sowietom nie
chodzi o poprawki graniczne, tak
jak Niemcom nie chodziło o
korytarz i Gdańsk, lecz
roszczenia ich dotyczą
suwerenności i całości Polski.

5) Nikt w Polsce nie
zrozumiałby, dlaczego Polska ma
płacić utratą swych ziem i
wolności rachunek Sowietom za
wojnę, nie zrozumiałby, dlaczego
Polska podjęła w ogóle i
prowadzi piąty rok walkę z
Niemcami. Polska pierwsza
podjęła walkę z Niemcami o
wolność nie tylko swoją, ale i
Europy. Była nazwana
natchnieniem świata. I teraz
naród polski, pomimo
poniesionych straszliwych ofiar,
zdecydowany jest walczyć z nową
agresją sowiecką o wolność swoją
i Europy. Naród polski wierzy,
że sojusznicy i świat rozumieją
w pełni jego stanowisko i że
poprą je czynnie.

6) Gdyby zatryumfować miały
nie prawo i sprawiedliwość, lecz
przemoc i siła, spokoju w
Europie nie będzie, naród polski
nigdy przemocy się nie podda.
Naród polski wierzy jednak w
sojusze i wierzy, że w interesie
wszystkich narodów miłujących
pokój zatryumfują zasady Karty
Atlantyckiej. Dlatego też
jesteśmy zdania, że należy
odroczyć załatwienie sprawy
zasadniczo aż do chwili gdy to
nastąpi.

7) My się nie ugniemy i nie
załamiemy. Odwrotnie,
nastąpiłoby ogólne załamanie i
anarchia w wypadku poddania się
roszczeniom sowieckim.

8) Znając dobrze istotne cele
i metody działania sąsiada
wschodniego, nie przywiązujemy
większej wagi do umów w sprawie
urzędowania naszych władz na
terenach okupowanych przez
Sowiety, bo nie wierzymy w
lojalne wykonanie tych umów.

9) Świadomość powagi chwili w
społeczeństwie polskim jest
wielka, jednolitość poglądów i
zdecydowana walka o wolność,
całość i niepodległość ojczyzny
zupełna".

Krótko mówiąc, rząd polski w
LOndynie i władze ruchu
podziemnego w Kraju stanęły na
gruncie:

1) ogólnych zasad prawa
międzynarodowego;

2) ścisłych zobowiązań Karty
Atlantyckiej wobec narodów
zjednoczonych, poręczających im
nienaruszalność obszaru i
rzeczywistą niepodległość. Rosja
postanowiła pogwałcić te zasady.
Wielka Brytania wraz ze Stanami
Zjednoczonymi szukała wówczas
jeszcze między prawem a
bezprawiem drogi pośredniej,
która nie istnieje.

Churchill wysłał 21 lutego
1944 powtórną depeszę do Stalina
opartą jednak na projekcie
własnym z 12 lutego, a nazajutrz
22 lutego Churchill wygłosił w
Izbie Gmin mowę, która była już
zupełnie widocznym następstwem
porozumień i zobowiązań w
Teheranie. W mowie tej, o której
już wspominałem, Churchill
poświęcał prawny rząd króla
Piotra w Jugosławii na rzecz
komunistycznego przywódcy Tity
działającego z ramienia Rosji. W
sprawie zaś Polski, zaznaczając,
że mówi na podstawie rozmów z
marszałkiem Stalinem,
opowiedział się za tzw. linią
Curzona z odszkodowaniem dla
Polski na zachodzie. Związek tej
mowy z tajnymi zobowiązaniami w
Teheranie był wyraźny. W ten
sposób po raz pierwszy Wielka
Brytania poświęcała prawa i
najcenniejsze dobro Polski na
rzecz Rosji wbrew
polsko_brytyjskiemu układowi
sojuszniczemu i wbrew Karcie
Atlantyckiej, poręczającym
nietykalność obszaru Polski.





Grzech Teheranu





Stan rzeczy w ważnym dla
sprawy polskiej okresie,
grudzień 1943 - luty 1944, można
krótko streścić następująco. W
Teheranie w połowie grudnia
1943, gdy wojska rosyjskie
zbliżały się do granic Polski,
tak iż za miesiąc miały ją
osiągnąć, była mowa o sprawach
Polski. Jedyną rzeczą, którą tam
załatwiono było to, że Roosevelt
i Churchill tajnie dla całego
świata, a przede wszystkim bez
żadnego porozumienia z
sojusznikiem polskim, dali
Stalinowi zgodę na zagarnięcie
wschodniej połowy Polski, czyli
potwierdzali na rzecz Rosji jej
część łupu z układu
Ribbentrop_mołotow z sierpnia i
września 1939. Było to potwornym
pogwałceniem zobowiązań Wielkiej
Brytanii i Stanów Zjednoczonych
wobec Polski i w ogóle podarcie
Karty Atlantyckiej.

Wówczas zaś celem polityki
brytyjskiej, w porozumieniu z
amerykańską, stało się uzyskanie
samobójczej zgody Polski na ten
przetarg przyrzeczeniami
prawdziwej niepodległości
pozostałej części Polski i
powiększenia jej na północy i
zachodzie od strony Niemiec. Był
to targ fałszywy, gdyż Polsce,
pierwszej w wojnie i ofiarach,
należała się oczywiście
niepodległość bez okupywania jej
utratą połowy obszaru na rzecz
Rosji, a niezależnie od tego
należało się jej powiększenie
obszaru na północy i zachodzie
ze względu na bezpieczeństwo i
ratowanie niemczonej ludności i
było to w toku wojny
przewidziane. Co więcej, gdy
rząd polski zapytał Wielką
Brytanię i Stany Zjednoczone,
jakie będą rękojmie tej
obiecywanej niepodległości
POlski, odpowiedzi Londynu i
Waszyngtonu okazały się
całkowicie puste a rękojmie
żadne. Rząd polski wyrażając
gotowość rozmów z Rosją i
przyjmując pośrednictwo Wielkiej
Brytanii i Stanów Zjednoczonych,
co Rosja odrzuciła, odmówił
jednak w styczniu i lutym 1944
stanowczo i całkowicie swej
zgody na zabór przez Rosję
połowy Polski i na pogwałcenie
zasad i zobowiązań narodów
sprzymierzonych.

Odpowiedzialność za bezprawie
tajnego układu w Teheranie
Churchill_roosevelt_stalin
przeciw POlsce i przeciw Karcie
Atlantyckiej, a na rzecz Rosji
pozostała odpowiedzialnością
Wielkiej Brytanii i Stanów
Zjednoczonych wraz z Rosją
całkowicie i niepodzielnie, bez
udziału Polski.





O Polsce rozstrzyga Rosja:

Bierność Wielkiej Brytanii

i Stanów Zjednoczonych





Wobec wkraczania wojsk
sowieckich na tereny polskie od
początku 1944, sprawa stosunków
polsko_sowieckich stała się
nagląca.

W Polsce istniała organizowana
stopniowo po kampanii
wrześniowej 1939 podziemna Armia
Krajowa, podlegająca rozkazom
Naczelnego Wodza w Londynie.
Armia Krajowa, najsilniejsza
organizacja podziemna tej wojny,
prowadziła nadal walkę zbrojną z
Niemcami na ziemiach polskich i
przez wiązanie części sił
niemieckich oraz niszczenie
transportów zaopatrzenia armii
niemieckiej dawała pomoc także i
Rosji. Głównym zadaniem Armii
Krajowej i podziemnych polskich
władz cywilnych miało być
objęcie władzy na ziemiach
polskich z ramienia rządu
polskiego w Londynie w chwili
załamania się Niemiec.

Wobec niepowodzenia prób
przywrócenia stosunków
dyplomatycznych z rządem
sowieckim rząd polski w
Londynie, uchwałą Rady Ministrów
z 18 lutego 1944, wydał
następujące instrukcje swoim
przedstawicielom w Kraju celem
unikania starć z wkraczającymi
Rosjanami:

"Władze krajowe i siły zbrojne
w Kraju wydadzą polecenie
terenowym przedstawicielom
władzy administracyjnej, by wraz
z dowódcą miejscowego odcinka
czy oddziału Armii Krajowej
wystąpili do dowództwa
wkraczających oddziałów
sowieckich z następującym
oświadczeniem:

Na rozkaz rządu
Rzeczypospolitej Polskiej
zgłaszam się jako przedstawiciel
polskiej władzy administracyjnej
(jako dowódca oddziału okręgu,
obwodu Armii Krajowej) z
propozycją uzgodnienia
współdziałania z wkraczającymi
na terytorium Rzeczypospolitej
siłami zbrojnymi Sowietów w
operacjach wojennych przeciw
wspólnemu wrogowi.

Należy oświadczyć, że oddziały
Armii Krajowej istniejące lub
mogące powstać są częścią sił
zbrojnych Rzeczypospolitej,
podlegając nadal rządowi
polskiemu, rozkazom Naczelnego
Wodza i dowódcy Armii Krajowej.

W wypadku gdyby się okazało,
że ujawnieni przedstawiciele
polscy zostali aresztowani,
władze krajowe wydadzą na
dalszych terenach zakaz
ujawniania się władz
administracyjnych i sił
zbrojnych".

Wojska sowieckie posuwały się
w głąb Polski, zajmując kolejno:
19 marca 1944 Krzemieniec, 29
marca Kołomyję, 15 kwietnia
Tarnopol, 6 lipca Kowel, od 8 do
20 lipca Baranowicze,
Nowogródek, Pińsk, Grodno,
Brody, Włodzimierz Wołyński, od
22 do 29 lipca Chełm, Lublin,
Zamość, Białystok, Stanisławów,
Lwów, Przemyśl, Brześć.

Niestety, ze wszystkich
obszarów polskich zajmowanych
przez wojska sowieckie
nadchodziły meldunki o usuwaniu,
obezwładnianiu i aresztowaniach
polskich czynników
kierowniczych, cywilnych i
wojskowych, o rozbrajaniu
oddziałów Armii Krajowej i
uniemożliwianiu im dalszej walki
przeciwko Niemcom, o przymusowym
wcielaniu żołnierzy Armii
Krajowej do oddziałów Berlinga
lub Czerwonej Armii, o poborze i
wywożeniu mężczyzn od lat 18 do
50, o surowych represjach wobec
wszystkich Polaków, którzy nie
są powolni celom i zamiarom
sowieckim.

Politycznie Rosja Sowiecka
przygotowywała przyszły uległy
sobie rząd, który miał objąć
władzę w Polsce. Gra sowiecka
staje się teraz przejrzysta.
Należy ją tylko przypomnieć.

Jeszcze Polskie Siły Zbrojne w
Zssr nie opuściły w połowie
roku 1942 Rosji, a już
radiostacja "Kościuszko" zaczęła
nadawać audycje w języku
polskim. Wstrzymanie dopływu
ochotników do Polskich Sił
Zbrojnych w Zssr było
potrzebne Rosji do tworzenia
oddziałów polskich pod
dowództwem sowieckim. Zaledwie
ostatni żołnierze polscy
opuścili Rosję w drugiej
ewakuacji, a już zbiegły ppłk
Berling przystąpił do stworzenia
tych oddziałów. Od tej chwili
Rosja Sowiecka czekała na
pretekst zerwania z rządem
polskim w Londynie. Sprawa
Katynia została przez nią
wyzyskana do tego celu. W końcu
kwietnia 1943 Rosja zrywa
stosunki z rządem polskim w
Londynie i przystępuje jawnie do
popierania Związku Patriotów
Polskich, który ogłasza 13 maja
1943 oświadczenie w piśmie
"Wolna Polska", wydawanym w
Moskwie. Tegoż dnia "Krasnaja
Zwiezda" podaje szczegóły o
polskiej Dywizji im. Kościuszki,
której tworzenie pod dowództwem
ppłk. Berlinga zatwierdza
Najwyższy Sowiet 9 maja 1943
roku. Kongres Związku Patriotów
Polskich odbywa się 8 czerwca w
Moskwie. W lutym 1944 powstaje
Rada Narodowa, która mianuje 26
lutego gen. Rolę_żymierskiego
wodzem naczelnym oddziałów
polskich w Rosji. 13 marca Rada
Komisarzy Ludowych mianuje płk.
Berlinga generałem Armii
Czerwonej. Z chwilą wkroczenia
oddziałów sowieckich na tereny
polskie, których Rosja nie
zamierzała na razie wcielić do
Związku Sowieckiego, powstaje 21
lipca 1944 Polski Komitet
Wyzwolenia Narodowego i Krajowa
Rada Narodowa. Polski Komitet
Wyzwolenia Narodowego, działając
z ramienia Rosji jako tymczasowy
rząd polski, wydaje 22 lipca
manifest do narodu polskiego,
ogłasza 25 lipca Lublin
tymczasową stolicą Polski,
zawiera 26 lipca układ z rządem
sowieckim o sposobie
współdziałania władz polskich z
dowództwem sowieckim.

Mocarstwa anglosaskie miały do
wyboru: albo popierać nadal rząd
polski w Londynie i
przeciwstawić się Rosji, albo
uznać rząd polski w Lublinie i
ustąpić Rosji. Rosja pokazała
siłę. Kierownicy polityki
Wielkiej Brytanii i Stanów
Zjednoczonych wybrali drogę
ustępstw wobec Rosji. Mieli
zadanie ułatwione, gdyż na czele
rządu polskiego w Londynie nie
stał już gen. Sikorski.


Создан 09 сен 2009



  Комментарии       
Всего 2, последний 3 года назад
sadikmoneyorg 29 авг 2015 ответить
Jestem Sadik Yasar uzasadniony i Renomowane pożyczki pożyczkodawcy. Jesteśmy dynamicznie rozwijającą się firmą z pomocy finansowej. Mamy fundusze pożyczkowe się do osób potrzebujących pomocy finansowej, które mają złe kredytowej lub potrzebują pieniędzy, aby zapłacić rachunki, do inwestowania w interesach. Chcę używać tego medium poinformować, że czynią rzetelną i beneficjenta pomocy, jak chętnie oferują pożyczki. Skontaktować się z nami poprzez e-mail: sadikmoneyorg@gmail.com
sadikmoneyorg 29 авг 2015 ответить
Jestem Sadik Yasar uzasadniony i Renomowane pożyczki pożyczkodawcy. Jesteśmy dynamicznie rozwijającą się firmą z pomocy finansowej. Mamy fundusze pożyczkowe się do osób potrzebujących pomocy finansowej, które mają złe kredytowej lub potrzebują pieniędzy, aby zapłacić rachunki, do inwestowania w interesach. Chcę używać tego medium poinformować, że czynią rzetelną i beneficjenta pomocy, jak chętnie oferują pożyczki. Skontaktować się z nami poprzez e-mail: sadikmoneyorg@gmail.com
Имя или Email


При указании email на него будут отправляться ответы
Как имя будет использована первая часть email до @
Сам email нигде не отображается!
Зарегистрируйтесь, чтобы писать под своим ником